Close
Close

Przekonałem się do „Iron Mana”

Skip to entry content

Po wiosennych niewypałach, które miałem nieprzyjemność obejrzeć (średni „Poradnik pozytywnego myślenia” i tragiczny „Spring breakers”) ze sporymi oczekiwaniami wypatrywałem „Wielkiego Gatsby’ego”. W końcu zagra tam mistrz mistrzów na mistrzami – DiCaprio i słodziutka jak malinowy sorbet Mulligan. Polska premiera dopiero w piątek, więc filmu wypatruję nadal, ale żeby nie wypatrzeć sobie oczu do cna (ogniskując źrenice na siną dal), poszedłem na coś kompletnie z innej beczki. Na „Iron Mana 3”.

Jedynki chyba nie widziałem, dwójka przeleciała mi przed oczami jak gołębie na starym mieście, a na „Avengersów” nie załapałem się do kina, więc nie zrobili na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Lubię ekranizacje komiksów i w ogóle superbohatersko-sensacyjne filmy, ale nie jestem komiksowym świrem na wzór Sheldona z „Teorii Wielkiego Podrywu”. Po prostu lubię się rozerwać, jak to mawiają japońscy kamikaze, nieprzeintelektualizowaną rozrywką.

W tym duchu skoczyłem z chłopakami do kina zobaczyć…

 

Co ma do zaoferowania gość w blaszanym kombinezonie?

Bez owijania w sreberko powiem, że sporo. „Iron Man 3” lekko burzy teorię na temat sequeli, że zwiększanie się cyfry po nazwie filmu jest odwrotnie proporcjonalne do przyjemności z oglądania.

Trzecia część przygód kolesia latającego w maluchu po liftingu, ma zasadniczo wszystko, co powinien mieć dobry film kina akcji. Jest i sensowny motyw przewodni napędzający wydarzenia, i kozackie gadżety pobudzające wyobraźnię, i dobra maniura będąca przyczyną zwrotów akcji, i śmieszne (w dosłownym tego słowa znaczeniu) elementy komediowe. No i przede wszystkim akcja! Bardzo dużo akcji, ale nie tyle, co w „Transformers 3”, gdzie trzeba było całość obejrzeć w zwolnionym tempie, żeby ogarnąć co się dzieje na ekranie.

Nie chcę popadać w wazeliniarstwo, ale reżyser złapał zdrowe proporcje, uzyskując złoty środek między poszczególnymi elementami. Przede wszystkim…

 

Efekty specjalne są, ale nie psują filmu

Teraz wszędzie jest 3D. Nawet w przykrych polskich komediach (tak, chodzi mi o „Kac Wawę”). Nawet na wydrukach faktur. Nawet w szałasach na Galapagos.

W najnowszej ekranizacji „Iron Mana” też jest 3D. Jest też masa scen kręconych na green boxie i od cholery wizualizacji, do wygenerowania których zaprzęgnięto maszyny mające większą moc obliczeniową, niż komputery w NASA. Ale to wszystko wkomponowane jest w film z umiarem. Nie ma serii niekończących się wybuchów przez 90 minut, po którym następują napisy końcowe.

Jak Robert Downey tłucze się na śmierć i życie, to sypią iskry rozświetlając całą salę kinową, a dźwięk wyginanej blachy potrafi wybić z głowy nawet piosenkę recytowana podczas pierwszej komunii świętej. Ale jak ściąga ten metalowy kombinezon, bo akurat nie lata w przestworzach, tylko błąka się po jakimś zadupiu przez 30 minut, to też jest w porządku. Jak jest w filmie czas na przekazanie istotnych dla fabuły wątków, przez co jest więcej scen mówionych, niż tłuczony, to też nie ma zamuły.

Lasery, przerośnięte roboty kuchenne, kule ognia i wybuchający ludzie, na tyle nie przesłaniają filmu, że jest też miejsce na…

 

Dobre dialogi

I w kategorii kina akcji mówiąc dobre, mam na myśli śmieszne. I to śmieszne w praktyce, a nie tylko teorii.

Tony Stark z tymi włosami na żel, bródką na latynoskiego lowelasa i ciuchami w stylu śpieszę-się-na-autobus-do-Energy-2000 wygląda ultra przypałowo. Czerstwe gadki prowadzone z komputerem, któremu w dodatku nadał imię, też nie działają na jego korzyść. Mimo to, potrafi rzucić żartem na poziomie. Żartem, z którego śmieje się cała sala, nie tylko laski kolesi z logiem pitbulla na spodniach.

„Iron Man 3” doprawiony jest bardzo adekwatną ilością smaczków komediowych. Poza hasełkami Tony’ego, które rezolutnie rzuca do swojej dziewczyny (Gwyneth Paltrow – brałbym, brał!), 8-latka i czarnych charakterów, pojawia się sporo żartów sytuacyjnych. Choćby ten, gdy w kulminacyjnym momencie ostatecznej walki dobra ze złem, tuż przed zadaniem ciosu oswobodzającego ludzkość z rąk psychopaty, rozlatuje mu się zbroja.

O pozostałych gagach Wam nie powiem, żeby nie psuć zabawy, ale wiedzcie, że…

 

„Człowiek Z Żelaza 3” jest naszpikowany emocjami

…o których wcześniej nie wspomniałem.

Ekscytacja i zaskoczenie miesza się ze smutkiem i złością, przechodząc w końcu w radość i wzruszenie. Tak, dobrze przeczytałeś – wzruszenie. Też bym się nie spodziewał, ale na tej hollywoodzkiej, typowo komercyjnej produkcji można się nawet wzruszyć. Nie jest to taki strumień łez jak na „Avatarze”, „Titanicu”, czy choćby „Królu Lwie”, ale jest moment, że powieki robią się wilgotniejsze. Równoważy się to z momentami przejęcia się tragiczną i bezwyjściową sytuacją głównego bohatera, i poczuciem ognistej chęci dokopanie „temu złemu”.

Jeśli w korzystaniu z rozrywki chodzi o emocje, to tu je znajdziecie.

(niżej jest kolejny tekst)

15
Dodaj komentarz

avatar
11 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
7 wad "Avengers: Czas Ultrona""Hobbit: bitwa pięciu armii" - czy normalni ludzie mają po co iść do kina?X-Men: Przeszłość, która nadejdzie - recenzjaDlaczego lubię oglądać bajki?7 irytujących motywów w filmach akcji Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kameralna
Gość

Nie jestem aż tak wielką fanką filmów Sci-fi, ale bardzo lubię Roberta Downey’a Jr., a jeszcze bardziej Gwyneth Paltrow, więc chętnie obejrzę.

Wpis pojawia się o 5:52, czy Ty w ogóle śpisz?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Nie, nie mam takich potrzeb :)

kwestia.wordpress.com
Gość
kwestia.wordpress.com

Ja nie obejrzałem jeszcze nawet pierwszej części, jest gdzieś daleko na liście filmów do sprawdzenia ;P. Miałem nawet ostatnio iść na maraton IM 1, IM 2 i część trzecia, ale oczywiście w ten dzień musiałem mieć nockę w pracy. Będzie trzeba w końcu nadrobić bo wszyscy chwalą.

Lo30
Gość
Lo30

Byłem i widziałem, do tego z żoną:) dawno nie byliśmy w kinie, więc pewnie gdyby to szmira była i tak byśmy byli zadowoleni:) Film rzeczywiście jest bardzo ok, nam bardzo podobały się dyskusje IM’a z chłopcem. „we are connected” rules!
Trochę moim zdaniem przegięli z product placement’em. Oracle był w każdym z IM’ów, teraz dołączył Microsoft, no i wszędobylskie audi:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Rozmowy z chłopcem bardzo mocny punkt, a co do product placementu, to byłem tak pochłonięty filmem, że nie zauważyłem :)

Radek Kowalik
Gość

Dla mnie film był rewelacyjny. Ale ja to jestem akurat wielkim miłośnikiem komiksowego Iron mana ;)

Martex
Gość
Martex

mój chłopak ostatnio zarzucił mi, że cały czas chodzimy na filmy, które ja wybieram (nie narzeka w końcu!). Więc idziemy na Iron Mana, którego wybrał…do czasu przeczytania Twojej recenzji byłam raczej sceptyczna co do tego wyboru ,ale teraz…już się nie mogę doczekać seansu! Dzięki!

Martex
Gość
Martex

byłam i nie zawiodłam się:)
film świetny! dla takich filmów warto wydać trochę więcej kasy i zobaczyć w 3d ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Bardzo się cieszę :)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Rusz tyłek #2 – rozmowa z Segrittą

Skip to entry content

Segritta (a w zasadzie Matylda Kozakiewicz), to jedyna kobieta, która przebiła się do ścisłej czołówki polskiej blogosfery, tworząc bloga opartego głównie na treści pisanej. Pisze o tym jak żyć, co jest dobre, a co złe, a z jej opinią liczy się zarówno rzesza czytelników, jak i duże marki. Jest w miejscu, w którym ja chcę być za rok. W ramach akcji „Rusz tyłek”, pogadałem z nią o początkach blogosfery w Polsce, motywacji i podejściu do pisania, a także zarabianiu na blogu.

Grzeczny Chłopiec: Piszesz od 2005 roku, czyli od 8 lat. Jakby nie patrzeć, to szmat czasu. Zakładając bloga spodziewałaś się, że będziesz to robić tak długo?

Segritta: Nie. Nie sądzę, żeby jakikolwiek bloger myślał o tym ile będzie pisał, chyba, że zakłada bloga czysto komercyjnie z myślą o zarabianiu. Wtedy rzeczywiście może sobie zrobić jakiś plan na życie, że przez najbliższe 10 lat pisze bloga, później jest wielką gwiazdą i spija śmietankę ze swojego celebryctwa.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie miałaś konkretnych planów i pomysłów na przyszłość bloga w momencie jego zakładania?

Segritta: Absolutnie nie. W momencie kiedy ja zaczynałam pisać, blog był kompletną nowością i trudno było zakładać jakąś strategię. Moje pisanie wynikało z wewnętrznej potrzeby i nie wiedziałam ile to potrwa.

Grzeczny Chłopiec: A co cię demotywowało na samym początku przy pisaniu bloga?

Segritta: Nic.

Grzeczny Chłopiec: Nic?

Segritta: Pierwszy moment, kiedy zaczęło mnie cokolwiek demotywować to gdy pojawili hejterzy. Na samym początku nie wiedziałam jak sobie z nimi radzić, bo powiedzmy sobie, że kiedy ktoś ci mówi, że jesteś gruby, głupi i brzydki, to to jest przykre. Ale to i tak pojawiło się dopiero po kilku latach pisania.

Grzeczny Chłopiec: A nie demotywowało cię, że piszesz już 3 tygodnie i dalej nikt nie komentuje twoich wpisów?

Segritta: Nie. Przede wszystkim dlatego, że blogi wtedy w ogóle były bardzo mało popularne i gdy się miało 50 czytelników tygodniowo, to to było mega dużo.

Grzeczny Chłopiec: A od początku miałaś przekonanie, że to co piszesz jest wartościowe i ciekawe?

Segritta: Oczywiście! Bo jestem strasznie mądrą kobietą i wiem, że to co piszę i mówię jest prawdą objawioną dla mas (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: Aha (śmiech).

Segritta: Nikt ci nie powie, że miał przeświadczenie, że jego tekst jest zajebiście dobry. To zawsze weryfikuje publiczność. Jeśli płodzisz jakiś tekst ileś czasu i jesteś z nim związany, to nie masz na tyle dystansu, żeby obiektywnie ocenić, czy on będzie dobry, czy nie.

Grzeczny Chłopiec: Tu się akurat nie zgodzę. Na początku, gdy jesteś totalnie świeża, to nie wiesz jak ludzie przyjmą to co piszesz. Ale po jakimś czasie, załóżmy po dwóch latach, na podstawie prób i błędów wiesz już co jest dobre, co złe i co chwyci.

Segritta: No widzisz, a ja wciąż nie wiem, dla mnie to jest wciąż niespodzianka. Często mam tak, że piszę tekst, który wydaje mi się świetny, bo włożyłam w niego naprawdę dużo pracy, albo jest w nim jakaś myśl, z której jestem dumna, a przechodzi zupełnie bez echa. A są teksty, które piszę na szybko na kolanie, żeby cokolwiek wrzucić, bo od 3 dni nie napisałam niczego i ten tekst nagle jest szerowany i lajkowany na potęgę. Także ja chyba wciąż nie wiem o co w tym wszystkim chodzi (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: A jeśli chodzi o tematy na posty – pomysły łatwiej przychodziły ci te 8 lat temu, czy teraz?

Segritta: Ciekawe pytanie, przyda się na pewno początkującym blogerom.

Ja przez cały pisania bloga – i do dzisiaj to mam – mam przekonanie, że mi się zaraz skończą pomysły. Ale one nigdy się nie kończą! Naprawdę!

Na samym początku pisałam głównie o języku, uwodzeniu i jakichś randkach internetowych i zastanawiałam się ile można o tym pisać? Wydawało mi się, że można znaleźć 5, góra 10 tematów, a potem już nie będę miała o czym pisać. A tu się okazuje, że właśnie nie. Że z tygodnia na tydzień zawsze wpadnie jakiś ciekawy temat. I jeśli teraz po 8 latach wciąż mam tematy na posty, to znaczy, że one się nie skończą nigdy, ale ten lęk w głowie blogera jednak jest.

Grzeczny Chłopiec: Odbijając od tematu pomysłów, blogi pisane w odróżnieniu od blogów opartych na zdjęciach, nie mogą pozyskiwać czytelników przez agregaty treści typu LookBooku.nu czy Durszlak.pl. Co robiłaś, żeby zdobyć pierwszych czytelników?

Segritta: Nic. Nigdy ich nie zdobywałam, oni sami przychodzili.

Grzeczny Chłopiec: Więc jak ludzie wpadali na Twojego bloga? Z wyszukiwarki?

Segritta: Dobry content promuje się sam. Nie ma szans, żebyś wrzucił do sieci dobry tekst i on nie poszedł dalej. To może nie stać się tak szybko jak przy treściach reklamowanych, ale się stanie.

Grzeczny Chłopiec: A kontrowersyjność nie była Twoim sposobem na przyciągnięcie czytelników? Kiedyś pisałaś dużo bardziej kontrowersyjnie, niż teraz. Więcej o seksie, więcej przekleństw, opłaciło się?

Segritta: Hmm… To nie było zaplanowane (śmiech). Człowiek się zmienia. Kiedyś byłam młodsza i bardziej górna i durna, jakby powiedział Mickiewicz, i dlatego pisałam trochę inne teksty innym językiem. Dziś pewnie napisałabym je zupełnie inaczej, ale tezy byłyby te same.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to nie był Twój sposób na zdobycie czytelników?

Segritta: Nie. Posądzasz mnie o jakieś metody, a ja nigdy nie miałam żadnych metod. Ja się nie znam na blogowaniu, ja po prostu lubię to robić. Zupełnie przypadkiem zyskałam czytelników, to było naturalne, to nie było planowane. Uważam, że nie powinno się pisać dla celu rosnącej popularności albo dla celu zarabiania, bo wtedy to nie wyjdzie, to będzie sztuczne.

Grzeczny Chłopiec: Przechodząc do aspektów techniczno-organizacyjnych związanych z blogowaniem – przez długi czas prowadziłaś bloga na platformie Blox.pl i bardzo późno przeszłaś na swoją własną domenę, czemu?

Segritta: Bo jestem strasznie leniwa i prokrastynuję i nie chciało mi się (śmiech). Przez 2 lata pracowałam w Agorze jako wideo operatorka/montażystka i miałam kontakt z ludźmi odpowiedzialnymi za Bloxa, przez co czułam się na tej platformie jak w domu. Jak miałam jakiś problem z blogiem, to pisałam do znajomych z administracji, oni od razu mi odpowiadali i to było tak wygodne i przyjemne, że nie myślałam o tym, żeby się przenosić. Później ci ludzie pozmieniali się na stanowiskach i Blox już nie był mi taki bliski, tylko stał się obcy. Nikogo tam nie znałam, jakoś dziwnie było się z nimi kontaktować i stwierdziłam, że to już najwyższy czas, żeby przejść na swoje.

Grzeczny Chłopiec: A widzisz jakieś konkretne różnice między posiadaniem bloga na swojej domenie i swoim serwerze, a platformie blogowej?

Segritta: Tak! Wtedy w końcu można zacząć budować swoją własną markę. Wcześniej nie mogłam tego robić, no bo jakby to wyglądało – wizytówka blogera z adresem bloga na platformie Blox? Chcąc nie chcąc jesteś wtedy uzależniony od tego serwisu.

Grzeczny Chłopiec: A na którym etapie prowadzenia bloga pojawili się reklamodawcy? Po roku, po dwóch, po pięciu?

Segritta: Nie pamiętam dokładnie w którym to było roku, ale pierwszym poważnym reklamodawcą u mnie na blogu był „Żywiec Zdrój”. I to była w ogóle jedna z pierwszych długotrwałych – bo aż roczna – kampanii w polskiej blogosferze. Przez rok miałam z nimi kontakt i co miesiąc pojawiał się na blogu jakiś wpis związany z tematyką wody. Bardzo fajna współpraca.

Grzeczny Chłopiec: Ale to było bardziej po roku, czy bardziej po dwóch?

Segritta: Oj nie, to było chyba dopiero po 5 latach.

Grzeczny Chłopiec: To późno, trudno było ci przetrwać ten okres?

Segritta: Jak to przetrwać? Blog był dla mnie czymś co robiłam na boku i w ogóle nie spodziewałam się, że będę na nim zarabiać.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to była cały czas czysta zajawka i nie było w ogóle ciśnienia na monetyzację?

Segritta: Wtedy blogi w ogóle nie zarabiały, w blogosferze się nic nie działo, więc nie było mowy o pieniądzach.

Grzeczny Chłopiec: Okej, a jak godziłaś pracę na etacie z blogiem? To nie był dla ciebie problem?

Segritta: Nigdy nie miałam etatu, nigdy bym się na to nie zgodziłam. Jestem za bardzo wolnym duchem.

Grzeczny Chłopiec: Więc jak godziłaś pracę nie na etacie z blogiem (śmiech)?

Segritta: Jak ma się własną działalność gospodarczą, to można swobodnie decydować o czasie pracy, a poza tym – na pisanie zawsze znajdzie się czas. To jest jak z seksem. Jak lubisz seks, to zawsze najdziesz na niego czas. A jeśli palisz, to na fajki zawsze znajdą się pieniądze.

Grzeczny Chłopiec: Okej, to w którym momencie stwierdziłaś, że już nie musisz pracować, bo kasa z bloga ci wystarcza?

Segritta: Ależ ja wciąż muszę pracować. Po prostu robię coś innego. Blog to jest ciężka praca.

Grzeczny Chłopiec: Jasne, ale kiedy stwierdziłaś, że nie musisz robić nic innego oprócz bloga?

Segritta: To było jakiś rok temu. Wcześniej zarobki były zbyt nieregularne, żebym zrezygnowała ze swojej działalności i z tego co robiłam wcześniej, a mniej więcej rok temu ich podstawa zrobiła się na tyle stabilna, że rzeczywiście można się z tego utrzymać. I jest coraz lepiej, choć nie mam pojęcia, czy w którymś momencie to nie tąpnie.

Grzeczny Chłopiec: A ten moment – rok temu – gdy pojawiło się tyle i ofert i reklamodawców, że stwierdziłaś, że blog może zostać podstawowym źródłem utrzymania, to był jakiś przełom, czy stopniowa ewolucja?

Segritta: Stopniowa ewolucja, choć przyznaję, że takim przełomem jeśli chodzi o kampanie u mnie, była kampania Peugeot z Kominkiem i Fashionelką. To było chyba w maju roku temu.

Grzeczny Chłopiec: Czyli jedna duża, dobrze zrealizowana współpraca przyciągnęła inne?

Segritta: Tak, dobre kampanie, dobra współpraca z markami przyciąga kolejne. Oczywiście nie może być tego za dużo, to muszą być odpowiednie marki, nie można brać wszystkiego. Ale warto się do współpracy przyłożyć, zrobić to dobrze, z korzyścią dla klienta i jednocześnie dla czytelników, bo to może zadecydować o przyszłych kampaniach.

Grzeczny Chłopiec: A nie boisz się, że propozycje współpracy teraz są, ale za pół roku może minąć moda na blogi i już nikt się do Ciebie nie zgłosi?

Segritta: Może. Ale z tego co widzę ta popularność blogerów cały czas rośnie, a tam gdzie są czytelnicy, tam gdzie są ludzie, tam też jest reklama. To jest nierozłączne. Jest jakiś lęk, że to wszystko zaraz się może skończyć, ale to jest po prostu mało prawdopodobne.

Grzeczny Chłopiec: Ciągnąc jeszcze wątek porzucenia twojej działalności filmowo-montażowej, na rzecz bloga, jak zareagowali na to twoi znajomi i rodzina? Powiedzieli, że to świetny pomysł, czy raczej myśleli, że oszalałaś?

Segritta: To była czysta decyzja ekonomiczna. W momencie kiedy coś ci przynosi większy dochód, niż to co robiłeś wcześniej, to wiadomo, że skupiasz się na tym drugim. Gdy miałam wybór czy zrobić kampanię blogową z jakimś wyjazdem, która przyniesie sensowne pieniądze, czy wziąć zlecenie wideo-dokumentacji jakiegoś eventu firmowego, za którą dostanę 1500zł, to oczywiście, ze wybierałam kampanię na blogu. Bo nie dość, że była przyjemniejsza, to jeszcze przyniosła większe pieniądze, więc to nie niosło ze sobą żadnego ryzyka.

Grzeczny Chłopiec: Zamykając temat kasy – po rozmowie z Kasią Gorol (autorką bloga “Jestem Kasia”) jeden z czytelników stwierdził, że z pisania bloga mogą się utrzymać tylko samotni dwudziestolatkowie, bo na blogowaniu zarabia się za małe pieniądze, żeby utrzymać rodzinę. To prawda?

Segritta: Nie wiem, nie mam rodziny.

Grzeczny Chłopiec: Ale gdybyś się obudziła rano i okazało się, że jesteś w ciąży, to byłabyś w stanie utrzymać siebie i dziecko?

Segritta: Oczywiście, że tak. Tyle, że tak jak w przypadku wielu zawodów da się ustawić średnią płacę, tak w przypadków blogów nie da się tego zrobić, bo jest za duży rozstrzał. Zdecydowana większość blogerów nie zarabia nic, a z tych którzy zarabiają cokolwiek tylko niewielka część może się z blogowania utrzymać. I jak tu teraz liczyć średnią? Poza tym zarobki są bardzo nieregularne. Gdybym teraz miała dziecko, mogłabym je utrzymać. Nie wiem natomiast, co będzie za rok. No i nie wiem, czy mogłabym utrzymać i dziecko i męża jednocześnie.

Grzeczny Chłopiec: Powoli kończąc – jak myślisz, czemu tak mało jest popularnych blogów lifestylowych opartych o treść pisaną (opinie, emocje, sprawy-damsko męskie itd.), a tak dużo modowych? Przecież teoretycznie rzecz biorąc, łatwiej jest coś napisać, niż ciekawie się ubrać, znaleźć miejsce do sesji, zrobić zdjęcia, potem je obrobić i umieścić w sieci?

Segritta: Żeby prowadzić bloga lifestylowego trzeba umieć pisać, a żeby mieć bloga modowego wystarczy być ładną dziewczyną. Jest dużo więcej ładnych kobiet, niż ludzi potrafiących pisać. Oczywiście trzeba być więcej niż ładną dziewczyną, żeby odnieść sukces wśród blogów modowych – tak samo jak trzeba czegoś więcej niż „umieć pisać”, aby odnieść sukces w lifestyle’u, ale to jest taka podstawa.

Grzeczny Chłopiec: Słowo na koniec dla marud i malkontentów – jak Segritta zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka?

Segritta: Hmm… muszę się zastanowić. Ale metaforycznie, dosłownie?

Grzeczny Chłopiec: I tak, tak i tak. Co byś poradziła osobom, które czytają twojego bloga, jarają się nim i też by chciały mieć takie życie jak ty, ale albo się boją albo nie mogą się przełamać?

Segritta: Dla początkujących blogerów mam tylko i wyłącznie jedną radę – pisz! Cytując najlepszy tekst motywujący – Laskę z „Chłopaki nie płaczą” – zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – co chcesz w życiu robić? A potem to rób.

Grzeczny Chłopiec: I jeszcze musisz znaleźć kogoś kto będzie ci za to płacił (śmiech)!

Segritta: Właśnie nie. Jeśli lubisz coś robić i to robisz, to ta osoba, która będzie ci za to płacić sama się znajdzie.

Podryw w plenerze?

Jest ciepło, wiatr wieje, kwiaty pachną. Można wylegiwać się na ławce na plantach, rozłożyć na murku nad Wisłą, albo piknikować pod  drzewem w Parku Jordana. Dziewczyny zrzuciły zimowe kokony, odsłaniając więcej, niż ich rodzice w noc poślubną, przez co idąc przez miasto można dostać zawrotów głowy. Albo skręcić sobie kark. Do tego w Krakowie właśnie trwają juwenalia. Znasz lepsze okoliczności na podryw?

Wiem, wiem, sam fakt, że dziewczyny są zjawiskowe, chętne i głodne przygód Ci nie wystarcza. Tak jak w przypadku podrywu w klubie musisz mieć jeszcze jakiś zabójczy tekst. Spoko. Przez ostatnie kilka dni, specjalnie dla Ciebie, chodziłem z kumplami po Miasteczku AGH i zagadywałem do płci przeciwnej w najgorszy możliwy sposób. Wszystko po to, by udowodnić Ci, że to co mówisz nie ma większego znaczenia. Liczy się sam fakt, że to robisz.

Spodziewałbyś się, że dziewczyna nie dość, że Cię nie spławi, to wciągnie się w rozmowę i da Ci swój numer, jeśli zaczniesz gadkę od hasła…

 

Widziałyście koc w panterkę?

Najlepiej sprawdza się w terenie grillowo-piknikowym, gdzie jest dużo ludzi okupujących połacie zieleni. Warto stosować po zmroku, gdy za wiele już nie widać i nikomu nie przyjdzie do głowy, że naprawdę szukasz czegoś takiego jak koc w panterkę. Najlepiej reagują na to dziewczyny od 4-go roku wzwyż. Te młodsze mogą zacząć gadać z Tobą o panterkowych Vansach, stanikach w geparda i innych częściach garderoby pokrytych imitacją skór dzikich kotów. Jeśli nie jesteś na bieżąco z modą albo „National Geographic”, to odpuść sobie.

Stopień skomplikowania frazy: 80%

Poziom absurdu: 70%

Skuteczność: 85%

[emaillocker]

Wiecie gdzie jest Strumyk?

To z kolei działa głównie na pierwszaczki. Te starsze wiedzą, że to jeden z akademików na Miasteczku – wskażą Ci drogę i pójdą dalej. Te młodsze nie. Więc zaczynają drążyć temat. A co to, a po co, a dlaczego, a czemu strumyk, a nie rzeczka albo jeziorko, bo ona jest z Białołęki i tam tyle rzek i tak zielono i… łykają haczyk. Nawet jeśli po 20 minutach zorientują się, że de facto właśnie stoją pod Strumykiem i wisi za nimi wielki szyld z nazwą budynku, to nie odstrasza ich to. W ogóle.

Stopień skomplikowania frazy: 65%

Poziom absurdu: 55%

Skuteczność: 70%

 

Przybij piątkę!

„Bo dzisiaj światowy dzień piątki”, choć zazwyczaj nie trzeba tego dodawać. Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo, ale dziewczyny na wyciągniętą w górę dłoń reagują jak na rozkaz. Nie wiem, czy to podświadomość, czy moje linie papilarne, ale zawsze przybijają. No dobra, prawie zawsze. Zdarza się, że nie chcą przybić, gdy idą z chłopakiem pod ramię. Trudno. Zagadanie na „przybij piątkę” jest o tyle efektywne, że od początku oswajasz dziewczynę z kontaktem fizycznym i dotykiem, przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho.

Stopień skomplikowania frazy: 30%

Poziom absurdu: 90%

Skuteczność: 99,99%

 

Same mądre rzeczy

Jak widzisz, to jakich od słów zaczynasz rozmowę jest niesamowicie istotne. Znaczenie ma zarówno ilość spółgłosek, samogłosek, jak i  nienaganna odmiana przez przypadki słów, których używasz. Dobrze już tydzień przed wyjściem na miasto zacząć się zastanawiać nad idealnym otwieraczem. Jeden niewłaściwy zwrot i wszystkie kobiety w promieniu 200 kilometrów będą wiedziały, że masz małego penisa, a w 6 klasie podstawówki nosiłeś przypałowy sweter po młodszym bracie.

Nie lekceważ tego!

[/emaillocker]

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!