Close
Close

Koncert z komórki jest lepszy, niż na żywo?

Skip to entry content

W niedzielę w Krakowie grało Hey. Gwiazda. Artyści. Tacy prawdziwi, nie jak Gosia Andrzejewicz, czy Kasia Cerekwicka.

Każdy ich koncert jest dla mnie jak utrata dziewictwa. Najpierw o tym czytam, nerwowo zaciskając palce. Potem o tym myślę przed zaśnięciem, wizualizując „jak by to było gdyby…”. Później odliczam dni, godziny i minuty, aż w końcu jest, jest ten dzień. Idę nabuzowany. Lekko wstrząśnięty, niezmieszany. Pełen nadziei, pełen oczekiwań, przekonany, że będzie się działo. Oj, będzie!

I w odróżnieniu od pierwszego, bliższego kontaktu z reprezentantką płci przeciwnej, dzieje się. Oj, dzieje.

Pierwszy rząd mój, skopane kostki moje, zdarte gardło moje, wilgotne powieki moje. Powietrze gęste jest od nostalgii i nieszczęśliwej miłości. Ziemia pokryta jest krwią z otwartych ran w sercach publiczności. Przypływy emocji powodują powodzie po kostki. Brodzę w tym, współodczuwając weltschmerz z prowodyrką tego zamieszania. Patrzę na nią i widzę, że przeżywa na nowo, na nowo i na nowo, to o czym śpiewa. Przeżywam to razem z nią. Potrzebujemy tego, żeby się oczyścić. Oboje po to tu przyszliśmy.

Śpiewam z Nosowską zahipnotyzowany „chciałbym móc zanurzyć głowę w strumieniu twojej świadomości”, wspominając wszystkie byłe i myśląc o tej jednej jedynej przyszłej, a tu mi ktoś kurwa zasłania scenę komórką. No kurwa mać!

Chce się pochwalić, że ma Samsung Galaxy S III, czy wysyła sygnały do nadlatujących samolotów? No cholera jasna nic nie widzę, bo on nagrywa! Jest foto-wideo kamerzystą-montażystą-onanistą i będzie nagrywał cały koncert, a potem wyśle go na „Off Plus Camerę” albo na festiwal w Cannes nakładając filtry z Instragama. Przyszedł na koncert jednej z trzech kobiet w polskim mainstreamie, które same piszą sobie teksty i nie będzie słuchał. Nie będzie się wczuwał, przeżywał uniesień i otwierał sfery uczuć, do której normalnie nie jest w stanie dotrzeć. Nie dozna katharsis. Nie. On będzie nagrywał.

Nagrywał, żeby wrócić do domu i zobaczyć jak dobrze można było się bawić na tym koncercie. Żeby obejrzeć na komputerze, jakie emocje wywołuje w ludziach bezpośredni kontakt z świetną muzyką. Emocje, których nie doświadczył, bo nie miał kiedy. Bo nie było na to czasu. Bo był zajęty, skupiony, zaabsorbowany nagrywaniem.

Na komórce.

Zasłaniając mi scenę.

(niżej jest kolejny tekst)

15
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
Karolina9 typów osób, których nie chcesz spotkać pod scenąmalvina_perafał dlooqash.com Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agga
Gość
Agga

Nienawidzę tego! Najlepsze jest to, że te filmiki zawszę brzmią jak dźwięk startującego samolotu, potem zostają masowo wrzucane na Jutjuba i nikt ich nie ogląda w obawie przed utratą słuchu albo wzroku. Albo ludzie z pierwszego rzędu robiący sobie słit focie na tle sceny, ech, szaleeeństwo! I po co im to? Ja jestem zwolenniczą chodowania wspomnień w głowie, a nie za pomocą aparatów, kamer, dyktafonów, czy czego tam jeszcze. Tak samo jak nie rozumiem ludzi stojących w pierwszym rzędzie, ziewających, z miną jakby chcieli kogoś zabić, zamiast śpiewać, bawić się, skakać, COKOLWIEK! A koncerty to taka cudowna sprawa…

Wojciech Kopeć
Gość

No cóż sprawa jest nieco bardziej złożona w mojej opinii – tradycja ‚bootlegowania’ koncertów jest/była dość mocno zakorzeniona, zwłaszcza te kilkanaście lat temu. Słuchało się wówczas wszystkiego nie zwracając uwagi na jakość, biorąc pod uwagę że wersje koncertowe zazwyczaj BARDZO różniły się od studyjnych (bądź całkowicie). To właśnie z popularności bootlegów zaczęto wydawać płyty koncertowe (choć nadal jest ich za mało, są zbyt cięte i obrobione w mojej skromnej opinii) – choćby rewelacyjny Live! Heya ze Spodka. I choć jakoś bootlegów bardzo często pozostawiała i pozostawia sporo do życzenia to jednak próba uchwycenia tego jednego, konkretnego wykonania jest, w moim… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Wojtek jestem w szoku, to pierwszy komentarz, w którym nie ograniczyłeś się do wrzucenia gifu z mem :)

Wojciech Kopeć
Gość

Żaden nie pasował, cholera

Grzeczny Chłopiec
Gość

Co kwestii o której napisałeś, to jasne, rozumiem, że może zajść taka sytuacja, ale to w momencie, kiedy ktoś faktycznie ma jakiś sprzęt do rejestracji audio-wideo, a nie smatrfona, który przemieli ten zapis jak kombajn. I druga sprawa, trudno mi uwierzyć żeby nagle 1/4 publiczności jest fanami improwizacji zespołów, które jednak nie improwizują.

Wojciech Kopeć
Gość

E bo Hey się skończył na Banachu :P

tattwa
Gość

„Każdy ich koncert jest dla mnie jak utrata dziewictwa ”
<3
Hey – drugi koncert, na jakim byłam w życiu. Miałam może z 14 lat. Bo pierwszy to był Kult…

looqash.com
Gość

Weź… Gorsze od nagrywania czymkolwiek koncertu jest to, jak w tłumie i ścisku takim, że nie masz żadnej szansy ruszyć nawet piętą, jest koleś, taki mega totalnie wykręcony fan fanatyk zespołu, znający wszystkie ąę w piosenkach i totalnie niemający głosu żeby je śpiewać. Ale próbuje – nad uchem wykrzykuje każde słowo, każdy jęk tak że łeb ci pęka i nie masz szans usłyszeć oryginału, skacze i trąca łokciami tak że siniaki na drugi dzień masz tam gdzie to niemożliwe. Tak miałem na Coldplay w Gdyni – koleś zepsuł mi cały koncert.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Właśnie niemal idealnie scharakteryzowałeś moje zachowanie podczas koncertu, ale na Coldplayu to nie byłem ja :)

looqash.com
Gość

O widzisz ;) Ja nie mam nic do tłoku i do skaczących z podniecenia ludzi tak ogólnie, ale trochę koncertów w życiu zaliczyłem i ten kolo w Gdyni był wybitnie irytujący. Zamiast do pierwszego rzędu przypałętał się do nas – gdzieś w środku publiki. Pecha mieliśmy po prostu ;)

rafał d
Gość
rafał d

Metoda ‚na nadwornego paparazzi’ sprawdza się lepiej na imprezech/domówkach.
Widziałeś keidyś żeby osoba która non stop robi tam wszystkim zdjęcia źle się bawiła?
No właśnie. O to mniej więcej chodzi.
Aby nie było widać.
Myślę, że opisane zachowanie na koncertach to tylko kolejny krok w tym kierunku.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Trasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja ogólnopolska

Skip to entry content

Pamiętacie, że wychodzenie z domu działa i wyjeżdżanie za miasto też? Nie do końca, co? Spoko, odświeżę Wam pamięć.

Gazeta Wyborcza wraz z producentem opon Continental, przygotowała akcję o kryptonimie „Trasy Magiczne”. Z grubsza chodzi o to, żeby:

  • zachęcić ludzi do wyjazdów za miasto, plenerowych wycieczek i spędzania czasu na świeżym powietrzu
  • stworzyć największą bazę inspirujących, tras podróżniczych po Polsce, która finalnie zostanie wydana jako przewodnik.

Cele szczytne, założenia piękne, zdjęcia dodane w aplikacji też nie gorsze. Ale, ale, poza stricte ideowymi przesłankami, jest też inny motywator, który powinien Was zachęcić do uczestnictwa w akcji i dodania swojej propozycji wycieczkowej. Przy pierwszym etapie „Tras Magicznych” mogliście wygrać wszystko mający aparat Sony NEX-F3. Aktualnie, właśnie zaczął się drugi etap inicjatywy i…

 

Do zgarnięcia jest Samsung Galaxy Tab 2

Do 10 czerwca trwa drugi – ogólnopolski – etap, w którym 10 osób ma szansę wygrać powyższy tablet. Żeby tak się stało, musicie dodać w aplikacji swój pomysł na ciekawą, kilkudniową wycieczkę. I tym razem nie w obrębie swojego regionu, lecz po całej Polsce. Morze, góry, Mazury – wszystkie miejsca, gdzie można zapomnieć się na chwilę i odpocząć od miejskiego zgiełku wchodzą w grę.

Jedna ważna sprawa – musi być to miejsce, w którym faktycznie byliście i uważacie jest warte rekomendacji. Dzięki temu w bazie (i w przyszłym przewodniku) znajdą się trasy, które niosą ze sobą jakieś konkretne wartości podróżniczo-relaksacyjno-poznawcze, a nie tylko kilkugodzinną jazdę samochodem.

To co, masz jakieś zdjęcia z ostatniego wypadu nad jeziora, które mógłbyś wrzucić? Bo ja mam z góry i…

 

Proponuję Giewont


Tatry niby nie są w małopolskim, ale z Krakowa do Zakopanego wcale nie jest daleko, dlatego sugeruję wyjazd na górską wędrówkę (zahaczając o Poronin albo Biały Dunajec po drodze). Po pierwsze cisza, po drugie spokój, po trzecie świeże powietrze, po czwarte łydy i jędrne pośladki się same nie zrobią. A przyjemniej pozbywać się tłuszczu zdobywając szczyty, niż kisnąć na siłce w centrum miasta. Serio.

W zależności od kondycji można porwać się na Giewont (który zawsze jest choć trochę ośnieżony) i Kasprowy Wierch, lub bardziej stonowanie – na Morskie Oko i Czarny Staw przez Halę Kondratową. Jeśli naprawdę gdzieś macie poczuć magię, to właśnie w górach. Tam jest inny świat. Na wysokości 1600 metrów jest trochę jak przy locie samolotem, można w końcu spojrzeć na pewne sprawy z dystansu i odciąć się od codziennych problemów.

Przekonałem się do „Iron Mana”

Skip to entry content

Po wiosennych niewypałach, które miałem nieprzyjemność obejrzeć (średni „Poradnik pozytywnego myślenia” i tragiczny „Spring breakers”) ze sporymi oczekiwaniami wypatrywałem „Wielkiego Gatsby’ego”. W końcu zagra tam mistrz mistrzów na mistrzami – DiCaprio i słodziutka jak malinowy sorbet Mulligan. Polska premiera dopiero w piątek, więc filmu wypatruję nadal, ale żeby nie wypatrzeć sobie oczu do cna (ogniskując źrenice na siną dal), poszedłem na coś kompletnie z innej beczki. Na „Iron Mana 3”.

Jedynki chyba nie widziałem, dwójka przeleciała mi przed oczami jak gołębie na starym mieście, a na „Avengersów” nie załapałem się do kina, więc nie zrobili na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Lubię ekranizacje komiksów i w ogóle superbohatersko-sensacyjne filmy, ale nie jestem komiksowym świrem na wzór Sheldona z „Teorii Wielkiego Podrywu”. Po prostu lubię się rozerwać, jak to mawiają japońscy kamikaze, nieprzeintelektualizowaną rozrywką.

W tym duchu skoczyłem z chłopakami do kina zobaczyć…

 

Co ma do zaoferowania gość w blaszanym kombinezonie?

Bez owijania w sreberko powiem, że sporo. „Iron Man 3” lekko burzy teorię na temat sequeli, że zwiększanie się cyfry po nazwie filmu jest odwrotnie proporcjonalne do przyjemności z oglądania.

Trzecia część przygód kolesia latającego w maluchu po liftingu, ma zasadniczo wszystko, co powinien mieć dobry film kina akcji. Jest i sensowny motyw przewodni napędzający wydarzenia, i kozackie gadżety pobudzające wyobraźnię, i dobra maniura będąca przyczyną zwrotów akcji, i śmieszne (w dosłownym tego słowa znaczeniu) elementy komediowe. No i przede wszystkim akcja! Bardzo dużo akcji, ale nie tyle, co w „Transformers 3”, gdzie trzeba było całość obejrzeć w zwolnionym tempie, żeby ogarnąć co się dzieje na ekranie.

Nie chcę popadać w wazeliniarstwo, ale reżyser złapał zdrowe proporcje, uzyskując złoty środek między poszczególnymi elementami. Przede wszystkim…

 

Efekty specjalne są, ale nie psują filmu

Teraz wszędzie jest 3D. Nawet w przykrych polskich komediach (tak, chodzi mi o „Kac Wawę”). Nawet na wydrukach faktur. Nawet w szałasach na Galapagos.

W najnowszej ekranizacji „Iron Mana” też jest 3D. Jest też masa scen kręconych na green boxie i od cholery wizualizacji, do wygenerowania których zaprzęgnięto maszyny mające większą moc obliczeniową, niż komputery w NASA. Ale to wszystko wkomponowane jest w film z umiarem. Nie ma serii niekończących się wybuchów przez 90 minut, po którym następują napisy końcowe.

Jak Robert Downey tłucze się na śmierć i życie, to sypią iskry rozświetlając całą salę kinową, a dźwięk wyginanej blachy potrafi wybić z głowy nawet piosenkę recytowana podczas pierwszej komunii świętej. Ale jak ściąga ten metalowy kombinezon, bo akurat nie lata w przestworzach, tylko błąka się po jakimś zadupiu przez 30 minut, to też jest w porządku. Jak jest w filmie czas na przekazanie istotnych dla fabuły wątków, przez co jest więcej scen mówionych, niż tłuczony, to też nie ma zamuły.

Lasery, przerośnięte roboty kuchenne, kule ognia i wybuchający ludzie, na tyle nie przesłaniają filmu, że jest też miejsce na…

 

Dobre dialogi

I w kategorii kina akcji mówiąc dobre, mam na myśli śmieszne. I to śmieszne w praktyce, a nie tylko teorii.

Tony Stark z tymi włosami na żel, bródką na latynoskiego lowelasa i ciuchami w stylu śpieszę-się-na-autobus-do-Energy-2000 wygląda ultra przypałowo. Czerstwe gadki prowadzone z komputerem, któremu w dodatku nadał imię, też nie działają na jego korzyść. Mimo to, potrafi rzucić żartem na poziomie. Żartem, z którego śmieje się cała sala, nie tylko laski kolesi z logiem pitbulla na spodniach.

„Iron Man 3” doprawiony jest bardzo adekwatną ilością smaczków komediowych. Poza hasełkami Tony’ego, które rezolutnie rzuca do swojej dziewczyny (Gwyneth Paltrow – brałbym, brał!), 8-latka i czarnych charakterów, pojawia się sporo żartów sytuacyjnych. Choćby ten, gdy w kulminacyjnym momencie ostatecznej walki dobra ze złem, tuż przed zadaniem ciosu oswobodzającego ludzkość z rąk psychopaty, rozlatuje mu się zbroja.

O pozostałych gagach Wam nie powiem, żeby nie psuć zabawy, ale wiedzcie, że…

 

„Człowiek Z Żelaza 3” jest naszpikowany emocjami

…o których wcześniej nie wspomniałem.

Ekscytacja i zaskoczenie miesza się ze smutkiem i złością, przechodząc w końcu w radość i wzruszenie. Tak, dobrze przeczytałeś – wzruszenie. Też bym się nie spodziewał, ale na tej hollywoodzkiej, typowo komercyjnej produkcji można się nawet wzruszyć. Nie jest to taki strumień łez jak na „Avatarze”, „Titanicu”, czy choćby „Królu Lwie”, ale jest moment, że powieki robią się wilgotniejsze. Równoważy się to z momentami przejęcia się tragiczną i bezwyjściową sytuacją głównego bohatera, i poczuciem ognistej chęci dokopanie „temu złemu”.

Jeśli w korzystaniu z rozrywki chodzi o emocje, to tu je znajdziecie.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!