Close
Close

Koncert z komórki jest lepszy, niż na żywo?

Skip to entry content

W niedzielę w Krakowie grało Hey. Gwiazda. Artyści. Tacy prawdziwi, nie jak Gosia Andrzejewicz, czy Kasia Cerekwicka.

Każdy ich koncert jest dla mnie jak utrata dziewictwa. Najpierw o tym czytam, nerwowo zaciskając palce. Potem o tym myślę przed zaśnięciem, wizualizując „jak by to było gdyby…”. Później odliczam dni, godziny i minuty, aż w końcu jest, jest ten dzień. Idę nabuzowany. Lekko wstrząśnięty, niezmieszany. Pełen nadziei, pełen oczekiwań, przekonany, że będzie się działo. Oj, będzie!

I w odróżnieniu od pierwszego, bliższego kontaktu z reprezentantką płci przeciwnej, dzieje się. Oj, dzieje.

Pierwszy rząd mój, skopane kostki moje, zdarte gardło moje, wilgotne powieki moje. Powietrze gęste jest od nostalgii i nieszczęśliwej miłości. Ziemia pokryta jest krwią z otwartych ran w sercach publiczności. Przypływy emocji powodują powodzie po kostki. Brodzę w tym, współodczuwając weltschmerz z prowodyrką tego zamieszania. Patrzę na nią i widzę, że przeżywa na nowo, na nowo i na nowo, to o czym śpiewa. Przeżywam to razem z nią. Potrzebujemy tego, żeby się oczyścić. Oboje po to tu przyszliśmy.

Śpiewam z Nosowską zahipnotyzowany „chciałbym móc zanurzyć głowę w strumieniu twojej świadomości”, wspominając wszystkie byłe i myśląc o tej jednej jedynej przyszłej, a tu mi ktoś kurwa zasłania scenę komórką. No kurwa mać!

Chce się pochwalić, że ma Samsung Galaxy S III, czy wysyła sygnały do nadlatujących samolotów? No cholera jasna nic nie widzę, bo on nagrywa! Jest foto-wideo kamerzystą-montażystą-onanistą i będzie nagrywał cały koncert, a potem wyśle go na „Off Plus Camerę” albo na festiwal w Cannes nakładając filtry z Instragama. Przyszedł na koncert jednej z trzech kobiet w polskim mainstreamie, które same piszą sobie teksty i nie będzie słuchał. Nie będzie się wczuwał, przeżywał uniesień i otwierał sfery uczuć, do której normalnie nie jest w stanie dotrzeć. Nie dozna katharsis. Nie. On będzie nagrywał.

Nagrywał, żeby wrócić do domu i zobaczyć jak dobrze można było się bawić na tym koncercie. Żeby obejrzeć na komputerze, jakie emocje wywołuje w ludziach bezpośredni kontakt z świetną muzyką. Emocje, których nie doświadczył, bo nie miał kiedy. Bo nie było na to czasu. Bo był zajęty, skupiony, zaabsorbowany nagrywaniem.

Na komórce.

Zasłaniając mi scenę.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Trasy Magiczne – wychodzenie z domu wersja ogólnopolska

Skip to entry content

Pamiętacie, że wychodzenie z domu działa i wyjeżdżanie za miasto też? Nie do końca, co? Spoko, odświeżę Wam pamięć.

Gazeta Wyborcza wraz z producentem opon Continental, przygotowała akcję o kryptonimie „Trasy Magiczne”. Z grubsza chodzi o to, żeby:

  • zachęcić ludzi do wyjazdów za miasto, plenerowych wycieczek i spędzania czasu na świeżym powietrzu
  • stworzyć największą bazę inspirujących, tras podróżniczych po Polsce, która finalnie zostanie wydana jako przewodnik.

Cele szczytne, założenia piękne, zdjęcia dodane w aplikacji też nie gorsze. Ale, ale, poza stricte ideowymi przesłankami, jest też inny motywator, który powinien Was zachęcić do uczestnictwa w akcji i dodania swojej propozycji wycieczkowej. Przy pierwszym etapie „Tras Magicznych” mogliście wygrać wszystko mający aparat Sony NEX-F3. Aktualnie, właśnie zaczął się drugi etap inicjatywy i…

 

Do zgarnięcia jest Samsung Galaxy Tab 2

Do 10 czerwca trwa drugi – ogólnopolski – etap, w którym 10 osób ma szansę wygrać powyższy tablet. Żeby tak się stało, musicie dodać w aplikacji swój pomysł na ciekawą, kilkudniową wycieczkę. I tym razem nie w obrębie swojego regionu, lecz po całej Polsce. Morze, góry, Mazury – wszystkie miejsca, gdzie można zapomnieć się na chwilę i odpocząć od miejskiego zgiełku wchodzą w grę.

Jedna ważna sprawa – musi być to miejsce, w którym faktycznie byliście i uważacie jest warte rekomendacji. Dzięki temu w bazie (i w przyszłym przewodniku) znajdą się trasy, które niosą ze sobą jakieś konkretne wartości podróżniczo-relaksacyjno-poznawcze, a nie tylko kilkugodzinną jazdę samochodem.

To co, masz jakieś zdjęcia z ostatniego wypadu nad jeziora, które mógłbyś wrzucić? Bo ja mam z góry i…

 

Proponuję Giewont


Tatry niby nie są w małopolskim, ale z Krakowa do Zakopanego wcale nie jest daleko, dlatego sugeruję wyjazd na górską wędrówkę (zahaczając o Poronin albo Biały Dunajec po drodze). Po pierwsze cisza, po drugie spokój, po trzecie świeże powietrze, po czwarte łydy i jędrne pośladki się same nie zrobią. A przyjemniej pozbywać się tłuszczu zdobywając szczyty, niż kisnąć na siłce w centrum miasta. Serio.

W zależności od kondycji można porwać się na Giewont (który zawsze jest choć trochę ośnieżony) i Kasprowy Wierch, lub bardziej stonowanie – na Morskie Oko i Czarny Staw przez Halę Kondratową. Jeśli naprawdę gdzieś macie poczuć magię, to właśnie w górach. Tam jest inny świat. Na wysokości 1600 metrów jest trochę jak przy locie samolotem, można w końcu spojrzeć na pewne sprawy z dystansu i odciąć się od codziennych problemów.

Przekonałem się do „Iron Mana”

Skip to entry content

Po wiosennych niewypałach, które miałem nieprzyjemność obejrzeć (średni „Poradnik pozytywnego myślenia” i tragiczny „Spring breakers”) ze sporymi oczekiwaniami wypatrywałem „Wielkiego Gatsby’ego”. W końcu zagra tam mistrz mistrzów na mistrzami – DiCaprio i słodziutka jak malinowy sorbet Mulligan. Polska premiera dopiero w piątek, więc filmu wypatruję nadal, ale żeby nie wypatrzeć sobie oczu do cna (ogniskując źrenice na siną dal), poszedłem na coś kompletnie z innej beczki. Na „Iron Mana 3”.

Jedynki chyba nie widziałem, dwójka przeleciała mi przed oczami jak gołębie na starym mieście, a na „Avengersów” nie załapałem się do kina, więc nie zrobili na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia. Lubię ekranizacje komiksów i w ogóle superbohatersko-sensacyjne filmy, ale nie jestem komiksowym świrem na wzór Sheldona z „Teorii Wielkiego Podrywu”. Po prostu lubię się rozerwać, jak to mawiają japońscy kamikaze, nieprzeintelektualizowaną rozrywką.

W tym duchu skoczyłem z chłopakami do kina zobaczyć…

 

Co ma do zaoferowania gość w blaszanym kombinezonie?

Bez owijania w sreberko powiem, że sporo. „Iron Man 3” lekko burzy teorię na temat sequeli, że zwiększanie się cyfry po nazwie filmu jest odwrotnie proporcjonalne do przyjemności z oglądania.

Trzecia część przygód kolesia latającego w maluchu po liftingu, ma zasadniczo wszystko, co powinien mieć dobry film kina akcji. Jest i sensowny motyw przewodni napędzający wydarzenia, i kozackie gadżety pobudzające wyobraźnię, i dobra maniura będąca przyczyną zwrotów akcji, i śmieszne (w dosłownym tego słowa znaczeniu) elementy komediowe. No i przede wszystkim akcja! Bardzo dużo akcji, ale nie tyle, co w „Transformers 3”, gdzie trzeba było całość obejrzeć w zwolnionym tempie, żeby ogarnąć co się dzieje na ekranie.

Nie chcę popadać w wazeliniarstwo, ale reżyser złapał zdrowe proporcje, uzyskując złoty środek między poszczególnymi elementami. Przede wszystkim…

 

Efekty specjalne są, ale nie psują filmu

Teraz wszędzie jest 3D. Nawet w przykrych polskich komediach (tak, chodzi mi o „Kac Wawę”). Nawet na wydrukach faktur. Nawet w szałasach na Galapagos.

W najnowszej ekranizacji „Iron Mana” też jest 3D. Jest też masa scen kręconych na green boxie i od cholery wizualizacji, do wygenerowania których zaprzęgnięto maszyny mające większą moc obliczeniową, niż komputery w NASA. Ale to wszystko wkomponowane jest w film z umiarem. Nie ma serii niekończących się wybuchów przez 90 minut, po którym następują napisy końcowe.

Jak Robert Downey tłucze się na śmierć i życie, to sypią iskry rozświetlając całą salę kinową, a dźwięk wyginanej blachy potrafi wybić z głowy nawet piosenkę recytowana podczas pierwszej komunii świętej. Ale jak ściąga ten metalowy kombinezon, bo akurat nie lata w przestworzach, tylko błąka się po jakimś zadupiu przez 30 minut, to też jest w porządku. Jak jest w filmie czas na przekazanie istotnych dla fabuły wątków, przez co jest więcej scen mówionych, niż tłuczony, to też nie ma zamuły.

Lasery, przerośnięte roboty kuchenne, kule ognia i wybuchający ludzie, na tyle nie przesłaniają filmu, że jest też miejsce na…

 

Dobre dialogi

I w kategorii kina akcji mówiąc dobre, mam na myśli śmieszne. I to śmieszne w praktyce, a nie tylko teorii.

Tony Stark z tymi włosami na żel, bródką na latynoskiego lowelasa i ciuchami w stylu śpieszę-się-na-autobus-do-Energy-2000 wygląda ultra przypałowo. Czerstwe gadki prowadzone z komputerem, któremu w dodatku nadał imię, też nie działają na jego korzyść. Mimo to, potrafi rzucić żartem na poziomie. Żartem, z którego śmieje się cała sala, nie tylko laski kolesi z logiem pitbulla na spodniach.

„Iron Man 3” doprawiony jest bardzo adekwatną ilością smaczków komediowych. Poza hasełkami Tony’ego, które rezolutnie rzuca do swojej dziewczyny (Gwyneth Paltrow – brałbym, brał!), 8-latka i czarnych charakterów, pojawia się sporo żartów sytuacyjnych. Choćby ten, gdy w kulminacyjnym momencie ostatecznej walki dobra ze złem, tuż przed zadaniem ciosu oswobodzającego ludzkość z rąk psychopaty, rozlatuje mu się zbroja.

O pozostałych gagach Wam nie powiem, żeby nie psuć zabawy, ale wiedzcie, że…

 

„Człowiek Z Żelaza 3” jest naszpikowany emocjami

…o których wcześniej nie wspomniałem.

Ekscytacja i zaskoczenie miesza się ze smutkiem i złością, przechodząc w końcu w radość i wzruszenie. Tak, dobrze przeczytałeś – wzruszenie. Też bym się nie spodziewał, ale na tej hollywoodzkiej, typowo komercyjnej produkcji można się nawet wzruszyć. Nie jest to taki strumień łez jak na „Avatarze”, „Titanicu”, czy choćby „Królu Lwie”, ale jest moment, że powieki robią się wilgotniejsze. Równoważy się to z momentami przejęcia się tragiczną i bezwyjściową sytuacją głównego bohatera, i poczuciem ognistej chęci dokopanie „temu złemu”.

Jeśli w korzystaniu z rozrywki chodzi o emocje, to tu je znajdziecie.