Close
Close

Rusz tyłek #2 – rozmowa z Segrittą

Skip to entry content

Segritta (a w zasadzie Matylda Kozakiewicz), to jedyna kobieta, która przebiła się do ścisłej czołówki polskiej blogosfery, tworząc bloga opartego głównie na treści pisanej. Pisze o tym jak żyć, co jest dobre, a co złe, a z jej opinią liczy się zarówno rzesza czytelników, jak i duże marki. Jest w miejscu, w którym ja chcę być za rok. W ramach akcji „Rusz tyłek”, pogadałem z nią o początkach blogosfery w Polsce, motywacji i podejściu do pisania, a także zarabianiu na blogu.

Grzeczny Chłopiec: Piszesz od 2005 roku, czyli od 8 lat. Jakby nie patrzeć, to szmat czasu. Zakładając bloga spodziewałaś się, że będziesz to robić tak długo?

Segritta: Nie. Nie sądzę, żeby jakikolwiek bloger myślał o tym ile będzie pisał, chyba, że zakłada bloga czysto komercyjnie z myślą o zarabianiu. Wtedy rzeczywiście może sobie zrobić jakiś plan na życie, że przez najbliższe 10 lat pisze bloga, później jest wielką gwiazdą i spija śmietankę ze swojego celebryctwa.

Grzeczny Chłopiec: Czyli nie miałaś konkretnych planów i pomysłów na przyszłość bloga w momencie jego zakładania?

Segritta: Absolutnie nie. W momencie kiedy ja zaczynałam pisać, blog był kompletną nowością i trudno było zakładać jakąś strategię. Moje pisanie wynikało z wewnętrznej potrzeby i nie wiedziałam ile to potrwa.

Grzeczny Chłopiec: A co cię demotywowało na samym początku przy pisaniu bloga?

Segritta: Nic.

Grzeczny Chłopiec: Nic?

Segritta: Pierwszy moment, kiedy zaczęło mnie cokolwiek demotywować to gdy pojawili hejterzy. Na samym początku nie wiedziałam jak sobie z nimi radzić, bo powiedzmy sobie, że kiedy ktoś ci mówi, że jesteś gruby, głupi i brzydki, to to jest przykre. Ale to i tak pojawiło się dopiero po kilku latach pisania.

Grzeczny Chłopiec: A nie demotywowało cię, że piszesz już 3 tygodnie i dalej nikt nie komentuje twoich wpisów?

Segritta: Nie. Przede wszystkim dlatego, że blogi wtedy w ogóle były bardzo mało popularne i gdy się miało 50 czytelników tygodniowo, to to było mega dużo.

Grzeczny Chłopiec: A od początku miałaś przekonanie, że to co piszesz jest wartościowe i ciekawe?

Segritta: Oczywiście! Bo jestem strasznie mądrą kobietą i wiem, że to co piszę i mówię jest prawdą objawioną dla mas (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: Aha (śmiech).

Segritta: Nikt ci nie powie, że miał przeświadczenie, że jego tekst jest zajebiście dobry. To zawsze weryfikuje publiczność. Jeśli płodzisz jakiś tekst ileś czasu i jesteś z nim związany, to nie masz na tyle dystansu, żeby obiektywnie ocenić, czy on będzie dobry, czy nie.

Grzeczny Chłopiec: Tu się akurat nie zgodzę. Na początku, gdy jesteś totalnie świeża, to nie wiesz jak ludzie przyjmą to co piszesz. Ale po jakimś czasie, załóżmy po dwóch latach, na podstawie prób i błędów wiesz już co jest dobre, co złe i co chwyci.

Segritta: No widzisz, a ja wciąż nie wiem, dla mnie to jest wciąż niespodzianka. Często mam tak, że piszę tekst, który wydaje mi się świetny, bo włożyłam w niego naprawdę dużo pracy, albo jest w nim jakaś myśl, z której jestem dumna, a przechodzi zupełnie bez echa. A są teksty, które piszę na szybko na kolanie, żeby cokolwiek wrzucić, bo od 3 dni nie napisałam niczego i ten tekst nagle jest szerowany i lajkowany na potęgę. Także ja chyba wciąż nie wiem o co w tym wszystkim chodzi (śmiech).

Grzeczny Chłopiec: A jeśli chodzi o tematy na posty – pomysły łatwiej przychodziły ci te 8 lat temu, czy teraz?

Segritta: Ciekawe pytanie, przyda się na pewno początkującym blogerom.

Ja przez cały pisania bloga – i do dzisiaj to mam – mam przekonanie, że mi się zaraz skończą pomysły. Ale one nigdy się nie kończą! Naprawdę!

Na samym początku pisałam głównie o języku, uwodzeniu i jakichś randkach internetowych i zastanawiałam się ile można o tym pisać? Wydawało mi się, że można znaleźć 5, góra 10 tematów, a potem już nie będę miała o czym pisać. A tu się okazuje, że właśnie nie. Że z tygodnia na tydzień zawsze wpadnie jakiś ciekawy temat. I jeśli teraz po 8 latach wciąż mam tematy na posty, to znaczy, że one się nie skończą nigdy, ale ten lęk w głowie blogera jednak jest.

Grzeczny Chłopiec: Odbijając od tematu pomysłów, blogi pisane w odróżnieniu od blogów opartych na zdjęciach, nie mogą pozyskiwać czytelników przez agregaty treści typu LookBooku.nu czy Durszlak.pl. Co robiłaś, żeby zdobyć pierwszych czytelników?

Segritta: Nic. Nigdy ich nie zdobywałam, oni sami przychodzili.

Grzeczny Chłopiec: Więc jak ludzie wpadali na Twojego bloga? Z wyszukiwarki?

Segritta: Dobry content promuje się sam. Nie ma szans, żebyś wrzucił do sieci dobry tekst i on nie poszedł dalej. To może nie stać się tak szybko jak przy treściach reklamowanych, ale się stanie.

Grzeczny Chłopiec: A kontrowersyjność nie była Twoim sposobem na przyciągnięcie czytelników? Kiedyś pisałaś dużo bardziej kontrowersyjnie, niż teraz. Więcej o seksie, więcej przekleństw, opłaciło się?

Segritta: Hmm… To nie było zaplanowane (śmiech). Człowiek się zmienia. Kiedyś byłam młodsza i bardziej górna i durna, jakby powiedział Mickiewicz, i dlatego pisałam trochę inne teksty innym językiem. Dziś pewnie napisałabym je zupełnie inaczej, ale tezy byłyby te same.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to nie był Twój sposób na zdobycie czytelników?

Segritta: Nie. Posądzasz mnie o jakieś metody, a ja nigdy nie miałam żadnych metod. Ja się nie znam na blogowaniu, ja po prostu lubię to robić. Zupełnie przypadkiem zyskałam czytelników, to było naturalne, to nie było planowane. Uważam, że nie powinno się pisać dla celu rosnącej popularności albo dla celu zarabiania, bo wtedy to nie wyjdzie, to będzie sztuczne.

Grzeczny Chłopiec: Przechodząc do aspektów techniczno-organizacyjnych związanych z blogowaniem – przez długi czas prowadziłaś bloga na platformie Blox.pl i bardzo późno przeszłaś na swoją własną domenę, czemu?

Segritta: Bo jestem strasznie leniwa i prokrastynuję i nie chciało mi się (śmiech). Przez 2 lata pracowałam w Agorze jako wideo operatorka/montażystka i miałam kontakt z ludźmi odpowiedzialnymi za Bloxa, przez co czułam się na tej platformie jak w domu. Jak miałam jakiś problem z blogiem, to pisałam do znajomych z administracji, oni od razu mi odpowiadali i to było tak wygodne i przyjemne, że nie myślałam o tym, żeby się przenosić. Później ci ludzie pozmieniali się na stanowiskach i Blox już nie był mi taki bliski, tylko stał się obcy. Nikogo tam nie znałam, jakoś dziwnie było się z nimi kontaktować i stwierdziłam, że to już najwyższy czas, żeby przejść na swoje.

Grzeczny Chłopiec: A widzisz jakieś konkretne różnice między posiadaniem bloga na swojej domenie i swoim serwerze, a platformie blogowej?

Segritta: Tak! Wtedy w końcu można zacząć budować swoją własną markę. Wcześniej nie mogłam tego robić, no bo jakby to wyglądało – wizytówka blogera z adresem bloga na platformie Blox? Chcąc nie chcąc jesteś wtedy uzależniony od tego serwisu.

Grzeczny Chłopiec: A na którym etapie prowadzenia bloga pojawili się reklamodawcy? Po roku, po dwóch, po pięciu?

Segritta: Nie pamiętam dokładnie w którym to było roku, ale pierwszym poważnym reklamodawcą u mnie na blogu był „Żywiec Zdrój”. I to była w ogóle jedna z pierwszych długotrwałych – bo aż roczna – kampanii w polskiej blogosferze. Przez rok miałam z nimi kontakt i co miesiąc pojawiał się na blogu jakiś wpis związany z tematyką wody. Bardzo fajna współpraca.

Grzeczny Chłopiec: Ale to było bardziej po roku, czy bardziej po dwóch?

Segritta: Oj nie, to było chyba dopiero po 5 latach.

Grzeczny Chłopiec: To późno, trudno było ci przetrwać ten okres?

Segritta: Jak to przetrwać? Blog był dla mnie czymś co robiłam na boku i w ogóle nie spodziewałam się, że będę na nim zarabiać.

Grzeczny Chłopiec: Czyli to była cały czas czysta zajawka i nie było w ogóle ciśnienia na monetyzację?

Segritta: Wtedy blogi w ogóle nie zarabiały, w blogosferze się nic nie działo, więc nie było mowy o pieniądzach.

Grzeczny Chłopiec: Okej, a jak godziłaś pracę na etacie z blogiem? To nie był dla ciebie problem?

Segritta: Nigdy nie miałam etatu, nigdy bym się na to nie zgodziłam. Jestem za bardzo wolnym duchem.

Grzeczny Chłopiec: Więc jak godziłaś pracę nie na etacie z blogiem (śmiech)?

Segritta: Jak ma się własną działalność gospodarczą, to można swobodnie decydować o czasie pracy, a poza tym – na pisanie zawsze znajdzie się czas. To jest jak z seksem. Jak lubisz seks, to zawsze najdziesz na niego czas. A jeśli palisz, to na fajki zawsze znajdą się pieniądze.

Grzeczny Chłopiec: Okej, to w którym momencie stwierdziłaś, że już nie musisz pracować, bo kasa z bloga ci wystarcza?

Segritta: Ależ ja wciąż muszę pracować. Po prostu robię coś innego. Blog to jest ciężka praca.

Grzeczny Chłopiec: Jasne, ale kiedy stwierdziłaś, że nie musisz robić nic innego oprócz bloga?

Segritta: To było jakiś rok temu. Wcześniej zarobki były zbyt nieregularne, żebym zrezygnowała ze swojej działalności i z tego co robiłam wcześniej, a mniej więcej rok temu ich podstawa zrobiła się na tyle stabilna, że rzeczywiście można się z tego utrzymać. I jest coraz lepiej, choć nie mam pojęcia, czy w którymś momencie to nie tąpnie.

Grzeczny Chłopiec: A ten moment – rok temu – gdy pojawiło się tyle i ofert i reklamodawców, że stwierdziłaś, że blog może zostać podstawowym źródłem utrzymania, to był jakiś przełom, czy stopniowa ewolucja?

Segritta: Stopniowa ewolucja, choć przyznaję, że takim przełomem jeśli chodzi o kampanie u mnie, była kampania Peugeot z Kominkiem i Fashionelką. To było chyba w maju roku temu.

Grzeczny Chłopiec: Czyli jedna duża, dobrze zrealizowana współpraca przyciągnęła inne?

Segritta: Tak, dobre kampanie, dobra współpraca z markami przyciąga kolejne. Oczywiście nie może być tego za dużo, to muszą być odpowiednie marki, nie można brać wszystkiego. Ale warto się do współpracy przyłożyć, zrobić to dobrze, z korzyścią dla klienta i jednocześnie dla czytelników, bo to może zadecydować o przyszłych kampaniach.

Grzeczny Chłopiec: A nie boisz się, że propozycje współpracy teraz są, ale za pół roku może minąć moda na blogi i już nikt się do Ciebie nie zgłosi?

Segritta: Może. Ale z tego co widzę ta popularność blogerów cały czas rośnie, a tam gdzie są czytelnicy, tam gdzie są ludzie, tam też jest reklama. To jest nierozłączne. Jest jakiś lęk, że to wszystko zaraz się może skończyć, ale to jest po prostu mało prawdopodobne.

Grzeczny Chłopiec: Ciągnąc jeszcze wątek porzucenia twojej działalności filmowo-montażowej, na rzecz bloga, jak zareagowali na to twoi znajomi i rodzina? Powiedzieli, że to świetny pomysł, czy raczej myśleli, że oszalałaś?

Segritta: To była czysta decyzja ekonomiczna. W momencie kiedy coś ci przynosi większy dochód, niż to co robiłeś wcześniej, to wiadomo, że skupiasz się na tym drugim. Gdy miałam wybór czy zrobić kampanię blogową z jakimś wyjazdem, która przyniesie sensowne pieniądze, czy wziąć zlecenie wideo-dokumentacji jakiegoś eventu firmowego, za którą dostanę 1500zł, to oczywiście, ze wybierałam kampanię na blogu. Bo nie dość, że była przyjemniejsza, to jeszcze przyniosła większe pieniądze, więc to nie niosło ze sobą żadnego ryzyka.

Grzeczny Chłopiec: Zamykając temat kasy – po rozmowie z Kasią Gorol (autorką bloga “Jestem Kasia”) jeden z czytelników stwierdził, że z pisania bloga mogą się utrzymać tylko samotni dwudziestolatkowie, bo na blogowaniu zarabia się za małe pieniądze, żeby utrzymać rodzinę. To prawda?

Segritta: Nie wiem, nie mam rodziny.

Grzeczny Chłopiec: Ale gdybyś się obudziła rano i okazało się, że jesteś w ciąży, to byłabyś w stanie utrzymać siebie i dziecko?

Segritta: Oczywiście, że tak. Tyle, że tak jak w przypadku wielu zawodów da się ustawić średnią płacę, tak w przypadków blogów nie da się tego zrobić, bo jest za duży rozstrzał. Zdecydowana większość blogerów nie zarabia nic, a z tych którzy zarabiają cokolwiek tylko niewielka część może się z blogowania utrzymać. I jak tu teraz liczyć średnią? Poza tym zarobki są bardzo nieregularne. Gdybym teraz miała dziecko, mogłabym je utrzymać. Nie wiem natomiast, co będzie za rok. No i nie wiem, czy mogłabym utrzymać i dziecko i męża jednocześnie.

Grzeczny Chłopiec: Powoli kończąc – jak myślisz, czemu tak mało jest popularnych blogów lifestylowych opartych o treść pisaną (opinie, emocje, sprawy-damsko męskie itd.), a tak dużo modowych? Przecież teoretycznie rzecz biorąc, łatwiej jest coś napisać, niż ciekawie się ubrać, znaleźć miejsce do sesji, zrobić zdjęcia, potem je obrobić i umieścić w sieci?

Segritta: Żeby prowadzić bloga lifestylowego trzeba umieć pisać, a żeby mieć bloga modowego wystarczy być ładną dziewczyną. Jest dużo więcej ładnych kobiet, niż ludzi potrafiących pisać. Oczywiście trzeba być więcej niż ładną dziewczyną, żeby odnieść sukces wśród blogów modowych – tak samo jak trzeba czegoś więcej niż „umieć pisać”, aby odnieść sukces w lifestyle’u, ale to jest taka podstawa.

Grzeczny Chłopiec: Słowo na koniec dla marud i malkontentów – jak Segritta zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka?

Segritta: Hmm… muszę się zastanowić. Ale metaforycznie, dosłownie?

Grzeczny Chłopiec: I tak, tak i tak. Co byś poradziła osobom, które czytają twojego bloga, jarają się nim i też by chciały mieć takie życie jak ty, ale albo się boją albo nie mogą się przełamać?

Segritta: Dla początkujących blogerów mam tylko i wyłącznie jedną radę – pisz! Cytując najlepszy tekst motywujący – Laskę z „Chłopaki nie płaczą” – zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – co chcesz w życiu robić? A potem to rób.

Grzeczny Chłopiec: I jeszcze musisz znaleźć kogoś kto będzie ci za to płacił (śmiech)!

Segritta: Właśnie nie. Jeśli lubisz coś robić i to robisz, to ta osoba, która będzie ci za to płacić sama się znajdzie.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Podryw w plenerze?

Jest ciepło, wiatr wieje, kwiaty pachną. Można wylegiwać się na ławce na plantach, rozłożyć na murku nad Wisłą, albo piknikować pod  drzewem w Parku Jordana. Dziewczyny zrzuciły zimowe kokony, odsłaniając więcej, niż ich rodzice w noc poślubną, przez co idąc przez miasto można dostać zawrotów głowy. Albo skręcić sobie kark. Do tego w Krakowie właśnie trwają juwenalia. Znasz lepsze okoliczności na podryw?

Wiem, wiem, sam fakt, że dziewczyny są zjawiskowe, chętne i głodne przygód Ci nie wystarcza. Tak jak w przypadku podrywu w klubie musisz mieć jeszcze jakiś zabójczy tekst. Spoko. Przez ostatnie kilka dni, specjalnie dla Ciebie, chodziłem z kumplami po Miasteczku AGH i zagadywałem do płci przeciwnej w najgorszy możliwy sposób. Wszystko po to, by udowodnić Ci, że to co mówisz nie ma większego znaczenia. Liczy się sam fakt, że to robisz.

Spodziewałbyś się, że dziewczyna nie dość, że Cię nie spławi, to wciągnie się w rozmowę i da Ci swój numer, jeśli zaczniesz gadkę od hasła…

 

Widziałyście koc w panterkę?

Najlepiej sprawdza się w terenie grillowo-piknikowym, gdzie jest dużo ludzi okupujących połacie zieleni. Warto stosować po zmroku, gdy za wiele już nie widać i nikomu nie przyjdzie do głowy, że naprawdę szukasz czegoś takiego jak koc w panterkę. Najlepiej reagują na to dziewczyny od 4-go roku wzwyż. Te młodsze mogą zacząć gadać z Tobą o panterkowych Vansach, stanikach w geparda i innych częściach garderoby pokrytych imitacją skór dzikich kotów. Jeśli nie jesteś na bieżąco z modą albo „National Geographic”, to odpuść sobie.

Stopień skomplikowania frazy: 80%

Poziom absurdu: 70%

Skuteczność: 85%

[emaillocker]

Wiecie gdzie jest Strumyk?

To z kolei działa głównie na pierwszaczki. Te starsze wiedzą, że to jeden z akademików na Miasteczku – wskażą Ci drogę i pójdą dalej. Te młodsze nie. Więc zaczynają drążyć temat. A co to, a po co, a dlaczego, a czemu strumyk, a nie rzeczka albo jeziorko, bo ona jest z Białołęki i tam tyle rzek i tak zielono i… łykają haczyk. Nawet jeśli po 20 minutach zorientują się, że de facto właśnie stoją pod Strumykiem i wisi za nimi wielki szyld z nazwą budynku, to nie odstrasza ich to. W ogóle.

Stopień skomplikowania frazy: 65%

Poziom absurdu: 55%

Skuteczność: 70%

 

Przybij piątkę!

„Bo dzisiaj światowy dzień piątki”, choć zazwyczaj nie trzeba tego dodawać. Za każdym razem zaskakuje mnie to tak samo, ale dziewczyny na wyciągniętą w górę dłoń reagują jak na rozkaz. Nie wiem, czy to podświadomość, czy moje linie papilarne, ale zawsze przybijają. No dobra, prawie zawsze. Zdarza się, że nie chcą przybić, gdy idą z chłopakiem pod ramię. Trudno. Zagadanie na „przybij piątkę” jest o tyle efektywne, że od początku oswajasz dziewczynę z kontaktem fizycznym i dotykiem, przez co dużo łagodniej zareaguje, gdy zaczniesz lizać jej ucho.

Stopień skomplikowania frazy: 30%

Poziom absurdu: 90%

Skuteczność: 99,99%

 

Same mądre rzeczy

Jak widzisz, to jakich od słów zaczynasz rozmowę jest niesamowicie istotne. Znaczenie ma zarówno ilość spółgłosek, samogłosek, jak i  nienaganna odmiana przez przypadki słów, których używasz. Dobrze już tydzień przed wyjściem na miasto zacząć się zastanawiać nad idealnym otwieraczem. Jeden niewłaściwy zwrot i wszystkie kobiety w promieniu 200 kilometrów będą wiedziały, że masz małego penisa, a w 6 klasie podstawówki nosiłeś przypałowy sweter po młodszym bracie.

Nie lekceważ tego!

[/emaillocker]

Jesteśmy Polakami. Mówmy po polsku

Skip to entry content

Język polski jest trudnym językiem. Jasne. Wszystko odmienia się przez wszystko, ma niewymawialne zbitki głoskowe i jeszcze ta straszna ortografia. Dokładając do tego dyskusyjne kwestie interpunkcji, jakoś jestem w stanie zrozumieć czemu nasz język nie jest najpopularniejszym językiem świata. Tyle, że właśnie – to nasz język. Może być trudny dla obcokrajowców, ale nie dla nas. Nie dla rdzennych mieszkańców Polski posługującym się nim od pokoleń. Nie dla osób, które dojrzewały w czerpiącej z niego kulturze.

Niby oczywista oczywistość, ale od jakiegoś czasu branża reklamowo-interaktywna (a za nią popkultura) stara mi się wmówić, że jest inaczej. Że…

 

Angielski jest lepszy?

Że jest bardziej pro, bardziej biznesowy, bardziej naturalny.

Że lepiej focusować się na targecie, niż skupiać na grupie docelowej. Że teraz wszyscy followują brandy w social media, a nikt nie śledzi marek w portalach społecznościowych. Że lepiej zrobić slow down i przekroczyć deadline, niż wrzucić na luz i nie dotrzymać terminu. Że po zaliczeniu faila można rzucić joke’a i następny task będzie już easy cake’iem. Bo w przypadku porażki, następne zadanie na pewno nie byłoby bułką z masłem gdybyś zażartował. Po polsku.

Po angielsku wszystko jest lepsze.

Od podstawówki nie spotkałem nikogo, kto nosiłby czapkę z daszkiem na zapinkę. Takie nakrycie głowy to siara po całości. Co innego lanserski snapback. Analogicznie – lepiej, żeby dziewczyna zrobił Ci blow joba na dancefloorze, niż loda na parkiecie. Znaczenie tego drugiego mogłaby jeszcze zrozumieć Twoja mama i powiedzieć, że takie rzeczy nie przystoją na pierwszej randce. Spierdolenie projektu w pracy również nie spotkałoby się ze społeczną akceptacją, jednak jakiś weekendowy fuck-up jest już do przyjęcia.

 

Przyganiał bloger brand managerowi

Nie jestem bez winy. Nie jestem pierwszym i ostatnim prawdziwym purystą językowym w lśniących sandałach, rzucającym słownikami poprawnej polszczyzny we wszystkich zdrajców ojczystej mowy, wplatających makaronizmy w każde zdanie. Nie.

Również ulegam pandemii anglojęzycznych zwrotów. Najlepszym przykładem tego jest nazwa bloga. Zresztą nieraz zdarzy mi się powiedzieć, że ktoś coś wrzucił na facebookowego walla, mimo, że to słowo ma odpowiednik w języku polskim. Równie często mówię komuś, że zrobił to like a boss, bo jestem tak osaczony tym trendem, że trudno od niego uciec. Ale staram się to kontrolować. Staram się utrzymywać zdrowe proporcje, bo przecież…

 

Polski język ma tyle pięknych słów

Rozumiem, że są momenty kiedy trzeba użyć kalki z angielskiego, bo nie ma odpowiednika w polskim albo ma to jakiś konkretny cel. Ale w większości przypadków jest to niepotrzebne!

Te wszystkie trudności związane z językiem polskim, które wymieniłem we wstępie powodują, że jest on jeden jedyny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Każde słowo ma dziesiątki synonimów, każde zdanie można parafrazować na tak mnogą ilość sposobów, że serduszko mi pęka gdy ktoś te kwieciste, pełne zawijasów kombinacje zamienia na prostacki angielski. Już pomijam sprawy damsko-męskie i dewastowanie wyrażania zainteresowania, o którym mówiłem przy okazji hashtagów, ale w którym języku znajdziesz tyle przekleństw?

Chcesz zamienić te tysiące wariacji na temat kontaktów płciowych na jedno puste fuck?

 

Czyżbyś wstydził się własnego języka?

Wstydzę się za Polaków na emigracji, wstydzę się za europosłów, wstydzę się za chytra babę z Radomia. Na piłce nożnej się nie znam, ale koledzy mi mówią, że też powinienem się wstydzić. Nie jestem szczególnym patriotą, ale jeśli chodzi o nasz język to autentycznie go kocham. Mimo, że popełniam szereg błędów każdego rodzaju, to jestem nim zafascynowany. Uważam, że jest piękny i jestem dumny, że mogę się nim posługiwać na co dzień.

autorem zdjęcia w nagłówku jest gingerpig2000