Close
Close

Rusz tyłek #3 – rozmowa z Kubą Jankowskim z „Matura To Bzdura”

Skip to entry content

Po blogerce modowej (Kasia Gorol) i stylożyciowej (Segritta), przyszedł czas na poruszanie tyłkiem z jakimś facetem. I to w zasadzie nie jakimś, a bardzo konkretnym bo z Kubą Jankowskim – autorem „Matura To Bzdura” i „Kuba Show”. Kuba nie dość, że jest jednym z pionierów wideo w sieci w Polsce, który był przy narodzinach tego biznesu, to jest strasznie sympatycznym i otwartym gościem. Mimo, że jest turbo zajęty znalazł czas, żeby pogadać ze mną o motywacji do realizowania swoich marzeń i zarabianiu na YouTube.

Grzeczny Chłopiec: Większość osób zna cię z „Matura To Bzdura”. Przed tym programem miałeś wcześniej jakieś przygody z wideo w sieci, z których ludzie mogliby cię kojarzyć?

Kuba Jankowski: Nie, z wideo w sieci nie miałem wcześniej żadnych przygód, ale występowanie, niekoniecznie przed kamerą, było w moim życiu. Przez 6 lat występowałem w teatrze amatorskim „BEZPOŚREDNIKuff” w Gdańsku, który założyliśmy ze znajomymi. To było super, bo przebywałem z ludźmi, którzy mieli ciśnienie na robienie czegoś kreatywnego i twórczego po szkole, a nie granie w gry komputerowe w domu.

Więc to stąd się wzięło twoje zamiłowanie i predyspozycje do występów przed kamerą?

Zamiłowanie być może. Co do predyspozycji, to zostawiam to każdemu do oceny. Nie stałem nigdy wcześniej przed kamerą, nie pracowałem jako dziennikarz, nie jestem dziennikarzem i nie kształciłem się w tym kierunku. Jestem typowym naturszczykiem. Tak jak Kasia Cichopek jest aktorką w serialu, na takiej zasadzie ja jestem dziennikarzem.

Nie wolałeś w takim razie zostać zawodowym aktorem teatralnym, zamiast wchodzić na niepewnym grunt jakim w tamtych czasach był YouTube?

Mam świadomość swoich mocnych i słabych stron i wiedziałem, że na pewno nie czeka mnie kariera na deskach teatralnych. Śladami Michała Żebrowskiego raczej bym nie poszedł (śmiech).

Czyli racjonalnie oszacowałeś swoje szanse na karierę aktorską?

Tak. Mimo, że zajmuję się różnymi niecodziennymi rzeczami, to jestem jednak realistą w życiu i potrafię oszacować w czym jestem dobry, a w czym nie bardzo.

A miałeś jakieś obawy przed startem programu? Było coś co cię demotywowało? Nie bałeś się, że nie masz doświadczenia przed kamerą?

Nie, odnośnie programu nie miałem żadnych obaw, nic mnie nie demotywowało. Raczej z podnieceniem dziecka spoglądającego na bożonarodzeniowe niebo, wyglądającego gwiazdki, czekałem na start programu.

Byłem pozytywnie nastawiony, bo na początku to było dla nas coś dodatkowego. Coś co robiliśmy po zajęciach na uczelni, czy po pracy, i ja to traktowałem podobnie jak teatr – to było dla mnie fajną formą spędzenia czasu i też czymś co mogłem stworzyć. Chciałem być za coś odpowiedzialny, mieć coś swojego nietypowego, oryginalnego, alternatywnego.

A z jakim nastawieniem do kręcenia internetowych filmików podchodzili twoi bliscy – rodzina i przyjaciele? Traktowali to z przymrużeniem oka, jako chwilową fanaberię, czy widzieli w tym potencjał i na bieżąco cię wspierali?

Żeby wtedy – 3 lata temu – widzieć w tym potencjał, to trzeba by być osobą, która głęboko w tym siedzi i myśli perspektywicznie o tym, w którą stronę to się rozwinie. Wydaje mi się, że raczej postrzegali to jako coś fajnego, dodatkowego, co można robić w wolnym czasie. Dopiero gdy zaczęły się występy w telewizji, wywiady, wizyty w „Dzień Dobry TVN” i jakieś większe liczby wyświetleń pojawiły się na naszym kanale, zdali sobie sprawę, że to jest coś poważniejszego. Że to nie tylko jakieś etiudy studenckie wrzucane do internetu (śmiech).

Po ilu odcinkach „Matura To Bzdura” zaczęła przynosić jakieś sensowne pieniądze?

Po ilu odcinkach nie pamiętam, ale jeśli chodzi o czas, to było to po 6 miesiącach. W ogóle w historii „MTB” były dwa ważne momenty. Przez pierwsze pół roku nagrywaliśmy program na pożyczonej kamerze i on w zasadzie nie zarabiał, był hobbystyczny, a po tych 6 miesiącach mogliśmy w końcu kupić własną kamerę. Drugi ważny moment był po pierwszym sezonie programu – koniec 2011 roku. Wtedy pojawił się poważny sponsor z większymi pieniędzmi i dzięki temu mogliśmy zrezygnować z pracy i poświęcić się projektowi.

Z perspektywy czasu oceniasz, że to było długo, czy krótko, żeby dojść do momentu, w którym mogłeś się skupić tylko na „MTB”?

Czy to było długo, czy krótko? Hmm… kiedy my zaczynaliśmy na YouTube nie było ani RockAlone2k, ani Rojo, ani Polimatów, ani Abstrachujów. Była Baśka, Niekryty Krytyk i my, i to wszystko dopiero się kształtowało. Rynek reklamowy w sferze wideo dopiero raczkował, więc trudno mi się do czegoś odnieść. To był normalny rozwój.

A nie bałeś się tego, że przez to że tworzycie program w trójkę, w momencie, gdy pojawią się pieniądze zaczną się kłótnie – kto ile powinien dostawać?

Nie, bo to było od samego początku ustalone. Był jasny podział i w tym byliśmy konsekwentni, więc w tym temacie nie było żadnych problemów.

Szukaliście sponsorów na własną rękę, czy sami się zgłaszali?

Na początku, kiedy rozpoczynaliśmy program, rzeczywiście szukaliśmy ich sami i teraz wiele osób zaczynających z wideo w sieci, pyta mnie jak to zrobiliśmy. Jak to się stało, że już od pierwszego odcinka mieliśmy dwóch sponsorów – Cropp i Nokaut? Więc to jest technika uderzania głową w ścianę (śmiech). Uderzasz dopóki się nie przebijesz, a jak się nie uda szukasz następnej (śmiech). Po prostu nie można się poddawać, tylko próbować, próbować i dalej próbować. Czasem zrządzenie losu obrodzi jakąś sytuacją, a czasem rozwiązanie jest tuż pod twoim nosem, tylko go nie dostrzegasz.

Dużo osób chciało reklamować swój produkt przez filmiki na YouTube? Traktowali to poważnie?

Trudno mi odpowiedzieć, musiałbym być w skórze sponsorów. Ci z którymi współpracowaliśmy potraktowali to na tyle poważnie, że chcieli kojarzyć swoją markę z naszym programem. Mało tego, Nokaut nawet poprosił nas o stworzenie osobnego programu dedykowanego ich produktom i ich marce.

A pomijając sponsorów indywidualnych, da się wyciągnąć jakąś sensowną kwotę z samych reklam oferowanych przez program partnerski YouTube?

Tak, ale to zależy jakich masz sponsorów i ile akcji przeprowadzasz. Tak naprawdę niewielu YouTuberów mogłoby się pochwalić, że funkcjonuje tylko dzięki tym pieniądzom. To jest jakieś 10-20 kanałów. Musisz mieć naprawdę dużo wyświetleń i reklam, żeby coś konkretnego dzięki temu zarobić.

Biorąc pod uwagę czas i energię włożoną w kręcenie programu, jest to bardziej opłacalne, niż standardowa praca w korporacji?

Wiesz co, zawsze najważniejsza była myśl, że tworzysz coś własnymi rękami i umysłem. To była ta wartość, która mnie trzymała przy robieniu tego. Bo co innego jest pracować na czyjeś konto, a co innego tworzyć coś samemu i mieć z tego zadowolenie. Widzieć, że ludzie doceniają twój program, mówią, że robisz coś wyjątkowego – to jest istotne.

A pod kątem finansowym, też to dawało satysfakcję większą, niż normalna praca?

Niektórych by to satysfakcjonowało, innych nie. Najlepszym dowodem, że dla mnie to było satysfakcjonujące, jest to, że przez prawie 3 lata ten program współtworzyłem.

W ciągu tych niemal 3 lat kręcenia programu miałeś jakiś kryzys? Jakąś poważniejszą chwilę zwątpienia w sens i opłacalność tego co robisz?

Tak. To było przed przyjściem tego większego  sponsora, gdy wszyscy poza kręceniem programu musieliśmy normalnie chodzić do pracy. Siedliśmy z chłopakami pewnego wieczoru i powiedzieliśmy sobie, że jeśli ten program nie będzie nam przynosił większych zysków, niż przynosi w tym momencie, to zostawiamy to i zajmujemy się czymś innym w życiu. To był chyba moment kulminacyjny tego projektu. Na szczęście zaraz po tym pojawił się ten większy sponsor, dzięki czemu mogliśmy kontynuować to co robiliśmy.

Myślisz, że gdyby ten sponsor nie pojawił się w ciągu dwóch miesięcy, to byście się poddali?

Ciężko mi mówić „co by było gdyby…” i mogę się wypowiadać tylko za siebie, a nie całą trójkę, ale rozważaliśmy taką możliwość.

Zmierzając powoli ku końcowi – od dłuższego czasu prowadzisz swój osobisty kanał na YouTube, a ostatnio ogłosiłeś odejście z „MTB”? Było to podyktowane zmęczeniem formułą i chęcią próbowania nowych rzeczy, czy jakimiś osobistymi animozjami w zespole?

Nie było żadnych animozji. Dobrze to określiłeś mówiąc o zmęczeniu formułą. Tak jak kilkukrotnie mówiliśmy w tej rozmowie, „Matura..” trwała niemal 3 lata, a ja chciałem zrobić coś nowego. Zmierzyć się z jakimś nowym wyzwaniem, stworzyć coś innego. Stąd moja decyzja.

Nie sadzisz, że to mimo wszystko ryzykowny krok? Nie bałeś się, że „MTB” była jednak ukształtowaną marką, a Ty działając solo możesz nie zyskać takiej popularności i nie odnieść takiego sukcesu?

Można tak sądzić, ale ja po prostu chcę iść dalej. Chcę inaczej spożytkować swój potencjał twórczy i poszukam sobie czegoś innego. Mam swój vlog, jestem też na etapie budowania bloga o wdzięcznej nazwie HejKuba.pl i tu będę kierował swoje zainteresowanie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Ja żyję nadzieją, że to rzeczywiście będzie rosło i będzie atrakcyjne dla widzów i czytelników.

Stawiasz sobie jakiś cel prowadząc swój własny kanał? Masz jakieś skonkretyzowane plany na przyszłość?

Na vlogu będę umieszczał krótkie filmy dotyczące tego co mnie pasjonuje, smuci, raduje i pociąga. Będę mówił o swoich życiowych pasjach, komentował sytuacje, które mnie dotyczą. Mam też pomysł, żeby w wakacje rozpocząć nagrywanie nowego programu, którego emisję rozpocznę jesienią tego roku.

Czyli nie masz planu, że pół roku kręcisz vloga, a potem przechodzisz do telewizji?

Nie, nie mam takich ciągot telewizyjnych. Są u nas w świecie youtube’owym takie osoby, które celują w telewizję, ale ja do nich nie należę. Telewizja ogranicza, a ja tego nie lubię. Wolę sam decydować jaką formę i kształt przybiera to co robię. Poza tym wiem, że praca w telewizji – używając języka moich znajomych – jest ciężką orką.

Podsumowując – niezależność przede wszystkim?

Bardzo dobrze powiedziane (śmiech).

Pytanie na koniec: jak Kuba Jankowski – jeden z najpopularniejszych twórców wideo w Polsce – zmotywowałby wszystkie marudy do ruszenia tyłka i zrobienia czegoś swojego?

Dobre pytanie. Wielu z nas ma jakieś marzenie, jakiś cel, który chciałoby zrealizować, jakiś pomysł na siebie i boi się zrobić pierwszy krok. A nic więcej nie dzieli nas od zrealizowania tego marzenia, niż ten jeden jedyny krok. Być może nie uda się, być może to będzie porażka, ale satysfakcja, którą może odnieść z tego, że zrobi coś swoimi rękami jest nieporównywalnie większa od pracy na etacie.

Przez długi czas trenowałem koszykówkę i pomimo swojego nie za wysokiego wzrostu, marzyłem żeby być jak Michael Jordan. Zbierałem naklejki z jego podobizną i byłem ostro zafiksowany na punkcie tego sportu i wciąż mam na tapecie komputera cytat Michaela, który dobrze oddaje motywację do działania – „Nie trafiłem do kosza podczas mojej kariery ponad 9000 razy. Przegrałem niemal 300 meczów. 23 razy to do mnie należało oddanie decydującego rzutu i nie trafiłem. Ponosiłem w życiu porażkę za porażką i właśnie dlatego doniosłem sukces”. I o chyba to chodzi – jeśli coś chcemy zrobić, na czymś nam zależy, to po prostu musimy to robić.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Przy tekście o Maffashion, Jakóbiaku i Wojewódzkim wiele osób usprawiedliwiało Julię. Robili to na różne sposoby, jednak najpopularniejszą tezą tłumaczącą jej wstyd za bycie blogerką modową, była silna, wrodzona skromność. Niektórzy szafowali tą cechą charakteru jakby była idealną zasłoną dymną na wszystkie jej niedoskonałości. Jeden z czytelników (i de facto też bloger) zasugerował nawet, że celowo udawała skromną, bo to dobre PRowo zagranie. I miał sporo racji, bo przykład Pauliny „Szarej Myszki z demonicznego Zbąszynka” Papierskiej (zwyciężczyni pierwszej edycji „Top Model”) pokazuje, że…

 

Skromność jest dla Polaków wyższą wartością

Od przedszkola nieustannie miałem wrażenie, że bycie skromnym to jakiś nadrzędny cel w życiu. Prawie tak istotny jak bycie przeciętnym. Nikogo tak się nie gnoiło w gimnazjum jak wyróżniających się z tłumu. Od indywidualistów i kujonów gorsze były tylko chwalipięty. Ludzie z klasy po dłuższym czasie byli w stanie znieść to, że masz lepsze oceny od nich, ale nigdy, że głośno o tym mówisz! Już trudno, jak bardzo musisz, to możesz wybijać się ponad resztę, byleby po cichu.

W oczach ogółu zawsze lepiej było być nieudacznikiem, niż samochwałą.

Niedorajdę życiową zawsze traktowało się ze sporą dozą empatii i troski. Ofiary losu były akceptowane, bo łatwiej było je  zrozumieć i utożsamić się z nimi. A ludzie sukcesu? Oj nie, ci to kłuli w oczy jak cholera! Kradzież sąsiadowi wybaczysz, zniewagę przyjacielowi też, nawet zdradę swojej dziewczynie. Ale sukces? Sukcesu Polak Polakowi nie wybaczy. Zwłaszcza jeśli ma czelność publicznie o nim mówić.

Dojrzewałem w takiej obyczajowości i sam się łapałem na tym, że…

 

Irytowali mnie ludzie nieskromni

Bardzo mnie denerwowało, gdy ktoś otwarcie mówił o swoich osiągnięciach. Gdy nie zastanawiał się jak ja to odbiorę i 15 pozostałych osób, które w tamtym momencie go słuchały. Wkurzało mnie, że zupełnie nie przejmuje się tym, że jego sukcesy mogą mnie deprymować, zawstydzać, wpędzać w kompleksy. Że ani na chwilę nie zreflektuje się nad sobą. Nie zastanowi się, czy przypadkiem ja nie poczuję się przy nim gorszy, tylko bezczelnie się chwali! Jakby fakt, że udało mu się coś w życiu zrobić dawał mu do tego prawo.

Nieczuły skurwiel!

Zamiast gnić w ciepłym bagienku bylejakości, ten pieprzony buc postanowił z niego wyjść i sięgnąć po rzeczy, których z mojej perspektywy nawet nie było widać. Może i zdarzyło mi się o nich słyszeć, ale wolałem ich nie zapamiętywać, żeby się nie dołować. A ten nieznośny pyszałek po prostu po nie sięgnął i w dodatku teraz o tym mówi! Jak ja nie znosiłem takich ludzi. I to nie dlatego, że się chełpili swoimi osiągnięciami. To nie przez to, że przesadnie się z nimi obnosili. Nienawidziłem ich głównie dlatego, że im zazdrościłem. Chciałem być taki jak oni, ale nie potrafiłem.

Naprawdę dużo czasu mi zajęło wyzbycie się takiego nastawienia, ale w końcu zrozumiałem, że…

 

Nie ma żadnego logicznego powodu by być skromnym

Ani Ci to nie pomoże poznać nowych ludzi, ani znaleźć dziewczyny, a już na pewno pracy. Szczere mówienie o swoich sukcesach, umiejętnościach i zaletach (oczywiście nie popadające w ostentacyjne przechwalanie się) może Ci tylko i wyłącznie pomóc.

Skąd Twój przyszły pracodawca ma wiedzieć, że oprócz bycia dobrym analitykiem masz ponadprzeciętnie rozwinięty zmysł estetyczny i świetnie projektujesz, jeśli nikomu o tym nie powiesz? Jak chcesz znaleźć przyjaciół z którymi będziesz robił szalone rzeczy, jeżeli jedyne czym dzielisz się z innymi ludźmi to litania niepowodzeń i życiowych porażek? Myślisz, że ta supersztuka z dekoltem C w szortach XS i spojrzeniem z okładki Vogue’a poleci na Twój order przeciętniaka roku?

Nie ma ani jednego racjonalnego powodu, żebyś był skromny. No chyba, że go znasz?

Twórca treści zawsze jest szefem!

Skip to entry content

4 dni temu, po aferze zbożowej na Wykopie, pytałem Was kto był ważniejszy w tym sporze – użytkownicy, czy moderatorzy. I pytanie było nieco podchwytliwe, i sytuacja dość specyficzna, ale zadałem je po to, żeby pójść z dyskusją dalej i wyciągnięte z niej wnioski przełożyć na świat poza internetem. Wracając jednak do początku, to…

 

Na Wykopie najważniejsi są użytkownicy

Nie dlatego, że nabijają odsłony i tworzą ruch na serwisie. Nie dlatego, że są atrakcyjną grupą docelową dla reklamodawców. Nawet nie dlatego, że są lojalnymi, uzależnionym od serwisu fanatykami. Nie. Na Wykopie najważniejsi są użytkownicy, ponieważ to oni tworzą treść! To oni są sercem serwisu, jego podstawą, jego rdzeniem. Wykop to model oparty na koncepcji Web 2.0, więc nie ma takiej możliwości żeby obył się bez użytkowników, bo de facto to oni sa jego autorami.

Jasne, że można ich zastąpić (jak każdego człowieka poza rodzicami), ale nieporównywalnie trudniej to zrobić, niż znaleźć nowych moderatorów, których rola jest z góry określona, schematyczna i powtarzalna. Mogę założyć się o dobre piwko, że wszystkich pracowników administracji serwisu da się zastąpić nowymi w ciągu tygodnia. Kwestia poznania wytycznych i zaznajomienia z infrastrukturą strony, to raptem kilka dni. A znalezienie kilkuset tysięcy zaangażowanych internautów, codziennie dostarczających nową, atrakcyjną treść? To tak czasochłonny proces, że nawet nie jestem w stanie tego oszacować.

Tak ma się sprawa w przypadku serwisów UGC, jednak…

 

W przypadku blogów wygląda to zupełnie inaczej

Na blogach autorem treści jest bloger i to on jest szefem. To on jest głównym didżejem imprezy, który przyciąga ludzi. To wokół niego gromadzi się społeczność. Blog bez blogera nie może istnieć. Bez czytelników tak (najlepszym dowodem na to są miliony blogów, których kompletnie nikt nie czyta).

Odbiorców treści da się znaleźć/wymienić/zastąpić zawsze. Twórcę rzadko.

Nie piszę tego, żeby podnieść własne poczucie zajebistości i mentalnie onanizować się do swoich wpisów, puszczając je z IVONY przy zgaszonym świetle. Piszę o tym, ponieważ na każdym blogu jest wiele osób, które uważają się za ważniejsze od autora. Za centralny punkt danego bloga. Za jego motor napędowy magnetyzujący otoczenie wokół. Wydaje im się, że są na tyle istotni z punktu widzenia istnienia bloga, że mają prawo narzucać autorowi o czym, jak i kiedy ma pisać.

Roi im się, że są wyrocznią. Wyrocznią, która będzie dyktować, żądać, wymagać i egzekwować treść wpisów.

Mam to szczęście, że na Stay Fly są niemal sami kumaci czytelnicy, rozumiejący to, że w prowadzeniu bloga chodzi wewnętrzną potrzebę wyrażenia się autora. Że sednem jest odbieranie tego czym bloger chce się podzielić ze światem (i zgadzanie się z nim bądź nie). A nie wymuszanie określonych treści, w skrajnych przypadkach sprowadzające się do szantażowania odejściem. Tak nie zachowują się ceniący autora odbiorcy twórczości, tak robią…

 

Terroryści

Abstrahując od internetu i blogosfery, szantażowanie jest dużo popularniejsze w realnym świecie.

Założę się, że znasz przynajmniej 3 zespoły, których „fani” domagają się by zmieniły repertuar, a najlepiej wróciły do starego. Z pierwszych z brzegu, to choćby Hey, Chylińska i Pezet. Wystarczy wejść na ich fanpejdże by przeczytać, że:

  • Nosowska kiedyś grała prawdziwego rocka, a teraz to pościelowe ballady do telenoweli
  • Chylińska się sprzedała i powinna wrócić do pozy zbuntowanej nastolatki z O.N.A.
  • Pezet skończył się po „Muzyce poważnej” i nigdy nie nagra nic lepszego, niż kawałki na samplowanych bitach

W jaki klip na YouTube bym nie wszedł, widzę utyskiwania pseudo-słuchaczy, jasno określające jaką muzykę powinni grać. To nic, że artysta już nie ma 20 lat lat, tylko 30 albo 40, a jego światopogląd zmienił się od tego czasu 8-krotnie. To nic, że zmienił się jego status finansowy, a hierarchia wartości wywróciła się do góry nogami. Ludzie nie potrafią zrozumieć, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia, a priorytety są sztywne tylko wtedy, gdy sztywno siedzisz na garnuszku starych i nic nie robisz.

Nie rozumieją tego, że artysta – nie ważne, czy to muzyk, pisarz, czy grafik – tworzy z wewnętrznej potrzeby wyrażenia, a nie przypodobania się publiczności. Że dlatego to co robił wcześniej było takie świetne, bo wynikało to z jego indywidualnej, głębokiej i nieodpartej potrzeby tworzenia. A oni chcą mu narzucić tą potrzebę gwałtem. Stłamsić jego fascynację, zdusić jego chęć rozwoju, odkrywania nowych obszarów twórczych. Obrażają, plują, poniewierają i terroryzują.

Terroryzują, bo nie wiedzą, że to twórca treści jest szefem.