Close
Close

Miałem 19 lat. Byłem po maturze. Był koniec czerwca, a studia miały zacząć się dopiero za 3 miesiące. Większość moich znajomych z liceum bujała się po ciepłych krajach za hajs starych. Mniejszość zapijała nudę w parku w centrum miasta. Ja z dwoma kumplami pracowałem dorywczo w Castoramie na nocki, za tak śmieszną stawkę, że żarty Abelarda Gizy są przy niej czerstwe. Oczywiście po to, żeby mieć na to drugie.

Któregoś dnia mama pokazała mi ogłoszenie w „Wyborczej” z działu „praca – inne”. Szukali osób do sprzedawania gazet nad morzem. Z każdego sprzedanego egzemplarza dawali procent. Wychodziło jakieś 50 groszy od sztuki. Coś takiego. Za to zakwaterowanie – polówka w trzyosobowym kempingu – było za darmo. Pojechałem.

Wstawałem o 8:00, żeby o 8:30 odebrać świeże gazety od koordynatora, a o 9:00 być już na plaży i zacząć pracę. Przez 6 godzin chodziłem wzdłuż wybrzeża między parawanami i namawiałem ludzi na „Super Express”, „Politykę” i „Mojego Psa”. Niektórzy kupowali, większość to zlewała, a część po moim pytaniu „może gazetkę?” siliła się na ultra lotny żart „nie dziękuję, nie umiem czytać”. Nie omieszkałem ich poinformować, że „wiem, wiem, widać po twarzy”.

Każdego dnia, gdy szedłem przez deptak widząc jak miasteczko budzi się do życia, gdy witałem się po imieniu ze sprzedawcami na straganach, gdy kupowałem jagodziankę i jogurt u pani Zosi, gdy chodziłem sobie bez koszulki, wchodząc do wody i kładąc się na piasku kiedy miałem na to ochotę, gdy liczyłem napiwki po pracy i jadłem dorsza z frytkami za pół ceny w zaprzyjaźnionej knajpie, gdy wieczorem z innymi gazeciarzami robiłem grilla przed kempingiem albo piłem na plaży do wschodu słońca, za każdym razem myślałem sobie, że życie jest spoko.

 

***

 

Była dziewczyną mojego przyjaciela z piaskownicy. Byliśmy w drugiej klasie podstawówki i właśnie poznaliśmy się na jego urodzinach grając w „Chińczyka” albo „Eurobiznes”. Miała taki uśmiech, że wolałem go nawet od nowego zestawu LEGO. Straaasznie mi się podobała i chyba nawet powiedziałem jej coś w stylu „lubię cię”. Była najładniejszą dziewięciolatką jaką znałem, ale cóż z tego – była dziewczyną mojego przyjaciela.

Przestałem się z nim przyjaźnić gdzieś pod koniec czwartej klasy, ale jej uśmiech miałem w pamięci nieco dłużej. Chodziliśmy do innych szkół, które za specjalnie za sobą nie przepadały, zresztą byłem niewiarygodnie wstydliwy w tamtym okresie, więc szanse na to, że się spotkamy były nie wielkie. I nie spotkaliśmy się. Przez 12 lat. Mimo, że mieszkaliśmy w jednym mieście.

Przez taki szmat czasu zdążyliśmy dorosnąć i zmienić się niemal nie do poznania. Niemal.

Byłem w mieszkaniu u kumpla z grupy, bo robiliśmy reklamę na jakiś konkurs. W Krakowie. 4385 dni później. I wpadliśmy na siebie w przedpokoju, zaczynając rozmowę od hiper filmowego tekstu „czy my się przypadkiem skądś nie znamy?”. Znaliśmy się, choć po tylu latach nie wiem czy to stwierdzenie miało w sobie choć ziarenko prawdy.

Była zjawiskowa. Nie straciła nic ze swojego uroku odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Ba, spotęgował się wielokrotnie, bo nie była już dzieckiem, a wyjątkowo atrakcyjną kobietą.

Z lekkim niedowierzaniem, że to dzieje się naprawdę, zacząłem się z nią spotykać. Uwiedzenie jej było wyzwaniem, to było coś! Musiałem być błyskotliwy, elokwentny, spontaniczny, pewny siebie i wyjątkowy. I to naraz. Musiałem być najlepszą wersją siebie. W pewnym momencie poczułem, że nic z tego nie będzie. Że w najlepszym wypadku zostaniemy przyjaciółmi albo po prostu nie będziemy odwracać głowy mijając się na ulicy. Wtedy właśnie siadła mi na kolanach i zaczęła całować po szyi. Kiedy poczułem jej wilgotne, miękkie usta na swojej spękanej dolnej wardze, pomyślałem, że życie jest spoko. Spoko na maksa.

 

***

 

Były juwenalia. Czwartek – dzień przed pochodem. Poszliśmy z Marcinem na stadion Wisły, bo tego dnia gwiazdą wieczoru miało być Myslovitz. Czekając na 21:00 albo piliśmy piwo wylegując się na trawie, albo podrywaliśmy dziewczyny. Albo jedno i drugie. Od dwóch nawet wzięliśmy numery telefonów, tylko po to by nigdy do nich nie zadzwonić. W końcu na scenie pojawił się Rojek.

Ludzi było jak to na stadionie – od groma. Im bliżej barierek tym robiło się gęściej i trudniej było się przebić, ale ja musiałem być w pierwszym rzędzie. Musiałem być pod samą, ale to pod samą sceną. Po to tam przyszedłem. Dopóki nie dotknąłem ręką barierek, nie przestałem się pchać.

Zaczęli grać. I to mocno! Na pierwszy ogień poszli „Chłopcy”. Tyle razy siedziałem na chodniku słuchając tej piosenki, tak dobrze opisuje miejsce skąd pochodzę. Jej wersy mogłyby być epitafium mojego pokolenia. Dalej kolejny szlagier – „Dla Ciebie”, a potem „Chciałbym umrzeć z miłości”. Znów o mnie. Zresztą ich wszystkie numery są o mnie, dlatego śpiewałem każdy. Śpiewałem na całe gardło.

Wzruszałem się, skakałem i wyłem. Ciągle ktoś mnie popychał i deptał, a moje białe buty już nigdy miały nie być nawet szare. W powietrzu było tyle kurzu, że ciężko się oddychało i gdybym wtedy się wysmarkał, to chusteczka byłaby czarna. Po godzinie, miałem tak zdarte gardło, że Marcin nie rozumiał co do niego mówiłem, ale byłem w swoim żywiole i czułem, że życie jest spoko.

 

***

 

Dzisiaj obudziłem się o 10:00, puściłem „Can’t hold us” Macklemore’a, nalałem sobie soku ananasowego do szklanki i zrobiłem kanapkę z jajkiem, szynką i majonezem. Wyszedłem na balkon w krótkich spodenkach i japonkach wystawić buzię do słońca i popatrzeć na Wawel. Przeczesałem włosy dłonią, wziąłem gryza i pomyślałem, że życie jest spoko. Bo jest.

(niżej jest kolejny tekst)

111
Dodaj komentarz

avatar
74 Comment threads
37 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
68 Comment authors
Sylwia SSarnaMoje pierwsze 7 prac - #myfirst7jobsMichałrozwijaszsie.pl Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Martyna Baran
Gość

Takie momenty w życiu sprawiają, że „jest spoko” :) Strasznie ci dziękuję za to, że to napisałeś, teraz i ja przypominam sobie takie chwile : )

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Ojej, jakie to piękne i wzruszające (nie płakałam). Tylko takie chwile zdarzają się stanowczo zbyt rzadko ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dlatego się je docenia, gdyby zdarzały się cały czas nie zwracalibyśmy na nie uwagi i nie miałyby znaczenia.

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Też prawda :)

Marcela Zagrobelny
Gość

StayFly- najlepszy życiowy motywator! :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Cholera, nie przyzwyczajony jestem do takich komplementów :)

Krakowska Singielka
Gość
Krakowska Singielka

Chyba też się trochę wzruszyłam. Zwłaszcza fragmentem o Juwenaliach, bo po wielu koncertach miałam podobne odczucia. Moje życie też jest zdecydowanie spoko, dzięki za przypomnienie! :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Spoko, polecam się na przyszłość :)

Jola Słowińska
Gość

Ale ja Cię lubię czytać!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Bates Motel” – tak się rodzi psychoza

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem 13th Street Universal

Pewnie nie kojarzycie „Psychozy”, co? „Scena pod prysznicem” wiązała Wam się z chwilą grozy tylko w momencie, gdy zabrakło wody przy spłukiwaniu farby do włosów?

Okej, słaby żart. Wiem, że doskonale znacie ten turbo klasyk Alfreda Hitchcocka z 1960 roku, a gdy zobaczyliście go po raz pierwszy jako nastolatkowie, przez kwartał kąpaliście się tylko w wannie. Spoko, ja też tak miałem. Zresztą, kto nie? Chyba tylko Ci, którzy nie widzieli tego thrillera owianego większym kultem, niż Całun Turyński. Kto widział choćby jednym okiem, drżał i zaciskał dłonie na poduszce w ataku paniki, ten z pewnością zadawał sobie pytanie…

 

Czemu Norman Bates został psychopatycznym mordercą?

Świeżtuki serial „Bates Motel” stara się opowiedzieć na to pytanie. Od 14 kwietnia na kanale 13th Street Universal możecie oglądać serię wydarzeń będących preludium do aktów zbrodni z „Psychozy”. „Bates Motel” opowiada historię Normana Batesa i jego symbiotycznej matki od momentu, gdy ten pierwszy ma 17 lat i dopiero zaczyna się zmieniać z wrażliwego introwertyka w zwyrodniałego socjopatę. Owa diaboliczna metamorfoza ukazana jest dość szczegółowo i każdy średnio wczuty widz będzie w stanie wyłapać doświadczenia wpływające na nią.

Ilość patologicznych sytuacji, w które pakuje się główny bohater przysporzyłaby o ból głowy nawet psychoterapeutów z Arkham. W serialu stopniowo pojawia się cały wachlarz toksycznych relacji jakie jest w stanie nawiązać nastolatek. Przy czym tą dominującą jest oczywiście „wyjątkowo bliski” związek z jego matką. Nie będę Wam zdradzał pikantniejszych szczegółów, ale nie tylko propagatorzy psychoanalizy Freuda stwierdziliby, że ten układ nie jest zdrowy.

Zaburzenia osobowości zaburzeniami, ale Was pewnie najbardziej zastanawia…

 

Jak się ogląda dojrzewanie przyszłego mordercy?

Dobrze. Serial nie jest arcy ciężki i po każdym odcinku nie trzeba odmawiać zdrowasiek odpędzających demony, aczkolwiek wprowadza uczucie niepokoju. Powiedziałbym, że jest wyważony. Nie ma serii drastycznych morderstw, jedno po drugim i wodotrysków z krwi. Jest stopniowe budowanie napięcia, tak aby zbrodnia była osadzona w konkretnym kontekście, a widz był świadomy jakie konsekwencje ze sobą niesie dla bohatera.

Pierwsze dwa odcinki są mocno wprowadzające. Wydawało mi się, że mnie nie wciągną, bo są zbyt lajtowe. Trzeci to zmienił. Kulminacja wydarzeń z poprzednich, wraz z ujawnianiem coraz mroczniejszego oblicza Normana Bates, sprawia, że czekasz na następny epizod. Czekasz, bo chcesz się dowiedzieć czy zabił. I jak sobie z tym poradzi. Wkręcasz się w ten chory świat zmanipulowanego 17-latka, bo chcesz zobaczyć jak uwikłanie się w fatalne sytuacje wpłynie na niego . Jak go zmieni.

A zmienia.

 

Tylko dla fanów „Psychozy”?

Nie tylko. Osoby, które widziały to kultowe dzieło, na pewno z serialu wyniosą więcej. Odkrywanie poszczególnych smaczków nawiązujących do filmu i dokładne poznanie podłoża późniejszego mordowania pod prysznicem, powinno sprawić im frajdę. Jednak Ci, którzy mają gdzieś thriller sprzed ponad 50 lat (gdzieś powyżej ud, a poniżej krzyża), a po prostu lubią się bać, będą mieli ku temu okazję. Wielokrotnie. Bo chyba są tu też tacy.

Są?

Barcelona część II – Bazar La Boqueria, oceanarium i Muzeum Erotyki

Skip to entry content

Pogoda zakpiła sobie z nas perfidnie. Z całodniowego plażowania w otoczeniu półnagiego kalendarza Pirelli zostało tyle, co z obietnic przedwyborczych – same niespełnione nadzieje. Od środy regularnie padało i temperatura nie przekraczała 18-stu stopni, więc japonki miały okazję się sprawdzić tylko pod prysznicem. Okrucieństwa dodaje fakt, że nawet w Polsce było cieplej w tym czasie (i wciąż jest).

Ty zła, przebiegła naturo, nie wiesz z kim zadarłaś! Oficjalnie ogłaszam, że bezpańska suka z ciebie!

Plaża, morze i pływanie nie wyszło i mimo, że byliśmy na nie najbardziej napaleni, to nie powiesiliśmy się na najbliższej palmie. Poszliśmy się utopić do…

 

Oceanarium (L’aquarium Barcelona)

Najdroższa atrakcja na jaką trafiliśmy w Barcelonie – wjazd 19 euro. Drogo jak cholera, ale zawsze chciałem się przejść podwodnym tunelem i zobaczyć jak przepływa nade mną rekin. Przeszedłem, rekin przepłynął (nawet 3). Mogę ze spokojnym sumieniem odhaczyć ten punkt ze swojej listy rzeczy do zrobienia przed andropauzą.

Oprócz rekinów, było dużo innych egzotycznych, kolorowych rybek i zwierzątek, które znałem tylko z National Geographic. Meduzy, koniki morskie i fluorescencyjne ryby na żywo są bardzo spoko, aczkolwiek, gdybym je spotkał pływając w wodzie, to chyba bym popuścił. Takie dziwne żyjątka miło pooglądać, ale nie koniecznie dotykać gołą stopą.

 

Muzeum Erotyzmu

Mocno się na to napalaliśmy, bo co może kręcić takich młodych chłopców jak my, jak nie gołe baby? Okej, może jeszcze Mario Kart na Nintendo 64, ale cycki zdecydowanie są numerem jeden. Niestety spotkał nas zawód gorszy, niż telemarketer.

Wstęp 8 euro, a w środku same wydruki prac dostępnych w internecie. I to jeszcze kiepskiej jakości. Wystawa do obejścia maksymalnie w 20 minut. Przy czym żaden „eksponat” nie zainteresuje osoby mającej skończone 16 lat na dłużej, niz 2 sekundy. Czułem się obrażony, oszukanych i zupełnie niepodniecony. Nie polecam z całego serca.

 

Bazar La Boqueria

Jeśli myślisz, że magia kolorów to najnowsza kolekcja H&M, to jesteś w błędzie. I to głębokim.  Bazar przy La Rambla (największym deptaku w Barcelonie), to niekończąca się kanonada barw! Takich odcieni nie widział nawet Picasso po LSD. Jak tam wszedłem myślałem, że dostanę oczopląsu albo co najmniej zeza.

Świeże owoce, świeża warzywa, świeże małże, świeże krewetki, świeże szyneczki. Rany boskie, ale to pysznie wyglądało, zjadłbym wszystko, wszystko, wszystko! Co prawda, cześć homarów, raków i krabów była tak świeża, że jeszcze się ruszała (dlatego ma pozwiązywane kleszcze) i trochę mnie to przerosło. Ale te wszystkie owocki… ach, zawładnęły moim umysłem. A świeży sok z mango i kokosa, to już w ogóle pozycja obowiązkowa.

Aha, i mimo mega tłoku i ścisku, tu też nas nie okradli!

Piłbyś, co?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!