Close
Close

Co za róznica jak wyglądam?

Skip to entry content

Często pytacie czemu zasłaniam sobie twarz bandażem. Kilka dziewczyn mailujących do mnie, zżera ciekawość czy mam krzywe zęby, czy niemijający trądzik młodzieńczy, czy jedno i drugie? Czy jestem aż tak brzydki, czy zniewalająco przystojny, gdy zakładam protezę żuchwy? Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że pokazuję się w masce ze strachu przed nieuchronnie zbliżającą się popularnością, która nie pozwoli mi wyjść anonimowo nawet ze śmieciami. Ale nie, prawda jest inna.

Nigdy nie pokazywałem twarzy, bo byłem przekonany, że…

 

To jak wyglądam nie ma znaczenia

Że najistotniejsze jest to co robię. A w zasadzie jak to robię. Myślałem, że głównym motorem napędowym bloga nie jest moja blada facjata, a  sposób w jaki piszę.  Że przyciągają Was tu bliskie lewemu górnemu rogowi klatki piersiowej tematy i oszołamiający styl autora. W ostateczności wywołujące ślinotok fotki jedzenia na Fejsie. Ale w życiu nie spodziewałbym się, że ktoś będzie wyczekiwał momentu, aż pokażę lica.

No bo co, jak okaże się, że mam nos jak kartofel to przestaniesz czytać? Jak będę miał zeza rozbieżnego ku górze, to cofniesz lajka?

Cholera, mam nadzieję, że nie, bo byłem przekonany, że jesteś tu dla zawartości, a nie opakowania. Że interesuje Cię mięcho, a nie kelner który je przynosi. Ja wiem, że wygląd liczy się bardziej, niż 6-stka z fizyki, ale daj spokój – nie na blogu! I tak, celowo użyłem czasu przeszłego dwa zdania wcześniej, bo wiem, że to czy wyglądam jak Robert Pattison z profilu nie jest dla Ciebie bez znaczenia. Więc zapytuję się…

 

Kogo się spodziewasz?

Krakowskiego leminga…

 

…pretendującego hipstera…

 

czy dziecka ulicy?

Osoby znające czystą brudną prawdę uprasza się o nie psucie zabawy innym.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Renata Malina

    hmm… mi się ten bandaż podoba :)

  • też staram się nie pokazywać w internecie. tylko jakieś głąby wsadzają zdjęcia na fb i muszę sobie z tym radzić ;)

  • olgacecylia

    Jak Cię zobaczyłam pierwszy raz, to w ogóle nie byłam zaskoczona. Ale ja jestem dziwna, wolę poznawać ludzi najpierw od środka, przez sieć, a potem dopasowywać wygląd. Tak jest fajniej :-)

  • Bo Nat

    hahaha, smieje sie i nie moge przestac <3

    • Guest

      O co Ci chodzi?

    • disqus_VrjyjtnLbM

      O co Ci chodzi? PK

      • Bo Nat

        PK <3

  • Tytus

    Czuję się oszukany. Trafiłem na bloga z Hyde Parku i nie mogę już snuć domysłów.

  • agazmaluje

    Wygląd się liczy :) Wyobraź sobie, że ktoś prowadzi bloga modowego, a wygląda „niezbyt”. Co prawda wpadam tu żeby czytać, ale o wiele lepiej się czyta wiedząc, że autor jest również przyjemny dla oka :)

    • Oj, powiem Ci, że znam kilka blogerek modowych, którym daleko Mariny Łuczenko, Agnieszki Szulim, czy Ani Przybylskiej. U nich tez nie liczy się to, czy trafiłby na rozkładówkę Playboya, tylko czy potrafią się ubrać :)

  • jam nie zainteresowana

  • A nie wystarczy wejść na Twojego prywatnego fejsa? Ups….;)

  • Aleksandra

    Ja czytam od jakiegoś czasu, a dopiero niedawno się dowiedziałam i czytam dalej. Chcę nagrodę

  • emi

    tak dawno nie miałam czasu nic tu poczytać, ale typ wpisem mnie sprowokowałeś, bo szczerze mówiąc to każda mała spryciula, albo w miarę regularny czytelnik śledząca fanpage już dawno wie jak wyglądasz… ;-) a to w komentarzach Cię ktoś znajomy otagował, a to wstawiasz fotki z domówki gdzie jesteś oznaczony, nie trzeba informatyki studiować, żeby Cię znaleźć w sieci hehe ^^ mimo to sam pomysł, z kreowaniem tej aury tajemniczość, się ceni, zwłaszcza w czasach internetowego ekshibicjonizmu. Chwyt marketingowy rzekłabym niezły! Ale teraz przynajmniej będzie oficjalnie wiadomo, że jesteś człowiekiem z krwi i kości a nie jakąś mumią :D

    • Żadna maszyna tak dobrze nie pisze i nie ma takiego podejścia do spraw, które się znajdują na tym blogu. Także to już można odhaczyć ;)
      I jednak chyba jest tak, że to dziewczyny chcą Cię zobaczyć, poza treścią, którą zamieszczasz na blogu. Pewnie już sobie wyobrażają: „Takiego mężczyznę chciałabym mieć!” ;)

      Faceci to bardziej dla treści, chociaż jak jest dobrze z tekstem to pewnie coś nie tak z wizerunkiem. Ech, polskie myślenie.

      Przepraszam, troszkę zagmatwane, ale wcześniej nie daję rady tu zaglądać…

  • Kaśka

    nawet jakbyś miał tego zeza to bym czytała, no wiesz… liczy się wnętrze…no i takie tam

  • Joanna Bochenek-Olińska

    Mnie wystarczyło 5 minut oglądania zdjęć na Twoim fanpage`u, żeby wiedzieć, jak wyglądasz ;-) i to, że uważam, że jesteś przystojny, nie ma wpływu na to, że Twój blog jest wg mnie ciekawy :-)

  • Gabriela Raczyńska

    gdyby ktoś czytał wszystko uważnie to wiedziałby, że jestem człowiekiem z czajnikiem na parapetówce.;)

    • Ej, bez takiego podpowiadania!

      • Gabriela Raczyńska

        przepraszam! nie wiedziałam, że to podpowiedź.;D :P a będzie jakaś nagroda jak ktoś zgadnie jak wyglądasz? pluszzz by się przydał, bo pogoda nie sprzyja nauce do sesji, a przygotowaniu do obrony tym bardziej.;p

        • Największą nagrodą jest dożywotnia satysfakcja z wiedzy niedostępnej dla śmiertelników :)

          • Gabriela Raczyńska

            liczyłam na coś więcej, no ale dobre i to.;)

  • Monika Cisłak

    Zostanę, bo lubię zezy rozbieżne ku górze <3

  • Conrad Sak

    No jasne, że dziecko ulicy

  • Rafał Lisiak

    nieeeeee, jeszcze za wczesnie na ujawnianie!:)

    • Jak to? Już po wieczorynce.

      • Rafał Lisiak

        W sensie, ze teraz jestes Stay Fly’em, istota za bandazem, kims kogo kazdy moze sobie dopasowac do wlasnych wyobrazen. A jak sie ujawnisz to bedziesz „jakims gosciem co to niby jest Stay Fly’em”:) To tak ja z czytaniem ksiazek i filmami. Dopoki nie wiesz, ze Harry Potter to Daniel Radcliffe to w twojej głowie wygląda on zupelnie inaczej.

        • Jasne, rozumiem, taki był zresztą zamysł. Tyle, że kiedyś musiało się to skończyć, jeśli chciałbym z blogiem dojść dalej, niż jestem w tym momencie. A chcę :)

  • Zawsze czułem, że jesteś hipsterem z holenderką …

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Ostatni raz na bezproduktywne nudzenie się i gapienie w telepudło miałem czas w podstawówce. Od gimnazjum, poza szkołą i domowymi obowiązkami, zawsze robiłem coś extra, coś dodatkowego. Nawet nie konkretnie po to, żeby jakoś wartościowo wykorzystać ten czas. Po prostu zawsze miałem jakieś zajawki, które mnie pochłaniały. Najpierw muzykę, potem muzykę, a później muzykę. Gdy poszedłem na studia muzyka poszła lekko na bok, na rzecz zarabiania na nowe buty, polówki i sweterki z krokodylem, bułki z szynką i czynsz za mieszkanie.

W zasadzie to najbardziej na rzecz tych ostatnich dwóch spraw, ale tak czy inaczej, od 14-go roku życia zawsze byłem aktywny w ciągu dnia. Bardzo. A od kwietnia przeżywam swoiste apogeum aktywności, bo rano uczelnia (bleee), popołudniu praca (spoko, spoko), a wieczorem blog (jupikajej!). Bardziej chcąc, niż nie chcąc, przez kilkanaście godzin dziennie muszę być przytomny, zwarty i gotowy, czarujący i przystojny. Te dwie ostatnie rzeczy robię już odruchowo, ale z resztą bywają problemy. Albo zasypiam na rowerze przejeżdżając przez skrzyżowanie, albo robię we wpisach niegodne blogera błędy ortograficzne, albo zapominam, że w zeszłym tygodniu miałem zaliczenie (w zasadzie to dwa, ale już mniejsza z tym).

Większość ludzi w takich momentach sięga po kawę. Marka Plusssz zaprosiła mnie do współpracy i poprosiła bym dołączył do mniejszości, która w wyżej opisanej sytuacji łyka…

 

Plusssz Active Forte

Co to w ogóle jest i po cholerę to brać?

Na stronie producenta możemy przeczytać, że:

Bogaty skład Plusssz Active Forte łączy w sobie podwójne działanie – ułatwia koncentrację i pobudza organizm w okresie intensywnego wysiłku psychicznego i fizycznego. Zawiera aż 3 substancje aktywne: kofeinę, taurynę i inozytol. Kofeina zwiększa wydolność psychofizyczną, przyspiesza i usprawnia procesy myślowe oraz likwiduje uczucie senności.

Dodatkowy kompleks 10 najważniejszych witamin w dawce 100% dziennego zapotrzebowania, uzupełnia niedobory witamin w organizmie. Witaminy B6 i B12 zmniejszają uczucie zmęczenia, witamina C wzmacnia odporność a tiamina przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego.

Bla, bla, bla, bla, bla. Tak po ludzku chodzi o to, że Plusssz pomaga się skupić i trzeźwo myśleć, nawet jeśli męczymy szare komórki kilkanaście godzin pod rząd. Brzmi w porządku, ale czy tak faktycznie jest i…

 

Czy to jest lepsze od kawy?

[sociallocker id=”17312″]

Moim zadaniem było picie Plusssz Active Forte regularnie przez 7 dni i porównanie jego wpływu na pamięć, koncentrację i resztę procesów myślowych, które zachodzą mi pod czachą, do efektu jaki daje kawa.

Kawę lubię bardzo, ale nigdy nie stosuję jej jako pracowspomagacz, tylko raczej traktuję w kategoriach deseru. Czarna w ogóle mnie nie kręci i chyba nigdy nie wypiłem całej. Z mlekiem pół na pół zdarza mi się łyknąć, ale sporadycznie. Za to uwielbiam wszelkie latte, frappe i w ogóle z lodami (najlepsze w TriBeCe przy Rynku Główny, polecam). Także kawa bardziej kojarzy mi się relaksem/poobiednim leżakowaniem, niż z wytężoną pracą umysłową i większości baristów, których znam też. Biorąc to pod uwagę, Plusssz już na starcie daje większego kopa.

Pomijając jednak kwestie przyzwyczajenia, nie da się ukryć, że większa ilość kofeiny i tauryna, której kawa nie posiada, siłą rzeczy musi mocniej pobudzić. I pobudza. Zwłaszcza jeśli pierwszą tabletkę rozpuścisz sobie po 2 godzinach pracy/nauki, a następną po kolejnych 4. Koncentracja wzrasta, senność spada, można myśleć. Jednak nie ma się co oszukiwać, że dzieje się tak w nieskończoność. Jak w przypadku każdego pobudzacza, w końcu dochodzi się do momentu granicznego, gdy po prostu trzeba pójść spać. Tyle, że w przypadku Plusssza, jest to dużo później.

Były plusiki, to teraz jakiś minusik dla równowagi.

Dla wieloletnich kawoszy z pewnością dużym problemem będzie smak. Nie, że jest jakiś zły czy coś (lekko kwaskowy, czuć taurynę), ale zdecydowanie nie jest podobny do smaku kawy i nie jest tak intensywny. Dla mnie to akurat lepiej, ale wiem, że są osoby, którym trudno będzie się przekonać, bo są uzależnione od tego smaku.

Z minusów, to jakby się mocno uprzeć, można jeszcze podciągnąć cenę. 20 tabletek Plusssz Active Forte kosztuje średnio 14zł, czyli 70gr za tabletkę. Jeśli kupicie jakąś mega tanią kawę z Biedronki, to filiżanka kawy wyjdzie mniej, jednak wciąż nie będzie zawierać tylu związków pobudzających co Plusssz.

Ja tu się rozwodzę jakbym pisał rozprawkę na polskim, a wiem, że Wy oczekujecie jednoznacznej odpowiedzi…

 

Lepsze czy nie?

Lepsze.

Pomijając to, że daje większego kopa i nie trzeba czekać, aż wystygnie żeby wypić, to zawiera witaminy. Witaminy, które kawa wypłukuje. No i pomijając już wszystko, nie trzeba mieć wrzątku, żeby tego użyć.

Ale możecie przekonać się o tym sami i sprawdzić, czy mój test ma pokrycie z rzeczywistością, czy tak tylko piszę, bo mnie fantazja poniosła. Za kilka dni na blogu będzie szybki konkurs, w którym do wygrania będą zestawy Plusssza i okazja do samodzielnego sprawdzenia czy to działa. A póki co mam do Was zupełnie poboczne pytanie: co jest dla Was najważniejsze przy wyborze pobudzaczy – efekt, smak, czy cena?

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ

Gosling – tak, Cooper – nie

Skip to entry content

Po lekkim, rozrywkowym i bardzo udanym „Iron Manie 3„, mocno napalałem się na „Wielkiego Gatsby’ego”. Raz, że DiCaprio, dwa że świetna oprawa muzyczna w wykonaniu takich tuzów jak Florence + The Machine, Lana Del Rey, czy The XX. Pan Leonardo grał niezaprzeczalnie pierwszoklasowo (bo jakżeby inaczej) i indie zespoły też przyzwoicie, ale film jako całość zawiódł. Jednak nie był to zawód na tyle spektakularny, by pastwić się nad nim na blogu (co innego „Bejbi blues”).

Natomiast „Drugie oblicze” mimo głupiego tłumaczenia tytułu i brzydkiego plakatu, to film który mogę polecić z ręką na portfelu. To, co już od pierwszych minut filmu przemawia na jego korzyść, to…

 

Świetna gra aktorska Ryana Goslinga

Wiem, że po „Drive” kochają się w nim wszystkie laski bez względu na wiek, stan cywilny i gotowość do utraty dziewictwa. Trochę mi nieswojo pisać o gościu, który elektryzuje płeć przeciwną bardziej niż ja, ale co zrobić – skurczybyk jest dobry.

Gra szalonego motocyklistę-kaskadera, który jak przystało na takich gości, jest bad boyem-włóczykijem i nie przejawia ciągot do zakładania rodziny. W momencie, gdy przypadkiem dowiaduje się, że ma syna (takim samym przypadkiem jakim go spłodził), zmienia się w gorliwego strażnika domowego ogniska. Kupuje małemu prezenty, zabiera go na lody i stara się ukazać jego matce w najkorzystniejszym świetle, jakie może paść na bezrobotnego, wydziaranego w każdym miejscu faceta, śmigającego w jednym dziurawym t-shircie założonym na lewą stronę.

Gosling wcielając się w tę rolę pokazuje duże spectrum emocji i jak zwykle, większość opartych jest na jego samej mimice. Kiedy naraża się niemal na pewną śmierć, jeżdżąc z dwójką innych motocyklistów w malutkiej klatce, rzuca od niechcenia grymas Ala Pacino z „Ojca Chrzestnego”. Kiedy bawi się z dzieckiem – choć myślałem, że to niemożliwe – wygląda jak większy słodziak, niż Bartek Wrona w klipie „Kolorowe sny”. A gdy z kolei przeprowadza napad na bank, mam wrażenie, że Heath Ledger gdyby żył, mógłby się od niego uczyć jak gra się świra.

Ryan jednak nie gra pierwszych skrzypiec przez całe 140 minut, a tylko przez połowę. A w zasadzie to nawet jedną trzecią, bo

 

Film jest podzielony na trzy części

Czytałem o tym przed seansem i z dystansem podchodziłem do tego zabiegu. Niewielu reżyserom udaję się opowiedzieć trzy odrębne historie w jednym obrazie, bez wywoływania u widza wrażenia przypadkowości. Derek Cianfrance dał radę, wnosząc tę technikę na wyższy poziom.

Mimo, że „Drugie oblicze” można by rozdzielić na trzy niezależne fabuły, opowiedziane w trzech niepowiązanych filmach, to tu przechodzą niespodziewanie płynnie i nie ma mowy o żadnym braku spójności. W zasadzie, to dzięki temu, że mamy do czynienia z tą trójdzielnością fabuły, nie męczy mimo, że trwa ponad 2 godziny. A trzeba przyznać, że nie jest wyjątkowo odkrywcza, raczej oklepana jak tyłek przygranicznej tirówki. Bo ile filmów było o tym, że bieda frustruje i popycha do zbrodni? Albo, że policja jest skorumpowana (nawet Polacy sprawnie ugryźli ten temat)?

No ja naliczyłem więcej niż dwa, a mimo to „Drugie oblicze” w świeży i wciąż krwawy (w przenośni rzecz jasna) sposób porusza te tematy. Nie spodziewajcie się jakichś podprogowych przesłań, czy odkrywczych rad dotyczące życia wśród ludzi, ale jest jeden uniwersalny wniosek jaki można wyciągnąć z tego filmu – nikt nie ma takiego wpływu na dzieci jak rodzice. I de facto o tym te historie są – opowiadają jak dużą rolę odgrywają ojcowie w życiu ich synów.

O ile chętnie będę bił brawo temu złemu (Goslingowi) za przedstawienie tematu, o tyle mam zastrzeżenia do tego dobrego i zastanawiam się…

 

Czemu ludzie tak się podniecają Bradleyem Cooperem?

W „Kac Vegas” był zabawny, nie powiem, że nie. I szelmowski uśmiech, i fryz, i przesadna pewność siebie była wporzo. W tym filmie nie miałem mu nic do zarzucenia, ale też nie była to produkcja jakichś wysokich lotów. „Poradnik pozytywnego myślenia” całościowo nie zrobił na mnie większego wrażenia, więc jego gra aktorska też nie zwaliła mnie z nóg, nie mówiąc już o zachwianiu wygodnym fotelem na którym siedziałem. Ot, jakimś tam odtwórca roli. Gdyby nie było napisane na plakacie, to może nawet nie zauważyłbym, że pierwszoplanowej.

W „Drugim obliczu” też nie robi mi się mokro w kroku, ani sucho w ustach na jego widok. Czy jest słabym aktorem? W żadnym wypadku! Czy wybitnym? Również w żadnym wypadku. Jest przeciętny, gra poprawnie. Gdy ma wyrazić strach lub niepewność, robi to dużo lepiej, niż któryś z braci Mroczków, ale wciąż równie wiele brakuje mu do kunsztu choćby Nicolasa Cage’a. Tak jak Brodka nie jest artystką, a wykonawczynią, tak on nie jest aktywnym twórcą postaci, a rzemieślnikiem odtwarzającym rolę.

Dlatego zupełnie nie pojmuję zachwytu jego osobą. Wchodzę na recenzję na innych blogach – dziewczyny piszą, że jest boski. Pytam o zdanie koleżanek – mówiąc, że niezłe ciacho. Otwieram „Playboya” – wybitnie żenujący artykuły o jego turbo zajebistości na dwie strony. Z czego cholera jasna to wynika?

Czy on faktycznie ma coś czego ja nie dostrzegam?

---> SKOMENTUJ