Close
Close

Co za róznica jak wyglądam?

Skip to entry content

Często pytacie czemu zasłaniam sobie twarz bandażem. Kilka dziewczyn mailujących do mnie, zżera ciekawość czy mam krzywe zęby, czy niemijający trądzik młodzieńczy, czy jedno i drugie? Czy jestem aż tak brzydki, czy zniewalająco przystojny, gdy zakładam protezę żuchwy? Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że pokazuję się w masce ze strachu przed nieuchronnie zbliżającą się popularnością, która nie pozwoli mi wyjść anonimowo nawet ze śmieciami. Ale nie, prawda jest inna.

Nigdy nie pokazywałem twarzy, bo byłem przekonany, że…

 

To jak wyglądam nie ma znaczenia

Że najistotniejsze jest to co robię. A w zasadzie jak to robię. Myślałem, że głównym motorem napędowym bloga nie jest moja blada facjata, a  sposób w jaki piszę.  Że przyciągają Was tu bliskie lewemu górnemu rogowi klatki piersiowej tematy i oszołamiający styl autora. W ostateczności wywołujące ślinotok fotki jedzenia na Fejsie. Ale w życiu nie spodziewałbym się, że ktoś będzie wyczekiwał momentu, aż pokażę lica.

No bo co, jak okaże się, że mam nos jak kartofel to przestaniesz czytać? Jak będę miał zeza rozbieżnego ku górze, to cofniesz lajka?

Cholera, mam nadzieję, że nie, bo byłem przekonany, że jesteś tu dla zawartości, a nie opakowania. Że interesuje Cię mięcho, a nie kelner który je przynosi. Ja wiem, że wygląd liczy się bardziej, niż 6-stka z fizyki, ale daj spokój – nie na blogu! I tak, celowo użyłem czasu przeszłego dwa zdania wcześniej, bo wiem, że to czy wyglądam jak Robert Pattison z profilu nie jest dla Ciebie bez znaczenia. Więc zapytuję się…

 

Kogo się spodziewasz?

Krakowskiego leminga…

 

…pretendującego hipstera…

 

czy dziecka ulicy?

Osoby znające czystą brudną prawdę uprasza się o nie psucie zabawy innym.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

32 komentarzy do "Co za róznica jak wyglądam?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Andrzej Słowik
Gość

Zawsze czułem, że jesteś hipsterem z holenderką …

Rafał Lisiak
Gość

nieeeeee, jeszcze za wczesnie na ujawnianie!:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jak to? Już po wieczorynce.

Rafał Lisiak
Gość

W sensie, ze teraz jestes Stay Fly’em, istota za bandazem, kims kogo kazdy moze sobie dopasowac do wlasnych wyobrazen. A jak sie ujawnisz to bedziesz „jakims gosciem co to niby jest Stay Fly’em”:) To tak ja z czytaniem ksiazek i filmami. Dopoki nie wiesz, ze Harry Potter to Daniel Radcliffe to w twojej głowie wygląda on zupelnie inaczej.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jasne, rozumiem, taki był zresztą zamysł. Tyle, że kiedyś musiało się to skończyć, jeśli chciałbym z blogiem dojść dalej, niż jestem w tym momencie. A chcę :)

Conrad Sak
Gość

No jasne, że dziecko ulicy

Monika Cisłak
Gość

Zostanę, bo lubię zezy rozbieżne ku górze <3

Gabriela Raczyńska
Gość

gdyby ktoś czytał wszystko uważnie to wiedziałby, że jestem człowiekiem z czajnikiem na parapetówce.;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ej, bez takiego podpowiadania!

Gabriela Raczyńska
Gość

przepraszam! nie wiedziałam, że to podpowiedź.;D :P a będzie jakaś nagroda jak ktoś zgadnie jak wyglądasz? pluszzz by się przydał, bo pogoda nie sprzyja nauce do sesji, a przygotowaniu do obrony tym bardziej.;p

Grzeczny Chłopiec
Gość

Największą nagrodą jest dożywotnia satysfakcja z wiedzy niedostępnej dla śmiertelników :)

Gabriela Raczyńska
Gość

liczyłam na coś więcej, no ale dobre i to.;)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Ostatni raz na bezproduktywne nudzenie się i gapienie w telepudło miałem czas w podstawówce. Od gimnazjum, poza szkołą i domowymi obowiązkami, zawsze robiłem coś extra, coś dodatkowego. Nawet nie konkretnie po to, żeby jakoś wartościowo wykorzystać ten czas. Po prostu zawsze miałem jakieś zajawki, które mnie pochłaniały. Najpierw muzykę, potem muzykę, a później muzykę. Gdy poszedłem na studia muzyka poszła lekko na bok, na rzecz zarabiania na nowe buty, polówki i sweterki z krokodylem, bułki z szynką i czynsz za mieszkanie.

W zasadzie to najbardziej na rzecz tych ostatnich dwóch spraw, ale tak czy inaczej, od 14-go roku życia zawsze byłem aktywny w ciągu dnia. Bardzo. A od kwietnia przeżywam swoiste apogeum aktywności, bo rano uczelnia (bleee), popołudniu praca (spoko, spoko), a wieczorem blog (jupikajej!). Bardziej chcąc, niż nie chcąc, przez kilkanaście godzin dziennie muszę być przytomny, zwarty i gotowy, czarujący i przystojny. Te dwie ostatnie rzeczy robię już odruchowo, ale z resztą bywają problemy. Albo zasypiam na rowerze przejeżdżając przez skrzyżowanie, albo robię we wpisach niegodne blogera błędy ortograficzne, albo zapominam, że w zeszłym tygodniu miałem zaliczenie (w zasadzie to dwa, ale już mniejsza z tym).

Większość ludzi w takich momentach sięga po kawę. Marka Plusssz zaprosiła mnie do współpracy i poprosiła bym dołączył do mniejszości, która w wyżej opisanej sytuacji łyka…

 

Plusssz Active Forte

Co to w ogóle jest i po cholerę to brać?

Na stronie producenta możemy przeczytać, że:

Bogaty skład Plusssz Active Forte łączy w sobie podwójne działanie – ułatwia koncentrację i pobudza organizm w okresie intensywnego wysiłku psychicznego i fizycznego. Zawiera aż 3 substancje aktywne: kofeinę, taurynę i inozytol. Kofeina zwiększa wydolność psychofizyczną, przyspiesza i usprawnia procesy myślowe oraz likwiduje uczucie senności.

Dodatkowy kompleks 10 najważniejszych witamin w dawce 100% dziennego zapotrzebowania, uzupełnia niedobory witamin w organizmie. Witaminy B6 i B12 zmniejszają uczucie zmęczenia, witamina C wzmacnia odporność a tiamina przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego.

Bla, bla, bla, bla, bla. Tak po ludzku chodzi o to, że Plusssz pomaga się skupić i trzeźwo myśleć, nawet jeśli męczymy szare komórki kilkanaście godzin pod rząd. Brzmi w porządku, ale czy tak faktycznie jest i…

 

Czy to jest lepsze od kawy?

[emaillocker]

Moim zadaniem było picie Plusssz Active Forte regularnie przez 7 dni i porównanie jego wpływu na pamięć, koncentrację i resztę procesów myślowych, które zachodzą mi pod czachą, do efektu jaki daje kawa.

Kawę lubię bardzo, ale nigdy nie stosuję jej jako pracowspomagacz, tylko raczej traktuję w kategoriach deseru. Czarna w ogóle mnie nie kręci i chyba nigdy nie wypiłem całej. Z mlekiem pół na pół zdarza mi się łyknąć, ale sporadycznie. Za to uwielbiam wszelkie latte, frappe i w ogóle z lodami (najlepsze w TriBeCe przy Rynku Główny, polecam). Także kawa bardziej kojarzy mi się relaksem/poobiednim leżakowaniem, niż z wytężoną pracą umysłową i większości baristów, których znam też. Biorąc to pod uwagę, Plusssz już na starcie daje większego kopa.

Pomijając jednak kwestie przyzwyczajenia, nie da się ukryć, że większa ilość kofeiny i tauryna, której kawa nie posiada, siłą rzeczy musi mocniej pobudzić. I pobudza. Zwłaszcza jeśli pierwszą tabletkę rozpuścisz sobie po 2 godzinach pracy/nauki, a następną po kolejnych 4. Koncentracja wzrasta, senność spada, można myśleć. Jednak nie ma się co oszukiwać, że dzieje się tak w nieskończoność. Jak w przypadku każdego pobudzacza, w końcu dochodzi się do momentu granicznego, gdy po prostu trzeba pójść spać. Tyle, że w przypadku Plusssza, jest to dużo później.

Były plusiki, to teraz jakiś minusik dla równowagi.

Dla wieloletnich kawoszy z pewnością dużym problemem będzie smak. Nie, że jest jakiś zły czy coś (lekko kwaskowy, czuć taurynę), ale zdecydowanie nie jest podobny do smaku kawy i nie jest tak intensywny. Dla mnie to akurat lepiej, ale wiem, że są osoby, którym trudno będzie się przekonać, bo są uzależnione od tego smaku.

Z minusów, to jakby się mocno uprzeć, można jeszcze podciągnąć cenę. 20 tabletek Plusssz Active Forte kosztuje średnio 14zł, czyli 70gr za tabletkę. Jeśli kupicie jakąś mega tanią kawę z Biedronki, to filiżanka kawy wyjdzie mniej, jednak wciąż nie będzie zawierać tylu związków pobudzających co Plusssz.

Ja tu się rozwodzę jakbym pisał rozprawkę na polskim, a wiem, że Wy oczekujecie jednoznacznej odpowiedzi…

 

Lepsze czy nie?

Lepsze.

Pomijając to, że daje większego kopa i nie trzeba czekać, aż wystygnie żeby wypić, to zawiera witaminy. Witaminy, które kawa wypłukuje. No i pomijając już wszystko, nie trzeba mieć wrzątku, żeby tego użyć.

Ale możecie przekonać się o tym sami i sprawdzić, czy mój test ma pokrycie z rzeczywistością, czy tak tylko piszę, bo mnie fantazja poniosła. Za kilka dni na blogu będzie szybki konkurs, w którym do wygrania będą zestawy Plusssza i okazja do samodzielnego sprawdzenia czy to działa. A póki co mam do Was zupełnie poboczne pytanie: co jest dla Was najważniejsze przy wyborze pobudzaczy – efekt, smak, czy cena?

[/emaillocker]

Gosling – tak, Cooper – nie

Skip to entry content

Po lekkim, rozrywkowym i bardzo udanym „Iron Manie 3„, mocno napalałem się na „Wielkiego Gatsby’ego”. Raz, że DiCaprio, dwa że świetna oprawa muzyczna w wykonaniu takich tuzów jak Florence + The Machine, Lana Del Rey, czy The XX. Pan Leonardo grał niezaprzeczalnie pierwszoklasowo (bo jakżeby inaczej) i indie zespoły też przyzwoicie, ale film jako całość zawiódł. Jednak nie był to zawód na tyle spektakularny, by pastwić się nad nim na blogu (co innego „Bejbi blues”).

Natomiast „Drugie oblicze” mimo głupiego tłumaczenia tytułu i brzydkiego plakatu, to film który mogę polecić z ręką na portfelu. To, co już od pierwszych minut filmu przemawia na jego korzyść, to…

 

Świetna gra aktorska Ryana Goslinga

Wiem, że po „Drive” kochają się w nim wszystkie laski bez względu na wiek, stan cywilny i gotowość do utraty dziewictwa. Trochę mi nieswojo pisać o gościu, który elektryzuje płeć przeciwną bardziej niż ja, ale co zrobić – skurczybyk jest dobry.

Gra szalonego motocyklistę-kaskadera, który jak przystało na takich gości, jest bad boyem-włóczykijem i nie przejawia ciągot do zakładania rodziny. W momencie, gdy przypadkiem dowiaduje się, że ma syna (takim samym przypadkiem jakim go spłodził), zmienia się w gorliwego strażnika domowego ogniska. Kupuje małemu prezenty, zabiera go na lody i stara się ukazać jego matce w najkorzystniejszym świetle, jakie może paść na bezrobotnego, wydziaranego w każdym miejscu faceta, śmigającego w jednym dziurawym t-shircie założonym na lewą stronę.

Gosling wcielając się w tę rolę pokazuje duże spectrum emocji i jak zwykle, większość opartych jest na jego samej mimice. Kiedy naraża się niemal na pewną śmierć, jeżdżąc z dwójką innych motocyklistów w malutkiej klatce, rzuca od niechcenia grymas Ala Pacino z „Ojca Chrzestnego”. Kiedy bawi się z dzieckiem – choć myślałem, że to niemożliwe – wygląda jak większy słodziak, niż Bartek Wrona w klipie „Kolorowe sny”. A gdy z kolei przeprowadza napad na bank, mam wrażenie, że Heath Ledger gdyby żył, mógłby się od niego uczyć jak gra się świra.

Ryan jednak nie gra pierwszych skrzypiec przez całe 140 minut, a tylko przez połowę. A w zasadzie to nawet jedną trzecią, bo

 

Film jest podzielony na trzy części

Czytałem o tym przed seansem i z dystansem podchodziłem do tego zabiegu. Niewielu reżyserom udaję się opowiedzieć trzy odrębne historie w jednym obrazie, bez wywoływania u widza wrażenia przypadkowości. Derek Cianfrance dał radę, wnosząc tę technikę na wyższy poziom.

Mimo, że „Drugie oblicze” można by rozdzielić na trzy niezależne fabuły, opowiedziane w trzech niepowiązanych filmach, to tu przechodzą niespodziewanie płynnie i nie ma mowy o żadnym braku spójności. W zasadzie, to dzięki temu, że mamy do czynienia z tą trójdzielnością fabuły, nie męczy mimo, że trwa ponad 2 godziny. A trzeba przyznać, że nie jest wyjątkowo odkrywcza, raczej oklepana jak tyłek przygranicznej tirówki. Bo ile filmów było o tym, że bieda frustruje i popycha do zbrodni? Albo, że policja jest skorumpowana (nawet Polacy sprawnie ugryźli ten temat)?

No ja naliczyłem więcej niż dwa, a mimo to „Drugie oblicze” w świeży i wciąż krwawy (w przenośni rzecz jasna) sposób porusza te tematy. Nie spodziewajcie się jakichś podprogowych przesłań, czy odkrywczych rad dotyczące życia wśród ludzi, ale jest jeden uniwersalny wniosek jaki można wyciągnąć z tego filmu – nikt nie ma takiego wpływu na dzieci jak rodzice. I de facto o tym te historie są – opowiadają jak dużą rolę odgrywają ojcowie w życiu ich synów.

O ile chętnie będę bił brawo temu złemu (Goslingowi) za przedstawienie tematu, o tyle mam zastrzeżenia do tego dobrego i zastanawiam się…

 

Czemu ludzie tak się podniecają Bradleyem Cooperem?

W „Kac Vegas” był zabawny, nie powiem, że nie. I szelmowski uśmiech, i fryz, i przesadna pewność siebie była wporzo. W tym filmie nie miałem mu nic do zarzucenia, ale też nie była to produkcja jakichś wysokich lotów. „Poradnik pozytywnego myślenia” całościowo nie zrobił na mnie większego wrażenia, więc jego gra aktorska też nie zwaliła mnie z nóg, nie mówiąc już o zachwianiu wygodnym fotelem na którym siedziałem. Ot, jakimś tam odtwórca roli. Gdyby nie było napisane na plakacie, to może nawet nie zauważyłbym, że pierwszoplanowej.

W „Drugim obliczu” też nie robi mi się mokro w kroku, ani sucho w ustach na jego widok. Czy jest słabym aktorem? W żadnym wypadku! Czy wybitnym? Również w żadnym wypadku. Jest przeciętny, gra poprawnie. Gdy ma wyrazić strach lub niepewność, robi to dużo lepiej, niż któryś z braci Mroczków, ale wciąż równie wiele brakuje mu do kunsztu choćby Nicolasa Cage’a. Tak jak Brodka nie jest artystką, a wykonawczynią, tak on nie jest aktywnym twórcą postaci, a rzemieślnikiem odtwarzającym rolę.

Dlatego zupełnie nie pojmuję zachwytu jego osobą. Wchodzę na recenzję na innych blogach – dziewczyny piszą, że jest boski. Pytam o zdanie koleżanek – mówiąc, że niezłe ciacho. Otwieram „Playboya” – wybitnie żenujący artykuły o jego turbo zajebistości na dwie strony. Z czego cholera jasna to wynika?

Czy on faktycznie ma coś czego ja nie dostrzegam?