Close
Close

Większość tekstów damsko-męskich związanych z podrywem adresuję do facetów, bo dobrze wiem, jak to jest czuć paraliżujący-całe-ciało-strach przed podejściem. To raz. Dwa, że mimo kodyfikacji wiedzy związanej z podrywem, milionów publikacji i bilionów szkół uwodzenia, faceci wciąż sobie wkręcają, że potrzebują społecznie uzasadnionego pretekstu i morderczego grepsu, aby zacząć rozmowę z kobietą. Co jest, jak udało mi się dowieść, wierutną bzdurą.

Tym razem na chwilę odpuszczę chłopakom (ale tylko na chwilę) i skupię się na dziewczynach, bo one również ponoszą odpowiedzialność za ujemny przyrost naturalny. Głównie dlatego, że…

 

Strasznie dużo narzekają

Na facetów.

Że świnia, cham i prostak. Że ciepłe kluchy, ciota i maminsynek. Że metro, wymuskana lalka z witryny sklepowej. Że dres i wsiór, co z sianokosów wrócił. Że nierób, bumelant. Że leming, korposzczur. Że nie zaspokaja – raz na misjonarza i do spania. Że seksoholik – wiązanie, przebieranie to za mało.

Jak mają kogoś, to biadolenia jest trochę mniej, aczkolwiek dopóki nie trafią na księcia z reklamy Old Spice’a, ciągle jest jakieś „ale”. A jak nie mają, to spazmy, że do końca życia będzie sama z kotem i zestawem szybkowarów z teflonu. Słuchając niektórych lasek mam wrażenie, że lepiej mieć beznadziejnego faceta, niż nie mieć w ogóle. Bo dziewczyna bez chłopaka jest mniej wartościowa. Coś z nią na pewno, ale to na pewno jest nie tak. I jeśli nawet nie chowa takiego sekretu jak Miriam, to pewnie jest tępa, albo ma brzydkie zdjęcie profilowe.

I te biedne dziewczyny tak czekają, czekają i czekają. I czekają, czekają i czekają (wierzę, że nie jesteś jedną z nich). I już nawet nie będę ich za to ganił, bo czekanie to jedyny sport w którym jesteśmy dobrzy jako naród, ale w trakcie wypatrywania tego daru z niebios…

 

Odstraszają!

Mimo że faceci puszą się, nadymają, chełpią, często i gęsto manifestują posiadanie dwóch owłosionych kulek między nogami, to w każdym z nich czai się mały chłopiec. Chłopaszek z puchu, obudowany szczelnie atrybutami mającymi symbolizować jego hiper męstwo, który się boi. Przeraźliwie się boi podejść do Ciebie i zgadać. Boi się, ponieważ jest dogłębnie przekonany, że w przypadku niepowodzenia publicznie go zlinczujesz, informując jednocześnie wszystkie kobiety na tej planecie, że ma małego fiutka, który nie staje.

To głupie, idiotyczne i dziecinne, ale tak jest. Więc gdy ten płochliwy 5-latek w ciele super samca alfa, wykrzesa krztę pewności siebie i podejmie heroiczną decyzję o powiedzeniu Ci „cześć”, nie bądź w tym momencie zagapiona w telefon, mając słuchawki w uszach.

Wiesz ile razy jechałem z jakimś kumplem komunikacją miejską, gapiąc się na współpasażerki i słysząc – „ooo, ta to jest zjawiskowa, umówiłbym się z nią”? Wiele. Więcej, niż dwa. A wiesz ile razy, któryś z tych kumpli zagadał do dziewczyny, na którą gapił się 8 przystanków? Zero. Z-E-R-O. Bo byłaś odcięta od świata zewnętrznego muzyką w uszach, a on podchodząc do Ciebie wytrąciłby Cię z błogostanu, na tej samej zasadzie na jakiej budzik wytrąca Cię ze snu. Nieprzyjemnie. I on doskonale o tym wiedział.

Marian: Ooo, ta to jest zjawiskowa, umówiłbym się z nią!

Ja: To się umów. Spytaj, czy gra w scrabble.

Marian: Nie no, nie. Widzę, że słucha muzyki. Nie chcę jej przeszkadzać.

Ja: Umrzesz bez potomstwa Marian.

Niezależnie, czy jedziesz autobusem, tramwajem, na rowerze, rolkach, czy hulajnodze bez kółek, słuchając muzyki na słuchawkach zamykasz się w sobie. Budujesz gruby, wysoki mur, widoczny dla wszystkich wokół, który skutecznie utrudnia do tarcie do Ciebie. Za wysoki, żeby większość chłopaków była w stanie go przeskoczyć. Może to brzmieć absurdalnie, może wydawać się śmieszne, ale tak jest.

Nie wierzysz? Przekonaj się sama i…

 

Zrób test

Obiecaj mi, że przez miesiąc jeżdżąc autobusem/tramwajem/pociągiem do pracy/na uczelnię/gdziekolwiek indziej nie będziesz wyciągać telefonu z torebki i zakładać słuchawek. Mogę założyć się z Tobą o dobre piwko, że przy najmniej 3 gości spróbuje do Ciebie zagadać na hasło „skąd dojeżdżasz”. Umowa stoi?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Odkąd zacząłem pisać bloga (i ktoś poza mną zaczął go czytać) chciałem zrobić sobie koszulki z nim związane. Głównie po to, żeby nadać mu wymiar materialny. Żeby przenieść tę stronę z wirtualnej rzeczywistości na podwórka, parki, miejsca pracy, uczelnie i kluby (i przede na wszystkim czytelniczki). Poza zmaterializowaniem bloga w świecie realnym, te koszulki to też trochę test mojej pozycji i zarazem spełnienie ambicji. Zawsze chciałem zrobić coś, co dotrze do ludzi, co ich poruszy i z czym będą chcieli się utożsamiać. Manifestować zbieżność poglądów. I de facto teraz się okaże czy Stay Fly jest już na takim poziomie, czy to tylko mnie się coś uroiło od siedzenia przed komputerem.

Razem z moją przyjaciółką – Ewą Chruściel (absolwentką krakowskiej ASP, której prace możecie sprawdzić tu i tu), zaprojektowaliśmy dwa wzory. Pierwszy…

 

“Czytam polskie blogi”

I drugi…

 

“Serce z tagów”

Negocjujemy z jedną szwalnią, ale jeśli akcja koszulkowa dojdzie do skutku, to będą to bardzo dobre gatunkowo t-shirty, które nie prześwitują, nie spierają się, ani nie drą. Zasadniczo będą tej samej jakości, co ciuchy pewnej modnej streetwearowej marki, której nazwy nie mogę wymienić, bo by mnie ukamienowali. Orientacyjna cena – około 5 dych. Ale zanim do tego dojdzie, chciałbym dowiedzieć się co o tym w ogóle sądzicie.

Czy to dobry pomysł, czy mnie za mocno fantazja poniosła? I który wzór lepszy (bo na starcie możemy puścić tylko jeden)?

Ludzie usprawiedliwią każdą farsę

Skip to entry content

autorem zdjęcia jest Kevin Clary

Tomek nie był typem turbo romantyka czekającego na tę jedną, jedyną, ze świeżo ściętym tulipanem w ręku. Lubił imprezy, dziewczyny i używki. W liczbie mnogiej, z wzajemnością, w różnej kolejności. Dołóż do tego hajs i sławę, i masz wszystko czego mógł chcieć nastolatek pochodzący z rozbitej rodziny, z robotniczego osiedla.

Fejm w miarę się zgadzał, ale z kasą było średnio, bo nie był na tyle głupi by w wpakować się w dilerkę, jak większość kumpli z osiedla. Nie powiem, żeby był mądry, ale inteligentny z pewnością i, co więcej, utalentowany. Nie był jednym z tych, co wrzucają chrom na mur, tagując to 3-literową ksywką i dumnie obwieszczają, że są wizjonerami street artu. Koleś autentycznie portafił tworzyć graffiti. Świetne graffiti! Na tyle dobre, że trafiło na okładki dwóch płyt, które pojawiły się na półkach w Empiku i kilkunastu gazet.

Miał potencjał. Spory. Musiał go tylko rozwijać. I miał go rozwijać.

Za każdym razem, gdy tylko gadaliśmy o nauce, szkole i maturach, dumnie deklarował, że gdy będzie już po, to wszystkim pokaże. Będzie miał w końcu czas na malowanie i wszystkim udowodni, jak bardzo jest w tym dobry. Bedzie artystą! Nie pójdzie do pracy na 8 godzin, jak te dziobaki z dobrych rodzin, które nigdy nie dawały mu ściagąć na klasówkach. Nie będzie tyrał jak ojceic. Nie będzie chodził do roboty jak matka.

Nigdy!

Zrobi sobie pracę z hobby. Ludzie, przedsiębiorcy, organizacje, miasta, wytwórnie muzyczne, inni artyści będą mu płacić za to żeby malował. Żeby tworzył dla nich. A ta stara raszpla z historii zacznie bić się w pierś, przepraszając niebiosa za to, że co semestr wystawiała mu zagrożenie. Taki był plan, tak miało być, to było pewne. Do dziś pamiętam jego mantrę recytowaną przy każdym pieszym powrocie z imprezy:

Kiedyś namaluję mural na Spodku. Mural na spodku, za który miasto Katowice zapłaci mi tyle hajsu, że już nigdy nie będę chodził z buta. Zawsze będę jeździł taksą.

W życiowych planach Tomka oczywiście pojawiały się też takie przymioty ulicznego artysty jak: buty na każdy dzień roku, 200-metrowe mieszkanie z oknami od podłogi po sufit, własne pełnowymiarowe boisko do kosza, czy żona – modelka Victoria’s Secret. Jednak tylko ten mural, za który wszędzie będzie mógł wozić się taryfą, powtarzał gorliwie przy każdej rozmowie o przyszłości.

Mówił to z takim przekonaniem, taką pewnością w głosie, takim skupieniem w oczach…

Nikt nie miał wątpliwości, że tak będzie. On sam również nie dopuszczał możliwości, że może być inaczej. W jego, bądź co bądź, sporej wyobraźni, nie mieściła się sytuacja, w której od poniedziałku do piątku chodzi do zakładu pracy, mieszka w M2 z żoną i dwójką dzieci, i odkłada na nowy telewizor. Przysięgał, że prędzej rzuci się pod tramwaj, niż zacznie nim regularnie jeździć do tyrki.

Nie rzucił się.

Po skończeniu liceum dalej trzymaliśmy się razem, ale coś jakby mniej. Mniej było tych wspólnych powrotów ze wspólnych imprez i śmiałych planów, które w zasadzie powinny być już w fazie realizacji. Gdy rok później wyjechałem do Krakowa, kontakt zupełnie się urwał. Trochę to przykre, ale byłem na tyle dużym chłopcem, by zrozumieć, że „tak bywa”.

Nie gadaliśmy kilka lat. Aż do ostatniej Wielkanocy.

Wróciłem do domu na święta i spotkałem go w autobusie. Nic tak nie sprzyja intymnym rozmowom jak zatłoczony 723, więc zaczął mnie wypytywać „co tam w wielkim świecie”. Streściłem mu w 45 sekund 56 miesięcy mojego życia, podkreślając, że mimo niepowodzeń idę po zwycięstwo jak Mourinho z Chelsea. Po czym nastąpiło odbicie piłeczki. Już sam fakt, że spotykamy się w autobusie, a nie taksówce, lekko mnie zaniepokoił, ale nie chciałem wyprzedzać zdarzeń.

Dałem mu się zaskoczyć. I udało mu się.

Wciąż mieszkał z matką. Wciąż w tej klaustrofobicznej kawalerce. Miał za to nowe buty – chociaż nie, nowe to złe słowo, bo wyglądały na mocno zużyte. Miał inne buty, niż jak widzieliśmy się ostatnio. Z żoną też jakby nie do końca pykło. Udało mu się zapłodnić dużo za dużo młodszą dziewczynę, której imię zapamiętał dopiero na sprawie alimentacyjnej. I praca. Tak miał pracę, ale bynajmniej nie było nią jego hobby. Był magazynierem w tej samej fabryce, w której pracowała jego matka. Tak, zgarnął pełen zestaw.

Ja wiem, że w życiu różnie bywa. Wiem. Wiem, że choroby, powodzie i zły rząd. Że życie depcze wyobraźnię, a wszystkim rządzi pył z jarzeniówek w amfetaminie i martwi królowie na banknotach. Jasne. Ale gdy spytałem go, czy jest szczęśliwy, czy jest spełniony, czy tak miało być, odpowiedział, że bardzo spoko. Że wyciska życie jak cytrynę. Że w przyszłym miesiącu dostanie umowę o pracę i będzie mógł wziąć na raty 40-calowego Philipsa z HD. Że ma telefon z Androidem za półtora kafla, ale zapłacił tylko 500, bo wyczaił mega okazję na Ceneo. A w ogóle to zrobił w mieszkaniu remont i teraz ma żaluzje na pilota, a nikt na osiedlu takich nie ma. Nic o malowaniu, nic o jeżdżeniu taksą, nic o spodku.

Dzięki Tomkowi na zawsze zapamiętam co znaczy relatywizm.