Close
Close

Jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy?

Skip to entry content

Media komercyjne z definicji nastawione są na maksymalizację zysków, przez co powinny puszczać to czego chcą ludzie. To co się sprzedaje. Co jest najpopularniejsze w danym regionie. Co ma największa liczbę odbiorców.

Celowo piszę „powinny”, bo na przykładzie polskiego podwórka można zaobserwować, że nie jest to regułą. Odkąd zacząłem interesować się muzyką (5-6 klasa podstawówki), w RMFie, Radiu Zet, na Vivie i w MTV zawsze puszczali jakiś beton. Jakieś gówno typu Varius Manx, Kasia Cerekwicka, Kombi albo niemogącą muzycznie zemrzeć Beatę Kozidrak. W życiu nie zdarzyło mi się zapamiętać żadnego ich kawałka poza refrenem „Orła cień” i nie przypominam też sobie, żeby którykolwiek z moich znajomych kupił ich kasetę. A jednak młócili to w tych dużych mediach nieustannie.

A nie powinni. Poza przypadkowymi osobami włączającymi radio do kotleta, taksówkarzami, kierowcami TIRów i emerytkami, nikt tego nie słuchał. Nikt się tym nie jarał. I jest tak nadal. Nie wierzycie? To sprawdźmy…

 

Ile osób utożsamia się z najpopularniejszymi popowcami?

Hmm… gwiazda nad gwiazdy, Dorota Doda Rabczewska, co to podobno jest królową i to w dodatku tylko jedną, ma ledwo 190 tysięcy fanów? To mniej, niż liczba mieszkańców Sosnowca. Trochę mało biorąc pod uwagę fakt, że nie ma tygodnia bez niusa o niej na Pudelku i tłoczą jej postać we wszystkich kolorowych pismach, programach i młodzieżowych radiach. Ale mniejsza z nią. Można było się domyśleć, że mało kto chce się z nią identyfikować, bo de facto jej klipów na YouTube tez nikt nie ogląda.

Za to takie asy polskiej piosenki jak „zespół” Weekend powinny rządzić, co?

No nie rządzą. 46 tysięcy fanów.  To tyle co liczebność jakieś większej dziury na Podkarpaciu. Oczywiście jak osoby w wieku okołostudenckim wyjadą do Rzeszowa. Jak to się mogło stać, przecież ich zakalec ma ponad 65 milionów? Czyżby wszyscy puszczali „Ona tańczy dla mnie” dla żartu i toczyli z nich bekę większa, niż z Pikeja? Jest tylko jedna poprawna odpowiedź na to pytanie i wiem , że ją znasz.

Dobra, skoro nikt się nie identyfikuje z popowymi gwiazdkami i słucha ich mimochodem podczas oddawania stolca, to w takim razie…

 

Z kim słuchacze w Polsce chcą się utożsamiać?

Liczby mówią same za siebie. Polski rap to siła. Siła, która ma za sobą rzesze świadomych ludzi, sięgających po tę muzykę z własnego wyboru. Siła, której ukręcało się łeb w zarodku. Która przez lata była tłamszona, spychana do podziemia. O której się nie mówiło, a duże media udawały, że nie istnieje. Że to przelotna moda, chwilowa fanaberia.

I nagle, nagle po sukcesie „Jesteś Bogiem” i „Równonocy” Donatana, wszystkich w Polsacie, TVNie i Esce olśniło. Nagle przetarli oczy i zobaczyli, że taki nurt jak rap w naszym kraju istnieje. Ba, pod kątem ilości sprzedawanych płyt i granych koncertów bezwzględnie zdominował wszystkie inne gatunki. I cieszy mnie to jak cholera.

Jasne – ani Dowbor, ani Mołek, ani żaden festiwalowy konferansjer nie potrafi sensownie ugryźć tematu. Ale po stokroć wolę widzieć na „Top Trendach” Gurala, Pezeta, czy nawet Chadę, niż kolejną bezpłciową Gosią Andrzejewicz z tekstami Jacka Cygana.

 

A Ty?

Kogo Ty słuchasz z własnego wyboru, a nie dlatego, że radiowa ramówka wepchnęła Ci go nieświadomie do uszu? Kogo widziałbyś na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zamiast Bajmu i Budki Suflera?

(niżej jest kolejny tekst)

61
Dodaj komentarz

avatar
32 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
Marzena Mkristillendjanko11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowyemi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rafał Lisiak
Gość
Rafał Lisiak

Ej, Varius Manx to był całkiem niezły zespół kiedy śpiewała w nim Anita Lipnicka. Także proszę go nie wrzucać do jednego wora z Becią Kozidrak.

Osobiście popularnych stacji radiowych staram się słuchać jak najmniej. Jak dla mnie to są mordercy. Puszczają jakiś kawałek do zarzygania, tak, że masz go dosyć i na pierwsze dźwięki dostajesz epilepsji. Potrafią zamordować każdego. Przez nich nie lubię Adele, Of Monsters and Man i paru innych. Szlag mnie trafił jak ostatnio usłyszałem Dawida Podsiadło. A na festiwalu w Opolu chciałbym Rise Against:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Rafał, ale wybieramy z polskich zespołów, także Rise odpada :)

rafał d
Gość
rafał d

jakby wszystkie nasze babcie miały facebooka, konkurencja rapu trzymałaby się nieco lepiej ;)

Amelia
Gość
Amelia

W pierwszej chwili chcialem wpisac Brodka, ale to tez jest komercha. Micromusic bym chciala w Opolu uslyszec.O!

Olaa
Gość
Olaa

o tototo, właśnie słucham!

Maciej
Gość
Maciej

Tu nie chodzi co jest komercha tylko co byś chciał/ chciała usłyszeć na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej. Moim zdaniem na KFPP powinien znaleźć się Grubson/Pezet/Peja/Tede-chociaż nie przepadam/ Laskowski( fenomen poslkiej sceny muzycznej) i Arab

Sebostian
Gość
Sebostian

ARAB. Teraz to dopierdoliłeś oleju do ognia. Jakiś wack? Człowieku. ARAB. Może GUOVĘ JESZCZE CI TAM SPROWADZĄ I B.R.O? Mamy tak wielu potencjalnych artystów – również tych w/w choć nie przepadam za Peją – Ty jeszcze byś chciał tam Araba, który został tylko poznany przez jakiś tam iwent dla raperęłę.

Rita
Gość
Rita

A ja tam bym chciała żeby na festiwalu w Opolu pojawiło się Stare Dobre Małżeństwo albo Cisza jak ta… A dla ludzi którzy nie trawią tego typu muzyki Hey i Myslovitz. I to byłby udany festiwal!

Kwiatek
Gość

Ja słucham muzyki. Dziękuję za uwagę.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

W zeszły poniedziałek mogliście przeczytać jak wypada Plusssz Active Forte w zestawieniu z kawą, pod kątem wzmożonego wysiłku umysłowego. Według mnie jest lepszy, ale nie musicie wierzyć mi na słowo. Możecie przekonać się sami.

Ogłaszam szybki konkurs, w którym 3 osoby będą mogły wygrać pakiety Plusssz Active Forte i sprawdzić, czy faktycznie pobudza, czy to tylko efekt placebo.

Zasady są proste:

  1. W komentarzach poniżej należy podać swój autorski, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju sposób na walkę z sennością. Im bardziej szalona (aczkolwiek nie oderwana od rzeczywistości) odpowiedź, tym lepiej.
  2. Jedna osoba może udzielić dowolnej liczby odpowiedzi, ale wygrać może tylko raz.
  3. Czytelnicy wybierają 2 zwycięzców plusując, tudzież używając nomenklatury youtube’owej – łapkując 2 najlepsze odpowiedzi.
  4. Jednego zwycięzce wybieram ja wedle własnego, niepodlegającego dyskusji widzimisię.
  5. Czas na udzielenie odpowiedzi upływa w piątek (14-go czerwca) o godzinie 12:00.
  6. Wyniki ukażą się w piątek wieczorem tutaj.

To jak, co robicie, żeby nie zasnąć w trakcie całonocnej pracy/wielogodzinnej nauki/maratonu filmowego?

Ps. Liczę na Waszą kreatywność, bo może z odpowiedzi uda nam się zrobić jakiś anty-senny poradnik.

 
 
 

/EDIT 14.06.2013 – WYNIKI/

Zwycięzcami publiczności zostają: rafał d i Milka.

Zwycięzcą wybranym przeze mnie zostaje: Kapsel. Bo ten sposób zaiste działa.

Prześlijcie proszę swoje dane adresowe do wysyłki na kontakt@stayfly.pl. 

Gratuluję!

Od czwartku byłem w Warszawie z okazji MediafunLABu – konferencji organizowanej przez Maćka Budzicha. Było dużo o blogach, jeszcze więcej o vlogach, sporo merytoryki i ogrom inspiracji. Poznałem osobiście ludzi, których dotychczas widziałem tylko na ekranie komputera i zastanawiałem się, czy gdybyśmy się spotkali mielibyśmy w ogóle o czym gadać. Mieliśmy. Przybiłem z piątkę z Marco, Radkiem z „Polimat”, Kubą, Dyziakiem i Adamem z „Matura To Bzdura”, AdBusterem, i Andrzejem z jestKultury. Robert z Abstrachujów wzbił się nawet na wyżyny kurtuazji i zadeklarował, że polubi mój fanpejdż (cały czas czekam amigo).

Poza tym, że miałem okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki jak przejmują internet lepsi ode mnie, to dotarła do mnie oczywista oczywistość, oczywistsza, niż dzień po nocy. Mianowicie chodzi o prawdę podstawową (a nie objawioną, jak w moim przypadku) głosząca, że w Warszawie miałbym łatwiej. Łatwiej jako bloger (choć jako sprzątaczka, czy junior brand manager pewnie też). Składa się na to kilka czynników, ale najważniejszy z nich to to, że…

 

W Warszawie dzieje się

Czy to koncerty zagranicznych gwiazd, czy branżowe konferencje – najwięcej istotnych wydarzeń jest w stolicy. Na jednym spotkaniu blogerów poznasz więcej ludzi, od których możesz się czegoś nauczyć i zainspirować, niż w Krakowie przez pół roku. To samo tyczy się agencji i osób, które mogłyby z Tobą współpracować. Niestety w Mieście Królów mało kto jest zainteresowany działaniami w blogosferze, a nawet jeśli, to i tak nie chce mu się tracić weekendu, żeby się tym zajmować.

Dotychczas byłem przekonany, że internet to ponadprzestrzenne medium, którego nie ogarniczają żadne współrzędne geograficzne. Przecież Stay Fly da się znaleźć z każdego miejsca na Ziemi, niezależnie czy ktoś mieszka w Wąchocku, czy w Düsseldorfie. Okazuje się, że jednak nie i siła osobistego polecenia jest nie do przecenienia. Niby wszyscy tacy internetowi i nowocześni, a jednak preferują analogowe podejście i jeśli ktoś Cię nie pozna i nie polubi na żywo, to będziesz musiał się sporo napracować, żeby zrobił z Tobą biznes w sieci.

Mimo świadomości tego, że gdybym przeniósł się do Warszawy blog rozwijałby się 3-krotnie szybciej…

 

Zostaję w Krakowie

Bo kocham to miasto. Zakochałem się w nim w czwartej klasie podstawówki i uczucie to nie słabnie nawet pod wpływem prób na jakie jest wystawiane. Co z tego, że to miłość platoniczna, że często bez wzajemności, że dzielona z obcymi?

Wiele mam temu miastu do zarzucenia. Boję się Kurdwanowa nocą i przyśpieszam kroku, gdy widzę typów z szalikami. Irytują mnie upici angole obmacujący wszystko co się ruszą i studentki pierwszego roku pozwalające im na to. Ale to tylko drobnostki, które w żaden sposób nie przesłaniają mi piękna Krakowa.

Kocham gapić się w niebo nad Zakrzówkiem letnią noc i przejść w niedzielne popołudnie po ośnieżonych plantach w środku zimy. Uwielbiam zacząć dzień od śniadania na kocu w Parku Jordana i skończyć przy pszenny piwku na Placu Nowym. Jaram się leniwie-turystyczno-wypoczynkowym klimatem tego miasta i nie wyobrażam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej w Polsce.

Nawet jeśli będę musiał wspinać się po drabinie zamiast wjechać windą.

autorem zdjęcia jest Henri Sivonen