Close
Close

Jakiej muzyki świadomie słuchają Polacy?

Skip to entry content

Media komercyjne z definicji nastawione są na maksymalizację zysków, przez co powinny puszczać to czego chcą ludzie. To co się sprzedaje. Co jest najpopularniejsze w danym regionie. Co ma największa liczbę odbiorców.

Celowo piszę „powinny”, bo na przykładzie polskiego podwórka można zaobserwować, że nie jest to regułą. Odkąd zacząłem interesować się muzyką (5-6 klasa podstawówki), w RMFie, Radiu Zet, na Vivie i w MTV zawsze puszczali jakiś beton. Jakieś gówno typu Varius Manx, Kasia Cerekwicka, Kombi albo niemogącą muzycznie zemrzeć Beatę Kozidrak. W życiu nie zdarzyło mi się zapamiętać żadnego ich kawałka poza refrenem „Orła cień” i nie przypominam też sobie, żeby którykolwiek z moich znajomych kupił ich kasetę. A jednak młócili to w tych dużych mediach nieustannie.

A nie powinni. Poza przypadkowymi osobami włączającymi radio do kotleta, taksówkarzami, kierowcami TIRów i emerytkami, nikt tego nie słuchał. Nikt się tym nie jarał. I jest tak nadal. Nie wierzycie? To sprawdźmy…

 

Ile osób utożsamia się z najpopularniejszymi popowcami?

Hmm… gwiazda nad gwiazdy, Dorota Doda Rabczewska, co to podobno jest królową i to w dodatku tylko jedną, ma ledwo 190 tysięcy fanów? To mniej, niż liczba mieszkańców Sosnowca. Trochę mało biorąc pod uwagę fakt, że nie ma tygodnia bez niusa o niej na Pudelku i tłoczą jej postać we wszystkich kolorowych pismach, programach i młodzieżowych radiach. Ale mniejsza z nią. Można było się domyśleć, że mało kto chce się z nią identyfikować, bo de facto jej klipów na YouTube tez nikt nie ogląda.

Za to takie asy polskiej piosenki jak „zespół” Weekend powinny rządzić, co?

No nie rządzą. 46 tysięcy fanów.  To tyle co liczebność jakieś większej dziury na Podkarpaciu. Oczywiście jak osoby w wieku okołostudenckim wyjadą do Rzeszowa. Jak to się mogło stać, przecież ich zakalec ma ponad 65 milionów? Czyżby wszyscy puszczali „Ona tańczy dla mnie” dla żartu i toczyli z nich bekę większa, niż z Pikeja? Jest tylko jedna poprawna odpowiedź na to pytanie i wiem , że ją znasz.

Dobra, skoro nikt się nie identyfikuje z popowymi gwiazdkami i słucha ich mimochodem podczas oddawania stolca, to w takim razie…

 

Z kim słuchacze w Polsce chcą się utożsamiać?

Liczby mówią same za siebie. Polski rap to siła. Siła, która ma za sobą rzesze świadomych ludzi, sięgających po tę muzykę z własnego wyboru. Siła, której ukręcało się łeb w zarodku. Która przez lata była tłamszona, spychana do podziemia. O której się nie mówiło, a duże media udawały, że nie istnieje. Że to przelotna moda, chwilowa fanaberia.

I nagle, nagle po sukcesie „Jesteś Bogiem” i „Równonocy” Donatana, wszystkich w Polsacie, TVNie i Esce olśniło. Nagle przetarli oczy i zobaczyli, że taki nurt jak rap w naszym kraju istnieje. Ba, pod kątem ilości sprzedawanych płyt i granych koncertów bezwzględnie zdominował wszystkie inne gatunki. I cieszy mnie to jak cholera.

Jasne – ani Dowbor, ani Mołek, ani żaden festiwalowy konferansjer nie potrafi sensownie ugryźć tematu. Ale po stokroć wolę widzieć na „Top Trendach” Gurala, Pezeta, czy nawet Chadę, niż kolejną bezpłciową Gosią Andrzejewicz z tekstami Jacka Cygana.

 

A Ty?

Kogo Ty słuchasz z własnego wyboru, a nie dlatego, że radiowa ramówka wepchnęła Ci go nieświadomie do uszu? Kogo widziałbyś na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu zamiast Bajmu i Budki Suflera?

(niżej jest kolejny tekst)

61
Dodaj komentarz

avatar
32 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
Marzena Mkristillendjanko11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowyemi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Rafał Lisiak
Gość
Rafał Lisiak

Ej, Varius Manx to był całkiem niezły zespół kiedy śpiewała w nim Anita Lipnicka. Także proszę go nie wrzucać do jednego wora z Becią Kozidrak.

Osobiście popularnych stacji radiowych staram się słuchać jak najmniej. Jak dla mnie to są mordercy. Puszczają jakiś kawałek do zarzygania, tak, że masz go dosyć i na pierwsze dźwięki dostajesz epilepsji. Potrafią zamordować każdego. Przez nich nie lubię Adele, Of Monsters and Man i paru innych. Szlag mnie trafił jak ostatnio usłyszałem Dawida Podsiadło. A na festiwalu w Opolu chciałbym Rise Against:)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Rafał, ale wybieramy z polskich zespołów, także Rise odpada :)

rafał d
Gość
rafał d

jakby wszystkie nasze babcie miały facebooka, konkurencja rapu trzymałaby się nieco lepiej ;)

Amelia
Gość
Amelia

W pierwszej chwili chcialem wpisac Brodka, ale to tez jest komercha. Micromusic bym chciala w Opolu uslyszec.O!

Olaa
Gość
Olaa

o tototo, właśnie słucham!

Maciej
Gość
Maciej

Tu nie chodzi co jest komercha tylko co byś chciał/ chciała usłyszeć na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej. Moim zdaniem na KFPP powinien znaleźć się Grubson/Pezet/Peja/Tede-chociaż nie przepadam/ Laskowski( fenomen poslkiej sceny muzycznej) i Arab

Sebostian
Gość
Sebostian

ARAB. Teraz to dopierdoliłeś oleju do ognia. Jakiś wack? Człowieku. ARAB. Może GUOVĘ JESZCZE CI TAM SPROWADZĄ I B.R.O? Mamy tak wielu potencjalnych artystów – również tych w/w choć nie przepadam za Peją – Ty jeszcze byś chciał tam Araba, który został tylko poznany przez jakiś tam iwent dla raperęłę.

Rita
Gość
Rita

A ja tam bym chciała żeby na festiwalu w Opolu pojawiło się Stare Dobre Małżeństwo albo Cisza jak ta… A dla ludzi którzy nie trawią tego typu muzyki Hey i Myslovitz. I to byłby udany festiwal!

Kwiatek
Gość

Ja słucham muzyki. Dziękuję za uwagę.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

W zeszły poniedziałek mogliście przeczytać jak wypada Plusssz Active Forte w zestawieniu z kawą, pod kątem wzmożonego wysiłku umysłowego. Według mnie jest lepszy, ale nie musicie wierzyć mi na słowo. Możecie przekonać się sami.

Ogłaszam szybki konkurs, w którym 3 osoby będą mogły wygrać pakiety Plusssz Active Forte i sprawdzić, czy faktycznie pobudza, czy to tylko efekt placebo.

Zasady są proste:

  1. W komentarzach poniżej należy podać swój autorski, oryginalny i jedyny w swoim rodzaju sposób na walkę z sennością. Im bardziej szalona (aczkolwiek nie oderwana od rzeczywistości) odpowiedź, tym lepiej.
  2. Jedna osoba może udzielić dowolnej liczby odpowiedzi, ale wygrać może tylko raz.
  3. Czytelnicy wybierają 2 zwycięzców plusując, tudzież używając nomenklatury youtube’owej – łapkując 2 najlepsze odpowiedzi.
  4. Jednego zwycięzce wybieram ja wedle własnego, niepodlegającego dyskusji widzimisię.
  5. Czas na udzielenie odpowiedzi upływa w piątek (14-go czerwca) o godzinie 12:00.
  6. Wyniki ukażą się w piątek wieczorem tutaj.

To jak, co robicie, żeby nie zasnąć w trakcie całonocnej pracy/wielogodzinnej nauki/maratonu filmowego?

Ps. Liczę na Waszą kreatywność, bo może z odpowiedzi uda nam się zrobić jakiś anty-senny poradnik.

 
 
 

/EDIT 14.06.2013 – WYNIKI/

Zwycięzcami publiczności zostają: rafał d i Milka.

Zwycięzcą wybranym przeze mnie zostaje: Kapsel. Bo ten sposób zaiste działa.

Prześlijcie proszę swoje dane adresowe do wysyłki na kontakt@stayfly.pl. 

Gratuluję!

Od czwartku byłem w Warszawie z okazji MediafunLABu – konferencji organizowanej przez Maćka Budzicha. Było dużo o blogach, jeszcze więcej o vlogach, sporo merytoryki i ogrom inspiracji. Poznałem osobiście ludzi, których dotychczas widziałem tylko na ekranie komputera i zastanawiałem się, czy gdybyśmy się spotkali mielibyśmy w ogóle o czym gadać. Mieliśmy. Przybiłem z piątkę z Marco, Radkiem z „Polimat”, Kubą, Dyziakiem i Adamem z „Matura To Bzdura”, AdBusterem, i Andrzejem z jestKultury. Robert z Abstrachujów wzbił się nawet na wyżyny kurtuazji i zadeklarował, że polubi mój fanpejdż (cały czas czekam amigo).

Poza tym, że miałem okazję dowiedzieć się z pierwszej ręki jak przejmują internet lepsi ode mnie, to dotarła do mnie oczywista oczywistość, oczywistsza, niż dzień po nocy. Mianowicie chodzi o prawdę podstawową (a nie objawioną, jak w moim przypadku) głosząca, że w Warszawie miałbym łatwiej. Łatwiej jako bloger (choć jako sprzątaczka, czy junior brand manager pewnie też). Składa się na to kilka czynników, ale najważniejszy z nich to to, że…

 

W Warszawie dzieje się

Czy to koncerty zagranicznych gwiazd, czy branżowe konferencje – najwięcej istotnych wydarzeń jest w stolicy. Na jednym spotkaniu blogerów poznasz więcej ludzi, od których możesz się czegoś nauczyć i zainspirować, niż w Krakowie przez pół roku. To samo tyczy się agencji i osób, które mogłyby z Tobą współpracować. Niestety w Mieście Królów mało kto jest zainteresowany działaniami w blogosferze, a nawet jeśli, to i tak nie chce mu się tracić weekendu, żeby się tym zajmować.

Dotychczas byłem przekonany, że internet to ponadprzestrzenne medium, którego nie ogarniczają żadne współrzędne geograficzne. Przecież Stay Fly da się znaleźć z każdego miejsca na Ziemi, niezależnie czy ktoś mieszka w Wąchocku, czy w Düsseldorfie. Okazuje się, że jednak nie i siła osobistego polecenia jest nie do przecenienia. Niby wszyscy tacy internetowi i nowocześni, a jednak preferują analogowe podejście i jeśli ktoś Cię nie pozna i nie polubi na żywo, to będziesz musiał się sporo napracować, żeby zrobił z Tobą biznes w sieci.

Mimo świadomości tego, że gdybym przeniósł się do Warszawy blog rozwijałby się 3-krotnie szybciej…

 

Zostaję w Krakowie

Bo kocham to miasto. Zakochałem się w nim w czwartej klasie podstawówki i uczucie to nie słabnie nawet pod wpływem prób na jakie jest wystawiane. Co z tego, że to miłość platoniczna, że często bez wzajemności, że dzielona z obcymi?

Wiele mam temu miastu do zarzucenia. Boję się Kurdwanowa nocą i przyśpieszam kroku, gdy widzę typów z szalikami. Irytują mnie upici angole obmacujący wszystko co się ruszą i studentki pierwszego roku pozwalające im na to. Ale to tylko drobnostki, które w żaden sposób nie przesłaniają mi piękna Krakowa.

Kocham gapić się w niebo nad Zakrzówkiem letnią noc i przejść w niedzielne popołudnie po ośnieżonych plantach w środku zimy. Uwielbiam zacząć dzień od śniadania na kocu w Parku Jordana i skończyć przy pszenny piwku na Placu Nowym. Jaram się leniwie-turystyczno-wypoczynkowym klimatem tego miasta i nie wyobrażam sobie mieszkać gdziekolwiek indziej w Polsce.

Nawet jeśli będę musiał wspinać się po drabinie zamiast wjechać windą.

autorem zdjęcia jest Henri Sivonen