Close
Close

Żabcia: Gadałam dzisiaj z Kaśką na obiedzie. Ty wiesz, że u nas na stołówce jak poprosisz to dają świeże mięso i czyste sztućce?

Miś: Nie wiedziałem Żabciu. I co?

Żabcia: Z czym?

Miś: Z Kaśką.

Żabcia: W porządku. Narzeka tylko na Cześka. Ciągle namawia ją na drugą dziurkę. A co ty się nagle nią tak interesujesz, cooo?

Miś: Mówiłaś, że z nią rozmawiałaś, to myślałem, że…

Żabcia: No właśnie, nie przerywaj mi jak mówię! Ty wiesz, że ona z Cześkiem w 96-tym była na majówce w Rio?

Miś: W Rio de Janeiro, Żabciu?

Żabcia: Tak! Musimy się tam kiedyś wybrać! Ty mnie nigdzie nie zabierasz…

Miś: Koniecznie Żabciu. Kiedyś na pewno tam pojedziemy.

 

***

 

Marcin: Siemaaanko Eeendriu!

Endriu: Cześć.

Marcin: Co tam u ciebie Eeendriu?

Endriu: Stara bida. Jakoś leci.

Marcin: Ooo, to zajebiście. Dalej mieszkasz na Merkurym?

Endriu: Nie. 6 lat temu przeprowadziłem się na mieszkanie. Zaraz po skończeniu studiów.

Marcin: Ooo, to elegaaancko. To widzę, że duże zmiany. To musimy się ustawić kiedyś na jakiś browar. Pogadać jak tam na salonach, hehe.

Endriu: Ta, jasne. Kiedyś się ustawimy. Lecę, bo spieszę się do całodobowego, boję się, że mi zamkną. Cześć.

 

***

 

Mareczek: Czczczcz… czczcz… czczcześć Martyna!

Martyna: Cześć Mareczek.

Mareczek: Ccco… co u ciebie słychać?

Martyna: Dobrze. A u ciebie Mareczek?

Mareczek: Du… dużo ććciekawych rzeczy. Bo nie wiem czy wiesz, ale byłem w blablabla, z blablablablabla i było blablablablabla. A w ogóle to ostatnio blabla i blabla i też blablablablabla.

Martyna: Aha, to świetnie. Wiesz co ja spadam, bo…

Mareczek: Mmm… Martyna…

Martyna: …jestem umówiona.

Mareczek: …widziałaś „Szybcy i wściekli 15”?

Martyna: Na szczęście nie.

Mareczek: Mmmoże kiedyś się wybierzemy…

Martyna: Tak, tak, zgadamy się. Muszę uciekać.

Mareczek: …razem.

 

***

 

Kiedyś tam pojedziemy. Kiedyś się z tobą spotkam. Kiedyś postawisz się szefowi.

Kiedyś będziesz szczęśliwy. Kiedyś dostanie to, na co sobie zasłużył. Kiedyś ją zdobędę.

Kiedyś udowodnię wszystkim na co mnie stać. Kiedyś będziemy bogaci. Kiedyś zostaniesz gwiazdą rocka.

 

***

 

Kiedyś nie występuje na osi czasu.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Sylwia

    Fajnie. Właśnie się dowiedziałam, że moja nadzieja na to, że „kiedyś poznam miłość swojego życia” jest prochem i niczem. Idę dojadać pączki po wczorajszym weselu. </3

  • Pingback: Miesiąc bez przeklinania()

  • Pingback: Powiedzenia, których używasz, żeby się oszukiwać()

  • Wygrałeś internety tym zdjęciem do tekstu !

  • Pingback: Wizyta Baracka Obamy w Polsce oczami internetu()

  • Pingback: Gdzie mnie poniesie w 2014?()

  • emi

    świetny tekst, często to powtarzam, ale..uwielbiam styl Twojego pisania. Ostatnie zdanie to wisienka na torcie. Nic dodać nic ująć. Tylko podziękować, za kolejną dawkę motywacji :)

  • 17 czerwca 2016 roku wygram milion w totka. Postanowione.

    I oczywiście wszyscy, podobnie jak ja, wierzą, że to się stanie. Można odfajkować temat i w poczuciu dobrze wykonanego działania motywacyjnego powrócić do codzienności.

    • Albo nie zrozumiałeś tekstu i musisz go przeczytać jeszcze raz albo jesteś trollem. Nie widzę innych możliwości.

      • A ja myślę, że nie zrozumiałeś mojego komentarza. Zdarza się. Ale nie będę objaśniał, „co poeta miał na myśli”, bo jestem pewien, że jeśli zechcesz, to zrozumiesz. Pozdrawiam

    • Bobek

      Chyba zwariowałeś! Nie ma opcji. W piątki nie ma losowania.

  • True ;) Sam też kiedyś pisałem o trochę podobnym temacie, tylko u mnie to było „jutro”. Bo jak coś chcemy zrobić to często mówimy, że jutro się za to weźmiemy, tylko że jutro nigdy nie nadchodzi. Codziennie jest jutro, a jeśli chce się coś osiągnąć to jutro musi zmienić się w dziś ;)

    • To w kwestii motywacji, samorozwoju i zmieniania przyzwyczajeń, to tak – zgadza się jak najbardziej.

  • Ewelina

    Dokładnie, kiedyś= nigdy !

  • aventia

    „kiedyś razem zamieszkamy” – największa bzdura:-)

  • Martex

    ojacie czyli nie tylko nie irytują takie rozmowy?
    dla mnie takie pisanie i ustawianie się na siłę (ale bez konkretów oczywiście, tylko tak-z grzeczności) to strasznie bez sensu ;)

  • Dżejms Delfin

    Hmmm, no ale czy nie jest tak, że wiele marzeń opiera się na „kiedyś”? Nie wszystko może stać się dzisiaj, teraz, zaraz. Dzisiaj, teraz, zaraz możemy nad tym pracować i marzyć. Marzyć, że kiedyś się uda…

    • Dżejms, tu nie chodzi o to by wszystko robić dzisiaj, tylko podchodzić do przyszłych wydarzeń/marzeń/obietnic realnie. Najważniejsze to być szczerym z samym sobą i jeśli wiesz, że czegoś nie zrobisz, to nie oszukuj siebie, a nich innych, że to się stanie. A jeśli chcesz coś zrobić, to ustal konkretną datę – jutro, w poniedziałek, w przyszłym miesiącu, 16 marca 2014 roku. Bo „kiedyś” to nie data, tylko odłożenie wydarzenia w bliżej ani dalej nieokreśloną czasoprzestrzeń.

      • venila

        Podoba mi się pomysł z określeniem konkretnej daty realizacji zadania/marzenia/celu.

      • Dżejms Delfin

        No to w tym sensie oczywiście tak, masz rację. W tym sensie „kiedyś” ssie! ;) Chodzi tylko, żeby nie pozbywać się innych „kiedysi” dotyczących naszych marzeń- których nie możemy zrealizować już, dzisiaj, ale wiemy, że czekają tuż za zakrętem…

  • Rafał Lisiak

    Ostatnie zdanie z notki wdrażam do swojego słownika i zapisuję w Evernotcie w notatniku „Ulubione cytaty”.

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Co za róznica jak wyglądam?

Skip to entry content

Często pytacie czemu zasłaniam sobie twarz bandażem. Kilka dziewczyn mailujących do mnie, zżera ciekawość czy mam krzywe zęby, czy niemijający trądzik młodzieńczy, czy jedno i drugie? Czy jestem aż tak brzydki, czy zniewalająco przystojny, gdy zakładam protezę żuchwy? Najłatwiej byłoby mi powiedzieć, że pokazuję się w masce ze strachu przed nieuchronnie zbliżającą się popularnością, która nie pozwoli mi wyjść anonimowo nawet ze śmieciami. Ale nie, prawda jest inna.

Nigdy nie pokazywałem twarzy, bo byłem przekonany, że…

 

To jak wyglądam nie ma znaczenia

Że najistotniejsze jest to co robię. A w zasadzie jak to robię. Myślałem, że głównym motorem napędowym bloga nie jest moja blada facjata, a  sposób w jaki piszę.  Że przyciągają Was tu bliskie lewemu górnemu rogowi klatki piersiowej tematy i oszołamiający styl autora. W ostateczności wywołujące ślinotok fotki jedzenia na Fejsie. Ale w życiu nie spodziewałbym się, że ktoś będzie wyczekiwał momentu, aż pokażę lica.

No bo co, jak okaże się, że mam nos jak kartofel to przestaniesz czytać? Jak będę miał zeza rozbieżnego ku górze, to cofniesz lajka?

Cholera, mam nadzieję, że nie, bo byłem przekonany, że jesteś tu dla zawartości, a nie opakowania. Że interesuje Cię mięcho, a nie kelner który je przynosi. Ja wiem, że wygląd liczy się bardziej, niż 6-stka z fizyki, ale daj spokój – nie na blogu! I tak, celowo użyłem czasu przeszłego dwa zdania wcześniej, bo wiem, że to czy wyglądam jak Robert Pattison z profilu nie jest dla Ciebie bez znaczenia. Więc zapytuję się…

 

Kogo się spodziewasz?

Krakowskiego leminga…

 

…pretendującego hipstera…

 

czy dziecka ulicy?

Osoby znające czystą brudną prawdę uprasza się o nie psucie zabawy innym.

---> SKOMENTUJ

Ostatni raz na bezproduktywne nudzenie się i gapienie w telepudło miałem czas w podstawówce. Od gimnazjum, poza szkołą i domowymi obowiązkami, zawsze robiłem coś extra, coś dodatkowego. Nawet nie konkretnie po to, żeby jakoś wartościowo wykorzystać ten czas. Po prostu zawsze miałem jakieś zajawki, które mnie pochłaniały. Najpierw muzykę, potem muzykę, a później muzykę. Gdy poszedłem na studia muzyka poszła lekko na bok, na rzecz zarabiania na nowe buty, polówki i sweterki z krokodylem, bułki z szynką i czynsz za mieszkanie.

W zasadzie to najbardziej na rzecz tych ostatnich dwóch spraw, ale tak czy inaczej, od 14-go roku życia zawsze byłem aktywny w ciągu dnia. Bardzo. A od kwietnia przeżywam swoiste apogeum aktywności, bo rano uczelnia (bleee), popołudniu praca (spoko, spoko), a wieczorem blog (jupikajej!). Bardziej chcąc, niż nie chcąc, przez kilkanaście godzin dziennie muszę być przytomny, zwarty i gotowy, czarujący i przystojny. Te dwie ostatnie rzeczy robię już odruchowo, ale z resztą bywają problemy. Albo zasypiam na rowerze przejeżdżając przez skrzyżowanie, albo robię we wpisach niegodne blogera błędy ortograficzne, albo zapominam, że w zeszłym tygodniu miałem zaliczenie (w zasadzie to dwa, ale już mniejsza z tym).

Większość ludzi w takich momentach sięga po kawę. Marka Plusssz zaprosiła mnie do współpracy i poprosiła bym dołączył do mniejszości, która w wyżej opisanej sytuacji łyka…

 

Plusssz Active Forte

Co to w ogóle jest i po cholerę to brać?

Na stronie producenta możemy przeczytać, że:

Bogaty skład Plusssz Active Forte łączy w sobie podwójne działanie – ułatwia koncentrację i pobudza organizm w okresie intensywnego wysiłku psychicznego i fizycznego. Zawiera aż 3 substancje aktywne: kofeinę, taurynę i inozytol. Kofeina zwiększa wydolność psychofizyczną, przyspiesza i usprawnia procesy myślowe oraz likwiduje uczucie senności.

Dodatkowy kompleks 10 najważniejszych witamin w dawce 100% dziennego zapotrzebowania, uzupełnia niedobory witamin w organizmie. Witaminy B6 i B12 zmniejszają uczucie zmęczenia, witamina C wzmacnia odporność a tiamina przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego.

Bla, bla, bla, bla, bla. Tak po ludzku chodzi o to, że Plusssz pomaga się skupić i trzeźwo myśleć, nawet jeśli męczymy szare komórki kilkanaście godzin pod rząd. Brzmi w porządku, ale czy tak faktycznie jest i…

 

Czy to jest lepsze od kawy?

[sociallocker id=”17312″]

Moim zadaniem było picie Plusssz Active Forte regularnie przez 7 dni i porównanie jego wpływu na pamięć, koncentrację i resztę procesów myślowych, które zachodzą mi pod czachą, do efektu jaki daje kawa.

Kawę lubię bardzo, ale nigdy nie stosuję jej jako pracowspomagacz, tylko raczej traktuję w kategoriach deseru. Czarna w ogóle mnie nie kręci i chyba nigdy nie wypiłem całej. Z mlekiem pół na pół zdarza mi się łyknąć, ale sporadycznie. Za to uwielbiam wszelkie latte, frappe i w ogóle z lodami (najlepsze w TriBeCe przy Rynku Główny, polecam). Także kawa bardziej kojarzy mi się relaksem/poobiednim leżakowaniem, niż z wytężoną pracą umysłową i większości baristów, których znam też. Biorąc to pod uwagę, Plusssz już na starcie daje większego kopa.

Pomijając jednak kwestie przyzwyczajenia, nie da się ukryć, że większa ilość kofeiny i tauryna, której kawa nie posiada, siłą rzeczy musi mocniej pobudzić. I pobudza. Zwłaszcza jeśli pierwszą tabletkę rozpuścisz sobie po 2 godzinach pracy/nauki, a następną po kolejnych 4. Koncentracja wzrasta, senność spada, można myśleć. Jednak nie ma się co oszukiwać, że dzieje się tak w nieskończoność. Jak w przypadku każdego pobudzacza, w końcu dochodzi się do momentu granicznego, gdy po prostu trzeba pójść spać. Tyle, że w przypadku Plusssza, jest to dużo później.

Były plusiki, to teraz jakiś minusik dla równowagi.

Dla wieloletnich kawoszy z pewnością dużym problemem będzie smak. Nie, że jest jakiś zły czy coś (lekko kwaskowy, czuć taurynę), ale zdecydowanie nie jest podobny do smaku kawy i nie jest tak intensywny. Dla mnie to akurat lepiej, ale wiem, że są osoby, którym trudno będzie się przekonać, bo są uzależnione od tego smaku.

Z minusów, to jakby się mocno uprzeć, można jeszcze podciągnąć cenę. 20 tabletek Plusssz Active Forte kosztuje średnio 14zł, czyli 70gr za tabletkę. Jeśli kupicie jakąś mega tanią kawę z Biedronki, to filiżanka kawy wyjdzie mniej, jednak wciąż nie będzie zawierać tylu związków pobudzających co Plusssz.

Ja tu się rozwodzę jakbym pisał rozprawkę na polskim, a wiem, że Wy oczekujecie jednoznacznej odpowiedzi…

 

Lepsze czy nie?

Lepsze.

Pomijając to, że daje większego kopa i nie trzeba czekać, aż wystygnie żeby wypić, to zawiera witaminy. Witaminy, które kawa wypłukuje. No i pomijając już wszystko, nie trzeba mieć wrzątku, żeby tego użyć.

Ale możecie przekonać się o tym sami i sprawdzić, czy mój test ma pokrycie z rzeczywistością, czy tak tylko piszę, bo mnie fantazja poniosła. Za kilka dni na blogu będzie szybki konkurs, w którym do wygrania będą zestawy Plusssza i okazja do samodzielnego sprawdzenia czy to działa. A póki co mam do Was zupełnie poboczne pytanie: co jest dla Was najważniejsze przy wyborze pobudzaczy – efekt, smak, czy cena?

[/sociallocker]

---> SKOMENTUJ