Close
Close

Ostatni raz na bezproduktywne nudzenie się i gapienie w telepudło miałem czas w podstawówce. Od gimnazjum, poza szkołą i domowymi obowiązkami, zawsze robiłem coś extra, coś dodatkowego. Nawet nie konkretnie po to, żeby jakoś wartościowo wykorzystać ten czas. Po prostu zawsze miałem jakieś zajawki, które mnie pochłaniały. Najpierw muzykę, potem muzykę, a później muzykę. Gdy poszedłem na studia muzyka poszła lekko na bok, na rzecz zarabiania na nowe buty, polówki i sweterki z krokodylem, bułki z szynką i czynsz za mieszkanie.

W zasadzie to najbardziej na rzecz tych ostatnich dwóch spraw, ale tak czy inaczej, od 14-go roku życia zawsze byłem aktywny w ciągu dnia. Bardzo. A od kwietnia przeżywam swoiste apogeum aktywności, bo rano uczelnia (bleee), popołudniu praca (spoko, spoko), a wieczorem blog (jupikajej!). Bardziej chcąc, niż nie chcąc, przez kilkanaście godzin dziennie muszę być przytomny, zwarty i gotowy, czarujący i przystojny. Te dwie ostatnie rzeczy robię już odruchowo, ale z resztą bywają problemy. Albo zasypiam na rowerze przejeżdżając przez skrzyżowanie, albo robię we wpisach niegodne blogera błędy ortograficzne, albo zapominam, że w zeszłym tygodniu miałem zaliczenie (w zasadzie to dwa, ale już mniejsza z tym).

Większość ludzi w takich momentach sięga po kawę. Marka Plusssz zaprosiła mnie do współpracy i poprosiła bym dołączył do mniejszości, która w wyżej opisanej sytuacji łyka…

 

Plusssz Active Forte

Co to w ogóle jest i po cholerę to brać?

Na stronie producenta możemy przeczytać, że:

Bogaty skład Plusssz Active Forte łączy w sobie podwójne działanie – ułatwia koncentrację i pobudza organizm w okresie intensywnego wysiłku psychicznego i fizycznego. Zawiera aż 3 substancje aktywne: kofeinę, taurynę i inozytol. Kofeina zwiększa wydolność psychofizyczną, przyspiesza i usprawnia procesy myślowe oraz likwiduje uczucie senności.

Dodatkowy kompleks 10 najważniejszych witamin w dawce 100% dziennego zapotrzebowania, uzupełnia niedobory witamin w organizmie. Witaminy B6 i B12 zmniejszają uczucie zmęczenia, witamina C wzmacnia odporność a tiamina przyczynia się do utrzymania prawidłowego metabolizmu energetycznego.

Bla, bla, bla, bla, bla. Tak po ludzku chodzi o to, że Plusssz pomaga się skupić i trzeźwo myśleć, nawet jeśli męczymy szare komórki kilkanaście godzin pod rząd. Brzmi w porządku, ale czy tak faktycznie jest i…

 

Czy to jest lepsze od kawy?

Moim zadaniem było picie Plusssz Active Forte regularnie przez 7 dni i porównanie jego wpływu na pamięć, koncentrację i resztę procesów myślowych, które zachodzą mi pod czachą, do efektu jaki daje kawa.

Kawę lubię bardzo, ale nigdy nie stosuję jej jako pracowspomagacz, tylko raczej traktuję w kategoriach deseru. Czarna w ogóle mnie nie kręci i chyba nigdy nie wypiłem całej. Z mlekiem pół na pół zdarza mi się łyknąć, ale sporadycznie. Za to uwielbiam wszelkie latte, frappe i w ogóle z lodami (najlepsze w TriBeCe przy Rynku Główny, polecam). Także kawa bardziej kojarzy mi się relaksem/poobiednim leżakowaniem, niż z wytężoną pracą umysłową i większości baristów, których znam też. Biorąc to pod uwagę, Plusssz już na starcie daje większego kopa.

Pomijając jednak kwestie przyzwyczajenia, nie da się ukryć, że większa ilość kofeiny i tauryna, której kawa nie posiada, siłą rzeczy musi mocniej pobudzić. I pobudza. Zwłaszcza jeśli pierwszą tabletkę rozpuścisz sobie po 2 godzinach pracy/nauki, a następną po kolejnych 4. Koncentracja wzrasta, senność spada, można myśleć. Jednak nie ma się co oszukiwać, że dzieje się tak w nieskończoność. Jak w przypadku każdego pobudzacza, w końcu dochodzi się do momentu granicznego, gdy po prostu trzeba pójść spać. Tyle, że w przypadku Plusssza, jest to dużo później.

Były plusiki, to teraz jakiś minusik dla równowagi.

Dla wieloletnich kawoszy z pewnością dużym problemem będzie smak. Nie, że jest jakiś zły czy coś (lekko kwaskowy, czuć taurynę), ale zdecydowanie nie jest podobny do smaku kawy i nie jest tak intensywny. Dla mnie to akurat lepiej, ale wiem, że są osoby, którym trudno będzie się przekonać, bo są uzależnione od tego smaku.

Z minusów, to jakby się mocno uprzeć, można jeszcze podciągnąć cenę. 20 tabletek Plusssz Active Forte kosztuje średnio 14zł, czyli 70gr za tabletkę. Jeśli kupicie jakąś mega tanią kawę z Biedronki, to filiżanka kawy wyjdzie mniej, jednak wciąż nie będzie zawierać tylu związków pobudzających co Plusssz.

Ja tu się rozwodzę jakbym pisał rozprawkę na polskim, a wiem, że Wy oczekujecie jednoznacznej odpowiedzi…

 

Lepsze czy nie?

Lepsze.

Pomijając to, że daje większego kopa i nie trzeba czekać, aż wystygnie żeby wypić, to zawiera witaminy. Witaminy, które kawa wypłukuje. No i pomijając już wszystko, nie trzeba mieć wrzątku, żeby tego użyć.

Ale możecie przekonać się o tym sami i sprawdzić, czy mój test ma pokrycie z rzeczywistością, czy tak tylko piszę, bo mnie fantazja poniosła. Za kilka dni na blogu będzie szybki konkurs, w którym do wygrania będą zestawy Plusssza i okazja do samodzielnego sprawdzenia czy to działa. A póki co mam do Was zupełnie poboczne pytanie: co jest dla Was najważniejsze przy wyborze pobudzaczy – efekt, smak, czy cena?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Sprawdź czy Plusssz działa()

  • Ze względu na swój podeszły wiek nie muszę już tak mocno wytężać swojego mózgu jak kiedyś na zajęciach. Ale gdyby ktoś teraz opłacił mi studia i kazał na nie iść to musiałbym użyć czegoś bardziej pobudzającego myślenie niż kawa. I może byłby to Plusssz. A kawę to ja sobie piję dla rozluźnienia, dla lansu i dlatego, że lubię bardziej niż herbatę ;)

  • Wilczek

    Inozytol jest wytwarzany w organizmie przy udziale enzymu o nazwie fytaza. Buduje fosfatydyloinozytol (glicerofosfolipid), który jest prekursorem ważnych drugorzędowych przekaźników (IP3 i DAG) hormonów takich jak GnRH i TSH oraz wchodzi w skład spermy (100 g spermy zawiera 53 mg inozytolu). Przypuszcza się, że brak inozytolu może być przyczyną niepłodności.

    • Łouł, tego nie wiedziałem, dzięki za informację stary!
      A tak na marginesie, czyżbyś studiował chemię/biologie?

      • Wilczek

        Niestety studiuje Ekonomie na UE :D
        Siostra po Bio;)

        • Szacun tak czy inaczej, możliwe, że uratowałeś moje przyszłe dzieci :)

  • Marcela Zagrobelny

    Trafiłeś idealnie z tym tekstem, właśnie przed chwilą zrobiłam pierwszego Plusssza, żeby móc sama przetestować. Uwielbiam kawę, ale dla mnie też jest raczej „deserem” :)
    Poza tym bardzo dobre zagranie ze strony firmy, aby wypuścić na rynek nowy produkt tuż przed początkiem sesji- myślę, że większość studentów, którym obrzydły już energetyki, postanowi spróbować.

    • figofago

      Już 1,5 roku temu szprycowałam się Plussszem przed zimową sesją na 1. roku, więc to nie jest taki nowy produkt ;)

      • Marcela Zagrobelny

        sam Plusssz Active nie, ale Plusssz Active Forte już tak;)

  • domi

    Pobudza lepiej niż kawa, to fakt, ale mnie na przykład bolał żołądek przy piciu dwóch Pluszów dziennie, więc to może być pewnego rodzaju minus, poza tyk ok ;-)

  • Mila

    cena! dlatego kupuje energetyki w biedronce

  • Marta Wrona

    mój organizm po kilku dniach przyzwyczaja się do takiej dawki kofeiny i teiny i nie działa plussz. Aczkolwiek często używam go podczas sesji albo wzmożonej aktywności mózgu bardziej jako efekt placebo.

  • malvina_pe

    Nawet, gdyby Plusssz mi zapłacił gruby hajs na dziwki i narkotniki, nie rzuciłabym dla niego kawy :P Po prostu nienawidzę pluszowego smaku. Dla mnie kawa to styl życia ;) Niektórzy zaczynają dzień od fajki, niektórzy od fajki i kawy. Ja po przebudzeniu odpalam laptopa, zalewam wrzątkiem czarną sypaną parzochę bez mleka i cukru, a następnie sprawdzam RSS-y. Piję kawę regularnie od 10 lat, a ząbki nadal białe :D Tak więc zgodzę się z Tobą, że Plussssz może stanowić alternatywę dla ludzi, którzy nie są z klasyczną, „klepiącą” kawą w zbyt dobrych relacjach. U mnie by to nie przeszło.

    • No cóż, ze stylem życia racjonalnymi czynnikami nie wygram :)

      • malvina_pe

        Preferuję witaminy w formie naturalnej ;)

        • Martex

          ale wiesz, że organizm nie rozróżnia tego czy dostarczane witaminy są sztuczne czy naturalne?

          też nie przepadam za pluszem więc pije kawę(też nie z obowiązku,tylko dla przyjemności) i biorę Centrum ;)

          • malvina_pe

            No właśnie, „sztuczne” ;) Ale ok, rozumiem, o co Ci chodzi. Jasne, czasami, jeśli Twoja dieta jest np. zbyt uboga w magnez (bo pijesz kawę), czy w żelazo (bo nie jesz czerwonego mięsa), warto pomyśleć o dodatkowym uzupełnieniu tych składników, np. łykając Centrum, czy inne tego typu suplementy.

  • Kawę piję głównie dla smaku i zapachu, najlepsza jest z kawiarki, bez mleka i bez cukru :-) działanie pobudzające jest tu chyba tylko autosugestywne. Studiując, pracując i posiadając małe dziecko – najczęściej pobudzałam się… czekoladą – dawała mi największego kopa. Rok temu, jadąc samochodem do Chorwacji (ok 1400 km), piłam co ok.godzinę kawę/redbulla. Przejechałam jako kierowca 16h – bez snu z przerwami co ok godzinę/dwie. Mąż również ma prawo jazdy, więc w każdej chwili mógł się ze mną zamienić. Ale ja w ogóle nie czułam zmęczenia. Do czasu. Po dotarciu na miejsce, poszłam wziąć prysznić, położyłam się i…zaczął się horror. Nie dość, że cały czas miałam wrażenie, że jadę, to jeszcze nie wiem, czy zasnęłam, czy nie, czy miałam jakieś horrory, czy one działy się na serio, serce waliło mi jak szalone a łeb pękał. Koszmar. Nigdy więcej energetyków na pobudzenie. Dwa lata temu pokonałam tę samą trasę z jedną ok 40 minutową drzemką i jedną zmianą kierowcy na ok 200 km, wypiłam może ze dwie kawy podczas jazdy i po przyjechaniu czułam się jak nowo narodzona :-) i od razu poszliśmy nad morze.

    • Z takimi rzeczami zdecydowanie trzeba uważać, nie ma co lać w siebie tego w opór, bo jednak z jakichś powodów podaje zalecane dzienne dawki. Tak jak napisałem w poście, czego by się nie brało, zawsze dochodzi się do momentu, gdy po prostu trzeba się przespać :)

    • mm

      duzo w tym prawdy, na dlugie trasy i okazyjna koniecznosc wzmozonej koncentracji polecam proszkowana guarane (srednio smaczne) + niewielkie ilosci napojow energetycznych, laczone z woda i izotonikami + duza ilosc owocow. Do samochodu swietnie odswiezaja jablka, ale swieza pomarancz na postoju nawet lepsza, czeste postoje z drobnymi cwiczeniami fizyczne, rozciaganiem. Mi zazwyczaj wypadal postoj na 40min-2h na sen, po czym po 14h jazdy trafialem w pn na 8 do biura, trzeba bylo sobie radzic. Oczywiscie nastepnego dnia kolo 20-21 nastepuje odciecie i kazdego polozy :)
      W sporcie trzeba nawet bardziej uwazac, bo wszelkie te cudowne specyfiki, wlaczajac kawe kosmicznie odwadniaja.
      Generalnie w ulotkach taki Plusz to oczywiscie cudowny specyfik, ale preawda jest taka, ze na kazda z tych uzywek czlowiek sie uodparnia, a syntetyczne witaminki i mineraly dodawane sa w kazdym mozliwym produkcie, tylko jakos ludzie od tego nie szczegolnie sa zdrowsi :|

  • Krakowska Singielka

    TriBeCa <3

    A kawa dla mnie to przede wszystkim smak, ostatnio piję jej bardzo mało, a od powrotu z Rzymu to już całkiem ciężko dogodzić moim kubkom smakowym… a taki Plusssz to przydał by mi się dzisiaj, bo bardzo intensywnym weekendzie ;)

  • wyluzuj_in

    kawa może daje mniejszego kopa, ale te plusssszzze to sama chemia wali pewnie w wątrobę nieźle pewnie nie jest zalecane codziennie picie. A kawa raz dziennie nawet dla zdrowotności dobra ^^

    • Oj stary, jeśli myślisz, że kawa nie wali w żołądek, to… źle myślisz :) poza tym niszczy zęby i tak dalej, a zdania co do jej ogólnego wpływu na zdrowie są baaardzo podzielone. Co do chemii w Plussszu, to poza tauryną, kofeinę i inozytolem, są w nim same witaminy, zresztą skład masz tutaj: http://www.plusssz.pl/produkty,4/plusssz-active-forte,112.html więc wygłaszałbym ostrożnie takie osądy :)

      • wyluzuj_in

        no pewnie w dzisiejszych czasach nawet pomidory z działki szkodzą, ale tak czy siak kawa dla mnie bardziej naturalniejsza niż te pluszzze i ich sztucznie pędzone witaminy

        • Papierosy tez są naturalniejsze, niż e-papierosy, a chyba nie wmówisz mi, ze są zdrowsze? :)

          • wyluzuj_in

            sam tytoń tak :) ale w papierosach jest mega dużo mieszanek wszystkiego więc pewnie są na równi

          • wyluzuj_in

            w sumie jak paliłem e papierosa ciągle miałem biegunkę przez niego ze zwykłymi fajkami nie miałem żadnych skutków ubocznych ^^

          • Ooo stary, to widzę, że masz jakiegoś wybitnego pecha :)

  • Venegoor

    Na mnie niestety pobudzacze cienko działają lub po prostu w nie nie wierzę. Kawę też traktuje jako smakołyk, dlatego staram się pić tylko w domu bo tam mam dostęp do świeżo mielonej. Energetyków nie lubię, bo mają okropny smak. Dlatego dla mnie liczy się przede wszystkim smak! Ale Plusssza nie próbowałem ale chętnie wypróbuje. Zbliża się egzamin magisterski i trzeba wkuć 100ileś tam stron :)

  • Monika Cisłak

    Najważniejszy jest efekt, potem smak, na końcu cena – ale to chyba dlatego, że akurat najbardziej smakuje mi Bepower z Biedry. Gdyby smakował mi Burn, ta struktura mogłaby się nieco zaburzyć.

    Jeśli chodzi o te „tabletkowe napoje” – nie trzeba mieć wrzątku ani wody w ogóle na dobrą sprawę – zawsze uwielbiałam te tabletki kłaść na język. Omnomnom! <3

    • Co do smaku napojów energetycznych, to nie wiem, czy oglądałaś to: https://www.youtube.com/watch?v=9kdDiVbUdcM wszystkie mają ten sam skład i smakują tak samo, różnią się tylko ceną i etykieta na opakowaniu :)

      A co do „tabletkowych napojów” to właśnie chodziło mi o to, że nie trzeba mieć wrzątku, aczkolwiek wersja „na język” to już hardcore :)

      • Monika Cisłak

        A faktycznie, widziałam kiedyś ten filmik. No to tym bardziej jestem wygrana na Bepowerach :>

        Oj tam żaden hardcore, polecam :D

        • rafał d

          cierpliwi mogą zgryzać po kawałeczku, połykając nim zacznie buzować:)

      • No nie, to o składzie i smaku to delikatnie mówiąc nieprawda. Nie mówię, że wszystkie się różnią, ale chociażby tych z filmiku – Blow ≠ Red Bull ≠ Burn. Co do reszty – głowy nie dam, lecz generalnie różnice są całkiem możliwe. I to nie jest kwestia studiowania etykiet czy próbowania ich (choć to też), tylko wiedza na temat receptur, którą wyniosłem z blisko dwóch lat pracy u producenta energetyków. Ale nie o to chodziło – dzięki za info odnośnie Plusssza!

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Gosling – tak, Cooper – nie

Skip to entry content

Po lekkim, rozrywkowym i bardzo udanym „Iron Manie 3„, mocno napalałem się na „Wielkiego Gatsby’ego”. Raz, że DiCaprio, dwa że świetna oprawa muzyczna w wykonaniu takich tuzów jak Florence + The Machine, Lana Del Rey, czy The XX. Pan Leonardo grał niezaprzeczalnie pierwszoklasowo (bo jakżeby inaczej) i indie zespoły też przyzwoicie, ale film jako całość zawiódł. Jednak nie był to zawód na tyle spektakularny, by pastwić się nad nim na blogu (co innego „Bejbi blues”).

Natomiast „Drugie oblicze” mimo głupiego tłumaczenia tytułu i brzydkiego plakatu, to film który mogę polecić z ręką na portfelu. To, co już od pierwszych minut filmu przemawia na jego korzyść, to…

 

Świetna gra aktorska Ryana Goslinga

Wiem, że po „Drive” kochają się w nim wszystkie laski bez względu na wiek, stan cywilny i gotowość do utraty dziewictwa. Trochę mi nieswojo pisać o gościu, który elektryzuje płeć przeciwną bardziej niż ja, ale co zrobić – skurczybyk jest dobry.

Gra szalonego motocyklistę-kaskadera, który jak przystało na takich gości, jest bad boyem-włóczykijem i nie przejawia ciągot do zakładania rodziny. W momencie, gdy przypadkiem dowiaduje się, że ma syna (takim samym przypadkiem jakim go spłodził), zmienia się w gorliwego strażnika domowego ogniska. Kupuje małemu prezenty, zabiera go na lody i stara się ukazać jego matce w najkorzystniejszym świetle, jakie może paść na bezrobotnego, wydziaranego w każdym miejscu faceta, śmigającego w jednym dziurawym t-shircie założonym na lewą stronę.

Gosling wcielając się w tę rolę pokazuje duże spectrum emocji i jak zwykle, większość opartych jest na jego samej mimice. Kiedy naraża się niemal na pewną śmierć, jeżdżąc z dwójką innych motocyklistów w malutkiej klatce, rzuca od niechcenia grymas Ala Pacino z „Ojca Chrzestnego”. Kiedy bawi się z dzieckiem – choć myślałem, że to niemożliwe – wygląda jak większy słodziak, niż Bartek Wrona w klipie „Kolorowe sny”. A gdy z kolei przeprowadza napad na bank, mam wrażenie, że Heath Ledger gdyby żył, mógłby się od niego uczyć jak gra się świra.

Ryan jednak nie gra pierwszych skrzypiec przez całe 140 minut, a tylko przez połowę. A w zasadzie to nawet jedną trzecią, bo

 

Film jest podzielony na trzy części

Czytałem o tym przed seansem i z dystansem podchodziłem do tego zabiegu. Niewielu reżyserom udaję się opowiedzieć trzy odrębne historie w jednym obrazie, bez wywoływania u widza wrażenia przypadkowości. Derek Cianfrance dał radę, wnosząc tę technikę na wyższy poziom.

Mimo, że „Drugie oblicze” można by rozdzielić na trzy niezależne fabuły, opowiedziane w trzech niepowiązanych filmach, to tu przechodzą niespodziewanie płynnie i nie ma mowy o żadnym braku spójności. W zasadzie, to dzięki temu, że mamy do czynienia z tą trójdzielnością fabuły, nie męczy mimo, że trwa ponad 2 godziny. A trzeba przyznać, że nie jest wyjątkowo odkrywcza, raczej oklepana jak tyłek przygranicznej tirówki. Bo ile filmów było o tym, że bieda frustruje i popycha do zbrodni? Albo, że policja jest skorumpowana (nawet Polacy sprawnie ugryźli ten temat)?

No ja naliczyłem więcej niż dwa, a mimo to „Drugie oblicze” w świeży i wciąż krwawy (w przenośni rzecz jasna) sposób porusza te tematy. Nie spodziewajcie się jakichś podprogowych przesłań, czy odkrywczych rad dotyczące życia wśród ludzi, ale jest jeden uniwersalny wniosek jaki można wyciągnąć z tego filmu – nikt nie ma takiego wpływu na dzieci jak rodzice. I de facto o tym te historie są – opowiadają jak dużą rolę odgrywają ojcowie w życiu ich synów.

O ile chętnie będę bił brawo temu złemu (Goslingowi) za przedstawienie tematu, o tyle mam zastrzeżenia do tego dobrego i zastanawiam się…

 

Czemu ludzie tak się podniecają Bradleyem Cooperem?

W „Kac Vegas” był zabawny, nie powiem, że nie. I szelmowski uśmiech, i fryz, i przesadna pewność siebie była wporzo. W tym filmie nie miałem mu nic do zarzucenia, ale też nie była to produkcja jakichś wysokich lotów. „Poradnik pozytywnego myślenia” całościowo nie zrobił na mnie większego wrażenia, więc jego gra aktorska też nie zwaliła mnie z nóg, nie mówiąc już o zachwianiu wygodnym fotelem na którym siedziałem. Ot, jakimś tam odtwórca roli. Gdyby nie było napisane na plakacie, to może nawet nie zauważyłbym, że pierwszoplanowej.

W „Drugim obliczu” też nie robi mi się mokro w kroku, ani sucho w ustach na jego widok. Czy jest słabym aktorem? W żadnym wypadku! Czy wybitnym? Również w żadnym wypadku. Jest przeciętny, gra poprawnie. Gdy ma wyrazić strach lub niepewność, robi to dużo lepiej, niż któryś z braci Mroczków, ale wciąż równie wiele brakuje mu do kunsztu choćby Nicolasa Cage’a. Tak jak Brodka nie jest artystką, a wykonawczynią, tak on nie jest aktywnym twórcą postaci, a rzemieślnikiem odtwarzającym rolę.

Dlatego zupełnie nie pojmuję zachwytu jego osobą. Wchodzę na recenzję na innych blogach – dziewczyny piszą, że jest boski. Pytam o zdanie koleżanek – mówiąc, że niezłe ciacho. Otwieram „Playboya” – wybitnie żenujący artykuły o jego turbo zajebistości na dwie strony. Z czego cholera jasna to wynika?

Czy on faktycznie ma coś czego ja nie dostrzegam?

---> SKOMENTUJ

Rusz tyłek #3 – rozmowa z Kubą Jankowskim z „Matura To Bzdura”

Skip to entry content

Po blogerce modowej (Kasia Gorol) i stylożyciowej (Segritta), przyszedł czas na poruszanie tyłkiem z jakimś facetem. I to w zasadzie nie jakimś, a bardzo konkretnym bo z Kubą Jankowskim – autorem „Matura To Bzdura” i „Kuba Show”. Kuba nie dość, że jest jednym z pionierów wideo w sieci w Polsce, który był przy narodzinach tego biznesu, to jest strasznie sympatycznym i otwartym gościem. Mimo, że jest turbo zajęty znalazł czas, żeby pogadać ze mną o motywacji do realizowania swoich marzeń i zarabianiu na YouTube.

Grzeczny Chłopiec: Większość osób zna cię z „Matura To Bzdura”. Przed tym programem miałeś wcześniej jakieś przygody z wideo w sieci, z których ludzie mogliby cię kojarzyć?

Kuba Jankowski: Nie, z wideo w sieci nie miałem wcześniej żadnych przygód, ale występowanie, niekoniecznie przed kamerą, było w moim życiu. Przez 6 lat występowałem w teatrze amatorskim „BEZPOŚREDNIKuff” w Gdańsku, który założyliśmy ze znajomymi. To było super, bo przebywałem z ludźmi, którzy mieli ciśnienie na robienie czegoś kreatywnego i twórczego po szkole, a nie granie w gry komputerowe w domu.

Więc to stąd się wzięło twoje zamiłowanie i predyspozycje do występów przed kamerą?

Zamiłowanie być może. Co do predyspozycji, to zostawiam to każdemu do oceny. Nie stałem nigdy wcześniej przed kamerą, nie pracowałem jako dziennikarz, nie jestem dziennikarzem i nie kształciłem się w tym kierunku. Jestem typowym naturszczykiem. Tak jak Kasia Cichopek jest aktorką w serialu, na takiej zasadzie ja jestem dziennikarzem.

Nie wolałeś w takim razie zostać zawodowym aktorem teatralnym, zamiast wchodzić na niepewnym grunt jakim w tamtych czasach był YouTube?

Mam świadomość swoich mocnych i słabych stron i wiedziałem, że na pewno nie czeka mnie kariera na deskach teatralnych. Śladami Michała Żebrowskiego raczej bym nie poszedł (śmiech).

Czyli racjonalnie oszacowałeś swoje szanse na karierę aktorską?

Tak. Mimo, że zajmuję się różnymi niecodziennymi rzeczami, to jestem jednak realistą w życiu i potrafię oszacować w czym jestem dobry, a w czym nie bardzo.

A miałeś jakieś obawy przed startem programu? Było coś co cię demotywowało? Nie bałeś się, że nie masz doświadczenia przed kamerą?

Nie, odnośnie programu nie miałem żadnych obaw, nic mnie nie demotywowało. Raczej z podnieceniem dziecka spoglądającego na bożonarodzeniowe niebo, wyglądającego gwiazdki, czekałem na start programu.

Byłem pozytywnie nastawiony, bo na początku to było dla nas coś dodatkowego. Coś co robiliśmy po zajęciach na uczelni, czy po pracy, i ja to traktowałem podobnie jak teatr – to było dla mnie fajną formą spędzenia czasu i też czymś co mogłem stworzyć. Chciałem być za coś odpowiedzialny, mieć coś swojego nietypowego, oryginalnego, alternatywnego.

A z jakim nastawieniem do kręcenia internetowych filmików podchodzili twoi bliscy – rodzina i przyjaciele? Traktowali to z przymrużeniem oka, jako chwilową fanaberię, czy widzieli w tym potencjał i na bieżąco cię wspierali?

Żeby wtedy – 3 lata temu – widzieć w tym potencjał, to trzeba by być osobą, która głęboko w tym siedzi i myśli perspektywicznie o tym, w którą stronę to się rozwinie. Wydaje mi się, że raczej postrzegali to jako coś fajnego, dodatkowego, co można robić w wolnym czasie. Dopiero gdy zaczęły się występy w telewizji, wywiady, wizyty w „Dzień Dobry TVN” i jakieś większe liczby wyświetleń pojawiły się na naszym kanale, zdali sobie sprawę, że to jest coś poważniejszego. Że to nie tylko jakieś etiudy studenckie wrzucane do internetu (śmiech).

Po ilu odcinkach „Matura To Bzdura” zaczęła przynosić jakieś sensowne pieniądze?

Po ilu odcinkach nie pamiętam, ale jeśli chodzi o czas, to było to po 6 miesiącach. W ogóle w historii „MTB” były dwa ważne momenty. Przez pierwsze pół roku nagrywaliśmy program na pożyczonej kamerze i on w zasadzie nie zarabiał, był hobbystyczny, a po tych 6 miesiącach mogliśmy w końcu kupić własną kamerę. Drugi ważny moment był po pierwszym sezonie programu – koniec 2011 roku. Wtedy pojawił się poważny sponsor z większymi pieniędzmi i dzięki temu mogliśmy zrezygnować z pracy i poświęcić się projektowi.

Z perspektywy czasu oceniasz, że to było długo, czy krótko, żeby dojść do momentu, w którym mogłeś się skupić tylko na „MTB”?

Czy to było długo, czy krótko? Hmm… kiedy my zaczynaliśmy na YouTube nie było ani RockAlone2k, ani Rojo, ani Polimatów, ani Abstrachujów. Była Baśka, Niekryty Krytyk i my, i to wszystko dopiero się kształtowało. Rynek reklamowy w sferze wideo dopiero raczkował, więc trudno mi się do czegoś odnieść. To był normalny rozwój.

A nie bałeś się tego, że przez to że tworzycie program w trójkę, w momencie, gdy pojawią się pieniądze zaczną się kłótnie – kto ile powinien dostawać?

Nie, bo to było od samego początku ustalone. Był jasny podział i w tym byliśmy konsekwentni, więc w tym temacie nie było żadnych problemów.

Szukaliście sponsorów na własną rękę, czy sami się zgłaszali?

Na początku, kiedy rozpoczynaliśmy program, rzeczywiście szukaliśmy ich sami i teraz wiele osób zaczynających z wideo w sieci, pyta mnie jak to zrobiliśmy. Jak to się stało, że już od pierwszego odcinka mieliśmy dwóch sponsorów – Cropp i Nokaut? Więc to jest technika uderzania głową w ścianę (śmiech). Uderzasz dopóki się nie przebijesz, a jak się nie uda szukasz następnej (śmiech). Po prostu nie można się poddawać, tylko próbować, próbować i dalej próbować. Czasem zrządzenie losu obrodzi jakąś sytuacją, a czasem rozwiązanie jest tuż pod twoim nosem, tylko go nie dostrzegasz.

Dużo osób chciało reklamować swój produkt przez filmiki na YouTube? Traktowali to poważnie?

Trudno mi odpowiedzieć, musiałbym być w skórze sponsorów. Ci z którymi współpracowaliśmy potraktowali to na tyle poważnie, że chcieli kojarzyć swoją markę z naszym programem. Mało tego, Nokaut nawet poprosił nas o stworzenie osobnego programu dedykowanego ich produktom i ich marce.

A pomijając sponsorów indywidualnych, da się wyciągnąć jakąś sensowną kwotę z samych reklam oferowanych przez program partnerski YouTube?

Tak, ale to zależy jakich masz sponsorów i ile akcji przeprowadzasz. Tak naprawdę niewielu YouTuberów mogłoby się pochwalić, że funkcjonuje tylko dzięki tym pieniądzom. To jest jakieś 10-20 kanałów. Musisz mieć naprawdę dużo wyświetleń i reklam, żeby coś konkretnego dzięki temu zarobić.

Biorąc pod uwagę czas i energię włożoną w kręcenie programu, jest to bardziej opłacalne, niż standardowa praca w korporacji?

Wiesz co, zawsze najważniejsza była myśl, że tworzysz coś własnymi rękami i umysłem. To była ta wartość, która mnie trzymała przy robieniu tego. Bo co innego jest pracować na czyjeś konto, a co innego tworzyć coś samemu i mieć z tego zadowolenie. Widzieć, że ludzie doceniają twój program, mówią, że robisz coś wyjątkowego – to jest istotne.

A pod kątem finansowym, też to dawało satysfakcję większą, niż normalna praca?

Niektórych by to satysfakcjonowało, innych nie. Najlepszym dowodem, że dla mnie to było satysfakcjonujące, jest to, że przez prawie 3 lata ten program współtworzyłem.

W ciągu tych niemal 3 lat kręcenia programu miałeś jakiś kryzys? Jakąś poważniejszą chwilę zwątpienia w sens i opłacalność tego co robisz?

Tak. To było przed przyjściem tego większego  sponsora, gdy wszyscy poza kręceniem programu musieliśmy normalnie chodzić do pracy. Siedliśmy z chłopakami pewnego wieczoru i powiedzieliśmy sobie, że jeśli ten program nie będzie nam przynosił większych zysków, niż przynosi w tym momencie, to zostawiamy to i zajmujemy się czymś innym w życiu. To był chyba moment kulminacyjny tego projektu. Na szczęście zaraz po tym pojawił się ten większy sponsor, dzięki czemu mogliśmy kontynuować to co robiliśmy.

Myślisz, że gdyby ten sponsor nie pojawił się w ciągu dwóch miesięcy, to byście się poddali?

Ciężko mi mówić „co by było gdyby…” i mogę się wypowiadać tylko za siebie, a nie całą trójkę, ale rozważaliśmy taką możliwość.

Zmierzając powoli ku końcowi – od dłuższego czasu prowadzisz swój osobisty kanał na YouTube, a ostatnio ogłosiłeś odejście z „MTB”? Było to podyktowane zmęczeniem formułą i chęcią próbowania nowych rzeczy, czy jakimiś osobistymi animozjami w zespole?

Nie było żadnych animozji. Dobrze to określiłeś mówiąc o zmęczeniu formułą. Tak jak kilkukrotnie mówiliśmy w tej rozmowie, „Matura..” trwała niemal 3 lata, a ja chciałem zrobić coś nowego. Zmierzyć się z jakimś nowym wyzwaniem, stworzyć coś innego. Stąd moja decyzja.

Nie sadzisz, że to mimo wszystko ryzykowny krok? Nie bałeś się, że „MTB” była jednak ukształtowaną marką, a Ty działając solo możesz nie zyskać takiej popularności i nie odnieść takiego sukcesu?

Można tak sądzić, ale ja po prostu chcę iść dalej. Chcę inaczej spożytkować swój potencjał twórczy i poszukam sobie czegoś innego. Mam swój vlog, jestem też na etapie budowania bloga o wdzięcznej nazwie HejKuba.pl i tu będę kierował swoje zainteresowanie. Zobaczymy co z tego wyniknie. Ja żyję nadzieją, że to rzeczywiście będzie rosło i będzie atrakcyjne dla widzów i czytelników.

Stawiasz sobie jakiś cel prowadząc swój własny kanał? Masz jakieś skonkretyzowane plany na przyszłość?

Na vlogu będę umieszczał krótkie filmy dotyczące tego co mnie pasjonuje, smuci, raduje i pociąga. Będę mówił o swoich życiowych pasjach, komentował sytuacje, które mnie dotyczą. Mam też pomysł, żeby w wakacje rozpocząć nagrywanie nowego programu, którego emisję rozpocznę jesienią tego roku.

Czyli nie masz planu, że pół roku kręcisz vloga, a potem przechodzisz do telewizji?

Nie, nie mam takich ciągot telewizyjnych. Są u nas w świecie youtube’owym takie osoby, które celują w telewizję, ale ja do nich nie należę. Telewizja ogranicza, a ja tego nie lubię. Wolę sam decydować jaką formę i kształt przybiera to co robię. Poza tym wiem, że praca w telewizji – używając języka moich znajomych – jest ciężką orką.

Podsumowując – niezależność przede wszystkim?

Bardzo dobrze powiedziane (śmiech).

Pytanie na koniec: jak Kuba Jankowski – jeden z najpopularniejszych twórców wideo w Polsce – zmotywowałby wszystkie marudy do ruszenia tyłka i zrobienia czegoś swojego?

Dobre pytanie. Wielu z nas ma jakieś marzenie, jakiś cel, który chciałoby zrealizować, jakiś pomysł na siebie i boi się zrobić pierwszy krok. A nic więcej nie dzieli nas od zrealizowania tego marzenia, niż ten jeden jedyny krok. Być może nie uda się, być może to będzie porażka, ale satysfakcja, którą może odnieść z tego, że zrobi coś swoimi rękami jest nieporównywalnie większa od pracy na etacie.

Przez długi czas trenowałem koszykówkę i pomimo swojego nie za wysokiego wzrostu, marzyłem żeby być jak Michael Jordan. Zbierałem naklejki z jego podobizną i byłem ostro zafiksowany na punkcie tego sportu i wciąż mam na tapecie komputera cytat Michaela, który dobrze oddaje motywację do działania – „Nie trafiłem do kosza podczas mojej kariery ponad 9000 razy. Przegrałem niemal 300 meczów. 23 razy to do mnie należało oddanie decydującego rzutu i nie trafiłem. Ponosiłem w życiu porażkę za porażką i właśnie dlatego doniosłem sukces”. I o chyba to chodzi – jeśli coś chcemy zrobić, na czymś nam zależy, to po prostu musimy to robić.

---> SKOMENTUJ