Close
Close

Faceci bici pejczem i wiązani przez kobiety

Skip to entry content

Raz na kwartał zdarzy mi się sprawdzić z jakich fraz wpisanych w Google ludzie trafiają na Stay Fly. Mniej żeby się sugerować, bardziej z ciekawości. Większość to dość przewidywalne hasła typu „jak żyć”, „spring breakers recenzja”, „krakow muzeum za darmo”, czy „ten zabójczo przystojny koleś w bandażu”. Co jakiś czas, jednak wyniki z Google Analytics wpędzają mnie w poczucie silnego niepokoju. Niepokoju związanego z tym czego ludzie szukają w internecie i czemu googlując tak dziwne rzeczy trafiają na mojego bloga.

Oto 10 najbardziej osobliwych fraz, które przeniosły tu ludzi z wyszukiwarki:

 

#10

Wiem, ale nie powiem! Chyba powinienem pomyśleć o przewodniku-przetrwalniku z lifehackami na całe 5 lat studiów.
 

#9

Hasło niecodzienne, ale zrównoważone. Aczkolwiek nie przypominam sobie, żebym miał gdzieś zdjęcie z kotem w słuchawkach na blogu.

 

#8

To źle myślał. Bardzo źle. Mam nadzieję, że udało mi się wyprowadzić go z błędu.

 

#7

Bardzo mi przykro. Zmień go albo zmień go. Chyba, że Ci to odpowiada skoro jesteście razem.

 

#6

Cholera wie. Ciężko wyczuć. Na pewno nie chciała być z DiCaprio, bo by się ogarnęła z ciuchami.

 

#5

Hmm, pomyślmy… Wystarczy wydać wszystkie pieniądze na alkohol, przegrać mieszkanie w karty, dać przyjaciołom powód do znienawidzenia i wyrzec się rodziny. A potem to już samo jakoś leci.

 

#4

Ooo, tego to nawet ja nie wiedziałem! Tylko kogo/czego?

 

#3

Nie wiem jak inni, ale ja pozwalam.

 

#2

Szczere, mocne wyznanie. Trochę się boję, że to o mnie.

 

#1

Co to, to nie! Wybaczcie, ale takich rzeczy tu nie znajdziecie! Nie ma mowy!

No chyba, że bardzo chcecie, to mogę się zastanowić.

 

Dobra, pochichraliśmy się że boki zrywać i turlać się po ziemi, ale w sumie to niewiele. To za mało, więc…

 

Śmiejmy się dalej

Jeśli jesteś blogerem – wrzuć u siebie analogicznego posta z listą 10 najdziwniejszych haseł, z których ludzie wchodzą na Twojego bloga. Założę się, że czytając moje frazy przypomniałeś sobie co najmniej 3, które spokojnie mogłyby to przebić. Podziel się nimi. Zalinkuj do mnie w swoim tekście i wrzuć swój wpis w komentarzach poniżej, niech korytarze w kopalni beki będą ze sobą połączone!

Jeśli jesteś czytelnikiem nie blogującym, pokaż swoją mroczną stronę – wrzuć w komentarzach najdziwniejsze zdanie jakie miałeś okazję wklepać w Google. Poznajmy najciemniejsze zakamarki internauckich poszukiwań. I oczywiście pośmiejmy się przy tym.

I pamiętajcie, nie ma głupich słów kluczowych, są tylko głupie wyniki wyszukiwania!

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

„Ulgi dla małżeństw? Powinny płacić więcej – mają łatwiej” – stwierdza Ten Typ Mes w utworze „The chauvinist” i ma rację.

Życie z kimś w parze, w porównaniu do bycia singlem, jest bez wątpienia bardziej korzystne pod względem ekonomicznym. Taniej wynająć mieszkanie razem, niż osobno. Sensowniej gotować dla dwóch osób, niż dla jednej. Mniej jedzenia się marnuje, gdy konsumuje się je wspólnie. Na taksę z imprezy też lepiej złożyć się z kimś – raz ja, raz ona – niż ciągle płacić samemu. Kupowanie gazet, książek, filmów, płyt muzycznych, konta premium na Brazzers? To samo. A oszczędność przy wynajmowaniu pokoju podczas podróży? Bez porównania.

Ale pieniądze są najmniej istotne w tym wszystkim.

Kasa jest zupełnie bez znaczenia, biorąc pod uwagę…

 

Wsparcie jakie daje druga osoba

Mógłbym zacytować z wcześniej wspomnianego numeru „ktoś cię słucha, ktoś cię głaszcze, ktoś stres na dwie części dzieli” i na tym skończyć. Bo fakt, że masz kogoś komu możesz powierzyć większość swoich trosk, sprawia, że w walkę z życiem wjeżdżasz czołgiem, podczas gdy single idą na to starcie z kamieniami w rękach.

Dobrze wiem jak to jest iść na spotkanie z Goliatem z garścią żwirku, i wyć z bezsilności, gdy okazuje się, że rzucasz go pod wiatr. Nieobce jest mi też poczucie siły, jaką daje kochająca kobieta, gotowa skoczyć za Tobą w największą przepaść. To drugie pozwala rozwinąć skrzydła, grać ryzykownie, stąpać po niepewnym gruncie, wspinać się na oblodzone wierzchołki własnych ambicji. Bo daje pewność, że gdy będziesz spadał ktoś Cię złapie. I ten upadek nie będzie tak bolesny.

Posypał się interes, w który zainwestowałeś cały hajs? Powie Ci, że się odkujecie. Wyrzucili Cię z pracy? Usłyszy, że dopóki nie znajdziesz czegoś nowego, będziecie żyć z jej pensji. Twój pseudo-rockowy zespół grający covery Metalici i Kombi znów nie zakwalifikował się na support supportu na before party przed dniami Włodawy? Nieważne, dla niej i tak jesteś lepszy, niż Kirk Hammett. I nawet jeśli nie znałbyś wzorów skróconego mnożenia, a chciał dostać się do Mensy, dla niej będziesz najlepszy, bo…

 

Ona w Ciebie wierzy. I Ty to wiesz

Świadomość tego, że w przypadku niepowodzenia ktoś będzie głaskał Twoje zbite na kwaśne jabłko ego i dawał mu witaminki na wzmocnienie, pozwala puścić wodze fantazji i zająć się czymś na co inni by się nie zdecydowali. Brakłoby im odwagi, wiary w siebie, motywacji. Będąc z wierną, wspierającą kobietą, możesz nawet zająć się czymś tak absurdalnym jak pisanie bloga. I możliwe, że nie dasz sobie spokój po dwóch miesiącach, gdy nikt Cię nie będzie czytał, lub po pół roku, gdy będziesz przeżywał kryzys pierwszych hejterów.

Bo pary mają łatwiej.

autorem zdjęcia w nagłówku jest moriza

Głód sensacji ułatwia mediom pracę

Skip to entry content

Od dwóch dni wszyscy i nikt żyją porodem księżnej Kasi z Wysp Brytyjskich. Wszyscy – bo każdy o tym mówi, nikt – bo nikogo to nie interesuje i ma już stanowczo dość informacji o przychodzeniu na świat królewskiego dzieciątka. Typowy paradoks pudelka*.

Na temat rodzącej, dziecka i jego ojca zostało powiedziane wszystko, co można by powiedzieć w takiej sytuacji i sporo rzeczy, które nie przyszłyby mi do głowy nawet po solidnej kuracji LSD. Relacjonowano każdy skurcz mięśni mimicznych Kasi. Obstawiano płeć, pierwszy odruch i ilość kupy, którą bobas zrobi w ciągu 24 godzin po porodzie. Mam wrażenie, że zapowiadana w zeszłym roku apokalipsa wzbudzała mniejsze zainteresowanie. Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie wiem skąd taka obsesja na punkcie noworodka, ale i tak mnie to dziwi i nie do końca jestem w stanie zrozumieć ten szał. Ale ja nie o tym.

Widząc zalew niusów o Kasi i bachorku, tych wspierających i tych hejtujących, naszła mnie refleksja…

 

O czym te wszystkie media mówiłyby, jeśli Kate Middleton akurat by nie rodziła?

Pomyślcie, że gdyby nie irracjonalny głód sensacji, gdyby nie wścibskość i hołubienie najniższym pobudkom, gdyby nie chęć zajrzenia zakonnicy pod habit w trakcie oddawania moczu i potrzeba wchodzenia gwiazdom do łazienki w trakcie golenia nóg, te wszystkie media musiałby się napracować, żeby znaleźć jakiś temat.

Normalnie ci wszyscy ludzie z Onetu, Gazety, Newsweeka, czy Faktu, musieliby podrążyć, poszukać, zrobić jakiś research, zebrać materiał, żeby o czymś napisać. No dobra, może wszyscy poza Faktem, bo tam jak nie ma tematu, to po prostu idzie się na pole i rzuca talerzami, a potem jest hit sprzedażowy typu „UFO w Kasińce Małej”. Ale wszystkie pozostałe redakcje miałyby normalne, pracowite dwa dni.

Oczywiście możecie powiedzieć, że codziennie w wyżej wymienionych mediach pojawiają się łamiące wiadomości pokroju królewskiego dziecka. Jasne, zgadzam się w zupełności, z tym, że jest to jedna, czy dwie tego typu treści. A nie cała, kilkudniowa seria. Zresztą, dużo łatwiej jest zaplanować, że przez najbliższy tydzień bombardujemy wiadomościami o tym, czy widać tylko czubek główki, czy już cały nosek, niż każdego dnia szukać nowego tematu.

Reasumując – Kasia i książę Wilhelm idąc 9 miesięcy temu do łóżka bez zabezpieczenia, zrobili wielką przysługę mediom. I Wasi nieinteresujący się tym znajomi też.

*paradoks pudelka – związek frazeologiczny stworzony przez autora bloga „Stay Fly”. Portal ma ponad 7 milionów unikalnych użytkowników miesięcznie, ale wśród Twoich znajomych nie ma nawet 3 osób, które przyznawałyby się do czytania go.