Close
Close

Rusz tyłek #4 – rozmowa z Tamarą z „Macademian Girl”

Skip to entry content

Tamara Gonzalez Perea, czyli autorka bloga „Macademian Girl”, to jedna z najwyrazistszych postaci związanych z modą w sieci. Oprócz tego, że jest zgrabną, atrakcyjną dziewczyną, ma unikatowy – w dosłownym znaczeniu tego słowa – styl,  którego jeszcze nikomu nie udało się skopiować. Gdy idzie ulicą trudno jej nie zauważyć, a jeszcze trudniej ją z kimś pomylić. W ciągu 2 lat stała się jedną z najpopularniejszych i najbardziej wpływowych blogerek modowych w Polsce.

Przeczytajcie jak do tego doszła.

Grzeczny Chłopiec: Kim chciałaś zostać, gdy byłaś mała?

Tamara Gonzalez Perea: Jak byłam mała chciałam zostać astrologiem albo astronautą, bo bardzo fascynował mnie kosmos i gwiazdy.

Czyli nie byłaś typową dziewczynką, która chciała zostać modelką albo aktorką?

Nie, nie. Byłam raczej chłopczycą w przetartych jeansach,  nieustannie zresztą skaczącą po drzewach – ślady na kolanach mam do dziś. W liceum myślałam  też poważnie o aktorstwie, ale jednak rodzimy przemysł filmowy i perspektywa grania w “M jak miłość”  żeby zarobić na chleb, doprowadziły mnie do wniosku, że to nie ma sensu. Postanowiłam odnaleźć w sobie inne pasje.

A jaką przyszłość dla ciebie planowali twoi rodzice?

Nie wiem czy coś planowali. Tata był inżynierem, moja mama jest prawnikiem i na pewno bardzo by się ucieszyła gdybym poszła na takie studia, ale miałam wolną rękę. Jedyne ciśnienie jakie było to odnośnie tego, żebym robiła coś co da mi w miarę pewny dochód.

Skąd w takim razie pomiędzy astronomią i aktorstwem pojawiła się architektura wnętrz?

Zawsze byłam uzdolniona plastycznie – dużo rysowałam, malowałam, ale też grałam w jakichś kółkach. Z czasem aktorstwo odpadło, ale pociągi artystyczne mi zostały i kończąc liceum miałam wybór: albo znajdę kierunek, który ma jakieś podłoże artystyczne i zagwarantuje mi pracę po jego ukończeniu, albo – jak to powiedziała moja mama – nie wymyślam i idę na normalne studia. Jestem jednak z tych co zawsze chcą od życia więcej, nie lubię godzić się na opcję minimum. Wybrałam więc architekturę wnętrz, bo z jednej strony pozwalała mi się wyżyć kreatywnie, a z drugiej strony dawała stabilizację.

Gdy już byłaś na studiach, czułaś, że więcej ci dają – wnoszą jakąś wartość w twoje życie, czy bardziej zabierają czas?

Był mega zapierdziel. Na pierwszym roku miałam kilkanaście  przedmiotów, z czego wszystkie zajęcia były obowiązkowe.  Na nic poza szkołą nie miałam wtedy czasu, ale na uczelni poznałam świetnych ludzi. Poza tym bardzo się rozwinęłam jak osoba i jako artystka. Wszystkie zajęcia plastyczne, w których uczestniczyłam studiując na ASP były mega stymulujące. Myślę, że dzięki temu teraz patrzę na modę jak na sztukę – widzę skąd się wywodzi i jak piękną jest dziedziną.

[emaillocker]

To kiedy definitywnie poczułaś, że architektura to nie to, czym chcesz się w życiu zajmować?

W trakcie drugiego roku. Przez tak dużą ilość zajęć po prostu się wypaliłam. Zawsze byłam trochę nadambitna, a wyciskanie siebie sto procent na każdym przedmiocie, spowodowało że zaczęłam to robić już tylko dla ocen. To mnie zaalarmowało, przecież to miała być moja pasja!

To był moment kiedy zarabiałaś już na blogu?

Coś ty. Bloga prowadzę 2 lata, a dobrze zarabiam na nim może od 7-8 miesięcy, a dopiero gdzieś od 5 miesięcy mogę powiedzieć, że to jest moje główne źródło utrzymania.

Czyli to był taki skok w nieznane?

To był totalnie skok w nieznane. Gdy zakładałam bloga, to było hobby i nie myślałam w ogóle o zarabianiu.

Wiem, że do założenia bloga namawiała cię mama i mocno cię wspierała przy tym. Z drugiej strony wiem też, że miałaś różne nieprzyjemności w szkole z powodu swojego koloru skóry. Nie bałaś się, że prowadzenie bloga, w którym epatujesz swoją odmiennością, będzie czymś w rodzaju płachty na byka? Że będziesz prowokować rasistowskie ataki na swoją osobę?

Generalnie, za przeproszeniem, ale mam to głęboko. Nic mnie tak nie wkurza jak nietolerancja. Jestem i czuję się stuprocentową Polką, bo w Polsce się urodziłam, wychowałam i mieszkam. Niestety przez to też widzę, że nietolerancja jest naszym olbrzymim problemem narodowym. I dopóki będziemy udawać, że tego tematu nie ma, dopóty nic się nie zmieni. Uważam, że trzeba to nagłaśniać a wiele osób denerwuje, że ja poruszam ten problem i o tym otwarcie mówię.

Można powiedzieć, że twój blog ma misję walki z nietolerancją?

Tak, ale nawet nie tyle tylko walki z nietolerancją na tle rasistowskim – na szczęście z tym jest na samym blogu niemal zerowy problem – ale z każdą formą nietolerancji. Bo ludzie w Polsce są dyskryminowani przez to, że mają inne poglądy, inaczej się ubierają albo mają inną orientację. Do nas należy żeby to zmienić.

A gdy stawałaś się coraz bardziej popularna, jak radziłaś sobie z negatywnymi komentarzami, które dotyczyły cię personalnie? Co robiłaś, żeby się nie zdołować?

Po prostu je olewałam. Serio. Zamiast dużo gadać wolę dużo pracować i skupiać się na tym co dobre i pozytywne. Negatywna energia ma to do siebie, że prędzej czy później zżera tych którzy ją wytwarzają.

Nie miałaś trudności z tym, żeby się od nich zdystansować i nie przyjmować tego do siebie?

Moi czytelnicy często mnie o to pytają, bo nie radzą sobie z tym, że są szykanowani chociażby przez takie drobnostki jak to, że założą jakieś kolorowe leginsy a mieszkają w małym mieście, czy że są rudzi, a przecież nie mają na to wpływu. Poza tym to cudny kolor! Jedynym sposobem radzenia sobie z tym, jest uzbrojenie się w mega gruby pancerz. Robisz swoje i idziesz do przodu, bez względu na wszystko. Nie możesz pozwolić by ktoś inny decydował o tym jak wyglądasz, czy jak się czujesz. Dlatego idąc ulicą, zawsze jestem tak jakby za szybą, jakieś docinki w ogóle do mnie nie docierają.

Skąd wzięła się Twoja odporność na tego typu zachowania?

Stąd, że miałam przechlapane jako dziecko. W 3 klasie podstawówki musiałam uciekać po lekcjach przed dzieciakami z klasy, bo chciały mnie zlać, za to, że mam inny kolor skóry. Dziś to wydaje się nieprawdopodobne, ale wtedy dostałam hardkorowo po dupie.  Dzięki temu teraz zupełnie mnie nie rusza, gdy ktoś mówi “ale się wystroiła”, albo “co ona ma na głowie”.

A nie poczułaś w którymś momencie, że chcesz się wycofać i schować, że masz tego dość i kończysz z blogiem?

W życiu! Ja idę w zaparte. Trzeba mieć wiarę w to co chcesz przekazać światu.

Twój pierwszy post pochodzi z 10 kwietnia 2011 roku. W ciągu dwóch lat zostałaś jedną z najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych blogerek modowych. Co stoi za sekretem osiągnięcia tak szybko, tak dużego sukcesu?

Wydaje mi się, że to przez to, że nie starałam się wpasować w to co jest popularne, co się aktualnie nosi, tylko od początku miałam swój styl. Blogosfera zaczęła w pewnym momencie pewne rzeczy weryfikować i jeśli coś się powtarzało, coś było zwykle, to to zostawało w tyle. Wtedy ja poszłam do przodu, a moja oryginalność zaczęła być dostrzegana jako coś pozytywnego. A poza tym, to po prostu ciężka praca i – nie bójmy się tego słowa – zapierdzielanie.

Jeśli miałabyś wymienić 3 cechy charakteryzujące dobrego bloga, to co by to było?

Szacunek do czytelnika, połączony jednocześnie z dużą asertywnością blogera, systematyczność i oryginalność. To są dla mnie takie 3 rzeczy, które są podstawą, żeby zacząć w ogóle myśleć o blogowaniu.

A jakie cele stawiasz sobie w związku ze swoim blogiem? Do czego zmierzasz, co byś chciała osiągnąć?

Bloga dalej będę rozwijać, tak jak to robię do tej pory, mam nadzieję, że będzie rósł razem ze mną. Jest takim moim pierwszym krokiem w personal brandingu, ale nie chcę za dużo zdradzać. Oprócz tego, pozwolił mi odnaleźć drugą wielką pasję: dziennikarstwo modowe. Zdecydowanie kocham pisać i w tym kierunku będę zmierzać.

Na koniec słowo dla wszystkich, którzy biernie żyją z dnia na dzień, studiując kierunek, którego nie lubią lub wykonując pracę, która ich nie interesuje – jak Tamara Gonzalez Perea  zmotywowałaby ich do ruszenia tyłka i odnalezienia swojej pasji?

Jak bym ich zmotywowała? Macie jedno życie i jeśli je prześpicie to tylko Wasza strata. Nikt za Was nie podejmie trudnych czy ryzykownych decyzji, ale to właśnie Wy możecie zmieniać świat zaczynając od siebie. I pamiętajcie, że każdą pasję można przekuć w pracę, którą będziecie uwielbiać – niedowiarkom polecam książkę “Uchwycić żywioł” Kena Robinsona.

  [/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Siedzę na balkonie, nagrywam się sam i mówię o środowej aferze z Kanye Westem. Przy okazji rozwiązuję kilka tajemnic poliszynela, które od zawsze nurtowały ludzkość i bezpardonowo radzę jak żyć.

Żeby nie było – nie mam nic do osób kupujących polówki Lacoste za 4 stówy. Byleby nie myślały, że ich cena jest wprost proporcjonalna do jakości materiału.

Rozmowa rekrutacyjna: 8 pytań i odpowiedzi

Skip to entry content

W życiu większości nieblogujących facetów i połowy niezamężnych kobiet, przychodzi taki moment, że trzeba pójść do pracy. Dla Waszego dobra, lepiej to zrobić szybciej, niż później. Żeby jednak dostać coś lepszego, niż kelner czy promotor (w krakowskiej nomenklaturze, to koleś rozdający na ulicy zaproszenia do klubów), trzeba przejść przez serię rekrutacyjnych sucharów, pojawiających się zarówno w korpo jak i małych firmach.

Od 16-go roku życia miałem okazję zmieniać pracę 21 razy i być na spotkaniu pod tytułem „rozmowa rekrutacyjna” około 50-60 razy, dzięki czemu udało mi się utworzyć listę najczęściej powtarzających się pytań. Poniżej 8 największych klasyków wraz z kluczem odpowiedzi.

 

#1 – Dlaczego aplikowałeś do naszej firmy?

Po co pytają: Osoby, którym udało się doczołgać do jakiegoś decyzyjno-kierowniczego stanowiska, lubią podnosić swoje poczucie samozajebistości, słysząc, że wszyscy chcą pracować tylko i wyłącznie w ich firmie. Jeśli będziesz w stanie wymienić jej nazwę z pamięci, dodając, że jest liderem w obszarze swojej działalności, zyskasz słodki pomruk zadowolenia dający Ci pół-cień aprobaty.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Bo potrzebuję hajsu, a nie kwalifikuję się na zasiłek, ani rentę.

Co powinieneś odpowiedzieć: Ponieważ Państwa firma jest liderem na rynku <nazwa_rynku_na_jakim_działa>, zrzeszając specjalistów z dziedziny <nazwa_dziedziny_jaką_się_zajmuje>, a ja zawsze chciałem pracować wśród najlepszych.

 

#2  – Jak kierunek, który studiujesz pomoże Ci w pracy?

Po co pytają: Rekruterzy chcą ocenić, czy wszystko w Twoim życiu jest dziełem przypadku i wybrałeś studia na chybił-trafił, tak jak stanowisko, na które aplikujesz, czy jednak kierujesz się jakąś dookreśloną myślą, która spaja to co robisz w całość.

Co chciałbyś odpowiedzieć: A skąd mam to wiedzieć, przecież jestem na europeistyce?

Co powinieneś odpowiedzieć: Studiując <nazwa_twojego_kierunku> nauczyłem się systematyczności, patrzenia na problem z wielu aspektów i przede wszystkim osiągania wyznaczonych celów mimo licznych przeszkód, co z pewnością przyda mi się na stanowisku <nazwa_stanowiska_na_które_aplikujesz>.

 

#3 – Wymień swoje 3 zalety

Po co pytają: To pytanie z kolei pozwala ocenić jak bardzo jesteś samoświadomy, a w zasadzie, to czy w ogóle znasz siebie, oprócz tego, że potrafisz się przedstawić.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Potrafię wypić połówkę na hejnał, umiem symulować pracę nawet, gdy szef patrzy mi przez ramię i nigdy nie kończę przed 3 orgazmem partnerki.

Co powinieneś odpowiedzieć: Jestem punktualny, dokładny i dobrze gotuję (to ostatnie uwiarygodni Twoje odpowiedzi dodając im naturalności).

 

#4 – Wymień swoje 3 wady

Po co pytają: Jak wyżej.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Jestem rasistą, antysemitą i homofobem.

Co powinieneś odpowiedzieć:  Średnio gram w siatkówkę, mam słaby kontakt z małymi dziećmi, nie znam się na modzie.

[emaillocker]

#5 – Wymień 10 przykładów zastosowania ołówka

Po co pytają: To pytanie zazwyczaj zadaje się w środku rozmowy. Ma za zadanie wyprowadzić Cię z równowagi i wybić z rytmu recytowania formułek wyuczonych w domu, a także sprawdzić czy potrafisz myśleć abstrakcyjnie.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Można go wsadzić w dupę 10 menadżerom z 10 różnych firm, działających w 10 różnych branżach.

Co powinieneś odpowiedzieć: Spinka do włosów, pseudo-wieszak, packa na muchy, pałeczka do jedzenia, prawidło do dziecięcych butów, nabój do kuszy, pałeczka do perkusji, zakładka do książki, narzędzie do samoobrony, materiał na ognisko.

 

#6 – Dlaczego zrezygnowałeś z poprzedniej pracy?

Po co pytają: Jeśli zrezygnowałeś z poprzedniej pracy z błahego powodu (lub praca zrezygnowała z Ciebie, bo jesteś bezdyskusyjnie niekompetentny), to jest bardzo prawdopodobne, że w nowej firmie sytuacja się powtórzy. Pracodawca chce tego uniknąć, bo każda nowa rekrutacja generuje dla niego koszty, więc liczy, że sam wysypiesz się na rozmowie.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Wyrzucili mnie, bo zaliczyłem córkę szefa na wigilii pracowniczej.

Co powinieneś odpowiedzieć:  W poprzedniej firmie nie miałem satysfakcjonujących mnie perspektyw dalszego rozwoju zawodowego.

 

#7 – Gdzie widzisz się na rynku pracy za 5 lat?

Po co pytają: Laska z haeru tym pytaniem sprawdza, czy faktycznie interesujesz się branżą, w której chcesz pracować i czy wiesz jakie są kierunki rozwoju na tym stanowisku.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Na miejscu twojego szefa.

Co powinieneś odpowiedzieć: Na stanowisku <to samo, na które aplikujesz z dopiskiem „starszy specjalista”>.

 

#8 – Jakie są twoje oczekiwania finansowe?

Po co pytają: Haerowiec ma podane jakie wynagrodzenie jest przewidziane na stanowisku, na które aplikujesz. Nie ma szans żebyś dostał więcej, niż przewiduje budżet, ale liczą na to, że powiesz mniej i firma na Tobie oszczędzi.

Co chciałbyś odpowiedzieć: Piątka netto plus premie, służbowy telefon, laptop, auto i karta benefit do agencji towarzyskiej.

Co powinieneś odpowiedzieć:  Około <tyle ile wynosi średnia pensja na tym stanowisku>.

 

Dobra, macie know-how, wiecie co robić, rozmowa rekrutacyjna w tym momencie powinna być tylko formalnością. Jedyne co mi pozostaje, to życzyć…

Powodzenia!

I oczywiście dajcie znać, jak dostaniecie się tam gdzie chcecie.
[/emaillocker]