Close
Close

“Burger Tata”, czyli gdzie robią najsłabsze burgery w Krakowie

Skip to entry content

Nowe knajpy z burgerami wyskakują w Krakowie jak grzyby po deszczu. Albo jak blogi modowe po każdej wzmiance o Maffashion na Pudelku. Tak czy inaczej, cieszy mnie, bo konkurencja najczęściej sprzyja obniżaniu cen i podnoszeniu jakości. Najczęściej. Bo zdarza się, że tylko jedna z tych zmiennych ewoluuje w korzystnym dla konsumenta kierunku, a druga niekoniecznie. Tak właśnie jest w przypadku burgerowni o wdzięcznej nazwie…

 

“Burger Tata” na Krupniczej

Ale zacznijmy od pozytywów.

Po pierwsze – lokalizacja. Teatr Bagatela, to drugie (po Galerii Krakowskiej) najpopularniejsze miejsce spotkań w Mieście Królów. Nie da się go ominąć będąc w Krakowie dłużej, niż dobę. Sam jestem tam średnio raz dziennie, więc wieść o lokalu z czymkolwiek innymi, niż kebab i zapiekanki w tej okolicy zawsze mnie cieszy.

Po drugie – “lokal”. Kiełbasy z Żuka na Hali Targowej od lat cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, bo to taka swojska, sielska forma sprzedaży. Znacznie skraca dystans między obsługą, a klientami i sprzyja też nawiązywaniu interakcji klientom między sobą. W związku z czym uważam, że pomysł z obwoźną knajpą-vanem jak najbardziej trafiony (może nie w dziesiątkę, ale w siódemkę na pewno).

Dobra, miód i cukier został posypany, to teraz…

 

Co jest nie halo? 

Na sam początek, to miejsce do jedzenia. Przed vanem są tylko 2 beczko-stoliki, które nie są zbyt dużych rozmiarów, więc gdy przyjdą więcej, niż 4 osoby, to za specjalnie nie ma jak zjeść burgera i trzeba wszystko “trzymać w powietrzu”. Profesor Bralczyk nazwałby ten sposób konsumpcji pewnie “na Małysza”. Niewygodnie jak cholera, wszystko leci z rąk i na 90% uświnisz sobie buty cieknącym sosem.

Ale to nic (w sensie, nie że bez znaczenia, ale da się przeżyć).

Najbardziej irytuje fakt, że zawsze jeden beczko-stolik stoi przy śmietniku (co możecie zauważyć na zdjęciu powyżej). No przepraszam bardzo, ale to jest jakiś wybitny brak jakiejkolwiek wyobraźni. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach będzie chciał JEŚĆ PRZY ŚMIETNIKU? Wkładać coś do ust opierając się plecami o pojemnik z odpadami? Serio, to nie wymaga wielomiesięcznych rozkmin, żeby dojść do wniosku, że to ohydne, obrzydliwe, nieapetyczne, nieestetyczne i pewnie wbrew przepisom BHP.

Okej, olać miejsce. Tu chodzi o szamę, więc…

[emaillocker]

Jak z jedzeniem?

Bardzo słabo.

Specjalnie byłem u “Burger taty” 3 razy, żeby nie skreślać lokalu po jednej nieudanej wizycie. I za pierwszym, i za drugim, i za trzecim razem było tak samo.

Esencją burgera jest mięso. Wszystko dookoła może przyprawiać podniebienie o orgazm, ale jeśli mięso będzie przeciętne, to ogólne wrażenie będzie marne. Tutaj dodatki są przeciętne, a mięso jest beznadziejne. Zupełnie bez smaku. Czy brałem klasycznego “Cheese&Bacon”, czy stylizowanego na modłę brytyjską “Johny English”, czy mającego dać mi kop “Rocket”, nie było czuć wołowiny.

Ani przy pierwszym, ani przy ostatnim kęsie w ustach nie zostawał posmak dobrze przyprawionej i odpowiednio wysmażonej krowy, tylko trocin. Jakbym włożył otręby między sałatę, a pomidora, i polał keczupem, to nie byłoby większej różnicy. Te burgery są totalnie bez smaku, kompletnie płaskie. Nie wiem, czy kucharz dopiero się rozkręca, czy stwierdzili, że na początku pojadą po kosztach i będą robić wołowinę z proszku, ale to jest po prostu nijakie. Zero wrażeń dla kubków smakowych.

Poprawiać samopoczucie może cena, bo faktycznie, to najtańsze burgery w Krakowie (11zł za podstawowego, najdroższy 16zł). Jednak cóż z tego, skoro nie ma najmniejszej przyjemności z ich jedzenia?

Nie polecam z ręką na podniebieniu.

 

Na koniec coś, co zawsze mnie strasznie śmieszy w przypadku tego typu małych knajp, czyli…

 

Marketing mikro przedsiębiortw

Hasło “Znajdź nas na Facebooku” na 4/5 szyldu, właściwy adres na 1/5. I tak szacun, że podali adres, a nie tak jak inne lokale kazali się po prostu szukać na Fejsie. Bo wiadomo, że każdy internauta, jak tylko przyjdzie z całego dnia na mieście, to siada przed kompem i zaczyna szukać wszystkich lokali, które odwiedził. Oczywiście wpisując w wyszukiwarce po kolei nazwy miejsc, w których był, ze skrupulatnie przygotowanej listy. Tutaj co prawda jest konkretny adres, ale na tyle mały i nieczytelny, że nie wiem, czy komukolwiek udało się przez niego trafić na ich fanpejdża.

Udało?

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Wykładowca kazał studentce odpowiadać z szafy

Skip to entry content

To z nagłówka było mocne, zdarzyło się na jednej z łódzkich uczelni, ale wróćmy do Krakowa. Słyszeliście tę historię o kolesiach, którzy…

 

Jeździli tyłem po rondzie w Hucie?

Trzech gości się ujarało i stwierdziło, że najlepszą zabawą w stanie tetrahydrokannabinolowego odurzenia jest jazda maluchem. W środku nocy. Na wstecznym. Wokół ronda w Nowej Hucie. Jeździli tak dobre 2 kwadranse, aż przyładowali w bogu ducha winnego kierowcę, który akurat wjeżdżał na owe rondo. Chłopaki mimo dość luźnego kontaktu z rzeczywistością, zdali sobie sprawę z tego co się stało i nawet udało im się odnotować przybycie policji na miejsce zdarzenia. Jeden z funkcjonariuszy po wstępnych oględzinach i rozmowie z mężczyzną, w którego stuknęli podszedł do nich i powiedział:

Panowie, macie szczęście, że was nie zabił. Koleś ma półtora promila we krwi i próbuje nam wmówić, że jeździliście po rondzie na wstecznym. Wariat.

Opowiedział mi to dobry kumpel jakieś 3 lata temu, gdy uczyłem się testów na prawko.  Jednym z bohaterów tej akcji był brat jego znajomego. Równie niecodzienną przygodę miała kuzynka laski, z którą chodziłem na angielski na pierwszym roku…

 

Przypadkiem uniknęła śmierci z rąk nekrofila

Dziewczyna poszła na studencką środę do Spiżu w Katowicach. Poznała na parkiecie jakiegoś gościa i mimo, że nie był wybitnie w jej typie, to dała mu się pocałować, bo nie chciał dać za wygraną. Zresztą przetańczył z nią całą noc, to mu się należało. Próbował ją potem zaciągnąć do siebie na oglądanie znaczków i czytanie poezji, ale tu już odmówiła. Po dwóch dniach wyskoczyła jej ohydna opryszczka i coś dziwnego zaczęło jej się dziać ze skórą. Poszła do lekarza. Pan doktor po wnikliwej analizie oświadczył, że

To zakażenie od trupiego jadu. Wygląda na to, że miała Pani w ostatnim czasie bliski kontakt ze zwłokami. Przykro mi, ale musiałem powiadomić policję.

Pół dnia zeznawała na komendzie opisując co się działo tamtej nocy. W końcu policja ustaliła tożsamość i miejsce zamieszkania tego dyskotekowego amanta. W jego mieszkaniu znaleziono ciała dwóch młodych kobiet.

Troch mniej mrożąca krew w żyłach, ale tak samo popieprzona historia, spotkała chłopaka pracującego z przyjaciółką mojej byłej dziewczyny. Gość odkąd przeprowadził się do nowego mieszkania codziennie budził się z bólem tyłka. Ale to pewnie też znacie, tak jak inne równie…

 

Absurdalne historie, które są miejskimi legendami

Dopóki nie trafiłem na książkę, którą widzicie na zdjęciu powyżej, byłem przekonany, że te opowieści to fakty. W końcu usłyszałem je od bliskich osób. Poza tym zdarzyły się ich dobrym znajomym, więc jak mógłbym wątpić w ich autentyczność? I akcja z osiedlowcami w maluchu, i nekrofil w katowickim klubie, i historia o współlokatorze geju-gwałcicielu, została opowiedziana tak, jakby zdarzyła się wczoraj, a narrator był jej naocznym świadkiem.

Cóż, jak wynika ze „Znikającej nerki” nie był. Lub był, ale to na tyle częsta sytuacja, że przydarzyła się kilkuset osobom w różnych częściach Polski. Głupio mi jak cholera, że dałem się nabrać i uwierzyłem w tak niedorzeczne serie zdarzeń. Przyznaję się wszem i wobec: jestem naiwny. Pocieszam się (z różnym skutkiem) tym, że osoby, które opowiadały mi o tych ekscesach, zapewne same były święcie przekonane, że to niepodważalna prawda.

Poprawisz mi samopoczucie i powiesz, że Ty też łyknąłeś historię, która okazała się miejską legendą?

14 dowodów na to, że nie jesteś już nastolatkiem

Skip to entry content

W sobotę byłem na koncercie Borgore’a w Fortach Kleparz. Dubstep nie jest moją największą muzyczną miłością, ale nic tak nie ożywia jak wobble z rana. Zresztą, o jakiejkolwiek porze dnia nie jechałbym na rowerze przez zatłoczone miasto, to taka łupanka też daje kopa. Biorąc pod uwagę również fakt, że moja przygoda z tym gatunkiem zaczęła się od „Nympho”, to nie miałem wyboru. Musiałem pójść na ten koncert.

Przed wejściem do klubu, w tracie imprezy i po niej, czułem się jak totalny zgred. Duża część moich znajomych też słucha ciężkiej muzyki elektronicznej, więc spodziewałem się, że na sali będą jacyś moi rówieśnicy. Niestety, rzeczywistość po raz kolejny okazała się brutalna. Wyszło na to, że mocno zawyżałem średnią wieku, która oscylowała w okolicach rocznika ’95. Tak, było masę dzieciaków, które mocno podważyły moje przekonanie o nie mijającej młodości.

Starością na szczęście również nie mogę nazwać obecnego stanu, ale uzmysłowiłem sobie, że czasy nastoletnie to jednak były co najmniej 6 lat temu (a cały czas byłem przekonany, że wczoraj). Poniżej 14 sygnałów krzyczących, że jesteś już 20+:

 

1. Nie umawiasz się 2 godziny przed startem imprezy, żeby spić się sklepowym browarami za klubem.

2. Wchodzisz na koncert 30 minut przed gwiazdą główną, a nie godzinę przed pierwszym supportem.

3. Nie wchodzisz do klubu nabity jak poduszka na szpilki.

4. Ludzie w kolejce przed Tobą wymieniają zespoły, których nazw w życiu nie słyszałeś i w sumie nie jesteś w stanie powtórzyć.

5. Nie szkoda Ci dwójki na szatnię.

6. Nie próbujesz wnieść ćwiartki Starogardzkiej w nogawce.

7. Obruszasz się, gdy ktoś chce wysępić od Ciebie fajkę.

8. Nie czujesz gigantycznego przypływu euforii za każdy razem, gdy wokalista krzyczy „zróbcie wieeelki, pierdoloooony hałaaaaas!”.

9. Denerwujesz się, gdy ktoś regularnie wbija Ci łokieć w żebra, mimo, że nie stoisz pod samą sceną.

10. Nie odpowiadasz twierdząco za każdy razem, gdy wokalista pyta „Kraków nie słyszę was, jesteście tutaj?”.

11. Flirtując z dziewczyną bardziej martwi Cię to, że Twój współlokator jest w mieszkaniu, niż że wrócisz z koncertu godzinę później, niż deklarowałeś rodzicom.

12. Stojąc w kolejce do baru, zaczepia Cię ktoś z dziewiczym zarostem i pyta, czy nie kupisz mu alkoholu.

13. Wolisz dopłacić złotówkę i pić piwo w butelce.

14. Nie pytasz ludzi czy wiedzą skąd odjeżdża nocny na Ruczaj.

 

Ile potwierdziło się u Ciebie?

autorem zdjęcia jest Winnie Liu