Close
Close

Smak krwi na zębach i zapach zwycięstwa

Skip to entry content

W podstawówce daleko mi było do najpopularniejszego kolesia w klasie. Dziewczyny nie krzyczały mojego imienia w trakcie meczów na wuefie, koledzy nie klepali mnie po plecach, gdy zdobywaliśmy gola. Pewnie dlatego, że nigdy żadnego nie strzeliłem. Zawsze stałem na bramce, a jedynym momentem, gdy zwracano na mnie uwagę, była chwila gdy ktoś strzelił gola mnie. Słyszałem wtedy, że tylko baba mogłaby puścić taką szmatę pod nogami i że do niczego się nie nadaję.

Widziałem ich pogardliwe spojrzenia, słyszałem ich szyderczy ton. Niewiele jest rzeczy, które mogą mocniej uderzyć w 11-letniego chłopca, niż dezaprobata rówieśników. Nawet już później, jako dorosły człowiek, mało kiedy czułem się tak beznadziejnie. Nawet gdy dowiedziałem się, że dziewczyna, w której jestem śmiertelnie zakochany zdradza mnie. Nawet, gdy wyrzucono mnie z pracy w innej części Europy i zostałem bez środków do życia.

W gimnazjum dalej nie byłem królem strzelców, ani wybitnym obrońcą. Może przeciętnym podawaczem piłek. W dodatku nauka przychodziła mi na tyle łatwo, że widząc oceny w dzienniku nauczyciele nazywali mnie prymusem. Koledzy kujonem. I tak też traktowali. Jeśli byłbym z willowego osiedla, z „dobrego domu”, miał rodziców biznesmenów, to pewnie nie robiłoby to na mnie wrażenia. Chodziłbym do prywatnej szkoły, miał wokół podobnych sobie i każde ferie spędzał w Alpach, a wakacje nad Morzem Śródziemnym. Ale nie byłem.

Mieszkałem w szarym bloku na jeszcze szarszym osiedlu, a od 16-go roku życia jeździłem na wakacje tylko wtedy, gdy sam na nie zarobiłem. Zbyt biedny na wyższe sfery, zbyt inteligentny na patologię. Nie pasowałem tam ewidentnie.

Przez długi czas próbowałem się wpasować na różne sposoby, ale to nigdy nie wychodziło. Do której grupy bym nie równał, zawsze odstawałem. Nowobogaccy traktowali mnie z góry. Jak egzotyczną ciekawostkę. Zresztą przy bliższym poznaniu nie mieli do zaoferowania nic poza markowymi ciuchami, sklepową wódką i smakowymi fajkami. Ich życie było równie puste, co kolorowe. Klasa robotnicza z kolei, nie wymagała noszenia na sobie równowartości kwartalnej pensji rodziców, ale z definicji zakładała wyzbycie się marzeń i równanie w dół. A nie po to chodziłem z głową w chmurach, by patrzeć pod nogi.

Chciałem rzeczy, których nigdy bym nie dostał godząc się ze swoim losem, a które były zbyt atrakcyjne, bym mógł je po prostu odpuścić. Wiedziałem, że jeśli chcę je mieć, muszę o nie zawalczyć. I tak zrobiłem.

Każdą jedną rzecz, którą mam zawdzięczam sobie. Praca, pieniądze, podróże, miłości? Krew, pot i łzy. Wszystko co przeżyłem, wszystko do czego doszedłem, wszystko co osiągnąłem, było okupione walką. Walką na noże, walką wręcz, walką na spojrzenia, gesty i siłę woli. Bywały dni, że budzik wyrywał mnie ze snu gięciem metalu o metal. Bywały tygodnie, że nie schodziłem z pola bitwy – dzień i noc w gotowości. Bywały miesiące, że jedyne o czym marzyłem, to zasnąć i się nie budzić.

Tyle razy chciałem się poddać. Oddać grę o wszystko walkowerem, powiesić niespełnione ambicje na haku i wrócić na tarczy. Przestać szarpać się z losem o marzenia, podkulić ogon i zadowolić się padliną, którą rozrzuca po bezdrożach. Łokcie zdarte, kolana zdarte, kostki na pięściach niezagojone od zawsze. Czasem mam wrażenie, że jedyne co dostałem za darmo, to życie. Choć każdy dzień przypomina mi jaką płacę za nie cenę. I gdy już chcę odpuścić i zostać biernym trybem w maszynie, to nie mogę. Ten ból z dzieciństwa, to pragnienie oszukania przeznaczenia nie pozwala mi.

Za długą drogę przeszedłem, zbyt wiele rzeczy poświęciłem, za dużo wyrzeczeń kosztowało mnie dojście tu gdzie jestem. Miałbym zawrócić pod koniec szlaku? Zatrzymać się metr przed metą? Zejść do podnóża góry, gdy widać już jej szczyt? Pozwolić sobie kolejny raz otrzeć się o sukces? Obejść podium dookoła, gdy mogę na nie wbiec? Popatrzeć na trofeum zamiast, trzymać je w dłoniach?

Nie mogę. Pcha mnie naprzód smaki krwi na zębach i zapach zwycięstwa.

autorem zdjęcia jest Simon Plestenjak
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Jaki motywujący tekst! Są dreszcze, a to chyba najlepsza reakcja jaką autor może wywołać u czytelnika :)

  • Ven

    Ale mnie zatkało! Wow. Ten tekst jest mistrzowski.

  • Ola

    Genialne. Uwielbiam każdy Twój tekst. Każde zdanie. Kurczę, każde słowo!
    Wszystko, wszystko, wszystko!:) Dzięki!

  • Nie napiszę niczego nowego, czego by nie stwierdzili moi poprzednicy. PLUM, wpadłeś do mojego rssiaka. Będę zaglądał częściej.

  • Cieszę się że w latach mojego dzieciństwa świat nie dzielił się na ludzi z wyższych sfer i patologię tylko było coś pomiędzy gdzie świetnie się czułem. Rozumiem że rozwiązaniem problemu wyalienowania było dla Ciebie osiągnięcia sukcesu w postaci bloga i niezależność finansowa (w komentarzach określasz to mianem „zwycięstwa”). Teraz możesz podróżować i poznawać świat. Dzięki temu nie jesteś już gościem ,który nigdzie nie pasuje. Jeśli o to chodziło w tym tekście to gratuluję odnalezienia rozwiązania problemów(bez ironii). Zrealizowanie marzeń własnym uporem i ciężką praca jest godne naśladowania.

  • mm

    w sumie tekst spoko i pewnie dla wielu osob b. bliski, choc prawde mowiac mieszkajac w miescie i majac edukacje i dach nad glowa jestes w sytuacji znowu nie tak tragicznej, znowu stayfly to jeszcze nie google, a ton i opis przeciwnosci conajmniej wyniosly :P

    • mm

      co nie zmienia faktu ze kierunek jest dobry i warto nasladowwac =]

    • Chyba nie zrozumiałeś tekstu, może przeczytaj jeszcze raz.

      • mm

        podtrzymuje swoja opinie, ale sprecyzuje ja inaczej, codziennie slyszy sie biadolenie o tym jak to wszyscy maja zle i pod wiatr, tyle, ze najczesciej to tylko pozorne braki wynikajace z zestawienia z lansowanym globalnie ‚zadowalajacym poziomem zycia’, a realnych problemow brak. Ani nie maja szczegolnie ciezko, ani szczegolnie mocno nie walcza z systemem. Generalnie obetnij w myslach sobie noge, dorzuc astme, ojca w pirdlu, wielodzietna rodzine i zamieszkaj pod wschodnia granica – juz codzienne zycie jest latwiejsze. Moze Ciebie to nie dotyczy, to uogolniona refleksja

        • Nie mam zamiaru teraz opisywać swoje drogi życiowej z pieczołowitością kronikarzy wojennych, żeby udowodnić Ci, że nie masz racji. Cieszę się, że u Ciebie wyjście ponad przeciętną odbyło się lekko, przyjemnie i bez większych problemów.

          • mm

            nie traktuj tego osobsicie, sam generuje 90% swoich problemow, ale zajelo mi kilka lat, aby to zauwazyc, mysle ze to dosc typowy wynik w naszym, calkiem dobrze ustawionym spoleczenstwie

          • Jasne, że sami tworzymy większość naszych problemów, ale w zależności od tego z jakiego środowiska się wywodzisz, jakie masz wsparcie i jakie perspektywy, możesz mieć albo łatwość w rozwiązywaniu ich, albo zupełnie przelatywać nad nimi nie musząc zwracać na nie uwagi, albo zostawać z nimi na zawsze nie wiedząc jak je rozwiązać.

  • Jak się to dobrze czyta. Jaki kunszt :) Dzięki !

  • Rita

    Czasami jak czytam Twoje teksty mam Cię stanowczo dość, ale tym razem powaliłeś mnie na kolana. Ten wpis daje tak ostrego kopa do życia, ze chyba w najbliższych godzinach zrobię kilkanaście pozycji z listy „do zrobienia” z głosem w głowie „Pcha mnie naprzód smaki krwi na zębach i zapach zwycięstwa. „

  • Agg

    Tylko czym jest to „zwycięstwo”?

    • Nie ma uniwersalnej definicji, która dla wszystkich byłaby prawdziwa. To tak jak ze szczęściem, czy miłością, każdy indywidualnie musi określić czym to dla niego jest. Dla mnie w tym kontekście zwycięstwo, to dojście do takiego poziomu w zarabianiu na blogu, w którym nie będę musiał robić absolutnie nic innego, tylko i wyłącznie pisać, nagrywać i podróżować w najbardziej odległe zakątki, poznając świat.

  • Rafal

    A do mnie jakoś tekst nie trafił…

    Może dlatego że jestem raczej realistą, twardo stąpam po ziemi, i takie pseudo poetyckie pisanie jakoś średnio do mnie przemawia.

    Ta codzienna walka, o której piszesz, nazywa się życie i każdy z nas ją toczy.

    Sam pochodzę z tzw. klasy robotniczej i określenie że tacy jak ja „wyzbywają się marzeń i równają w dół” to chyba zbyt duże uproszczenie. Po prostu spełnianie marzeń w takim przypadku jest utrudnione a życie nie jest usłane różami i trzeba realnie patrzeć przed siebie żeby dać sobie radę.

    I jeszcze jedno. Może trochę zbyt osobiście to odbieram ale z tego fragmentu: „Zbyt biedny na wyższe sfery, zbyt inteligentny na patologię” to trochę wynika jakby sugestia że klasa robotnicza = patologia. Lekka przesada chyba…

    Pozdrawiam.

  • Marta

    Mam ciarki
    Bardzo dobry tekst, napisany jakby dla mnie :)

  • Justyna Sekuła

    Witaj.

  • Pawel Bielecki

    Jedyne co nam pozostało to walka o czynsz i jedzenie – to jest takie hmm ostateczne, takie „życiowe”. Jesteśmy podobni, nie byłem prymusem na w-f, nie jarało mnie to, było bo było. Byłem nawet przy kości, powiedzmy. Pielęgnowałem w sobie fightera jakim stałem się teraz i mam tę dziką satysfkację z tego, że Ci wielcy siatkarze, wielcy koszykarze są teraz otyli, gdzie ja jestem hmm w całkiem dobrej formie. Gdzieś ich ta wielkość ze szkolnych ławek wyparowała, a ja, my, z beta, staliśmy się alfa. My się nie zatrzymujemy, ze szczytu trzeba zejść – to normalne, więc my nawet schodząc się nie zatrzymujemy. Ja i Ty i inni podobni.

    • Karzeł

      Wielcy siatkarze siedzą pod budką z piwem i zbierają drobne na Wojaka :)

    • Coś podobnego miałem napisać. Mnie bawi to, że Ci „samce alfa” z podstawówki i liceum dziś płaczą nad swoim przegranym życiem. Albo siedzą w zakładach, albo stoją pod spożywczakiem. Ci sami „wielcy”, którzy lata temu szydzili z tych co chcieli się uczyć, dziś, po rozwodach, z przeszłością, problemami alkoholowymi robią kariery jako ochroniarze w dyskontach spożywczych. I jak to zauważył Jan – wyzbyci marzeń i równający w dół – zastanawiają się jak spędzić kolejny bezsensowny wieczór: VanPur czy Kuflowe?

  • Bardzo fajny tekst. I chociaż czasem mnie irytujesz i wydajesz się niemiły to muszę powiedzieć, że większość Twoich tekstów czytam jednym tchnieniem:) Nigdy nie można się poddawać, zwłaszcza jak czuje się, że jest się blisko nawet jeśli miałoby to oznaczać, że nasz cel znajduje się po drugiej stronie grubego muru. Mam podobne odczucia jak Ty. Też wydaje mi się, że szukając drogi często próbowałam się gdzieś wpasować. Człowiek uczy się na błędach i to jest najpiękniejsze. Ale najważniejsze jest mieć po co żyć i walczyć o to. Życzę Ci żebyś jak najszybciej poczuł smak zwycięstwa:)

    • Karzeł

      Człowiek uczy się na błędach i to jest nasmutniejsze, bo musi ich tyle popełnić…

      • Czy ja wiem czy to jest smutne? Myślę, że bez nich życie nie miałoby żadnej wartości i byłoby cholernie nudne:)

  • W pewnym sensie w tym wpisie odnajduję analogię do moich doświadczeń.
    Nie ma co się szczypać z życiem, trzeba przeć do przodu. Jak brać, to garściami, jak kraść, to miliony. :)

  • psychophaze

    Marzyciele mają do siebie to, że latają wysoko w chmurach. Co jest dobre. Jednak upadki z takich wysokości mogą okazać się makabryczne w skutkach. Na szczęście mnie mama karmiła danonkami, więc mam mocne kości. Spadając nabijam sobie co najwyżej siniaka, wstaję i lecę dalej. Mam nadzieję, że Ciebie też karmiła i bezpiecznie wzlecisz na szczyt! :)

    • Wyznaję zasadę, że lepiej umrzeć spadając z wysokości, niż całe życie zastanawiać się jakby to było się na nią wznieść.

  • lekk

    ‚Zawsze stałem na bramce, a jedynym momentem, gdy zwracano na mnie uwagę, była chwila gdy ktoś strzelił gola mnie.’
    ‚Nawet gdy dowiedziałem się, że dziewczyna, w której jestem śmiertelnie zakochany zdradza mnie.’

    Przeczytaj tekst, zanim go opublikujesz. Te zdania brzmią koszmarnie, co do pierwszego ‚mnie’ używamy tylko na początku zdania, w środku i na końcu powinno stać ‚mi’, w obu zrobiłeś jakąś dziwną inwersję, powinno być ‚gdy ktoś strzelił mi gola’ i ‚dziewczyna (…) mnie zdradza’
    Pozdrawiam
    grammar nazi

  • Joanna Sambora

    taki tekst przy dobrej muzyce jest jak oczyszczenie. Dzięki ;>

  • Julita Balcerzak

    Ależ z wieloma aspektami Twojego życia się utożsamiam, ze mną jest bardzo podobnie… Świetny tekst.

  • Jak masz pisać takie dobre teksty to częściej wyjeżdżaj ;)

  • Venegoor

    heh już wczoraj wchodziłem i czaiłem czy nie ma nic nowego. a tu dziś niespodzianka :) dobrze że wróciłeś. brakowało takich tekstów :)

7 grillowych sztuczek, które warto znać!

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z piwem Tyskie i przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich

Jest kilka nierozłącznych par na tym świecie: Tom i Jerry, kawa i papierosy, Charles Xavier i Magneto, orzechówka i mleko, sandały i skarpety, piwo i grill. Z racji aktualnej pory roku, dziś zajmiemy się tą ostatnią, bo biesiada w plenerze, to coś co tygryski lubią najbardziej. Do tytułu MasterChefa mi jeszcze trochę brakuje, ale znam kilka grillowych sztuczek, które ułatwią Wam pichcenie mięska i relaks. Z warzywami w trosce o własne zdrowie wolałem nie próbować, ale podobno też działa.

Nie przedłużając, ruszamy z koksem, jak to zwykł mawiać Pablo Escobar!

Chłodzenie piwa

Jeśli spadła na nas gwiazdka z nieba i nie dość, że mamy dom to jeszcze ogródek przy tym domu, i nie dość, że mamy ogródek, to jeszcze basen w tym ogródku, to powinniśmy złożyć pączki z adwokatem w ofierze, a zaraz potem wstawić do basenu piwa przyniesione przez gości, bo na 99% nie zmieszczą się w lodówce, a picie ciepłego to jak jedzenie frytek bez soli. Może powodować powikłania.

Jeśli świat kocha nas trochę mniej i nie mamy tego basenu, to w radzeniu sobie z oziębianiem trunków pomaga wanna zalana zimną wodą, a jeśli świat kocha nas jeszcze mniej i nie mamy nawet tej wanny, to zawsze zostaje miska.

Jeśli natomiast robimy grilla w plenerze, to pobliskie jeziorko/strumyk, będzie w sam raz do zadania, a jeśli świat nie kocha nas w ogóle jak Skaza Simby i nieopodal nie ma żadnej wody, to przewijamy do następnego punktu.

Rozkładanie węgla

Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, ale siatki foliowe poza pękaniem w najmniej oczekiwanym momencie mają jeszcze jedno zastosowanie: można ich użyć jako jednorazowe rękawiczki. Rozkładanie węgla na grillu ma to do siebie, że jak byś się nie starał i jak turbo precyzyjnie nie trząsłbyś opakowaniem, w którym jest, to i tak w pewnym momencie będziesz musiał go dotknąć łapą, bo w końcu przypomina Ci się, że musisz położyć pod niego rozpałkę.

Jak to zrobić, żeby nie wyglądać jak górnik po pracy? Założyć na dłoń jednorazówkę, w której przyniosłeś jedzenie.

Rozpalanie grilla

Tę grillową sztuczkę pokazał mi kumpel z Opola w trakcie jakichś prehistorycznych juwenaliów. Bierzesz zwykły długopis za 50 groszy, rozkręcasz go, wyciągasz wkład i dmuchasz w stronę węgielków, które chcesz rozpalić. Brzmi głupio? No brzmi i nawet tak wygląda, ale działa! Przez to, że dmuchasz wąskim strumieniem, a nie szeroko na całe otoczenie, powietrze trafia dokładnie tam gdzie ma trafić i momentalnie rozpala żar do poziomu płomieni. Minuta, góra dwie i grill rozpalony!

Aluminiowe tacki

Nie wiąże się z nimi żadna zajebista historia, ale dzięki temu, że ich używasz, jedzenie tak szybko się nie pali i nie musisz zdrapywać czarnej skorupy, gdy na moment odejdziesz od grilla, a akurat buchnie ogień, bo na węgle ściekł tłuszcz.

Znaczenie jedzenia keczupem

Ona chciała ten chudszy, on ten grubszy, a Monika to w ogóle słabo przypieczony i weź tu teraz ogarnij te kawałki bez pamięci fotogenicznej. Albo która kiełbaska jest czyja. Jest na to sposób, wystarczy powiedzieć, że jesteś śmiertelnie chory i jeśli sam natychmiast nie zjesz wszystkiego, to zaraz będzie trzeba dzwonić po karetkę. Ewentualnie wyprosić wszystkich do domów. Ostatecznie można namazać keczupem pierwszą literę imienia osoby, która rezerwuje dane mięso, ale nie wiem, czy poprzednie rozwiązania nie są lepsze.

Otwieranie piwa bez otwieracza

Otwieranie piwa bez otwieracza to umiejętność, którą nabywa się zazwyczaj w połowie pierwszego roku studiów, jednak wiele osób opuszcza te zajęcia, stąd kilka przykładów jak można to zrobić, nie urywając szyjki butelki.

Technika numer 1: puszką

Jedną dłonią obejmujesz butelkę, tak by palec wskazujący był zaciśnięty tuż przy kapslu, drugą łapiesz pełną puszkę i wciskasz jej krawędź między ów palec i ów kapsel, następnie dynamicznym ruchem naciskasz na nią jakby była dźwignią i gotowe. Wraz z czasem, gdy nabierzesz wprawy będziesz w stanie tym sposobem otwierać piwo jak szampana i strzelać kapslami w gości podjadających Twoje mięso.

Technika numer 2: drugą butelką

Mimo, że ta technika jest bliźniaczko podobna do poprzedniej, to poziom skomplikowania rośnie, ponieważ osobom niezaprawionym w bojach zdarza się źle ułożyć butelki i otworzyć inną niż się planowało. Aby do tego nie dopuścić i nie zafundować trawie i swoim butom kąpieli w piwie, należy zwrócić szczególną uwagę na butelkę, która służy nam za otwieracz i jej kapsel, mianowicie, jego ząbki nie mogą zahaczać o ząbki kapsla, którego chcemy się pozbyć. Jeśli ten warunek jest spełniony, to tak jak wcześniej, wystarczy zrobić dźwignię i wypatrywać tęczy na niebie.

Technika numer 3: kluczem

Wariant dla osób, które wolą otwierać trunki bez wystrzałów. Bierzemy klucz z ząbkami, Gerda i ten od samochodu odpada, podkładamy go od dołu i odginamy ząbki kapsla, obracając drugą ręką butelkę. Mniej więcej tak jak byśmy otwierali konserwę. Mniej efektowne, ale nie trzeba potem szukać kapsla z wykrywaczem metali w trawie.

Owijanie jedzenia folią

Sztuczka ostatnia, ale chyba najważniejsza z całej listy, bo pozwalająca zachować obłędną grillową stylówkę w stanie nienaruszonym. Jeśli nie mamy talerzy, a nie mamy, jeśli nie mamy śliniaków, a nie mamy tym bardziej, jeśli nie mamy tacek, a nawet jak mamy, to to i tak nic nie daje, to żeby nie uświnić się tłuszczem kapiącym z mięska, wystarczy uprzednio opakować je w bułę i całość owinąć folią aluminiową. Działa z kebabem, działa też w przypadku karkówki i pozwala zachować czyste dłonie, koszulkę i spodnie. Z sumieniem bywa gorzej.

To tyle z moich grillowych sztuczek na zostanie plenerowym MacGyverem, jak macie jakieś swoje, to śmiało podrzucajcie do komentarzy!

---> SKOMENTUJ

Od początku istnienia bloga opublikowałem 435 postów. Na początku pisałem krótsze codziennie, później dłuższe co 2 dni. Poważniejszą przerwę miałem rok temu, gdy poleciałem do Londynu szlakiem polskich rodzin, przerzucać paczki w magazynach. Jednak niezależnie czy danego dnia pisałem, czy nie, to świątek, piątek, sobota, niedziela myślałem o blogu. O nowych pomysłach na posty, o kierunkach rozwoju, o tym co jeszcze można zrobić, żeby było bardziej, lepiej, mocniej.

I jest nieźle.

Jestem zadowolony z tego, jak blog ma się jako całość w tej chwili. Podoba mi się szablon, tematy które poruszam i reakcje czytelników. Bywa, że przybijamy sobie piątkę, bywa, że kłócimy się jak rodzeństwo, ale nie jesteśmy sobie obojętni. Cieszy mnie, że jest Was tu tyle i wciąż przybywa, bo bądźmy szczerzy – jakbym chciał pisać tylko dla siebie, to bym pisał pamiętnik. Na papierze. A nie uzewnętrzniał się w najszerzej dostępnym medium.

Tak samo lubię siadać na balkonie/w parku/nad Wisłą i pisać, jaki i chodzić po mieście i szukać inspiracji. Dzięki temu, że prowadzę bloga poznałem kilka bardzo wartościowych osób, dostałem pracę i nabieram szlifu w publicznych wystąpieniach. Póki co wyrzeczenia równoważą się z korzyściami, ale wiem, że jeśli będę konsekwentny w tym co robię, to w końcu szala przechyli się na rzecz tych drugi.

Wiem gdzie chcę dojść, wiem co chcę zdobyć, wiem skąd chcę patrzeć na świat za rok. Mimo to, w tym momencie…

 

Wciskam stop

Muszę odpocząć od życia w sieci. Odetchnąć od smartfonów, netbooków i tabletów. Na chwilę stracić zasięg. Być poza wifi, HSDPA, UMTS i HDWP w awatarach. Zapomnieć co znaczy awatar. Wyrzucić ze słownika cover photo, login, pass i edge rank.

I nie myśleć o tym, czy post, nad którym siedziałem pół dnia, ktoś przeczyta, zleje ciepłym moczem, czy zachwyci się i wyśle połowie znajomych.

Chcę złapać niezdrowy dystans. Przypomnieć sobie jak dobrze żyje się w offlinie. Przez całą dobę. Zostawić telefon komórkowy w szufladzie i poczuć wolność. A nie irytujące uczucie omijania czegoś ważnego. Bo ważne rzeczy dzieją się wszędzie. To tylko kwestia tego, do czego przywiązujesz wagę.

A ja chcę się wyciszyć, po to by zacząć doceniać pierdoły. To, że wiatr wieje, słońce świeci, a woda jest mokra. Potrzebuję przerwy, chcę spojrzeć na wszystko z boku, wrócić do źródeł, wywrócić spojrzenie na świat, blogosferę i samego siebie do góry nogami, po to by…

 

Jechać dalej

Nie chcę się zapędzić w kozi róg. Nie chcę się zapętlić w myśleniu. Nie chcę zjeść swojego ogona. Robię krótką przerwę i wracam! Z nowymi pomysłami, nową energią i jeszcze większą motywacją do działania. Ale przede wszystkim z głodem zwycięstwa! Z wielką, nienakarmioną potrzebą udowodnienia wszem i wobec, kto tu szefuje.

Ten zjazd na pit-stop, nie może zaowocować niczym innym, jak dobrymi tekstami. Lepszymi, niż dotychczas.

Obiecuję.

---> SKOMENTUJ

Warszawski Superman – SA Wardęga, zawsze balansował na granicy dobrego żartu i ordynarnej chamówy. Po niedzielnym filmiku, w którym nachalnie dotyka kobiety po piersiach, wielu fanów odwróciło się od niego, a opinie były bardziej skrajne, niż zwykle. Jednak bardziej to, czy publiczne obmacywanie nieznajomych kobiet jest w porządku czy nie, ludzi zbulwersował fakt, że partnerzy owych niewiast nie reagowali. Mimo, że perfidnie została na naruszona ich nietykalność cielesna.

W dzisiejszym vlogu próbuję wyjaśnić czemu tak się stało, czy są ciotami i czy Sylwester faktycznie powinien dostać w ryja.

---> SKOMENTUJ