Close
Close

Smak krwi na zębach i zapach zwycięstwa

Skip to entry content

W podstawówce daleko mi było do najpopularniejszego kolesia w klasie. Dziewczyny nie krzyczały mojego imienia w trakcie meczów na wuefie, koledzy nie klepali mnie po plecach, gdy zdobywaliśmy gola. Pewnie dlatego, że nigdy żadnego nie strzeliłem. Zawsze stałem na bramce, a jedynym momentem, gdy zwracano na mnie uwagę, była chwila gdy ktoś strzelił gola mnie. Słyszałem wtedy, że tylko baba mogłaby puścić taką szmatę pod nogami i że do niczego się nie nadaję.

Widziałem ich pogardliwe spojrzenia, słyszałem ich szyderczy ton. Niewiele jest rzeczy, które mogą mocniej uderzyć w 11-letniego chłopca, niż dezaprobata rówieśników. Nawet już później, jako dorosły człowiek, mało kiedy czułem się tak beznadziejnie. Nawet gdy dowiedziałem się, że dziewczyna, w której jestem śmiertelnie zakochany zdradza mnie. Nawet, gdy wyrzucono mnie z pracy w innej części Europy i zostałem bez środków do życia.

W gimnazjum dalej nie byłem królem strzelców, ani wybitnym obrońcą. Może przeciętnym podawaczem piłek. W dodatku nauka przychodziła mi na tyle łatwo, że widząc oceny w dzienniku nauczyciele nazywali mnie prymusem. Koledzy kujonem. I tak też traktowali. Jeśli byłbym z willowego osiedla, z „dobrego domu”, miał rodziców biznesmenów, to pewnie nie robiłoby to na mnie wrażenia. Chodziłbym do prywatnej szkoły, miał wokół podobnych sobie i każde ferie spędzał w Alpach, a wakacje nad Morzem Śródziemnym. Ale nie byłem.

Mieszkałem w szarym bloku na jeszcze szarszym osiedlu, a od 16-go roku życia jeździłem na wakacje tylko wtedy, gdy sam na nie zarobiłem. Zbyt biedny na wyższe sfery, zbyt inteligentny na patologię. Nie pasowałem tam ewidentnie.

Przez długi czas próbowałem się wpasować na różne sposoby, ale to nigdy nie wychodziło. Do której grupy bym nie równał, zawsze odstawałem. Nowobogaccy traktowali mnie z góry. Jak egzotyczną ciekawostkę. Zresztą przy bliższym poznaniu nie mieli do zaoferowania nic poza markowymi ciuchami, sklepową wódką i smakowymi fajkami. Ich życie było równie puste, co kolorowe. Klasa robotnicza z kolei, nie wymagała noszenia na sobie równowartości kwartalnej pensji rodziców, ale z definicji zakładała wyzbycie się marzeń i równanie w dół. A nie po to chodziłem z głową w chmurach, by patrzeć pod nogi.

Chciałem rzeczy, których nigdy bym nie dostał godząc się ze swoim losem, a które były zbyt atrakcyjne, bym mógł je po prostu odpuścić. Wiedziałem, że jeśli chcę je mieć, muszę o nie zawalczyć. I tak zrobiłem.

Każdą jedną rzecz, którą mam zawdzięczam sobie. Praca, pieniądze, podróże, miłości? Krew, pot i łzy. Wszystko co przeżyłem, wszystko do czego doszedłem, wszystko co osiągnąłem, było okupione walką. Walką na noże, walką wręcz, walką na spojrzenia, gesty i siłę woli. Bywały dni, że budzik wyrywał mnie ze snu gięciem metalu o metal. Bywały tygodnie, że nie schodziłem z pola bitwy – dzień i noc w gotowości. Bywały miesiące, że jedyne o czym marzyłem, to zasnąć i się nie budzić.

Tyle razy chciałem się poddać. Oddać grę o wszystko walkowerem, powiesić niespełnione ambicje na haku i wrócić na tarczy. Przestać szarpać się z losem o marzenia, podkulić ogon i zadowolić się padliną, którą rozrzuca po bezdrożach. Łokcie zdarte, kolana zdarte, kostki na pięściach niezagojone od zawsze. Czasem mam wrażenie, że jedyne co dostałem za darmo, to życie. Choć każdy dzień przypomina mi jaką płacę za nie cenę. I gdy już chcę odpuścić i zostać biernym trybem w maszynie, to nie mogę. Ten ból z dzieciństwa, to pragnienie oszukania przeznaczenia nie pozwala mi.

Za długą drogę przeszedłem, zbyt wiele rzeczy poświęciłem, za dużo wyrzeczeń kosztowało mnie dojście tu gdzie jestem. Miałbym zawrócić pod koniec szlaku? Zatrzymać się metr przed metą? Zejść do podnóża góry, gdy widać już jej szczyt? Pozwolić sobie kolejny raz otrzeć się o sukces? Obejść podium dookoła, gdy mogę na nie wbiec? Popatrzeć na trofeum zamiast, trzymać je w dłoniach?

Nie mogę. Pcha mnie naprzód smaki krwi na zębach i zapach zwycięstwa.

autorem zdjęcia jest Simon Plestenjak

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Jaki motywujący tekst! Są dreszcze, a to chyba najlepsza reakcja jaką autor może wywołać u czytelnika :)

  • Ven

    Ale mnie zatkało! Wow. Ten tekst jest mistrzowski.

  • Ola

    Genialne. Uwielbiam każdy Twój tekst. Każde zdanie. Kurczę, każde słowo!
    Wszystko, wszystko, wszystko!:) Dzięki!

  • Nie napiszę niczego nowego, czego by nie stwierdzili moi poprzednicy. PLUM, wpadłeś do mojego rssiaka. Będę zaglądał częściej.

  • Cieszę się że w latach mojego dzieciństwa świat nie dzielił się na ludzi z wyższych sfer i patologię tylko było coś pomiędzy gdzie świetnie się czułem. Rozumiem że rozwiązaniem problemu wyalienowania było dla Ciebie osiągnięcia sukcesu w postaci bloga i niezależność finansowa (w komentarzach określasz to mianem „zwycięstwa”). Teraz możesz podróżować i poznawać świat. Dzięki temu nie jesteś już gościem ,który nigdzie nie pasuje. Jeśli o to chodziło w tym tekście to gratuluję odnalezienia rozwiązania problemów(bez ironii). Zrealizowanie marzeń własnym uporem i ciężką praca jest godne naśladowania.

  • mm

    w sumie tekst spoko i pewnie dla wielu osob b. bliski, choc prawde mowiac mieszkajac w miescie i majac edukacje i dach nad glowa jestes w sytuacji znowu nie tak tragicznej, znowu stayfly to jeszcze nie google, a ton i opis przeciwnosci conajmniej wyniosly :P

    • mm

      co nie zmienia faktu ze kierunek jest dobry i warto nasladowwac =]

    • Chyba nie zrozumiałeś tekstu, może przeczytaj jeszcze raz.

      • mm

        podtrzymuje swoja opinie, ale sprecyzuje ja inaczej, codziennie slyszy sie biadolenie o tym jak to wszyscy maja zle i pod wiatr, tyle, ze najczesciej to tylko pozorne braki wynikajace z zestawienia z lansowanym globalnie ‚zadowalajacym poziomem zycia’, a realnych problemow brak. Ani nie maja szczegolnie ciezko, ani szczegolnie mocno nie walcza z systemem. Generalnie obetnij w myslach sobie noge, dorzuc astme, ojca w pirdlu, wielodzietna rodzine i zamieszkaj pod wschodnia granica – juz codzienne zycie jest latwiejsze. Moze Ciebie to nie dotyczy, to uogolniona refleksja

        • Nie mam zamiaru teraz opisywać swoje drogi życiowej z pieczołowitością kronikarzy wojennych, żeby udowodnić Ci, że nie masz racji. Cieszę się, że u Ciebie wyjście ponad przeciętną odbyło się lekko, przyjemnie i bez większych problemów.

          • mm

            nie traktuj tego osobsicie, sam generuje 90% swoich problemow, ale zajelo mi kilka lat, aby to zauwazyc, mysle ze to dosc typowy wynik w naszym, calkiem dobrze ustawionym spoleczenstwie

          • Jasne, że sami tworzymy większość naszych problemów, ale w zależności od tego z jakiego środowiska się wywodzisz, jakie masz wsparcie i jakie perspektywy, możesz mieć albo łatwość w rozwiązywaniu ich, albo zupełnie przelatywać nad nimi nie musząc zwracać na nie uwagi, albo zostawać z nimi na zawsze nie wiedząc jak je rozwiązać.

  • Jak się to dobrze czyta. Jaki kunszt :) Dzięki !

  • Rita

    Czasami jak czytam Twoje teksty mam Cię stanowczo dość, ale tym razem powaliłeś mnie na kolana. Ten wpis daje tak ostrego kopa do życia, ze chyba w najbliższych godzinach zrobię kilkanaście pozycji z listy „do zrobienia” z głosem w głowie „Pcha mnie naprzód smaki krwi na zębach i zapach zwycięstwa. „

  • Agg

    Tylko czym jest to „zwycięstwo”?

    • Nie ma uniwersalnej definicji, która dla wszystkich byłaby prawdziwa. To tak jak ze szczęściem, czy miłością, każdy indywidualnie musi określić czym to dla niego jest. Dla mnie w tym kontekście zwycięstwo, to dojście do takiego poziomu w zarabianiu na blogu, w którym nie będę musiał robić absolutnie nic innego, tylko i wyłącznie pisać, nagrywać i podróżować w najbardziej odległe zakątki, poznając świat.

  • Rafal

    A do mnie jakoś tekst nie trafił…

    Może dlatego że jestem raczej realistą, twardo stąpam po ziemi, i takie pseudo poetyckie pisanie jakoś średnio do mnie przemawia.

    Ta codzienna walka, o której piszesz, nazywa się życie i każdy z nas ją toczy.

    Sam pochodzę z tzw. klasy robotniczej i określenie że tacy jak ja „wyzbywają się marzeń i równają w dół” to chyba zbyt duże uproszczenie. Po prostu spełnianie marzeń w takim przypadku jest utrudnione a życie nie jest usłane różami i trzeba realnie patrzeć przed siebie żeby dać sobie radę.

    I jeszcze jedno. Może trochę zbyt osobiście to odbieram ale z tego fragmentu: „Zbyt biedny na wyższe sfery, zbyt inteligentny na patologię” to trochę wynika jakby sugestia że klasa robotnicza = patologia. Lekka przesada chyba…

    Pozdrawiam.

  • Marta

    Mam ciarki
    Bardzo dobry tekst, napisany jakby dla mnie :)

  • Justyna Sekuła

    Witaj.

  • Pawel Bielecki

    Jedyne co nam pozostało to walka o czynsz i jedzenie – to jest takie hmm ostateczne, takie „życiowe”. Jesteśmy podobni, nie byłem prymusem na w-f, nie jarało mnie to, było bo było. Byłem nawet przy kości, powiedzmy. Pielęgnowałem w sobie fightera jakim stałem się teraz i mam tę dziką satysfkację z tego, że Ci wielcy siatkarze, wielcy koszykarze są teraz otyli, gdzie ja jestem hmm w całkiem dobrej formie. Gdzieś ich ta wielkość ze szkolnych ławek wyparowała, a ja, my, z beta, staliśmy się alfa. My się nie zatrzymujemy, ze szczytu trzeba zejść – to normalne, więc my nawet schodząc się nie zatrzymujemy. Ja i Ty i inni podobni.

    • Karzeł

      Wielcy siatkarze siedzą pod budką z piwem i zbierają drobne na Wojaka :)

    • Coś podobnego miałem napisać. Mnie bawi to, że Ci „samce alfa” z podstawówki i liceum dziś płaczą nad swoim przegranym życiem. Albo siedzą w zakładach, albo stoją pod spożywczakiem. Ci sami „wielcy”, którzy lata temu szydzili z tych co chcieli się uczyć, dziś, po rozwodach, z przeszłością, problemami alkoholowymi robią kariery jako ochroniarze w dyskontach spożywczych. I jak to zauważył Jan – wyzbyci marzeń i równający w dół – zastanawiają się jak spędzić kolejny bezsensowny wieczór: VanPur czy Kuflowe?

  • Bardzo fajny tekst. I chociaż czasem mnie irytujesz i wydajesz się niemiły to muszę powiedzieć, że większość Twoich tekstów czytam jednym tchnieniem:) Nigdy nie można się poddawać, zwłaszcza jak czuje się, że jest się blisko nawet jeśli miałoby to oznaczać, że nasz cel znajduje się po drugiej stronie grubego muru. Mam podobne odczucia jak Ty. Też wydaje mi się, że szukając drogi często próbowałam się gdzieś wpasować. Człowiek uczy się na błędach i to jest najpiękniejsze. Ale najważniejsze jest mieć po co żyć i walczyć o to. Życzę Ci żebyś jak najszybciej poczuł smak zwycięstwa:)

    • Karzeł

      Człowiek uczy się na błędach i to jest nasmutniejsze, bo musi ich tyle popełnić…

      • Czy ja wiem czy to jest smutne? Myślę, że bez nich życie nie miałoby żadnej wartości i byłoby cholernie nudne:)

  • W pewnym sensie w tym wpisie odnajduję analogię do moich doświadczeń.
    Nie ma co się szczypać z życiem, trzeba przeć do przodu. Jak brać, to garściami, jak kraść, to miliony. :)

  • psychophaze

    Marzyciele mają do siebie to, że latają wysoko w chmurach. Co jest dobre. Jednak upadki z takich wysokości mogą okazać się makabryczne w skutkach. Na szczęście mnie mama karmiła danonkami, więc mam mocne kości. Spadając nabijam sobie co najwyżej siniaka, wstaję i lecę dalej. Mam nadzieję, że Ciebie też karmiła i bezpiecznie wzlecisz na szczyt! :)

    • Wyznaję zasadę, że lepiej umrzeć spadając z wysokości, niż całe życie zastanawiać się jakby to było się na nią wznieść.

  • lekk

    ‚Zawsze stałem na bramce, a jedynym momentem, gdy zwracano na mnie uwagę, była chwila gdy ktoś strzelił gola mnie.’
    ‚Nawet gdy dowiedziałem się, że dziewczyna, w której jestem śmiertelnie zakochany zdradza mnie.’

    Przeczytaj tekst, zanim go opublikujesz. Te zdania brzmią koszmarnie, co do pierwszego ‚mnie’ używamy tylko na początku zdania, w środku i na końcu powinno stać ‚mi’, w obu zrobiłeś jakąś dziwną inwersję, powinno być ‚gdy ktoś strzelił mi gola’ i ‚dziewczyna (…) mnie zdradza’
    Pozdrawiam
    grammar nazi

  • Joanna Sambora

    taki tekst przy dobrej muzyce jest jak oczyszczenie. Dzięki ;>

  • Julita Balcerzak

    Ależ z wieloma aspektami Twojego życia się utożsamiam, ze mną jest bardzo podobnie… Świetny tekst.

  • Jak masz pisać takie dobre teksty to częściej wyjeżdżaj ;)

  • Venegoor

    heh już wczoraj wchodziłem i czaiłem czy nie ma nic nowego. a tu dziś niespodzianka :) dobrze że wróciłeś. brakowało takich tekstów :)

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock

---> SKOMENTUJ

Od początku istnienia bloga opublikowałem 435 postów. Na początku pisałem krótsze codziennie, później dłuższe co 2 dni. Poważniejszą przerwę miałem rok temu, gdy poleciałem do Londynu szlakiem polskich rodzin, przerzucać paczki w magazynach. Jednak niezależnie czy danego dnia pisałem, czy nie, to świątek, piątek, sobota, niedziela myślałem o blogu. O nowych pomysłach na posty, o kierunkach rozwoju, o tym co jeszcze można zrobić, żeby było bardziej, lepiej, mocniej.

I jest nieźle.

Jestem zadowolony z tego, jak blog ma się jako całość w tej chwili. Podoba mi się szablon, tematy które poruszam i reakcje czytelników. Bywa, że przybijamy sobie piątkę, bywa, że kłócimy się jak rodzeństwo, ale nie jesteśmy sobie obojętni. Cieszy mnie, że jest Was tu tyle i wciąż przybywa, bo bądźmy szczerzy – jakbym chciał pisać tylko dla siebie, to bym pisał pamiętnik. Na papierze. A nie uzewnętrzniał się w najszerzej dostępnym medium.

Tak samo lubię siadać na balkonie/w parku/nad Wisłą i pisać, jaki i chodzić po mieście i szukać inspiracji. Dzięki temu, że prowadzę bloga poznałem kilka bardzo wartościowych osób, dostałem pracę i nabieram szlifu w publicznych wystąpieniach. Póki co wyrzeczenia równoważą się z korzyściami, ale wiem, że jeśli będę konsekwentny w tym co robię, to w końcu szala przechyli się na rzecz tych drugi.

Wiem gdzie chcę dojść, wiem co chcę zdobyć, wiem skąd chcę patrzeć na świat za rok. Mimo to, w tym momencie…

 

Wciskam stop

Muszę odpocząć od życia w sieci. Odetchnąć od smartfonów, netbooków i tabletów. Na chwilę stracić zasięg. Być poza wifi, HSDPA, UMTS i HDWP w awatarach. Zapomnieć co znaczy awatar. Wyrzucić ze słownika cover photo, login, pass i edge rank.

I nie myśleć o tym, czy post, nad którym siedziałem pół dnia, ktoś przeczyta, zleje ciepłym moczem, czy zachwyci się i wyśle połowie znajomych.

Chcę złapać niezdrowy dystans. Przypomnieć sobie jak dobrze żyje się w offlinie. Przez całą dobę. Zostawić telefon komórkowy w szufladzie i poczuć wolność. A nie irytujące uczucie omijania czegoś ważnego. Bo ważne rzeczy dzieją się wszędzie. To tylko kwestia tego, do czego przywiązujesz wagę.

A ja chcę się wyciszyć, po to by zacząć doceniać pierdoły. To, że wiatr wieje, słońce świeci, a woda jest mokra. Potrzebuję przerwy, chcę spojrzeć na wszystko z boku, wrócić do źródeł, wywrócić spojrzenie na świat, blogosferę i samego siebie do góry nogami, po to by…

 

Jechać dalej

Nie chcę się zapędzić w kozi róg. Nie chcę się zapętlić w myśleniu. Nie chcę zjeść swojego ogona. Robię krótką przerwę i wracam! Z nowymi pomysłami, nową energią i jeszcze większą motywacją do działania. Ale przede wszystkim z głodem zwycięstwa! Z wielką, nienakarmioną potrzebą udowodnienia wszem i wobec, kto tu szefuje.

Ten zjazd na pit-stop, nie może zaowocować niczym innym, jak dobrymi tekstami. Lepszymi, niż dotychczas.

Obiecuję.

---> SKOMENTUJ

Warszawski Superman – SA Wardęga, zawsze balansował na granicy dobrego żartu i ordynarnej chamówy. Po niedzielnym filmiku, w którym nachalnie dotyka kobiety po piersiach, wielu fanów odwróciło się od niego, a opinie były bardziej skrajne, niż zwykle. Jednak bardziej to, czy publiczne obmacywanie nieznajomych kobiet jest w porządku czy nie, ludzi zbulwersował fakt, że partnerzy owych niewiast nie reagowali. Mimo, że perfidnie została na naruszona ich nietykalność cielesna.

W dzisiejszym vlogu próbuję wyjaśnić czemu tak się stało, czy są ciotami i czy Sylwester faktycznie powinien dostać w ryja.

---> SKOMENTUJ