Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

hashtagi w muzyce 3

Z wyobraźnią u mnie nie najgorzej.

Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że czerwone światło na krzyżowaniu, gdy jest zielone, albo, że lane piwo w klubie smakuje jak z butelki. Oprócz tego na bieżąco wyobrażam sobie, że, mam proste plecy, kredens wypchany dolarami i własnego boeinga, którym latam na Florydę. Serio, z moją wyobraźnią jest naprawdę nieźle, ale nawet mocno popuszczając wodze fantazji, nie wpadłbym na to, że jakaś funkcjonalność Twittera będzie miała wpływ na muzykę. A już tym bardziej, że aż tak bezpośredni.

Jeśli nie macie kompletnie pojęcia o czym mówię, to sprawdźcie najnowsze vloga.

Jeśli zainteresowały Was słuchawki, które mam na sobie, możecie dowiedzieć się o nich więcej czytając post z testem sprzętu lub śledząc Facebooka i YouTuba Sennheisera. Oprócz tego, na stronie producenta (na której znajdziecie alternatywne kolory i szczegóły techniczne) właśnie trwa konkurs, w którym możecie je zgarnąć.

(niżej jest kolejny tekst)

32
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
16 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
Jan FavreSławomir CzarneckiZimowa ścieżka dźwiękowaPłyty, przy których zmarznieszSzymon2k9 Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ms. Dynamite
Gość
Ms. Dynamite

Ciekawy vlog, przyznam szczerze, że nie mialam o tym pojecia i pewnie nigdy bym nie miała, mimo, że interesuje sie muzyka :) a poza tym Bisz najlepszy!

Monika
Gość

O masz, ten stolik z IKEA który muszę kupić :D

Grzeczny Chłopiec
Gość

No nie mów, ze jest ktoś kto nie ma tego stolika? :)

Monika
Gość

Mam czerwony, a potrzebuje biały do sweet foci jedzenia na bloga.

Jons
Gość
Jons

Oszlałem, jak ty to rozkminiłeś? Szacun!

Jak to widzę ja
Gość

Szczerze przyznam, że nie miałem o tym zielonego pojęcia. Teraz będę rozkminiał każdy numer pod kątem hasztagów ;D

Justyna
Gość
Justyna

Bisz jest w tym mistrzem zdecydowanie.
I muuuusze zapytac, jak się czujesz na fesjbusiowym odwyku? :D

Grzeczny Chłopiec
Gość

Beznadziejnie, bo to mniej więcej tak jakbyś pracowała jako kierowca i ktoś zabrał Ci prawo jazdy ;/

Justyna
Gość
Justyna

raaany, aż mi sie łezka zakręciła, kocham auta wiec porównaniem trafiłeś w sedno!

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Jesienna ekscytacja
autorem zdjęcia jest Michael Hyman

Jadę wzdłuż Wisły na swoim złotym rowerze bez celu i powodu, ciesząc się z samego aktu pedałowania. No dobra, już nie takim złotym. Zbladł od słońca i wyobijał się od latarń, barierek, znaków, poręczy i ogrodzeń, do których go przypinałem. Widać, że pod spodem była magenta, pod nią czerwień, a jeszcze niżej srebrny. To było intensywne lato.

Mijam barki przycumowane do brzegu i albo mi się wydaje albo jest ich mniej, niż dwa tygodnie temu. Może mi się wydaje. Może tylko ludzi jest na nich mniej. Jadę przed siebie i widzę jak niebo zalewa się przypalonym pomarańczem. Jak to, już? Już się ściemnia? O tej godzinie?

No tak, mamy wrzesień. Koniec września. To już jesień. Koniec lata. A przecież jeszcze wczoraj był lipiec…

Jak zwykle zrobiłem mniej, niż planowałem. I teraz będę musiał czekać pół roku. Pół roku, aż znów będzie ciepło. Choć czekać to złe słowo. Nigdy nie czekałem. Zawsze było za mało czasu, a za dużo rzeczy do zrobienia. Wyglądałem wiosny wielokrotnie, ale nigdy nie miałem sposobności, by siąść w fotelu i jej po prostu oczekiwać. Tym razem też tak nie będzie. Tym razem zwłaszcza.

Przeprowadzam się. 15-ty raz. Zawsze to lubiłem – poznawanie nowych miejsc, nowych dzielnic, nowych sąsiadów, nowych twarzy w autobusie. Zawsze traktowałem to metaforycznie – zostawianie starych spraw, starych problemów, starych zepsutych relacji w starym mieszkaniu i rozpoczynanie nowych, nieskalanych brudem, pomyłkami i złymi intencjami w nowym. Zawsze mnie to kręciło.

Idę na studia. 7-my raz. Nie po żaden dyplom, oceny, czy inne symboliczne ekwiwalenty wirtualnych osiągnięć, niemający przełożenia na rzeczywistość. Z zajawki. Te właściwe skończyłem już dawno, teraz mogę to robić dla zabawy. Zresztą, zawsze to lubiłem – poznawanie nowych ludzi, inspirowanie się ich życiorysami, czerpanie z ich charakterów, obserwowanie ich reakcji na stres, nowe sytuacje i inne osoby. To takie ciekawe. To tyle tematów na bloga. To tyle nowych zmiennych, które mogą coś wnieść w moje życie.

Bloguję. Za tydzień miną 2 lata. Przez pierwszy rok błąkałem się jak dziecko we mgle. Robiłem to po omacku, nie wiedząc jak, a tym bardziej z czym, to się je. Przez kolejny rok uczyłem się. Sporo. Teraz wiem. Wiem dość dobrze, by móc wiązać z tym przyszłość. Wciąż jeszcze dużo muszę zmienić, poprawić i dopracować, ale wiem co. Już nie strzelam na chybił-trafił. Już wiem jaka perspektywa jest przede mną. Widzę co na mnie czeka. Co dzień dostaję z tego ciut więcej.

Praca. Straciłem rachubę, która to. Ważne, że taka jaką chciałem mieć. Że to był świadomy wybór, nie bolesny przymus. Z każdym dniem uczę się w niej nowych rzeczy. Z każdym zadaniem mam większą odpowiedzialność za to, co robię. Nie jestem trybem w machinie, jestem kierowcą boilidu i w którą stronę skręcę, w tę pojedzie, a widoki za kolejnymi zakrętami są coraz bardziej malownicze.

A w tej chwili jadę wzdłuż Wisły na swoim blado-złotym rowerze i zamiast ciepłego wiatru, czuję chłodną bryzę na policzkach. Słońce schowało się pod taflą wody, zmieniając mgiełki i szorty, na leginsy i ramoneski na kobiecych sylwetkach. To jesień. Mimo to nie czuję depresji.

Wręcz przeciwnie.

Bajki są dla dzieci. Bajki są niemęskie. Bajki są nudne.

To 3 kłamstwa, które wciąż są utrwalane na temat filmów animowanych. Jako dumny posiadacz „Króla Lwa” na kasecie VHS i fanatyk serii „Toy Story”, postaram się przełamać ten krzywdzący stereotyp. Zwłaszcza, że za oknem mamy już jesień, a nic Was tak nie rozgrzeje, jak abstrakcyjna opowieść od Pixara.

To co sprawia, że wolę obejrzeć nową bajkę, niż zapuścić koljeny odcinek „Mad Mena”, to…

 

Oderwanie od rzeczywistości

Niby oglądając filmy sensacyjne, seriale oparte na powieściach fantasy, czy polskie komedie romantyczne, można uzyskać ten sam efekt. Ale tylko niby. W przypadku bajek, jest to szczególny odlot. Mimo, iż są alegorią do naszego świata, to jednak błyskawicznie pozwalają zapomnieć o przymiotach codzienności. Przenoszą nas w inny, niekoniecznie lepszy, ale zdecydowanie ciekawszy świat. Tam wszystko jest nowe  i angażujące. Przedostając się przez kolejne lokacje, mamy chyba większą radochę z ich odkrywania, niż główny bohater.

Oglądając „Potwory i spółka”, do piątej minuty jeszcze pamiętałem o tym, że muszę zapłacić rachunek za telefon i umówić transport do przeprowadzki, ale po dziesiątej już nie. Po kwadransie byłem jednym z włochatych potworów i wszystkie moje procesy myślowe skupiały się na znalezieniu sposobu, dzięki któremu będę jeszcze skuteczniej straszył dzieci. Gdyby ktoś w tym momencie spytał mnie o NIP, PESEL lub PIN do telefonu, najprawdopodobniej bym go nie zrozumiał i uznał, że mówi w jakimś nieznanym mi narzeczu. Albo, że jest nietrzeźwy.

Warto zatracić się w takiej wyimaginowanej rzeczywistości, choćby dla higieny psychicznej i chwilowego resetu pamięci krótkotrwałej. Byłoby to dużo trudniejsze, gdyby nie…

 

Efekty specjalne

Choć na dobrą sprawę trudno mówić, tu o jakichś konkretnych efektach specjalnych, skoro cały film jest wygenerowany komputerowo. Maszyny, które na co dzień obliczają loty statków NASA, wypluwają te barwne scenerie i plastyczne bryły głównych bohaterów. Po co? Właśnie po to, by były świeże i nie kojarzyły się z niczym innym.

Przez to, że nie mamy tu do czynienia z ludźmi i przypisanymi do nich ułomnościami, postacie nie „grają” tak jak im się uda, lecz tak jak faktycznie chce reżyser. Widząc Penelopę Cruz, w kolejnej roli, bywa, że wciąż mamy skojarzenia z „Elegią”, czy „Vanilla Sky”. W przypadku bohaterów bajek, jest to niemożliwe. To samo odnosi się do otoczenia. Nie jest takie, do jakiego udało się dotrzeć i sfilmować. Nie jest też kliszą z setki innych fabuł rozgrywających się w Nowym Jorku. Jest nowe, czyste i w pełni zgodne z założeniami twórców filmu.

Ktoś powie, że animacja 3D też nie jest wolna od wad, bywa, że tła są pozbawione detali i zdarzają się niedoróbki. To prawda. Trudno z tym polemizować, ale w moim mniemaniu osoby pracujące nad filmem i tak mają nieporównywalnie większą kontrolę nad tym, co sobie zakładali na starcie produkcji, a co uzyskują jako finalny efekt. Jednak z perspektywy ogólnej i tak dużo istotniejszy jest fakt, że bajki…

 

Jednocześnie wywołują emocje i niosą przesłanie

Śmiem twierdzić, że to dwie wartości, które chciałby zawrzeć w swojej pracy każdy twórca. Udaje się to jednak tylko nielicznym, niezależnie czy mówimy o kinie, muzyce, malarstwie, bodypaintingu czy blogosferze. Pozostając jednak przy filmach, to z moich obserwacji wynika, że najczęściej dzielą się na 4 kategorie:

– te, które bawią i nie niosą nic więcej ze sobą,

– te, które trzymają w napięciu, dostarczają ekscytacji, ale również pozbawione są głębszego sensu,

– te, które mają mocny zapdający w pamięć przekaz, ale są ciężkie i smucą,

– te, które są miksem powyższych i chciałby nieść przesłanie, ale jakoś go nie donoszą.

Bajki natomiast, dostarczają pełne spektrum emocji i zawsze wypływa z nich jakaś myśl. Nastroje przechodzą od głębokiego smutku, po niepohamowaną radość. Są katharsis, katalizatorem wewnętrznych napięć, złych emocji i niepokoi. Po ciężkim tygodniu, gdy lecę przez kolejne dni z duszą na ramieniu, urywając głowę na każdym zakręcie, puszczam sobie „Ratatuj” i czuję się wyluzowany jak nigdy. Przy czym, między śmiechem, a wzruszeniem, nigdy nie ginie puenta. Morał zawsze jest wyczuwalny.

Scenarzyści filmów obyczajowych, mogli by się uczyć od „Epoki lodowcowej” jak budować wzorce osobowe. Od „Toy Story” jak się tworzy spójne i zaskakujące zwroty akcji. A od „Jak wytresować smoka” jak opowiedzieć oklepaną historię, by wcale na taką nie wyglądała. Zresztą większość bajek porusza zgrabniej poważniejsze tematy, niż niejeden „film dla dorosłych”. I nie napisałem tego tekstu, by usprawiedliwiać swoje mało popularne preferencje. Nie. Napisałem go dlatego, że…

 

Chcę przeciągnąć jak najwięcej osób na swoją stronę

Filmy animowane, to niesłusznie niedoceniany gatunek przez dorosłych, który może dostarczyć im rozrywki. Jeśli nie tyle, co Batman, Bond i Iron Man, to na pewno więcej, niż kolejne części „Kac Vegas”, American Pie”, „Szklanej pułapki” i filmów wypuszczanych w okolicach 14 lutego. Moje typy już znasz, ale założę się, że Ty też widziałeś przynajmniej jedną bajkę, którą mógłbyś polecić z ręką na dowodzie dorosłemu.

Śmiało, wrzuć jej tytuł w komentarzach. Zobaczymy ile osób jest w stanie docenić uniwersalność „filmów dla dzieci”.