Close
Close

Wczoraj przeprowadziłem się po raz 15-ty w ciągu 5 lat. Udanie, bezawaryjnie. Zazwyczaj zmieniałem miejsce zamieszkania z miesięcznym wyprzedzeniem, ale zdarzało mi się też wyprowadzać z dnia na dzień. Totalnie ekstremalną sytuacją było, gdy cały dobytek życia musiałem spakować w ciągu 25 minut do malucha. Ale wtedy jeszcze nie miałem tylu gratów.

Całość wczorajszych manewrów związanych ze zmianą lokum (pakowanie, znoszenie, transport, wnoszenie, wypakowanie) zajęła mi 10 godzin. Biorąc pod uwagę, że niektórym zajmuje to 2 dni, uważam to za dobry wynik. Poniżej 6 wskazówek, które pomogą Wam zrobić to jeszcze sprawniej.

 

Po pierwsze: zorganizuj kartony wcześniej

Najlepiej pakuje się do pudeł i im większe, tym jest to łatwiejsze, bo potem jest mniej noszenia. Bez większego problemu dostaniesz je za friko w sieciówkach odzieżowych typu Bershka czy Reserved. Tylko jedna sprawa, zainteresuj się tematem wcześniej, niż 6 godzin przed przeprowadzką. Różne sklepy mają dostawy w różne dni, a i zdarza się, że obsługa musi zostawić puste pudełka z różnych przyczyn, więc zdobądź je odpowiednio wcześniej. Chyba, że wolisz wszystko, łącznie ze sprzętem elektronicznym, pakować do 100-litrowych worków na śmieci. Tak tez można, ale osobiście nie polecam.

 

Po drugie: umów transport z wyprzedeniem

Wiem, że żyjemy w dobie buchającego kapitalizmu, klient nasz pan i wszystko jest dostępne 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ale bywa, że usługi transportowe nie. Zwłaszcza gdy chcesz przeprowadzać się w weekend na przełomie czerwca i lipca lub września i października. Serio, lepiej umówić pana Wiesia z furgonetką 2 dni wcześniej i mieć pewność, że ma kto Cię przetransportować, niż nerwowo googlować „taxi bagażowe” 15 minut przed oddaniem kluczy właścicielowi.

 

Po trzecie: posprzątaj nowe mieszkanie przed przeprowadzką

Dużo lepiej wprowadzać się na czyste i ogarnięte, niż dopiero w chaosie kartonów ścierać kurze i myć półki. Potwierdzone przez Perfekcyjną Panią Domu.

[emaillocker]

Po czwarte: przy pakowaniu podpisuj kartony

Banalna rzecz, którą docenisz jak żadną inną przy rozpakowywaniu. Zajmie Ci to pół minuty, a zaoszczędzisz sobie pół godziny podczas szukania czegokolwiek. Nie ma nic bardziej irytującego, niż rozpaczliwe przegrzebywanie wszystkich pudeł w poszukiwaniu klapek i świeżego t-shirta, gdy już uda Ci się wnieść graty na górę.

 

Po piąte: zadbaj o odpowiednią stylówę

Włóż najgorsze buty, najgorsze spodnie i najgorszą bluzę. Najsensowniej jest ubrać się w ciuchy, które już dawno chciałeś wyrzucić. Pod koniec dnia, wszystko co masz na sobie będzie brudne, przepocone, a możliwe że i dziurawe. Chyba nie chciałbyś, żeby taki los spotkał Twoje buty z drzewem i sweter z krokodylem?

 

Po szóste: poproś przyjaciół o pomoc

Zwłaszcza przy przenoszeniu klamotów.

Ze mnie jest taka Zosia-Samosia, co wszystko wie najlepiej i każdą rzecz chce robić sama, ale w przypadku przeprowadzki posypuję głowę popiołem. Nie masz szans, żeby ogarnąć ten żywioł w pojedynkę. Z moich wieloletnich doświadczeń jednoznacznie wynika, że 3 osoby są optymalną liczbą uczestników zabawy, aby sprawnie się przeprowadzić. 2 osoby znoszą/wnoszą graty (wielu rzeczy nie da się wziąć w pojedynkę), a jedna stoi na czatach i pilnuje, czy dobre duszyczki z okolicy przypadkiem nie chcą sobie czegoś „pożyczyć”. Problem lokalnych pożyczaczy nie dotyczy tylko i wyłącznie ościennych dzielnic, bo z panami przesadnie zainteresowanymi moim dobytkiem spotykałem się także w śródmieściu, czy na Kazimierzu. Strzeżonego monitoring strzeże.

 

Po siódme: sprawdź czy wszystko wypakowałeś

Jak do tej pory, nie zdarzyło mi się jeszcze omyłkowo wyrzucić nic specjalnie wartościowego. Raz wywaliłem na śmietnik klucze i parę okularów, ale to nic przy niefarcie mojej koleżanki. Przez przypadek wysłała na wysypisko umowę o pracę i dyplom ukończenia studiów. Oczywiście te nieistotne papierki znajdowały się na dnie pustego kartonu. Pustego w jej przekonaniu.

 

Coś jeszcze?

To takie podstawy podstaw, najoczywistsze oczywistości, które skutecznie ułatwiają przeprowadzkę. Jeśli masz jakąś inną radę, która okaże się cenną wskazówką podczas jeżdżenia wte i wewte wypchanym po brzegi Żukiem, to chętnie ją poznam. Przy da się na kolejne 15-ście razy.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Jesteś z małego miasta albo większej wsi. Byłeś tu wcześniej 3 razy. Raz w podstawówce, raz w gimnazjum i raz w liceum. Widziałeś Sukiennice, Wawel i oba McDonald’sy przy rynku, więc uznałeś, że to fajne miasto. Zwłaszcza, że żaden gołąb nie narobił ci na głowę podczas spaceru. Wszyscy znajomi, którym udało się zdać maturę wyjeżdżają gdzieś na studia. Wiesz, że starzy nie pozwolą ci obijać się kolejne 5 lat na chacie, więc zastanawiasz się, czy też nie postudiować.

Warszawa za daleko, Rzeszów za blisko. Te McDonaldsy na starym mieście śnią ci się po nocach, więc decydujesz się na Kraków.

Całe wakacje jesteś zajęty siedzeniem na Fejsie i odświeżaniem Kwejka, więc orientujesz się, że gdzieś w tym Krakowie musisz spać dopiero tydzień przed rozpoczęciem zajęć. Wszystkie sensowne oferty są już przebrane. Zresztą twoi starzy nie mają czasu, żeby spędzać cały wieczór na Gumtree, więc wrzucają cię do jakiejś klitki w Mistrzejowicach. Zwykłe mieszkanie w zwykłym bloku na zwykłym osiedlu. Gdyby wieźli cię tam z opaską na oczach i zdjęli dopiero na miejscu, to nawet nie zauważyłbyś, że jesteś w innym mieście.

Gdy matka kończy ci układać słoiki z wałówką w kolejności alfabetycznej, włączasz nowego lapka i sprawdzasz czy da się na tym necie pograć w LOLa albo chociaż CSa. Potem logujesz się na Fejsiku i pierwsze co robisz, to zmieniasz miejsce zamieszkania na „Cracow”. Ustawiasz na zdjęciu w tle jakąś fotkę z ziejącym Smokiem Wawelskim i zaczynasz lajkować profile krakowskich klubów.

Niech frajerzy z ogólniaka wiedzą, że prowadzisz światowe życie i bujasz się po Europie.

Masz zajęcia na Kampusie UJ, więc od poniedziałku do piątku nie robisz nic innego, tylko krążysz między jednym końcem miasta, a drugim. Czujesz się jak w „12-stu pracach Asterixa”. Gdyby starzy byli przyzwoitymi ludźmi, to zostawiliby ci furę i pokonywałbyś tę trasę w 5 kwadransów, a tak musisz się tłuc MPK ponad godzinę. Zresztą nawet gdybyś mieszkał bliżej wydziału, to po codziennej dawce dwóch wykładów i jednych ćwiczeń, jesteś tak wykończony, że po powrocie na mieszkanie padasz na pysk i oglądasz „Dr House’a” do 3-ciej w nocy.

Jest ciężko. Ale dajesz radę.

W środy razem z wariatami z roku, chodzisz odreagować znoje studenckiego życia do Coco. Czasem, jak wyprasujesz koszulę ze studniówki, udaje wam się wejść nawet do Frantica, a wtedy wszystkie wasze. Nie bierzecie jeńców. Nocne szaleństwo po bandzie, dopóki nie skończy się hajs od starych. W czwartek wpadasz na zajęcia już spakowany z walizą pod ręką i wychodzisz z ostatniego wykładu zawsze 15 minut wcześniej, żeby przypadkiem nie spóźnić się na busa do swojej wioski.

Kraków za dnia widujesz najczęściej na widokówkach. Lub w mediach, gdy mowa o morderstwach na tle kibicowskim.

Jak do tej pory, nie udało ci się zapuścić dalej, niż na Miasteczko AGHu. Raz piłeś nad Wisłą, ale widmo mandatu za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, odstrasza cię od tego miejsca. Mimo, że jesteś tu już 4-ty rok, dalej nie wiesz gdzie jest Park Jordana. Zresztą Wielopole też ci niewiele mówi. Mimo to, przy każdej możliwej okazji zaznaczasz, że mieszkasz w Krakowie. Że to twoje miasto, że jesteś taki krakowski dandys, że tu jest tak klimatycznie i w ogóle przedmieście Paryża. Nie byłbyś w stanie wymienić nawet dwóch muzeów, ani żadnego teatru poza Bagatelą, ale nie ma takiej potrzeby. Żadnemu z twoich znajomych nawet nie przyszłoby do głowy, by o to spytać.

W ich oczach jesteś najfajniejszym kolesiem we wsi. Przecież mieszkasz w Krakowie.

autorem zdjęcia w nagłówku darek-zon

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

hashtagi w muzyce 3

Z wyobraźnią u mnie nie najgorzej.

Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że czerwone światło na krzyżowaniu, gdy jest zielone, albo, że lane piwo w klubie smakuje jak z butelki. Oprócz tego na bieżąco wyobrażam sobie, że, mam proste plecy, kredens wypchany dolarami i własnego boeinga, którym latam na Florydę. Serio, z moją wyobraźnią jest naprawdę nieźle, ale nawet mocno popuszczając wodze fantazji, nie wpadłbym na to, że jakaś funkcjonalność Twittera będzie miała wpływ na muzykę. A już tym bardziej, że aż tak bezpośredni.

Jeśli nie macie kompletnie pojęcia o czym mówię, to sprawdźcie najnowsze vloga.

Jeśli zainteresowały Was słuchawki, które mam na sobie, możecie dowiedzieć się o nich więcej czytając post z testem sprzętu lub śledząc Facebooka i YouTuba Sennheisera. Oprócz tego, na stronie producenta (na której znajdziecie alternatywne kolory i szczegóły techniczne) właśnie trwa konkurs, w którym możecie je zgarnąć.