Close
Close

Wczoraj przeprowadziłem się po raz 15-ty w ciągu 5 lat. Udanie, bezawaryjnie. Zazwyczaj zmieniałem miejsce zamieszkania z miesięcznym wyprzedzeniem, ale zdarzało mi się też wyprowadzać z dnia na dzień. Totalnie ekstremalną sytuacją było, gdy cały dobytek życia musiałem spakować w ciągu 25 minut do malucha. Ale wtedy jeszcze nie miałem tylu gratów.

Całość wczorajszych manewrów związanych ze zmianą lokum (pakowanie, znoszenie, transport, wnoszenie, wypakowanie) zajęła mi 10 godzin. Biorąc pod uwagę, że niektórym zajmuje to 2 dni, uważam to za dobry wynik. Poniżej 6 wskazówek, które pomogą Wam zrobić to jeszcze sprawniej.

 

Po pierwsze: zorganizuj kartony wcześniej

Najlepiej pakuje się do pudeł i im większe, tym jest to łatwiejsze, bo potem jest mniej noszenia. Bez większego problemu dostaniesz je za friko w sieciówkach odzieżowych typu Bershka czy Reserved. Tylko jedna sprawa, zainteresuj się tematem wcześniej, niż 6 godzin przed przeprowadzką. Różne sklepy mają dostawy w różne dni, a i zdarza się, że obsługa musi zostawić puste pudełka z różnych przyczyn, więc zdobądź je odpowiednio wcześniej. Chyba, że wolisz wszystko, łącznie ze sprzętem elektronicznym, pakować do 100-litrowych worków na śmieci. Tak tez można, ale osobiście nie polecam.

 

Po drugie: umów transport z wyprzedeniem

Wiem, że żyjemy w dobie buchającego kapitalizmu, klient nasz pan i wszystko jest dostępne 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, ale bywa, że usługi transportowe nie. Zwłaszcza gdy chcesz przeprowadzać się w weekend na przełomie czerwca i lipca lub września i października. Serio, lepiej umówić pana Wiesia z furgonetką 2 dni wcześniej i mieć pewność, że ma kto Cię przetransportować, niż nerwowo googlować „taxi bagażowe” 15 minut przed oddaniem kluczy właścicielowi.

 

Po trzecie: posprzątaj nowe mieszkanie przed przeprowadzką

Dużo lepiej wprowadzać się na czyste i ogarnięte, niż dopiero w chaosie kartonów ścierać kurze i myć półki. Potwierdzone przez Perfekcyjną Panią Domu.

[emaillocker]

Po czwarte: przy pakowaniu podpisuj kartony

Banalna rzecz, którą docenisz jak żadną inną przy rozpakowywaniu. Zajmie Ci to pół minuty, a zaoszczędzisz sobie pół godziny podczas szukania czegokolwiek. Nie ma nic bardziej irytującego, niż rozpaczliwe przegrzebywanie wszystkich pudeł w poszukiwaniu klapek i świeżego t-shirta, gdy już uda Ci się wnieść graty na górę.

 

Po piąte: zadbaj o odpowiednią stylówę

Włóż najgorsze buty, najgorsze spodnie i najgorszą bluzę. Najsensowniej jest ubrać się w ciuchy, które już dawno chciałeś wyrzucić. Pod koniec dnia, wszystko co masz na sobie będzie brudne, przepocone, a możliwe że i dziurawe. Chyba nie chciałbyś, żeby taki los spotkał Twoje buty z drzewem i sweter z krokodylem?

 

Po szóste: poproś przyjaciół o pomoc

Zwłaszcza przy przenoszeniu klamotów.

Ze mnie jest taka Zosia-Samosia, co wszystko wie najlepiej i każdą rzecz chce robić sama, ale w przypadku przeprowadzki posypuję głowę popiołem. Nie masz szans, żeby ogarnąć ten żywioł w pojedynkę. Z moich wieloletnich doświadczeń jednoznacznie wynika, że 3 osoby są optymalną liczbą uczestników zabawy, aby sprawnie się przeprowadzić. 2 osoby znoszą/wnoszą graty (wielu rzeczy nie da się wziąć w pojedynkę), a jedna stoi na czatach i pilnuje, czy dobre duszyczki z okolicy przypadkiem nie chcą sobie czegoś „pożyczyć”. Problem lokalnych pożyczaczy nie dotyczy tylko i wyłącznie ościennych dzielnic, bo z panami przesadnie zainteresowanymi moim dobytkiem spotykałem się także w śródmieściu, czy na Kazimierzu. Strzeżonego monitoring strzeże.

 

Po siódme: sprawdź czy wszystko wypakowałeś

Jak do tej pory, nie zdarzyło mi się jeszcze omyłkowo wyrzucić nic specjalnie wartościowego. Raz wywaliłem na śmietnik klucze i parę okularów, ale to nic przy niefarcie mojej koleżanki. Przez przypadek wysłała na wysypisko umowę o pracę i dyplom ukończenia studiów. Oczywiście te nieistotne papierki znajdowały się na dnie pustego kartonu. Pustego w jej przekonaniu.

 

Coś jeszcze?

To takie podstawy podstaw, najoczywistsze oczywistości, które skutecznie ułatwiają przeprowadzkę. Jeśli masz jakąś inną radę, która okaże się cenną wskazówką podczas jeżdżenia wte i wewte wypchanym po brzegi Żukiem, to chętnie ją poznam. Przy da się na kolejne 15-ście razy.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

41
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
17 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
31 Comment authors
MDW2Martyna LipiecGuestMagdalena KaraśŁukasz Kowalczyk Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ariel
Gość
Ariel

Dodam od siebie że lepiej zainwestować w pana pana Wiesia z furgonem niż wozić swoją osobówką, bo benzyny spalisz więcej niż za usługę a przy okazji poobijasz auto meblami. Też sprawdzone.

Wojciech Kotliński
Gość

Najlepsze jest to, że ja faktycznie przeprowadzam się zawsze furgonetką pana Wiesława :)

Dla mnie „worki na zwłoki” robią lepszą robotę od pudełek. Więcej rzeczy się mieści, mniej do noszenia i można na plecy zarzucić.
A najważniejsza rada ode mnie: przed rozpoczęciem pakowania, popatrzcie na swoje rzeczy, przeprowadźcie rachunek sumienia i zdecydujcie – co można wyrzucić. Też przeprowadzałem się kilkanaście razy i woziłem cały majdan ze sobą. Ostatnie trzy razy poszedłem po rozum do głowy i co się okazało? Że z 12 worków rzeczy 7 było do wywalenia, zostało 5 i z tym się już łatwo było przeprowadzać.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Tak jest, rachunek sumienia przy pakowaniu to świetna rzecz. Nagle odkrywasz ile masz rzeczy, których nie używałeś od 6 miesięcy i w zasadzie zupełnie nie są Ci potrzebne :)

Joanna Biel
Gość
Joanna Biel

jedna wskazówka, która przyszła mi do głowy dotyczy wielkości kartonów. zanim dopakujesz karton po sam czubek upewnij się, że go podniesiesz i że nagle na schodach nic nie wypadnie Ci centralnie pod nogi. książki np. lepiej zapakować do dwóch lub trzech ale małych kartonów ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ooo, słuszna uwaga! Też zacząłem kiedyś pakować książki i płyty do największego i okazało się, że nawet we dwójkę nie jesteśmy go w stanie podnieść :)

Justyna Sekuła
Gość
Justyna Sekuła

Książki to to, co skutecznie powstrzymuje mnie przed wyprowadzeniem się stąd, gdzie mieszkam obecnie. Na szczęście mieszkam na parterze, ale znoszenie ich z czwartego piętra kamienicy czułam w plecach jeszcze tydzień później :/.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Plecy się same nie zrobią Justyna!

Anka W
Gość
Anka W

Jak się przeprowadzałam, to pakowałam książki razem z pościelą albo ubraniem. Książka – ciężka, poduszka – lekka. Daje nam razem średnią wagę pakunku. :)

looqash.com
Gość

Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale i tak zabrzmi. Nie proście kobiet o pomoc przy pakowaniu… Dla nich zawsze wszystko będzie przydatne a graty w kartonach będą układać tematycznie. A potem jeszcze chcą sprzątać na błysk całe mieszkanie… tak jakby to wszystko miało jakieś znaczenie przy ogólnym bajzlu jakim jest przeprowadzka.

Ula
Gość
Ula

Przeprowadzałam się 10 razy, sama wszystko ogarniałam (miałam co najwyżej pomocników, którymi dyrygowałam) i nie mam pojęcia, o czym mówisz :>

looqash.com
Gość

Hoho, jakby facet mógł dyrygować dziesięcioma kobietami to też wszystko byłoby prostsze ;)

Guest
Gość
Guest

Czy mi się wydaje czy ktoś dopiero co powiedział, że to kobietom zawsze wydaje się, że

Polinka
Gość
Polinka

Faceci też mają wiele niepotrzebnych zdaniem kobiet gratów. W przyszłym tygodniu przeprowadzamy się z mężem po raz ósmy. Za każdym razem kłócimy się o jego „elektrośmieci” – tak opisuję ten karton, w którym lądują jego zdaniem niesamowicie przydatne poucinane kable, wtyczki, części komputerowe, niezliczona ilość ładowarek do nieistniejących tel. komórkowych itp. Co gorsza nic z tego kartonu nie ubywa :P

Łukasz Kowalczyk
Gość

Ha, nigdy nie wiesz kiedy jakiś urwany kabel Ci się przyda, serio ;)

Martyna Lipiec
Gość
Martyna Lipiec

Czy mi się wydaje czy napisałeś komentarz o tym, że to domeną kobiet jest pakowanie rzeczy niepotrzebnych, bo „kiedyś się przydadzą”? :P

Martyna Kubicka
Gość
Martyna Kubicka

nie wiem, czy przeprowadzki rodzinne się liczą. mi zdarza się pomieszkiwać z rodzicami w wakacje, więc akurat w tym roku zaliczyłam już 4. a jeszcze muszę się wynieść od nich. czyli 5. a dopiero kończy się wrzesień… :D zacząć od sprzątnięcia nowego mieszkania i ułożenia w myślach lokalizacji większych rzeczy. typu „ta półka będzie na książki, w tamtej szufladzie drobne pierdoły”. co ważniejsze: ustalenie na samym początku, w jaki punkt zanosić kartony i worki. żeby nie było, że się namęczyłam z wnoszeniem, to walnę gdziekolwiek. nie gdziekolwiek, bo kursów z wnoszeniem będzie sporo i później idzie się zabić o torbę… Czytaj więcej »

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jesteś z małego miasta albo większej wsi. Byłeś tu wcześniej 3 razy. Raz w podstawówce, raz w gimnazjum i raz w liceum. Widziałeś Sukiennice, Wawel i oba McDonald’sy przy rynku, więc uznałeś, że to fajne miasto. Zwłaszcza, że żaden gołąb nie narobił ci na głowę podczas spaceru. Wszyscy znajomi, którym udało się zdać maturę wyjeżdżają gdzieś na studia. Wiesz, że starzy nie pozwolą ci obijać się kolejne 5 lat na chacie, więc zastanawiasz się, czy też nie postudiować.

Warszawa za daleko, Rzeszów za blisko. Te McDonaldsy na starym mieście śnią ci się po nocach, więc decydujesz się na Kraków.

Całe wakacje jesteś zajęty siedzeniem na Fejsie i odświeżaniem Kwejka, więc orientujesz się, że gdzieś w tym Krakowie musisz spać dopiero tydzień przed rozpoczęciem zajęć. Wszystkie sensowne oferty są już przebrane. Zresztą twoi starzy nie mają czasu, żeby spędzać cały wieczór na Gumtree, więc wrzucają cię do jakiejś klitki w Mistrzejowicach. Zwykłe mieszkanie w zwykłym bloku na zwykłym osiedlu. Gdyby wieźli cię tam z opaską na oczach i zdjęli dopiero na miejscu, to nawet nie zauważyłbyś, że jesteś w innym mieście.

Gdy matka kończy ci układać słoiki z wałówką w kolejności alfabetycznej, włączasz nowego lapka i sprawdzasz czy da się na tym necie pograć w LOLa albo chociaż CSa. Potem logujesz się na Fejsiku i pierwsze co robisz, to zmieniasz miejsce zamieszkania na „Cracow”. Ustawiasz na zdjęciu w tle jakąś fotkę z ziejącym Smokiem Wawelskim i zaczynasz lajkować profile krakowskich klubów.

Niech frajerzy z ogólniaka wiedzą, że prowadzisz światowe życie i bujasz się po Europie.

Masz zajęcia na Kampusie UJ, więc od poniedziałku do piątku nie robisz nic innego, tylko krążysz między jednym końcem miasta, a drugim. Czujesz się jak w „12-stu pracach Asterixa”. Gdyby starzy byli przyzwoitymi ludźmi, to zostawiliby ci furę i pokonywałbyś tę trasę w 5 kwadransów, a tak musisz się tłuc MPK ponad godzinę. Zresztą nawet gdybyś mieszkał bliżej wydziału, to po codziennej dawce dwóch wykładów i jednych ćwiczeń, jesteś tak wykończony, że po powrocie na mieszkanie padasz na pysk i oglądasz „Dr House’a” do 3-ciej w nocy.

Jest ciężko. Ale dajesz radę.

W środy razem z wariatami z roku, chodzisz odreagować znoje studenckiego życia do Coco. Czasem, jak wyprasujesz koszulę ze studniówki, udaje wam się wejść nawet do Frantica, a wtedy wszystkie wasze. Nie bierzecie jeńców. Nocne szaleństwo po bandzie, dopóki nie skończy się hajs od starych. W czwartek wpadasz na zajęcia już spakowany z walizą pod ręką i wychodzisz z ostatniego wykładu zawsze 15 minut wcześniej, żeby przypadkiem nie spóźnić się na busa do swojej wioski.

Kraków za dnia widujesz najczęściej na widokówkach. Lub w mediach, gdy mowa o morderstwach na tle kibicowskim.

Jak do tej pory, nie udało ci się zapuścić dalej, niż na Miasteczko AGHu. Raz piłeś nad Wisłą, ale widmo mandatu za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, odstrasza cię od tego miejsca. Mimo, że jesteś tu już 4-ty rok, dalej nie wiesz gdzie jest Park Jordana. Zresztą Wielopole też ci niewiele mówi. Mimo to, przy każdej możliwej okazji zaznaczasz, że mieszkasz w Krakowie. Że to twoje miasto, że jesteś taki krakowski dandys, że tu jest tak klimatycznie i w ogóle przedmieście Paryża. Nie byłbyś w stanie wymienić nawet dwóch muzeów, ani żadnego teatru poza Bagatelą, ale nie ma takiej potrzeby. Żadnemu z twoich znajomych nawet nie przyszłoby do głowy, by o to spytać.

W ich oczach jesteś najfajniejszym kolesiem we wsi. Przecież mieszkasz w Krakowie.

autorem zdjęcia w nagłówku darek-zon

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

hashtagi w muzyce 3

Z wyobraźnią u mnie nie najgorzej.

Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że czerwone światło na krzyżowaniu, gdy jest zielone, albo, że lane piwo w klubie smakuje jak z butelki. Oprócz tego na bieżąco wyobrażam sobie, że, mam proste plecy, kredens wypchany dolarami i własnego boeinga, którym latam na Florydę. Serio, z moją wyobraźnią jest naprawdę nieźle, ale nawet mocno popuszczając wodze fantazji, nie wpadłbym na to, że jakaś funkcjonalność Twittera będzie miała wpływ na muzykę. A już tym bardziej, że aż tak bezpośredni.

Jeśli nie macie kompletnie pojęcia o czym mówię, to sprawdźcie najnowsze vloga.

Jeśli zainteresowały Was słuchawki, które mam na sobie, możecie dowiedzieć się o nich więcej czytając post z testem sprzętu lub śledząc Facebooka i YouTuba Sennheisera. Oprócz tego, na stronie producenta (na której znajdziecie alternatywne kolory i szczegóły techniczne) właśnie trwa konkurs, w którym możecie je zgarnąć.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!