Close
Close
Jesienna ekscytacja
autorem zdjęcia jest Michael Hyman

Jadę wzdłuż Wisły na swoim złotym rowerze bez celu i powodu, ciesząc się z samego aktu pedałowania. No dobra, już nie takim złotym. Zbladł od słońca i wyobijał się od latarń, barierek, znaków, poręczy i ogrodzeń, do których go przypinałem. Widać, że pod spodem była magenta, pod nią czerwień, a jeszcze niżej srebrny. To było intensywne lato.

Mijam barki przycumowane do brzegu i albo mi się wydaje albo jest ich mniej, niż dwa tygodnie temu. Może mi się wydaje. Może tylko ludzi jest na nich mniej. Jadę przed siebie i widzę jak niebo zalewa się przypalonym pomarańczem. Jak to, już? Już się ściemnia? O tej godzinie?

No tak, mamy wrzesień. Koniec września. To już jesień. Koniec lata. A przecież jeszcze wczoraj był lipiec…

Jak zwykle zrobiłem mniej, niż planowałem. I teraz będę musiał czekać pół roku. Pół roku, aż znów będzie ciepło. Choć czekać to złe słowo. Nigdy nie czekałem. Zawsze było za mało czasu, a za dużo rzeczy do zrobienia. Wyglądałem wiosny wielokrotnie, ale nigdy nie miałem sposobności, by siąść w fotelu i jej po prostu oczekiwać. Tym razem też tak nie będzie. Tym razem zwłaszcza.

Przeprowadzam się. 15-ty raz. Zawsze to lubiłem – poznawanie nowych miejsc, nowych dzielnic, nowych sąsiadów, nowych twarzy w autobusie. Zawsze traktowałem to metaforycznie – zostawianie starych spraw, starych problemów, starych zepsutych relacji w starym mieszkaniu i rozpoczynanie nowych, nieskalanych brudem, pomyłkami i złymi intencjami w nowym. Zawsze mnie to kręciło.

Idę na studia. 7-my raz. Nie po żaden dyplom, oceny, czy inne symboliczne ekwiwalenty wirtualnych osiągnięć, niemający przełożenia na rzeczywistość. Z zajawki. Te właściwe skończyłem już dawno, teraz mogę to robić dla zabawy. Zresztą, zawsze to lubiłem – poznawanie nowych ludzi, inspirowanie się ich życiorysami, czerpanie z ich charakterów, obserwowanie ich reakcji na stres, nowe sytuacje i inne osoby. To takie ciekawe. To tyle tematów na bloga. To tyle nowych zmiennych, które mogą coś wnieść w moje życie.

Bloguję. Za tydzień miną 2 lata. Przez pierwszy rok błąkałem się jak dziecko we mgle. Robiłem to po omacku, nie wiedząc jak, a tym bardziej z czym, to się je. Przez kolejny rok uczyłem się. Sporo. Teraz wiem. Wiem dość dobrze, by móc wiązać z tym przyszłość. Wciąż jeszcze dużo muszę zmienić, poprawić i dopracować, ale wiem co. Już nie strzelam na chybił-trafił. Już wiem jaka perspektywa jest przede mną. Widzę co na mnie czeka. Co dzień dostaję z tego ciut więcej.

Praca. Straciłem rachubę, która to. Ważne, że taka jaką chciałem mieć. Że to był świadomy wybór, nie bolesny przymus. Z każdym dniem uczę się w niej nowych rzeczy. Z każdym zadaniem mam większą odpowiedzialność za to, co robię. Nie jestem trybem w machinie, jestem kierowcą boilidu i w którą stronę skręcę, w tę pojedzie, a widoki za kolejnymi zakrętami są coraz bardziej malownicze.

A w tej chwili jadę wzdłuż Wisły na swoim blado-złotym rowerze i zamiast ciepłego wiatru, czuję chłodną bryzę na policzkach. Słońce schowało się pod taflą wody, zmieniając mgiełki i szorty, na leginsy i ramoneski na kobiecych sylwetkach. To jesień. Mimo to nie czuję depresji.

Wręcz przeciwnie.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Agnieszka Zelek

    haj5, mieszkam w Krakowie dopiero od roku o własnie przeprowadzam się po raz piąty.Kraków jest przepiękny jesienią, to miasto to moja jedyna miłość, której wierności mogę być pewna ;)

  • Joanna

    W większości znanych mi przypadków plany i marzenia na lato przerastają rzeczywistość. A ludzie nie chcą jesieni. Ostatnio, w ogólnym zamieszaniu, nawet ja zapomniałam, czym ona dla mnie jest. Szczęściem wczorajszy deszcz zmył ze mnie ponuractwo, a na wierzchu ukazała się warstwa zapomnianej euforii. Dzięki wam, chmurne niebiosa.

  • Czuć depresję to teraz takie… mainstreamowe ;)

  • Po ogromnej części lata spędzonej za Kołem Podbiegunowym wciąż nie mogę uwierzyć, że słońce zachodzi o 18, a nie o 3 nad ranem (żeby podnieść się o 4). I to zmiana z dnia na dzień! ;)

    Jesień zawsze wpędza mnie w ciężką depresję. Ale tym razem postanawiam zbierać kasztany i cieszyć się jarzębiną :)

    • Łouł, niezła wycieczka! To spontanicznie/zajawkowo czy coś związanego z pracą? I jak zachodziło o 3 to o które wschodziło? ;-)

      • Wyprawa była wakacyjna. Odbyło się wielkie zwiedzanie północy :)

        A słońce wschodziło mniej więcej pół godziny lub godzinę po tym jak zaszło, więc było naprawdę klimatycznie. Od mniej więcej 18 do 1 w nocy na niebie praktycznie nic się nie zmieniało – panował taki „wczesny wieczór”. Naprawdę polecam zobaczyć na własne oczy! :)

        • Brzmi niewiarygodnie, mimo, że nie przepadam specjalnie za zimnem i śniegiem, to chcę to kiedyś zobaczyć :)

          • Zaskakująco może, ale w okolicach 71 stopnia nie ma śniegu w lato, a tak daleko dotarliśmy. Jak na wakacje, to faktycznie jest zimno: 14 stopni było w tym roku normą, a 20 upałem. Wiadomości z Polski, że zdarza się ponad 40 stopni w cieniu były irytujące w momencie, kiedy walczyłam z lodowatym wiatrem i mgłą xD

  • Jagoda Kurek

    Niestety depresji dostać można nie od samej jesieni, ale od jej braku. Zamiast złotych liści pod stopami chlupocze kwaśna deszczówka, wiatr pizga w oczy jak na Uralu, pomarańczowej, słonecznej poświaty ani widu ani słychu. Patrzę za okno i mam wrażenie, że jestem w Londynie a nie na słowiańszczyźnie. Odchodząc od aspektu pory roku poruszany chyba teraz na każdym blogu, też bardzo lubię przeprowadzki. Najlepsze są pierwsze dni w nowym mieszkaniu. Zawsze czuję wtedy nie spowodowaną niczym specjalnym ekscytację, uwielbiam gotować w nim pierwszy posiłek, zaparzyć pierwszą herbatę. Najlepiej kiedy te pierwsze dni spędzam w nim sama albo z kimś bardzo bliskim. Masz rację – jest jeszcze wtedy nieskażone, czyste, magiczne, obiecujące. Nie wiadomo co nas w nim czeka. Piętnasty raz…pewnie też dobiję do takiej liczby. Kiedyś. Jak na razie mam za sobą czwarty.

    comowiblondynka.blogspot.com

  • I kolejny tekst, który tchnie optymizmem w już mroźne, jesienne wieczory. Powodzenia na studiach! Napiszesz kiedyś tekst o każdym kierunku, który studiowałeś? :D

    • Gdybym miał pisać o każdym z osobna, to wyszłaby 7-tomowa powieść, a na takie poważne pisanie nie jestem jeszcze gotowy :)

  • Marcin

    Ufam, że nie skończysz jako jakiś komercyjny przebieraniec (typu Kominek). Tu zawsze było sporo wartości przyprawionej pokorą. Liczę, że tego nigdy nie braknie.

  • Ty jeździsz jesienią na rowerze, a mi moją kozę właśnie ukradli… I nie przetnę w tym roku ani jednej kupy kolorowych liści. Żal, ogromny żal.

    • Ja też 2 rowery straciłem i nauczyłem się inwestować w dobre zapięcie, bo bez tego w Krakowie ani rusz. Teraz mam jakiś tytanowy łańcuch, który jest do przecięcia chyba tylko ciekłym azotem.

    • Joanna

      „I nie przetnę w tym roku ani jednej kupy kolorowych liści.” Hej, czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że w tych kolorowych kupach liści mieszkają jeże?! Nie sądzę. No dobrze.. może i to nie jest prawda. Może i wyciągnęłam to spomiędzy bajek dzieciństwa. Ale ja zawsze się boję o te biedne jeżyki :(

  • Justyna Sekuła

    kocham jesień.

  • Chyba każdy kto dziś wraca z roweru, joggingu czy z orlika, patrzy na niebo i nie może zrozumieć, że dzień kończy się o 19. Ale wiesz co? Też jakoś nie czuję „jesiennej depresji”. Mam tylko nadzieję, że zima będzie mroźna słoneczna i obfita w puch, bo wizja katańska na snowboardzie od razu wywołuje uśmiech na mojej twarzy! :)

  • Martyna Kubicka

    najulubieńsza pora roku. trochę mi żal, że nie ma babiego lata, kruszenia liści pod butami. tylko tak od razu jebutnęło. ale i tak super. smak herbaty z sokiem malinowym, polowanie na imbir w sklepach. oglądanie wieczorem filmów pod kocem. nowy rok akademicki. przeprowadzki. nie chcę już nawet liczyć. prywata: jak ktoś z łodzi i nie ma z kim mieszkać, zgłaszać się na fejsie :)

    • Podobno (według meteorologów) od piątku ma być złota polska jesień :)

  • venila

    Jak masz pisać TAKIE teksty, to już się cieszę na Twój romans z jesienią :)

    • Domowo-kawiarnia pogoda na pewno będzie sprzyjać takim wynurzeniom :)

  • Aga

    Cieszę się, że jest więcej ludzi takich jak ja na tej powszechnej fali narzekactwa :) Trzeba się cieszyć z małych rzeczy, jakkolwiek banalnie by to brzmiało.

  • Cholera. Chciałam napisać tekst „Pierwsza jesień, której się nie boję”. I będzie, że plagiat :D

  • Dopóki nie będzie błota, jest dobrze. A długie wieczory są świetne do oglądania zaległych filmów i czytania. Jesień jest spoko.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Bajki są dla dzieci. Bajki są niemęskie. Bajki są nudne.

To 3 kłamstwa, które wciąż są utrwalane na temat filmów animowanych. Jako dumny posiadacz „Króla Lwa” na kasecie VHS i fanatyk serii „Toy Story”, postaram się przełamać ten krzywdzący stereotyp. Zwłaszcza, że za oknem mamy już jesień, a nic Was tak nie rozgrzeje, jak abstrakcyjna opowieść od Pixara.

To co sprawia, że wolę obejrzeć nową bajkę, niż zapuścić koljeny odcinek „Mad Mena”, to…

 

Oderwanie od rzeczywistości

Niby oglądając filmy sensacyjne, seriale oparte na powieściach fantasy, czy polskie komedie romantyczne, można uzyskać ten sam efekt. Ale tylko niby. W przypadku bajek, jest to szczególny odlot. Mimo, iż są alegorią do naszego świata, to jednak błyskawicznie pozwalają zapomnieć o przymiotach codzienności. Przenoszą nas w inny, niekoniecznie lepszy, ale zdecydowanie ciekawszy świat. Tam wszystko jest nowe  i angażujące. Przedostając się przez kolejne lokacje, mamy chyba większą radochę z ich odkrywania, niż główny bohater.

Oglądając „Potwory i spółka”, do piątej minuty jeszcze pamiętałem o tym, że muszę zapłacić rachunek za telefon i umówić transport do przeprowadzki, ale po dziesiątej już nie. Po kwadransie byłem jednym z włochatych potworów i wszystkie moje procesy myślowe skupiały się na znalezieniu sposobu, dzięki któremu będę jeszcze skuteczniej straszył dzieci. Gdyby ktoś w tym momencie spytał mnie o NIP, PESEL lub PIN do telefonu, najprawdopodobniej bym go nie zrozumiał i uznał, że mówi w jakimś nieznanym mi narzeczu. Albo, że jest nietrzeźwy.

Warto zatracić się w takiej wyimaginowanej rzeczywistości, choćby dla higieny psychicznej i chwilowego resetu pamięci krótkotrwałej. Byłoby to dużo trudniejsze, gdyby nie…

 

Efekty specjalne

Choć na dobrą sprawę trudno mówić, tu o jakichś konkretnych efektach specjalnych, skoro cały film jest wygenerowany komputerowo. Maszyny, które na co dzień obliczają loty statków NASA, wypluwają te barwne scenerie i plastyczne bryły głównych bohaterów. Po co? Właśnie po to, by były świeże i nie kojarzyły się z niczym innym.

Przez to, że nie mamy tu do czynienia z ludźmi i przypisanymi do nich ułomnościami, postacie nie „grają” tak jak im się uda, lecz tak jak faktycznie chce reżyser. Widząc Penelopę Cruz, w kolejnej roli, bywa, że wciąż mamy skojarzenia z „Elegią”, czy „Vanilla Sky”. W przypadku bohaterów bajek, jest to niemożliwe. To samo odnosi się do otoczenia. Nie jest takie, do jakiego udało się dotrzeć i sfilmować. Nie jest też kliszą z setki innych fabuł rozgrywających się w Nowym Jorku. Jest nowe, czyste i w pełni zgodne z założeniami twórców filmu.

Ktoś powie, że animacja 3D też nie jest wolna od wad, bywa, że tła są pozbawione detali i zdarzają się niedoróbki. To prawda. Trudno z tym polemizować, ale w moim mniemaniu osoby pracujące nad filmem i tak mają nieporównywalnie większą kontrolę nad tym, co sobie zakładali na starcie produkcji, a co uzyskują jako finalny efekt. Jednak z perspektywy ogólnej i tak dużo istotniejszy jest fakt, że bajki…

 

Jednocześnie wywołują emocje i niosą przesłanie

Śmiem twierdzić, że to dwie wartości, które chciałby zawrzeć w swojej pracy każdy twórca. Udaje się to jednak tylko nielicznym, niezależnie czy mówimy o kinie, muzyce, malarstwie, bodypaintingu czy blogosferze. Pozostając jednak przy filmach, to z moich obserwacji wynika, że najczęściej dzielą się na 4 kategorie:

– te, które bawią i nie niosą nic więcej ze sobą,

– te, które trzymają w napięciu, dostarczają ekscytacji, ale również pozbawione są głębszego sensu,

– te, które mają mocny zapdający w pamięć przekaz, ale są ciężkie i smucą,

– te, które są miksem powyższych i chciałby nieść przesłanie, ale jakoś go nie donoszą.

Bajki natomiast, dostarczają pełne spektrum emocji i zawsze wypływa z nich jakaś myśl. Nastroje przechodzą od głębokiego smutku, po niepohamowaną radość. Są katharsis, katalizatorem wewnętrznych napięć, złych emocji i niepokoi. Po ciężkim tygodniu, gdy lecę przez kolejne dni z duszą na ramieniu, urywając głowę na każdym zakręcie, puszczam sobie „Ratatuj” i czuję się wyluzowany jak nigdy. Przy czym, między śmiechem, a wzruszeniem, nigdy nie ginie puenta. Morał zawsze jest wyczuwalny.

Scenarzyści filmów obyczajowych, mogli by się uczyć od „Epoki lodowcowej” jak budować wzorce osobowe. Od „Toy Story” jak się tworzy spójne i zaskakujące zwroty akcji. A od „Jak wytresować smoka” jak opowiedzieć oklepaną historię, by wcale na taką nie wyglądała. Zresztą większość bajek porusza zgrabniej poważniejsze tematy, niż niejeden „film dla dorosłych”. I nie napisałem tego tekstu, by usprawiedliwiać swoje mało popularne preferencje. Nie. Napisałem go dlatego, że…

 

Chcę przeciągnąć jak najwięcej osób na swoją stronę

Filmy animowane, to niesłusznie niedoceniany gatunek przez dorosłych, który może dostarczyć im rozrywki. Jeśli nie tyle, co Batman, Bond i Iron Man, to na pewno więcej, niż kolejne części „Kac Vegas”, American Pie”, „Szklanej pułapki” i filmów wypuszczanych w okolicach 14 lutego. Moje typy już znasz, ale założę się, że Ty też widziałeś przynajmniej jedną bajkę, którą mógłbyś polecić z ręką na dowodzie dorosłemu.

Śmiało, wrzuć jej tytuł w komentarzach. Zobaczymy ile osób jest w stanie docenić uniwersalność „filmów dla dzieci”.

---> SKOMENTUJ

Każda podróż Polskimi Kolejami Państwowymi, to końska dawka inspiracji do postów na bloga. Rozmowy, zachowania i wygląd współpasażerów nieustannie mnie zadziwia, mimo iż zwykłem udawać takiego, co to widział już wszystko. Nie inaczej było podczas ostatniego przejazdu TLK na trasie Kraków-Warszawa. Dowiedziałem się sporo o życiu, śmierci i związkach damsko-męskich, a przede wszystkim miałem okazję do zanurzenia się w głębokich rozważaniach, dzięki którym dotknąłem jądra prawdy.

Te sytuacje nie miałaby miejsca, gdyby nie współcześni myśliciele, których udało mi się spotkać w niepozornym wagonie drugiej klasy.

 

Tylko ludzie mają wolę?

Występujące osoby: ja (Ja) i nastoletni 30-latek z czołem do połowy karku i dredami po bokach (Filozof)

Ja: -Dzień dobry, wolne?

Filozof: – Jak widać.

Ja: – No właśnie nie widać, bo leży tam czyjaś torba.

Filozof: – Ale czy ta torba ma wolę, by celowo mogła zająć to miejsce?

 

Życie to nie sieć telefonii komórkowej

Występujące osoby: pół-dres w swetrze i Shoxach (Filozof1), pół-dres w pełnym cywilnym przebraniu (Filozof2)

Filozof1: – Ćwiczysz nie?

Filozof2 – No, podnosi się czasem, a co?

Filozof1: – Ładna Łapa. To na sucho, czy coś odżywiasz?

Filozof2 – Na początku witaminki, teraz tylko czysto.

Filozof1: – I nie schodzi ci?

Filozof2: – Jak dobrze mase zrobisz, to nie schodzi.

Filozof1: – No racja.

Filozof2: – Ale po Sanrajsie trochę bicek spadł. Jak tankujesz, to ci wszystko klapie.

Filozof1: – Byłeś na Sanrajsie?

Filozof2: – Z ziomkiem uderzyliśmy w bawke. Balet opór.

Filozof1: – Ja się z bracholem 4 lata zbieram, ale to wiesz, jak sójka za morze.

Filozof2: – Nie no, z życia to trzeba korzystać. Sanrajs, Mejdej, ciągle gdzieś się jeździ.

Filozof1: – No, no, trzeba.

Filozof2: – Bo wiesz jak, życie to nie minuty w Orendżu, że ci na następny miesiąc przejdzie.

 

Mężczyźni nie dają mleka

Występujące osoby: dres (Filozof) i miss osiedla w kozakach za kolano (Filozofka)

Filozof – Idziesz że?

Filozofka: – Nie, kwitne. Może byś mi tak łaskawie pomóg?

Filozof – A co ci jest?

Filozofka: – Gówno!

Filozof – Ciote masz czy ci zemby rosnom?

Filozofka: – Jesteś nierób, luj parkowy i prostak! Nie widzisz, że mi ciężko z tom torbom?!

Filozof – Takom se wziełaś, to takom se noś. Było pakować tyle szmat?

Filozofka: – Ty luju jeden! Ty nierobie! Śpisz u mnie, jesz moje i…

Filozof – I ci mieszkanie cały tydzień za frajer robiłem!

Filozofka: – Łazienke 5 dni ześ malował, a kuchnia dalej nie zrobiona stoi, bo ci sie trzeźwieć nie zdarza! Alkoholiku!!

Filozof – Ty z twojom mamuśkom, to byście mnie obie zasuszyły. Tylko robić, robić, jak wołu w polu!

Filozofka: – Boże, co ja z tobom robie, jesteś beznadziejny!! Jak wszyscy faceci! Wszyscy jesteście tacy sami!!! Jesteście jak te psy, co dużo szczekajom, a mało mleka dajom!!

 

Nic nie trzeba

Występujące osoby: ja (Ja), konduktor (Pan Filozof), urocza staruszka z tabletem (Pani Filozof)

Ja: – Można bilet?

Pan Filozof: – Pewno, że można, nawet trzeba, hehe!

Pani Filozof: – Trzeba tylko jeść, spać i wydalać. Cała reszta to konwencje.

 

***

 

Mijam ich, jestem świadkiem naocznym. Jak nie Hegel w WARSie, to Platon w bezprzedziałowym. Kant częstuje mnie jagodzianką, Nietzsche ciśnie się gdzieś w tłoku. PKP jest pełne filozofów.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Defenestre
---> SKOMENTUJ