Close
Close

Jesteś z małego miasta albo większej wsi. Byłeś tu wcześniej 3 razy. Raz w podstawówce, raz w gimnazjum i raz w liceum. Widziałeś Sukiennice, Wawel i oba McDonald’sy przy rynku, więc uznałeś, że to fajne miasto. Zwłaszcza, że żaden gołąb nie narobił ci na głowę podczas spaceru. Wszyscy znajomi, którym udało się zdać maturę wyjeżdżają gdzieś na studia. Wiesz, że starzy nie pozwolą ci obijać się kolejne 5 lat na chacie, więc zastanawiasz się, czy też nie postudiować.

Warszawa za daleko, Rzeszów za blisko. Te McDonaldsy na starym mieście śnią ci się po nocach, więc decydujesz się na Kraków.

Całe wakacje jesteś zajęty siedzeniem na Fejsie i odświeżaniem Kwejka, więc orientujesz się, że gdzieś w tym Krakowie musisz spać dopiero tydzień przed rozpoczęciem zajęć. Wszystkie sensowne oferty są już przebrane. Zresztą twoi starzy nie mają czasu, żeby spędzać cały wieczór na Gumtree, więc wrzucają cię do jakiejś klitki w Mistrzejowicach. Zwykłe mieszkanie w zwykłym bloku na zwykłym osiedlu. Gdyby wieźli cię tam z opaską na oczach i zdjęli dopiero na miejscu, to nawet nie zauważyłbyś, że jesteś w innym mieście.

Gdy matka kończy ci układać słoiki z wałówką w kolejności alfabetycznej, włączasz nowego lapka i sprawdzasz czy da się na tym necie pograć w LOLa albo chociaż CSa. Potem logujesz się na Fejsiku i pierwsze co robisz, to zmieniasz miejsce zamieszkania na „Cracow”. Ustawiasz na zdjęciu w tle jakąś fotkę z ziejącym Smokiem Wawelskim i zaczynasz lajkować profile krakowskich klubów.

Niech frajerzy z ogólniaka wiedzą, że prowadzisz światowe życie i bujasz się po Europie.

Masz zajęcia na Kampusie UJ, więc od poniedziałku do piątku nie robisz nic innego, tylko krążysz między jednym końcem miasta, a drugim. Czujesz się jak w „12-stu pracach Asterixa”. Gdyby starzy byli przyzwoitymi ludźmi, to zostawiliby ci furę i pokonywałbyś tę trasę w 5 kwadransów, a tak musisz się tłuc MPK ponad godzinę. Zresztą nawet gdybyś mieszkał bliżej wydziału, to po codziennej dawce dwóch wykładów i jednych ćwiczeń, jesteś tak wykończony, że po powrocie na mieszkanie padasz na pysk i oglądasz „Dr House’a” do 3-ciej w nocy.

Jest ciężko. Ale dajesz radę.

W środy razem z wariatami z roku, chodzisz odreagować znoje studenckiego życia do Coco. Czasem, jak wyprasujesz koszulę ze studniówki, udaje wam się wejść nawet do Frantica, a wtedy wszystkie wasze. Nie bierzecie jeńców. Nocne szaleństwo po bandzie, dopóki nie skończy się hajs od starych. W czwartek wpadasz na zajęcia już spakowany z walizą pod ręką i wychodzisz z ostatniego wykładu zawsze 15 minut wcześniej, żeby przypadkiem nie spóźnić się na busa do swojej wioski.

Kraków za dnia widujesz najczęściej na widokówkach. Lub w mediach, gdy mowa o morderstwach na tle kibicowskim.

Jak do tej pory, nie udało ci się zapuścić dalej, niż na Miasteczko AGHu. Raz piłeś nad Wisłą, ale widmo mandatu za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, odstrasza cię od tego miejsca. Mimo, że jesteś tu już 4-ty rok, dalej nie wiesz gdzie jest Park Jordana. Zresztą Wielopole też ci niewiele mówi. Mimo to, przy każdej możliwej okazji zaznaczasz, że mieszkasz w Krakowie. Że to twoje miasto, że jesteś taki krakowski dandys, że tu jest tak klimatycznie i w ogóle przedmieście Paryża. Nie byłbyś w stanie wymienić nawet dwóch muzeów, ani żadnego teatru poza Bagatelą, ale nie ma takiej potrzeby. Żadnemu z twoich znajomych nawet nie przyszłoby do głowy, by o to spytać.

W ich oczach jesteś najfajniejszym kolesiem we wsi. Przecież mieszkasz w Krakowie.

autorem zdjęcia w nagłówku darek-zon
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Tracy Glastrong()

  • Jakie to trafne! I ze wstydem przyznaję, gdybyś napisał ten tekst o Poznaniu, to powiedziałabym, że to tekst tak bardzo o mnie. Na szczęście aktualny był tylko przez jakiś czas. ;)

  • Nie wiem jaki cel miał ten tekst: zwołać ludki, żeby zaczęli poznawać Kraków zamiast tylko w nim żyć? Biczować tych co szpanują mieszkaniem w Krakowie, ale nic o nim nie wiedzą? ;) Pomóż mi kto!

  • Byłam w Krakowie przez rok biorąc udział w programie MOST. Na szczęście mieszkałam przy rynku i uczelnie miałam pod Wawelem, więc troszkę uliczek zwiedziłam:)

  • Weronika Moskwa

    Chyba to kwestia specyfiki kierunku (historia sztuki), ale u mnie wszyscy na roku dobrze znają Kraków i co rusz polecamy sobie jakieś nowo odkryte miejsca. Za to wciąż wszyscy robią wielkie oczy jak zostaję w Krakowie na długi weekend.

  • dobrymjud

    Wielopole [*] Schody w Kitschu [*]

    • solange

      Oooo to, to…! Na zawsze w mej pamięci…
      ;)

  • Anna Gronek

    Jechałam z końcem sierpnia w tramwaju ze studentką 5 roku turystyki i słyszę jak to do grupki emerytów-turystów, którzy kompletnie nie wiedzą czemu tramwaj nr 18 nie jedzie trasą taką jak na mapie (halo! remonty??) mówi, że „oni zawsze zmieniają ułożenie tramwajów na wakacje. Mapa jest dobra tylko poza wakacjami, a tak to zawsze coś przestawią, bo… wakacje”. 5 lat w Krakowie, praca w wakacje i studentka 5 roku turystyki nie wie, że wakacje to idealny okres na remonty?

  • „Rzeszów za blisko” – dobre;) Ale dla mnie najgorsze zawsze były wszelkie „KRA”, choć nie powinnam się wypowiadać, bo sama mam „KTT” ;)

  • Basia Targosz

    MIstrzejowice to fajna zielona dzielnica. Autor chyba nie była tam nigdy, albo pomylił nazwy ;)
    Czemu tyle zjadliwości jest w tekscie! więcej dystansu do siebie i innych życzę, i tego co jest na tzw zachodzie..akceptacji ! życzę wszystkim akceptacji , a będzie się wszystkim łatwiej żyło.

  • Mateusz Stożek

    Uśmiałem się ^^

  • Co Ty chcesz od tych Mistrzejowic? :P

    • Nic, tylko to w którym miejscu leżą na mapie.

  • Urokiem dorastania w Rzeszowie jest między innymi to, że ZAWSZE na wycieczki szkolne biorą cię do Krakowa. ZAWSZE. Bo blisko, bo nie trzeba takiej wycieczki specjalnie planować- przegoni się dzieciaki po paru uliczkach, pokaże smoka i załatwione. Dzięki temu będąc kilkukrotnie w Krakowie i tak niewiele Krk widziałam. Trzeba nadrobić ;)

  • Kim

    W Poznaniu wygląda tak samo, ale oprócz Pacha i Czekolady, wiedzą też gdzie jest Stary Browar. Cała reszta zdaje się być mało istotna;)

  • Tekst mistrzostwo :D

  • Paulina Hofman

    To jak wpadnę w odwiedziny to nie oprowadzisz mnie po mieście, bo oprócz Rynku (tak, tak też na nim byłam kilka razy) nic nie znasz?
    Kupię mape, może wtedy?:D

    • Mam Google Maps w telefonie, może jakoś uda mi się ogarnąć.

      • Paulina Hofman

        no to kiedy masz wolny dzień? (i najlepiej chatę;P)

        • 29 luty Ci pasuje?

          • Paulina Hofman

            nie, myślałam bardziej o 14 lipca;/

  • „Gdyby starzy byli przyzwoitymi ludźmi, to zostawiliby ci furę i pokonywałbyś tę trasę w 5 kwadransów, a tak musisz się tłuc MPK ponad godzinę.” zgłaszam do PSBV po nagrodę za najlepsze zdanie roku.

  • antykomunistka

    Tekst jak z czasow komunistycznych, gdzie ludzie ze wsi byli dyskryminowani przez tych z miasta.Wlasnie dlatego nasze Panstwo nie ma wspolngo glosu, bo jest niezjednane wewnatrz. Wypowiedz homofobiczna w tym nie pomorze.

  • Guest

    e tam…mam wrażenie że tak o bardziej wygląda życie w Warszawie. Znam ludzi którzy przez 5 lat faktycznie niegdzie byli po za własnym blokiem i ueczlnią i na każdy weeknd jeżdżą do domu, trochę mi ich szkoda ale sosrobisz…Przdałby się jakiś mocny kop do działania dla wszytskich którzy mieszkając w Krakowie lepiej niż to co się w mieście dzieje ogranią nazwy pzystanków na trasie Bronowice-dworzec główny

  • Guest

    e tam…mam wrażenie że tak o bardziej wygląda życie w Warszawie. Znam ludzi którzy przez 5 lat faktycznie niegdzie byli po za własnym blokiem i ueczlnią i na każdy weeknd jeżdżą do domu, trochę mi ich szkoda ale sosrobisz…Przdałby się jakiś mocny kop do działania dla wszytskich którzy mieszkając w Krakowie lepiej niż to co się w mieście dzieje ogranią nazwy pzystanków na trasie Bronowice-dworzec główny

  • Sylwek

    5 kwadransow to jest ponad godzine, a Midgardu już nie ma, znawco krakowskich eventow i lajfstajlu

  • Sylwek

    5 kwadransow to jest ponad godzine, a Midgardu już nie ma, znawco krakowskich evetow i lajfstajlu

  • Magda

    w ogóle się z tym nie zgadzam ;/ może i są tacy ludzie, ale studiuję w Krakowie trzeci rok. Wydział mam na Ruczaju, mieszkałam też tam, a Kraków znam o dużo lepiej niż to co tu wypisujesz i czasu także mam masę, aby łazić tu i tam..

  • Szymon2k9

    5 kwadransow to akurat ponad godzine, wiec porownanie jest idealne. A taki klub jak Midgard juz nie istnieje.

  • Gotmit

    Wielopole nie jest chyba tak bardzo anonimowe – przecież tam był słynny wśród studenckiej (i nie tylko) braci Kitsch.
    Zresztą sorry, czy ludzie co jadą na Erasmusa z Krakowa czy Warszawy nie zachowują się identycznie? Lans, bajera, facebook, yolo.

  • Daria_Wiktoria

    Ja jestem z Krakowa i niestety zostaję tu na studia, chociaż wolałabym wyjechać. Jakoś niespecjalnie lubię to miasto. Ale powyższy tekst nieco mnie zaintrygował, bo akurat wszyscy studenci przyjezdni jakich znam, dosyć dobrze znają Kraków.

    • W.

      O zgrozo i o dziwo często lepiej niż Krakusi.

  • Łukasz

    Rewelacyjny tekst! :) Gratulacje dla autora!

  • jjj

    Założę się że połowa rodowitych mieszkańców Krakowa jest tak samo poinformowana :) żeby nie było studiuje w Krakowie ale nie mieszkam.

  • Ja kiedyś mieszkałam w Krakowie… 5 dni ;)

  • Złaziłam to miasto pieszo we wszystkich możliwych kierunkach, a wciąż są miejsca, które mnie zaskakują. Powiem Ci więcej – znam Kraków lepiej niż wiele osób, które mieszkają w nim od urodzenia. Najczęściej to właśnie tacy ludzie nie byli nigdy w MOCAKu i – jeśli urodzili się w jednej dzielnicy, to nie mają powodu, żeby jeździć na drugi koniec miasta w celach rekreacyjnych (chyba, że odwiedzają kogoś). Przyjezdni to jedno, ale wiem na przykładzie swojego rodzinnego miasta, że najczęściej jeśli mieszka się gdzieś od urodzenia, nie ma się takiego parcia, żeby poznać to miejsce od podszewki.

    Btw miałam zajęcia na Grodzkiej :D Przez 3 pierwsze lata bujałam się po wszystkich zakamarkach Starego Miasta :D

    • Żeby nie było nieporozumień, to w żadnym wypadku nie jest tekst wycelowany w przyjezdnych, bo z moich ust brzmiałoby to co najmniej śmiesznie. To do ludzi, którzy mają w dupie to miasto, łącznie z całą jego oferta kulturową, ale przy każdej nadarzającej się okazji lansują się, że mieszkają w Krakowie.

      • No kumam, kumam. Ale jak mam być szczera – to swojego rodzinnego miasta nie znam :) Więc może to faktycznie jest tak, że trawa bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma itd. Bo w krk czuję się bardziej u siebie niż w Gliwicach.

    • Wojciech Kopeć

      Apropos przytaczanego tutaj Mocaku – to chyba nadal w świadomości dość świeża sprawa (w sensie, kiedyś się pójdzie), zwłaszcza że chyba ciekawsza jest sąsiednia Fabryka?

    • libella

      A, co, ten MOCAK to teraz jakiś wyznacznik „bycia na topie”?

  • ADDIIIRRALLAZ

    MOWA TU O JEBANYCH STUDENTACH JEBAĆ!!!!!

    • ADDIIIRRALLAZ

      Oczywiście jako mieszkańcy tego cudownego miasta Love!!!

  • Venegoor

    So true… Odkryłeś prawdę najprawdziwszą z prawdziwych Ja znałem ludzi którzy na 3 roku dalej nie wiedzieli co to Kazimierz i gdzie to jest. Ja miałem brata który mnie od razu przyprowadził Kazimierz i powiedział że tu jest fajnie :)

  • rodowita krakowianka

    tragedia tekst normalnie wywyzszanie sie totalne

    • Też uważam, że jest tu dosyć głośna nuta wywyższania się ale w niektórych przypadkach taka postawa jest usprawiedliwiona. Tak więc:
      „tragedia tekst” – nie, tekst fajny i porządnie napisany.
      „wywyższanie się” – tak, trochę ale poparte sensownym założeniem
      „totalne” – nie.

  • Moja znajoma od roku mieszka we Wrocławiu, jest wrocławianką i w ogóle, a moje małe miasteczko, w którym do niedawna sama mieszkała jest dziurą zabitą dechami, w której nie ma zupełnie nic do roboty. Wszystko pięknie, tylko że kiedy odwiedzam ją w tym Wrocławiu nie ma do zaoferowania nic więcej poza spacerem po centrum i kilku galeriach. Szkoda, z Wrocławiem zapoznam się chyba dopiero jak wyjadę na studia:)

    • anerdylady

      To ja Ci pomogę:) Przy okazji najbliższej polecam bardzo park południowy, Spacer wokół fosy, ossolineum. Na jedzenie do włocha w Fattorii (w tytaniku koło sky tower) – taka prawdziwa domowa pizza, nieidealna ale przepyszna i za maksymalnie 15zł. Spacer wzdłuż odry za zoo – zwłaszcza na rowerze- aż do wyspy opatowickiej. Punkt widokowy na skytower. Wszystko niesamowite:).

  • Łukasz Szczepaniak-Krupowski

    Szczerze mówiąc to tekst i niektóre komentarze można przełożyć na ‚Znam dwie miejscówki więcej od ciebie więc jestem TRU!’

  • Matylda

    Niestety, patrząc na większość moich znajomych muszę zgodzić się z tym artykułem. Nie wyobrażam sobie jak, mieszkając w mieście kultury, można nie korzystać z jego bogatej oferty, jak można uznać muzealne ekspozycje za nudne, a teatr za drogi. Cóż, może nie jestem nowoczesna (spotykam się z takim zarzutem).
    Jestem osobą przyjezdną, ale o moim wyborze zadecydowały głównie możliwości rozwoju kulturalnego, z których bardzo chętnie korzystam.

  • Katarzyna

    Z tym Midgardem tylko nie za bardzo, teraz tam jest Coco – bardziej lansiarskie od wymienionego Frantica.

    • Oczywiście masz rację Kasiu, przy czym pisałem ten tekst z perspektywy czasu gdy sam byłem na studiach i miałem nieszczęście spotykać takich ludzi. I wtedy właśnie najważniejszym punktem tygodnia dla nich było pójście w środę do Midgardu.

      • Katarzyna

        Skomentuję jeszcze, że co do reszty nic się nie zmieniło, na przykład walizki na ostatnim czwartkowym wykładzie to punkt obowiązkowy :D.

  • olgacecylia

    A wiesz, ilu ludzi mieszka w Warszawie latami i nigdy nie było w Łazienkach czy w Zamku Królewskim? Pewnie wiesz, bo byś tego tekstu nie napisał :-)

    Ja się uważam za krakowiankę. Nie z urodzenia, z zasiedzenia – no i pradziadków miałam stąd, liczy się, nie? ;-)

    • Tak, tak, podejrzewam, że bez różnicy można by zamienić Kraków, na Warszawę, Wrocław, czy jakiekolwiek inne duże miasto i tekst wciąż miałby sens :)

  • joannaa

    czytasz w moich myślach! wkurzali mnie ludzie na moich studiach, którzy po trzech latach studiowania w Krakowie nie byli nad Wisłą czy na Kazimierzu. I z tym busem w czwartek czy piątek -dokładnie tak było :( najgorzej, że nawet nie dało się namówić na wjechanie na taras Akademii Muzycznej chociaż studiowaliśmy tuż obok, bo „może innym razem” (swoją drogą byłeś? :) )

    Ale trudno nie chcą znać mojego miasta to niech nie znają i niech cykają sobie foty na Rynku, bo tylko tam są w stanie dojść bez mapy :)

    • Dobrze, że mi przypomniałaś bo nie pamiętam już kiedy tam byłem ostatni raz. Bardzo ładne miejsce i miły widok :)

    • Joanna Bochenek-Olińska

      Mąż mnie tam zaprosił na jedną z pierwszych randek :-) Świetne miejsce :-)

  • Ech, te historie studenckie… Okazuje się, że najgorszą opcją jest studiować „na swoich śmieciach”. Nie ma czego poznawać i zwiedzać :(

    • Zawsze są wymiany zagraniczne :)

      • Tyż prawda :D Ale na to jednak trzeba troszkę pieniążka, a on nie zawsze jest w portfelu :( Chociaż kto wie, może się wybiorę, jeszcze trochę studiowania mi zostało :P

    • olgacecylia

      Patrząc po moich znajomych – nie ma niczego gorszego jak mieszkać z rodzicami przez okres studiów.

  • Justyna

    „W czwartek wpadasz na zajęcia już spakowany z walizą pod ręką i wychodzisz z ostatniego wykładu zawsze 15 minut wcześniej, żeby przypadkiem nie spóźnić się na busa do swojej wioski.” – tak bardzo prawdziwe. Dzięki, stary, że też Ci się flaki przewracają, jak coś takiego widzisz, i will not die alone.

  • Magda

    To ze mnie chyba taki nie całkiem typowy studenciak, bo właśnie jakoś od początku chciałam poznawać różne dzielnice, odkrywać uliczki i tajemne miejsca. :D A co ciekawe, to fakt, że ‚zaraziłam’ tą ciekawością świata mojego chłopaka- Krakusa z krwi i kości, który, jak się okazało, czasami wiedział mniej ode mnie. Jak widać można żyć w danym mieście długo i też być ograniczonym tylko do swojego podwórka. Ale teraz już razem wyszukujemy fajne miejsca, do których można się wybrać i nadrabiamy. :)

  • kikiki333

    smutne, ale dla niektórych prawdziwe

  • A ja tam nadal mieszkam w małym miasteczku i do Poznania na studia dojeżdżam codziennie, więc układ idealny :) Nie muszę wiedzieć wszystkiego, ale jak już bywam w Pn to staram się poznać fajne miejsca ;)

  • Klaudia Gajda

    Teraz każdy szuka na mapie Wielopola ,żeby nie było ,że Krakowa nie zna :)

    • Justyna Sekuła

      Wielopole to legenda. Będziemy o tym opowiadać swoim dzieciom. Albo cudzym, bo nie wiem, czy swoich się dorobimy ;).

      • Jestem z Warszawy i wiem gdzie jest Wielopole (chwali się) :3

      • gimby nie pamietajo!

      • Ania Folek

        szkoda że Ci „Nowi” nie poznają Wielopola sprzed paru lat…

  • Mateusz

    5 kwadransów vs „ponad godzinę” – uwielbiam.
    Świetny tekst.

    • tomek

      :) dokładnie.

  • kel

    Fajny tekst pasujący do wszystkich większych miast. :)

  • Baśka

    W ciągu roku udało mi się dotrzeć raz na Wawel – w celu oglądnięcia jednej z wystaw. Tak naprawdę, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ale kilka dni temu doszłam do podobnych wniosków, że miasto należy poznać i taka chociażby lista: http://krakow.naszemiasto.pl/galeria/opis/1996474,zwiedzanie-krakowa-te-zabytki-obejrzysz-za-darmo,galeria,6662286,id,t,tm,zid.html#galeria-duze-zdjecie , znaleziona w internetach, jest świetnym zaczątkiem, żeby zacząć ‚zwiedzanie’.
    Realizuję od przyszłej niedzieli, będę ciągać za sobą znajomych. Dla zasady.
    A test bardzo dobry, lubię tę Twoją ironię.

  • Kraków fajne miasto. Kopiec Kraka najlepsza miejscówka i zawsze chętnie tam jeżdżę, jak mam możliwość. Ale też długo mi zabrało poznanie Krakowa od tej codziennej i historycznej strony. A zaczynałem w sumie od podobnego studenciaka. Tylko że zajęcia były w centrum, koło Bagateli. Ale jak się już raz pozna Kraków to się później w niego wsiąka.

    • Pewnie, że tak, tylko trzeba chcieć poznać to miasto, a nie w każdej wolnej chwili wracać do rodziców na obiadek :)

  • Aaa tam LoL czy CS. COD4 i QL to są gierki! :)

  • Tekst o Krakowie ale pasuje do każdego „studenckiego” miasta. Ja miałem to samo z Lublinem, chociaż to większa wieś, a nie miasto (z braku czegoś lepszego robi u nas na Lubelszczyźnie za miasto, nie śmiejcie się).
    Tak samo, minęły lata zanim człowiek dowiedział się, że jest jeszcze coś poza centrum i miasteczkiem akademickim, zanim poszedł do lokalu innego niż jeden z kilku „polecanych”. Ale po latach faktycznie uważam, że jestem z Lublina, a ze swoim rodzinnym miasteczkiem przestałem czuć jakąkolwiek więź poza lekkim sentymentem. Kiedyś w końcu przychodzi moment, kiedy taki przyjezdny może poczuć się „swojakiem”. Jak minęło już tyle lat, że nie ma na mieście ani jednego lokalu, do którego chodziło się w latach studenckich, to już coś jest na rzeczy.

    Inna sprawa, że podejrzewam, że większe miasta jak Kraków, mają inny stosunek do „przyjezdnych” jak Warszawa do słynnych „słoików”. U nas w Lublinie to się ze zrozumieniem i lekkim współczuciem patrzy na kogoś, kto zaczął uważać się za lubelaka. Taki brat w nieszczęściu ;)

    • Zupełnie nic nie mam, do świeżych, przyjezdnych ludzi, bo sam jestem jestem napływowym mieszkańcem, ale odkąd tu przyjechałem, to żyłem (w dosłownym tego słowa znaczeniu) w tym mieście, a nie tylko nocowałem. Starałem się je poznać, zrozumieć i jak najwięcej o nim dowiedzieć. Dlatego irytują mnie dzieciaki, które lansuję się na wielkich mieszkańców Krakowa, a nie zdarzyło im się wypaść poza trasę mieszkanie-uczelnia-mieszkanie i pójść choćby do MOCAKu.

      • Tak jak słynny warszawiak z mokotowa który pół roky temu przyjechał z Radomia. Jak go kto pyta to on jest z Mokotowa. Ale jak ktoś zapyta gdzie jest ul. Jagiellońska to wygląda jak karp przed wigilią ;)

        • W sumie (jako rodowity warszawiak) też przed chwilą nie wiedziałem, że Jagiellońska, to właśnie Jagiellońska ;)
          Ale ja jestem z definicji beznadzieny z nazw ulic. Wszystko wzrokowo.

  • Wojciech Kopeć

    Props za tekst o Krakowie. Wyprowadziłem się stamtąd po 24 latach do kilkukrotnie mniejszego miasta, i bardzo przyjemnie coś o Krakowie przeczytać. Więc tak to wygląda z drugiej strony? Sam podczas mojego studiowania starałem się przyjezdnym znajomym pokazać inną twarz Krakowa jak odciągnąć od tych oklepanych miejscówek, ale prawda, jak ktoś co weekend jeździ do domu to chleba z tej mąki nie bedzie.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

hashtagi w muzyce 3

Z wyobraźnią u mnie nie najgorzej.

Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że czerwone światło na krzyżowaniu, gdy jest zielone, albo, że lane piwo w klubie smakuje jak z butelki. Oprócz tego na bieżąco wyobrażam sobie, że, mam proste plecy, kredens wypchany dolarami i własnego boeinga, którym latam na Florydę. Serio, z moją wyobraźnią jest naprawdę nieźle, ale nawet mocno popuszczając wodze fantazji, nie wpadłbym na to, że jakaś funkcjonalność Twittera będzie miała wpływ na muzykę. A już tym bardziej, że aż tak bezpośredni.

Jeśli nie macie kompletnie pojęcia o czym mówię, to sprawdźcie najnowsze vloga.

Jeśli zainteresowały Was słuchawki, które mam na sobie, możecie dowiedzieć się o nich więcej czytając post z testem sprzętu lub śledząc Facebooka i YouTuba Sennheisera. Oprócz tego, na stronie producenta (na której znajdziecie alternatywne kolory i szczegóły techniczne) właśnie trwa konkurs, w którym możecie je zgarnąć.

---> SKOMENTUJ
Jesienna ekscytacja
autorem zdjęcia jest Michael Hyman

Jadę wzdłuż Wisły na swoim złotym rowerze bez celu i powodu, ciesząc się z samego aktu pedałowania. No dobra, już nie takim złotym. Zbladł od słońca i wyobijał się od latarń, barierek, znaków, poręczy i ogrodzeń, do których go przypinałem. Widać, że pod spodem była magenta, pod nią czerwień, a jeszcze niżej srebrny. To było intensywne lato.

Mijam barki przycumowane do brzegu i albo mi się wydaje albo jest ich mniej, niż dwa tygodnie temu. Może mi się wydaje. Może tylko ludzi jest na nich mniej. Jadę przed siebie i widzę jak niebo zalewa się przypalonym pomarańczem. Jak to, już? Już się ściemnia? O tej godzinie?

No tak, mamy wrzesień. Koniec września. To już jesień. Koniec lata. A przecież jeszcze wczoraj był lipiec…

Jak zwykle zrobiłem mniej, niż planowałem. I teraz będę musiał czekać pół roku. Pół roku, aż znów będzie ciepło. Choć czekać to złe słowo. Nigdy nie czekałem. Zawsze było za mało czasu, a za dużo rzeczy do zrobienia. Wyglądałem wiosny wielokrotnie, ale nigdy nie miałem sposobności, by siąść w fotelu i jej po prostu oczekiwać. Tym razem też tak nie będzie. Tym razem zwłaszcza.

Przeprowadzam się. 15-ty raz. Zawsze to lubiłem – poznawanie nowych miejsc, nowych dzielnic, nowych sąsiadów, nowych twarzy w autobusie. Zawsze traktowałem to metaforycznie – zostawianie starych spraw, starych problemów, starych zepsutych relacji w starym mieszkaniu i rozpoczynanie nowych, nieskalanych brudem, pomyłkami i złymi intencjami w nowym. Zawsze mnie to kręciło.

Idę na studia. 7-my raz. Nie po żaden dyplom, oceny, czy inne symboliczne ekwiwalenty wirtualnych osiągnięć, niemający przełożenia na rzeczywistość. Z zajawki. Te właściwe skończyłem już dawno, teraz mogę to robić dla zabawy. Zresztą, zawsze to lubiłem – poznawanie nowych ludzi, inspirowanie się ich życiorysami, czerpanie z ich charakterów, obserwowanie ich reakcji na stres, nowe sytuacje i inne osoby. To takie ciekawe. To tyle tematów na bloga. To tyle nowych zmiennych, które mogą coś wnieść w moje życie.

Bloguję. Za tydzień miną 2 lata. Przez pierwszy rok błąkałem się jak dziecko we mgle. Robiłem to po omacku, nie wiedząc jak, a tym bardziej z czym, to się je. Przez kolejny rok uczyłem się. Sporo. Teraz wiem. Wiem dość dobrze, by móc wiązać z tym przyszłość. Wciąż jeszcze dużo muszę zmienić, poprawić i dopracować, ale wiem co. Już nie strzelam na chybił-trafił. Już wiem jaka perspektywa jest przede mną. Widzę co na mnie czeka. Co dzień dostaję z tego ciut więcej.

Praca. Straciłem rachubę, która to. Ważne, że taka jaką chciałem mieć. Że to był świadomy wybór, nie bolesny przymus. Z każdym dniem uczę się w niej nowych rzeczy. Z każdym zadaniem mam większą odpowiedzialność za to, co robię. Nie jestem trybem w machinie, jestem kierowcą boilidu i w którą stronę skręcę, w tę pojedzie, a widoki za kolejnymi zakrętami są coraz bardziej malownicze.

A w tej chwili jadę wzdłuż Wisły na swoim blado-złotym rowerze i zamiast ciepłego wiatru, czuję chłodną bryzę na policzkach. Słońce schowało się pod taflą wody, zmieniając mgiełki i szorty, na leginsy i ramoneski na kobiecych sylwetkach. To jesień. Mimo to nie czuję depresji.

Wręcz przeciwnie.

---> SKOMENTUJ