Close
Close

Jesteś z małego miasta albo większej wsi. Byłeś tu wcześniej 3 razy. Raz w podstawówce, raz w gimnazjum i raz w liceum. Widziałeś Sukiennice, Wawel i oba McDonald’sy przy rynku, więc uznałeś, że to fajne miasto. Zwłaszcza, że żaden gołąb nie narobił ci na głowę podczas spaceru. Wszyscy znajomi, którym udało się zdać maturę wyjeżdżają gdzieś na studia. Wiesz, że starzy nie pozwolą ci obijać się kolejne 5 lat na chacie, więc zastanawiasz się, czy też nie postudiować.

Warszawa za daleko, Rzeszów za blisko. Te McDonaldsy na starym mieście śnią ci się po nocach, więc decydujesz się na Kraków.

Całe wakacje jesteś zajęty siedzeniem na Fejsie i odświeżaniem Kwejka, więc orientujesz się, że gdzieś w tym Krakowie musisz spać dopiero tydzień przed rozpoczęciem zajęć. Wszystkie sensowne oferty są już przebrane. Zresztą twoi starzy nie mają czasu, żeby spędzać cały wieczór na Gumtree, więc wrzucają cię do jakiejś klitki w Mistrzejowicach. Zwykłe mieszkanie w zwykłym bloku na zwykłym osiedlu. Gdyby wieźli cię tam z opaską na oczach i zdjęli dopiero na miejscu, to nawet nie zauważyłbyś, że jesteś w innym mieście.

Gdy matka kończy ci układać słoiki z wałówką w kolejności alfabetycznej, włączasz nowego lapka i sprawdzasz czy da się na tym necie pograć w LOLa albo chociaż CSa. Potem logujesz się na Fejsiku i pierwsze co robisz, to zmieniasz miejsce zamieszkania na „Cracow”. Ustawiasz na zdjęciu w tle jakąś fotkę z ziejącym Smokiem Wawelskim i zaczynasz lajkować profile krakowskich klubów.

Niech frajerzy z ogólniaka wiedzą, że prowadzisz światowe życie i bujasz się po Europie.

Masz zajęcia na Kampusie UJ, więc od poniedziałku do piątku nie robisz nic innego, tylko krążysz między jednym końcem miasta, a drugim. Czujesz się jak w „12-stu pracach Asterixa”. Gdyby starzy byli przyzwoitymi ludźmi, to zostawiliby ci furę i pokonywałbyś tę trasę w 5 kwadransów, a tak musisz się tłuc MPK ponad godzinę. Zresztą nawet gdybyś mieszkał bliżej wydziału, to po codziennej dawce dwóch wykładów i jednych ćwiczeń, jesteś tak wykończony, że po powrocie na mieszkanie padasz na pysk i oglądasz „Dr House’a” do 3-ciej w nocy.

Jest ciężko. Ale dajesz radę.

W środy razem z wariatami z roku, chodzisz odreagować znoje studenckiego życia do Coco. Czasem, jak wyprasujesz koszulę ze studniówki, udaje wam się wejść nawet do Frantica, a wtedy wszystkie wasze. Nie bierzecie jeńców. Nocne szaleństwo po bandzie, dopóki nie skończy się hajs od starych. W czwartek wpadasz na zajęcia już spakowany z walizą pod ręką i wychodzisz z ostatniego wykładu zawsze 15 minut wcześniej, żeby przypadkiem nie spóźnić się na busa do swojej wioski.

Kraków za dnia widujesz najczęściej na widokówkach. Lub w mediach, gdy mowa o morderstwach na tle kibicowskim.

Jak do tej pory, nie udało ci się zapuścić dalej, niż na Miasteczko AGHu. Raz piłeś nad Wisłą, ale widmo mandatu za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, odstrasza cię od tego miejsca. Mimo, że jesteś tu już 4-ty rok, dalej nie wiesz gdzie jest Park Jordana. Zresztą Wielopole też ci niewiele mówi. Mimo to, przy każdej możliwej okazji zaznaczasz, że mieszkasz w Krakowie. Że to twoje miasto, że jesteś taki krakowski dandys, że tu jest tak klimatycznie i w ogóle przedmieście Paryża. Nie byłbyś w stanie wymienić nawet dwóch muzeów, ani żadnego teatru poza Bagatelą, ale nie ma takiej potrzeby. Żadnemu z twoich znajomych nawet nie przyszłoby do głowy, by o to spytać.

W ich oczach jesteś najfajniejszym kolesiem we wsi. Przecież mieszkasz w Krakowie.

autorem zdjęcia w nagłówku darek-zon

(niżej jest kolejny tekst)

87
Dodaj komentarz

avatar
51 Comment threads
36 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
61 Comment authors
Tracy GlastrongAnn RKW.anetteheyhosolange Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

Props za tekst o Krakowie. Wyprowadziłem się stamtąd po 24 latach do kilkukrotnie mniejszego miasta, i bardzo przyjemnie coś o Krakowie przeczytać. Więc tak to wygląda z drugiej strony? Sam podczas mojego studiowania starałem się przyjezdnym znajomym pokazać inną twarz Krakowa jak odciągnąć od tych oklepanych miejscówek, ale prawda, jak ktoś co weekend jeździ do domu to chleba z tej mąki nie bedzie.

Wojciech Kotliński
Gość

Tekst o Krakowie ale pasuje do każdego „studenckiego” miasta. Ja miałem to samo z Lublinem, chociaż to większa wieś, a nie miasto (z braku czegoś lepszego robi u nas na Lubelszczyźnie za miasto, nie śmiejcie się). Tak samo, minęły lata zanim człowiek dowiedział się, że jest jeszcze coś poza centrum i miasteczkiem akademickim, zanim poszedł do lokalu innego niż jeden z kilku „polecanych”. Ale po latach faktycznie uważam, że jestem z Lublina, a ze swoim rodzinnym miasteczkiem przestałem czuć jakąkolwiek więź poza lekkim sentymentem. Kiedyś w końcu przychodzi moment, kiedy taki przyjezdny może poczuć się „swojakiem”. Jak minęło już tyle… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Zupełnie nic nie mam, do świeżych, przyjezdnych ludzi, bo sam jestem jestem napływowym mieszkańcem, ale odkąd tu przyjechałem, to żyłem (w dosłownym tego słowa znaczeniu) w tym mieście, a nie tylko nocowałem. Starałem się je poznać, zrozumieć i jak najwięcej o nim dowiedzieć. Dlatego irytują mnie dzieciaki, które lansuję się na wielkich mieszkańców Krakowa, a nie zdarzyło im się wypaść poza trasę mieszkanie-uczelnia-mieszkanie i pójść choćby do MOCAKu.

Erillsstsyle
Gość

Tak jak słynny warszawiak z mokotowa który pół roky temu przyjechał z Radomia. Jak go kto pyta to on jest z Mokotowa. Ale jak ktoś zapyta gdzie jest ul. Jagiellońska to wygląda jak karp przed wigilią ;)

LISU
Gość

W sumie (jako rodowity warszawiak) też przed chwilą nie wiedziałem, że Jagiellońska, to właśnie Jagiellońska ;)
Ale ja jestem z definicji beznadzieny z nazw ulic. Wszystko wzrokowo.

Jak to widzę ja
Gość

Aaa tam LoL czy CS. COD4 i QL to są gierki! :)

anetteheyho
Gość

Nie wiem jaki cel miał ten tekst: zwołać ludki, żeby zaczęli poznawać Kraków zamiast tylko w nim żyć? Biczować tych co szpanują mieszkaniem w Krakowie, ale nic o nim nie wiedzą? ;) Pomóż mi kto!

trackback

Very impressive blog.

Interesting article right on the subject.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

wpis jest wynikiem współpracy z marką Sennheiser

hashtagi w muzyce 3

Z wyobraźnią u mnie nie najgorzej.

Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że czerwone światło na krzyżowaniu, gdy jest zielone, albo, że lane piwo w klubie smakuje jak z butelki. Oprócz tego na bieżąco wyobrażam sobie, że, mam proste plecy, kredens wypchany dolarami i własnego boeinga, którym latam na Florydę. Serio, z moją wyobraźnią jest naprawdę nieźle, ale nawet mocno popuszczając wodze fantazji, nie wpadłbym na to, że jakaś funkcjonalność Twittera będzie miała wpływ na muzykę. A już tym bardziej, że aż tak bezpośredni.

Jeśli nie macie kompletnie pojęcia o czym mówię, to sprawdźcie najnowsze vloga.

Jeśli zainteresowały Was słuchawki, które mam na sobie, możecie dowiedzieć się o nich więcej czytając post z testem sprzętu lub śledząc Facebooka i YouTuba Sennheisera. Oprócz tego, na stronie producenta (na której znajdziecie alternatywne kolory i szczegóły techniczne) właśnie trwa konkurs, w którym możecie je zgarnąć.

Jesienna ekscytacja
autorem zdjęcia jest Michael Hyman

Jadę wzdłuż Wisły na swoim złotym rowerze bez celu i powodu, ciesząc się z samego aktu pedałowania. No dobra, już nie takim złotym. Zbladł od słońca i wyobijał się od latarń, barierek, znaków, poręczy i ogrodzeń, do których go przypinałem. Widać, że pod spodem była magenta, pod nią czerwień, a jeszcze niżej srebrny. To było intensywne lato.

Mijam barki przycumowane do brzegu i albo mi się wydaje albo jest ich mniej, niż dwa tygodnie temu. Może mi się wydaje. Może tylko ludzi jest na nich mniej. Jadę przed siebie i widzę jak niebo zalewa się przypalonym pomarańczem. Jak to, już? Już się ściemnia? O tej godzinie?

No tak, mamy wrzesień. Koniec września. To już jesień. Koniec lata. A przecież jeszcze wczoraj był lipiec…

Jak zwykle zrobiłem mniej, niż planowałem. I teraz będę musiał czekać pół roku. Pół roku, aż znów będzie ciepło. Choć czekać to złe słowo. Nigdy nie czekałem. Zawsze było za mało czasu, a za dużo rzeczy do zrobienia. Wyglądałem wiosny wielokrotnie, ale nigdy nie miałem sposobności, by siąść w fotelu i jej po prostu oczekiwać. Tym razem też tak nie będzie. Tym razem zwłaszcza.

Przeprowadzam się. 15-ty raz. Zawsze to lubiłem – poznawanie nowych miejsc, nowych dzielnic, nowych sąsiadów, nowych twarzy w autobusie. Zawsze traktowałem to metaforycznie – zostawianie starych spraw, starych problemów, starych zepsutych relacji w starym mieszkaniu i rozpoczynanie nowych, nieskalanych brudem, pomyłkami i złymi intencjami w nowym. Zawsze mnie to kręciło.

Idę na studia. 7-my raz. Nie po żaden dyplom, oceny, czy inne symboliczne ekwiwalenty wirtualnych osiągnięć, niemający przełożenia na rzeczywistość. Z zajawki. Te właściwe skończyłem już dawno, teraz mogę to robić dla zabawy. Zresztą, zawsze to lubiłem – poznawanie nowych ludzi, inspirowanie się ich życiorysami, czerpanie z ich charakterów, obserwowanie ich reakcji na stres, nowe sytuacje i inne osoby. To takie ciekawe. To tyle tematów na bloga. To tyle nowych zmiennych, które mogą coś wnieść w moje życie.

Bloguję. Za tydzień miną 2 lata. Przez pierwszy rok błąkałem się jak dziecko we mgle. Robiłem to po omacku, nie wiedząc jak, a tym bardziej z czym, to się je. Przez kolejny rok uczyłem się. Sporo. Teraz wiem. Wiem dość dobrze, by móc wiązać z tym przyszłość. Wciąż jeszcze dużo muszę zmienić, poprawić i dopracować, ale wiem co. Już nie strzelam na chybił-trafił. Już wiem jaka perspektywa jest przede mną. Widzę co na mnie czeka. Co dzień dostaję z tego ciut więcej.

Praca. Straciłem rachubę, która to. Ważne, że taka jaką chciałem mieć. Że to był świadomy wybór, nie bolesny przymus. Z każdym dniem uczę się w niej nowych rzeczy. Z każdym zadaniem mam większą odpowiedzialność za to, co robię. Nie jestem trybem w machinie, jestem kierowcą boilidu i w którą stronę skręcę, w tę pojedzie, a widoki za kolejnymi zakrętami są coraz bardziej malownicze.

A w tej chwili jadę wzdłuż Wisły na swoim blado-złotym rowerze i zamiast ciepłego wiatru, czuję chłodną bryzę na policzkach. Słońce schowało się pod taflą wody, zmieniając mgiełki i szorty, na leginsy i ramoneski na kobiecych sylwetkach. To jesień. Mimo to nie czuję depresji.

Wręcz przeciwnie.