Close
Close

Napiwek w restauracji – czy jest obowiązkowy i ile powinien wynosić?

Skip to entry content

Czy napiwek w restauracji jest obowiązkowy? Czy powinniśmy zostawić tylko widoczną na rachunku kwotę, czy coś jeszcze – jakiś bonus dla kelnera? A jeśli tak, to ile? Czy napiwek powinien być stała kwotą, czy proporcjonalny do sumy jaką płacimy za jedzenie?

Przyjęło się, że napiwek to 10% kwoty, którą widzimy na paragonie i jest ukłonem w stronę kelnera za miłą obsługę, jednak nie wszyscy tak postrzegają ten temat. Tomek Tomczyk w swoim tekście o napiwkach w Stanach Zjednoczonych opisuje jak za oceanem ewoluuje kultura dawania napiwków. Że zwyczajowe 10% to stanowczo za mało i aby nie wyjść na buraka, należy zostawić kelnerowi minimum 15% kwoty na jaką opiewa rachunek. A najlepiej 25%. Przy czym stwierdza, że wątpliwa może być wielkość napiwku, jednak sam fakt jego zostawienia jest bezdyskusyjnie obligatoryjny.

„Porzućcie myślenie, że nie trzeba dawać kelnerom napiwków. Jest małomiasteczkowe, niepostępowe i pieniackie.”

Jak Tomka lubię, tak nie zgadzam się zupełnie. Napiwek to nie opłata za usługę jaką jest podanie jedzenia…

 

Napiwek w restauracji to premia uznaniowa

Nie skończyłem polonistyki, ani nie pisałem pracy naukowej z etymologii. Przyznaję się. Mimo to, pozwolę sobie postawić tezę, że już sama nazwa tego zwyczaju (napiwek – na piwo) sugeruje, że to bonus, dodatek, coś ekstra. Tak jak przedstawiciele handlowi, new business managerowie, telemarketerzy i wszyscy inni sprzedawcy są nagradzani za wyniki, tak samo osoby, których pracę można w łatwy sposób ocenić i określić jej efekty, dostają premię uznaniową za dobrą robotę.

To właśnie odnosi się do kelnerów.

Byli uprzejmi, wskazali odpowiedni stolik, przynieśli czyste sztuće, doradzili przy wyborze dania i nie upaćkali stolika podając je? Świetnie, chętnie docenię ich starania! Czekałem pół godziny na menu i kwadrans, żeby złożyć zamówienie, nie znali podstawowych pozycji w karcie, przynieśli żurek zamiast rosołu i traktowali mnie jak wrzód na dupie? Sorry amigo, ale nie będzie ani na piwo, ani na oranżadę, ani nawet na kranówkę z Biedry. Bo z jakiej racji?

Argumenty o tym, że napiwki to ich właściwa pensja, wcale mnie nie przekonują.

Wielokrotnie pracowałem jako kelner. Wiem, że są knajpy, gdzie obsłudze płaci się 2,50zł na godzinę (jeden z lokali w Sukiennicach). Są również miejsca na poziomie, w których pracownicy nie zarabiają mniej, niż 10zł na godzinę (restauracje na Kazimierzu). Czy to moja wina, że nieznapiwkowany jegomość pracuje akurat w tej pierwszej i nie potrafi obsługiwać gości? Albo niech robi lepiej to co robi w obecnym lokalu, albo niech nauczy się odróżniać wina i odpowiadać na pytania klientów szerzej, niż „tak”, „nie”, „nie wiem” i zdobędzie pracę w miejscu z sensowną podstawą.

Gdy sam biegałem z tacą i myliłem zamówienia klientów częściej, niż imiona dziewcząt na imprezach, nie miałem do nikogo pretensji, że kasa w płatniku jest równa z kwotą na rachunku. Wiedziałem, że mi się nie należy i tyle. Zirytowany byłem dopiero w momencie, gdy dołożyłem wszelkich starań, by goście opuścili lokal z uśmiechem na ustach, a mimo to w koszyczku nie zostało nic ekstra. Zgodzę się, że to wiocha i jawne buractwo. Tak samo jak…

 

Chamstwem jest doliczanie z góry napiwku do rachunku

W tej technice wymuszania bonusu za pracę, niekwestionowanym asem jest Magda Gessler. W swoich restauracjach domyślnie dolicza napiwek na paragonie. Jest to nieeleganckie zachowanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, jeśli napiwek jest nabity na kasę, to znaczy, że kelner musi się z niego rozliczyć z kierownikiem sali/menago lokalu/właścicielem. A rozliczenie to odbywa się w baaardzo różny sposób. W knajpach, w których pieniążki ze stolików wraz z dodatkami zbierał Pan Menedżer, nie pracowałem dłużej, niż dzień. Zawsze sprowadzało się to do tego, że przełożony zabierał mi część pieniędzy, wmawiając, że to dla kucharzy, barmanów i dziewczyn ze zmywaka. Dziwny trafem, nitk z nich nigdy o tych pieniądzach nie słyszał, a już na pewno ich nie widział. Uczciwość  zarządców niskiego szczebla ponad wszystko.

Po drugie, wymuszając uiszczenie napiwku, Magda decyduje za mnie, czy chcę nagrodzić kelnera za jego pracę czy też nie. Jeśli obsługa w jej lokalach jest na takim poziomie, jakiego wymaga w swoim programie, to czego się boi? Jeśli osoba przyjmująca i przynosząca zmówienie była uprzejma, a z samym jedzeniem nie działo się nic złego, to hajs się będzie zgadzał. Bo czemu by nie?

Ale co w momencie gdy od wejścia do lokalu wszystko jest katasrofą? Lody nie są świeże tylko mrożone, a specjalność szefa kuchni została zrobiona z półproduktów i pojawiła się na stole zimna? Albo kelner napluł mi do zupy, stanął na bucie i próbuje podrywać moją dziewczynę?  Też mam nagradzać obsługę za jej starania? Czy może prosić o korektę rachunku, wzywać menago i robić kryzys w social media?

Nie jestem dusigroszem ściskającym banknot, aż się zesra w dłoni, ale…

 

Chcę sam decydować o tym, czy dać napiwek

I w jakiej wysokości.

Jest świetnie – jest 20%, jest bardzo dobrze – jest 15%, jest w porządku – jest 10%, jest średnio – jest 5%, jest źle – nie ma nic. Nie mam nic przeciwko temu, żeby na rachunku pojawiła się sugestia, jaki procent jest mile widziany w danej restauracji, ale niech to będzie sugestia. A nie wymóg. Zresztą są tylko 3 sytuacje, w których zdarza mi się nie zaokrąglić rachunku w górę: muszę strasznie długo czekać żeby zamówić, obsługa jest opryskliwa, jedzenie przychodzi zimne.

A Wy z jakich powodów najczęściej nie zostawiacie napiwków?

autorem zdjęcia w napiwku jest Nanaki
(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

– Widziałem twoją nową dziewczynę.

– Byłem z nią na twoich urodzinach, więc trudno żebyś jej nie…

– Oj, pite było, poza tym tyle ludzi, nie czepiaj się. Minąłem się z nią wczoraj przy Galerii, niezła fruzia!

– Też mi się podoba, dzięki.

– Nie bądź taki skromny, ma na czym usiąść!

– Z oddychaniem też nie ma problemów, ale bardziej mnie kręci to, jak rysuje.

– Artystka? Ale szczęściarz z ciebie, trafiło ci się!

 

***

 

– Jak tam z blogaskiem?

– Z blogiem. Świetnie, czemu pytasz?

– Widziałem tego kolesia od budyniu na plakacie.

– Kominka?

– No chyba. Pofarciło mu się, pewnie z tysiaka za to dostał.

– Myślę, że kilkadziesiąt, to ogólnopolska kampania.

– Cooo?

– To. Przejedź się do Warszawy albo Kołobrzegu, to też go zobaczysz.

– Pieprzony farciarz!

 

***

 

– Kiedy mi oddasz hajs?

– Jutro.

– To samo mówiłeś tydzień temu.

– Oddam ci jutro bankowo, przyniosę ci do biura nawet. Dalej pracujesz w tej agendzie reklamowej?

– Agencji. Tak.

– No, to podrzucę ci po 17-tej.

– O 16-tej kończę pracę. Musisz być wcześniej. Wiesz w ogóle gdzie to…

– No nie męcz tak, przecież wiesz, że ci oddam. Nie oddałem ci kiedyś?

– Nigdy nie byłem na tyle nietrzeźwy, żeby ci pożyczyć, a…

– A propos, czytałem o tej lasce, co dostała pracę przez Fejsbuka. Dobre, hehe, wysyłasz parę wiadomości i dostajesz dżoba, hehe.

– Przez Foursquara. Świetny pomysł, bardzo podobała mi się ta akcja, widać, że nie jest osobą z przypadku i…

– No, no, udało jej się. Jak będę szukał pracy w makretringu też tak zrobię.

 

***

 

Wszystkie sukcesy i osiągnięcia w życiu człowieka są dziełem przypadku.

To ślepy los decyduje o tym, czy trafi Ci się supersztuka recytująca Platona z pamięci, robiąc ragout z dziczyzny na obiad i lody z połykiem na podwieczorek. I jeśli będzie z Tobą do końca życia, to nie przez to, że jesteś interesujący, zabawny, czy choćby przystojny. To dlatego, że miałeś szczęście. A ona przez ten cały czas nie miała okazji zauważyć, że w sumie to w ogóle jej nie pociągasz.

Kampanie na billboardach w całym kraju dla międzynarodowych sieci komórkowych są planowane na chybił trafił. Nikt nie bazuje na badaniach marketingowych kierując się insightem konsumenckim. Raz się weźmie gościa, którego ogląda kilkaset tysięcy osób miesięcznie, a raz Grześka z Koziej Dupy. Nie ma reguły. Każdemu może się trafić.

To samo z pracą. Zwłaszcza w jednej z najpopularniejszych agencji reklamowych w Polsce. Myślisz, że wpływ ma doświadczenie poparte kreatywnym pomysłem dostosowanym do komunikacji w nowych mediach? Nie. O tym, czy ktoś Cię zatrudni decyduje przypadek. W końcu Twoi przyszli pracodawcy to idioci, rozdający etaty na prawo i lewo. Wystarczy wysłać wiadomość na Fejsie. Sprawdź sam.

I nie wkręcaj sobie, że jesteś w czymś dobry, a to co masz jest zasługą Twojej pracy. Po prostu miałeś farta.

autorem zdjęcia w nagłówku jest John Carleton

Wiedeń część II – Wolne niedziele i bezobsługowe kioski

Skip to entry content

Tak jak pisałem w pierwszej części, przed moim przyjazdem do Austrii Łukasz, uprzedzał mnie, że to trochę inny świat. Że niby doba trwa tyle samo, big mac jest większy od cheeseburgera, psy mają 4 łapy, a drzewa zrzucają liście na jesień, ale ludzie to są już zupełnie inni. Że inna mentalność, kultura, nawyki i gdyby nie mieli serca po lewej stronie, to wziąłby ich za bardzo podobnych do nas kosmitów. Trochę mu nie wierzyłem. Nie słusznie.

Pierwsze co zaskakuje i rzuca się w oczy, to…

 

Harmonia i ogarnięcie

Wiedeń w stosunku do Warszawy jest 20% mniejszy, a mieszka w nim porównywalna liczba ludzi, przez co gęstość zaludnienia jest większa. Mimo to, będąc w centrum miasta nie masz wszechogarniającego poczucia rozpierdolu (jakie panuje w naszej stolicy). Wszystko wygląda na uporządkowane, przemyślane i zaplanowane.

Belweder, ładne budynki i wesołe miasteczko Prater (21)

Belweder, ładne budynki i wesołe miasteczko Prater (23)

Jeśli chcesz podróżować na rowerze, to tak jak w Paryżu, jest sieć rowerów miejskich. Która działa (bo u nas to coś średnio).

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (28)

Jeśli chcesz podróżować stricte komunikacją miejską, to są autobusy, tramwaje, pociągi i metro. Metro, które zawiezie Cię zewsząd dowsząd i jeździ co 5 minut. To cudowne uczucie, gdy nie musisz patrzeć na zegarek, bo WIESZ, że ZARAZ coś podjedzie. Mimo, że Wiedniu byłem 2 dni, to miałem wrażenie, że siatkę linii metra opanowałem lepiej krakowskiej MPK. Jakoś tak to wszystko jest intuicyjnie rozpisane.

Oprócz ładu i porządku, w pierwszych chwilach pobytu na obcej ziemi, moją uwagę zwrócił również…

 

Spokój i mili ludzie

Nawet przy dworcach nie ma plagi napastujących Cię bezdomnych i cyganów. Kupując coś na ulicy, nie masz wrażenia, że za chwilę stracisz rękę, bo ktoś rzuci się na 50 groszy reszty. A gdy tylko wydostaniesz się poza śródmieście, diabeł nie mówi dobranoc.

Jest spokojnie. Totalnie.

Poza tym ludzie są serdecznie. W pubie barman nie robi Ci łaski, że nalewa Ci piwo, a policjant nie jest obrażony na cały świat, gdy pytasz go o drogę. Kiedy jechałem do muzeum sztuki współczesnej i musiałem się przesiąść na jednej ze stacji metra, w momencie gdy pochyliłem głowę nad mapą, podszedł do mnie starszy pan. Na chwilę poczułem się swojsko, bo myślałem, że chce drobne albo fajkę, ale on spytał czy może mi pomóc. Starszy człowiek załatwiając swoje codzienne sprawunki, zobaczył zagubionego turystę i jego pierwszą myślą była propozycja pomocy. Szok!

Spotkałeś się kiedyś z takim zachowaniem seniora w naszym kraju?

A wyobrażasz sobie u nas taki…

 

Etos pracy

W święta obowiązuje absolutny zakaz handlu. Wszystkie sklepy, czy to luksusowe butiki, czy osiedlowe spożywczaki, są zamknięte. Ludzie mają odpoczywać, grać w bierki, ćwiczyć jogę albo mieć czas dla siebie, partnera i dzieci. I nikogo nie zwodzą argumenty, że przecież można by zarobić parę euro, a w zasadzie sprzedać 3 razy tyle towaru co w tygodniu. Jest wolne. Koniec i kropka.

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (4)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (5)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (6)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (8)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (31)

Zresztą, jak widzisz na powyższym zdjęciu, w tygodniu po 20:00 też nie pójdziesz na shopping.

Niecodzienny widok, co? Tak samo jak…

 

Testowanie uczciwości

A raczej mocna wiara w to, że żaden obywatel nie wziąłby czegoś bez płacenia.

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (3)

To co widzicie powyżej to bezobsługowe kioski. Wrzucasz odliczoną kwotę i bierzesz gazetę. Nie ma żadnego mechanizmu przeliczającego pieniążki, ani zwalniającego blokadę pojemnika na gazety dopiero po uiszczeniu opłaty. Austriacy wiedzą, że za każdy produkt, czy usługę trzeba zapłacić i jest to dla nich na tyle oczywiste, że nie podejrzewają, by ktoś mógł wziąć sobie coś bez płacenia. Ten drobny przykład dobrze obrazuje ich system wartości jako narodu i podejście do elementarnych zachowań w społeczeństwie.

Po Wigilii w Radomiu chyba nie ma sensu stawiać pytania, czy taki sposób dystrybucji prasy sprawdziłby się u nas.

Czy to znaczy, że…

 

W Austrii jest lepiej?

Pod względem kulturowym tak. Ekonomicznym też. W zasadzie to bez porównania. Ale, jest duże „ale” – tam najzwyczajniej w świecie jest nudno. W tygodniu za specjalnie nie ma życia na mieście. Ludzie się nie bawią, a puby zamykają przed 23:00. Na jakieś większe tańczenie trzeba jechać za miasto i to oczywiście tylko w weekend. Jedzenie mają tłuste i totalnie przeciętne (stąd brak wątku poświęcone tylko szamie), a wina wytrawne i nie jakoś porażająco tanie. Ludzie są serdeczni, ale zdystansowani do głębszych kontaktów.

Reasumując, w Wiedniu jest czysto, schludnie i cywilizowanie, ale nudno. A to co mnie bardziej przeraża, niż starzenie się, to nuda, bo cytując Marka Twaina „ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo się przestają bawić”.

Wy też dokonalibyście takiego wyboru – aktywne, intensywne spędzanie czasu ponad spokój, porządek i powszechne ogarnięcie?