Close
Close

Napiwek w restauracji – czy jest obowiązkowy i ile powinien wynosić?

Skip to entry content

Czy napiwek w restauracji jest obowiązkowy? Czy powinniśmy zostawić tylko widoczną na rachunku kwotę, czy coś jeszcze – jakiś bonus dla kelnera? A jeśli tak, to ile? Czy napiwek powinien być stała kwotą, czy proporcjonalny do sumy jaką płacimy za jedzenie?

Przyjęło się, że napiwek to 10% kwoty, którą widzimy na paragonie i jest ukłonem w stronę kelnera za miłą obsługę, jednak nie wszyscy tak postrzegają ten temat. Tomek Tomczyk w swoim tekście o napiwkach w Stanach Zjednoczonych opisuje jak za oceanem ewoluuje kultura dawania napiwków. Że zwyczajowe 10% to stanowczo za mało i aby nie wyjść na buraka, należy zostawić kelnerowi minimum 15% kwoty na jaką opiewa rachunek. A najlepiej 25%. Przy czym stwierdza, że wątpliwa może być wielkość napiwku, jednak sam fakt jego zostawienia jest bezdyskusyjnie obligatoryjny.

„Porzućcie myślenie, że nie trzeba dawać kelnerom napiwków. Jest małomiasteczkowe, niepostępowe i pieniackie.”

Jak Tomka lubię, tak nie zgadzam się zupełnie. Napiwek to nie opłata za usługę jaką jest podanie jedzenia…

 

Napiwek w restauracji to premia uznaniowa

Nie skończyłem polonistyki, ani nie pisałem pracy naukowej z etymologii. Przyznaję się. Mimo to, pozwolę sobie postawić tezę, że już sama nazwa tego zwyczaju (napiwek – na piwo) sugeruje, że to bonus, dodatek, coś ekstra. Tak jak przedstawiciele handlowi, new business managerowie, telemarketerzy i wszyscy inni sprzedawcy są nagradzani za wyniki, tak samo osoby, których pracę można w łatwy sposób ocenić i określić jej efekty, dostają premię uznaniową za dobrą robotę.

To właśnie odnosi się do kelnerów.

Byli uprzejmi, wskazali odpowiedni stolik, przynieśli czyste sztuće, doradzili przy wyborze dania i nie upaćkali stolika podając je? Świetnie, chętnie docenię ich starania! Czekałem pół godziny na menu i kwadrans, żeby złożyć zamówienie, nie znali podstawowych pozycji w karcie, przynieśli żurek zamiast rosołu i traktowali mnie jak wrzód na dupie? Sorry amigo, ale nie będzie ani na piwo, ani na oranżadę, ani nawet na kranówkę z Biedry. Bo z jakiej racji?

Argumenty o tym, że napiwki to ich właściwa pensja, wcale mnie nie przekonują.

Wielokrotnie pracowałem jako kelner. Wiem, że są knajpy, gdzie obsłudze płaci się 2,50zł na godzinę (jeden z lokali w Sukiennicach). Są również miejsca na poziomie, w których pracownicy nie zarabiają mniej, niż 10zł na godzinę (restauracje na Kazimierzu). Czy to moja wina, że nieznapiwkowany jegomość pracuje akurat w tej pierwszej i nie potrafi obsługiwać gości? Albo niech robi lepiej to co robi w obecnym lokalu, albo niech nauczy się odróżniać wina i odpowiadać na pytania klientów szerzej, niż „tak”, „nie”, „nie wiem” i zdobędzie pracę w miejscu z sensowną podstawą.

Gdy sam biegałem z tacą i myliłem zamówienia klientów częściej, niż imiona dziewcząt na imprezach, nie miałem do nikogo pretensji, że kasa w płatniku jest równa z kwotą na rachunku. Wiedziałem, że mi się nie należy i tyle. Zirytowany byłem dopiero w momencie, gdy dołożyłem wszelkich starań, by goście opuścili lokal z uśmiechem na ustach, a mimo to w koszyczku nie zostało nic ekstra. Zgodzę się, że to wiocha i jawne buractwo. Tak samo jak…

 

Chamstwem jest doliczanie z góry napiwku do rachunku

W tej technice wymuszania bonusu za pracę, niekwestionowanym asem jest Magda Gessler. W swoich restauracjach domyślnie dolicza napiwek na paragonie. Jest to nieeleganckie zachowanie z dwóch powodów.

Po pierwsze, jeśli napiwek jest nabity na kasę, to znaczy, że kelner musi się z niego rozliczyć z kierownikiem sali/menago lokalu/właścicielem. A rozliczenie to odbywa się w baaardzo różny sposób. W knajpach, w których pieniążki ze stolików wraz z dodatkami zbierał Pan Menedżer, nie pracowałem dłużej, niż dzień. Zawsze sprowadzało się to do tego, że przełożony zabierał mi część pieniędzy, wmawiając, że to dla kucharzy, barmanów i dziewczyn ze zmywaka. Dziwny trafem, nitk z nich nigdy o tych pieniądzach nie słyszał, a już na pewno ich nie widział. Uczciwość  zarządców niskiego szczebla ponad wszystko.

Po drugie, wymuszając uiszczenie napiwku, Magda decyduje za mnie, czy chcę nagrodzić kelnera za jego pracę czy też nie. Jeśli obsługa w jej lokalach jest na takim poziomie, jakiego wymaga w swoim programie, to czego się boi? Jeśli osoba przyjmująca i przynosząca zmówienie była uprzejma, a z samym jedzeniem nie działo się nic złego, to hajs się będzie zgadzał. Bo czemu by nie?

Ale co w momencie gdy od wejścia do lokalu wszystko jest katasrofą? Lody nie są świeże tylko mrożone, a specjalność szefa kuchni została zrobiona z półproduktów i pojawiła się na stole zimna? Albo kelner napluł mi do zupy, stanął na bucie i próbuje podrywać moją dziewczynę?  Też mam nagradzać obsługę za jej starania? Czy może prosić o korektę rachunku, wzywać menago i robić kryzys w social media?

Nie jestem dusigroszem ściskającym banknot, aż się zesra w dłoni, ale…

 

Chcę sam decydować o tym, czy dać napiwek

I w jakiej wysokości.

Jest świetnie – jest 20%, jest bardzo dobrze – jest 15%, jest w porządku – jest 10%, jest średnio – jest 5%, jest źle – nie ma nic. Nie mam nic przeciwko temu, żeby na rachunku pojawiła się sugestia, jaki procent jest mile widziany w danej restauracji, ale niech to będzie sugestia. A nie wymóg. Zresztą są tylko 3 sytuacje, w których zdarza mi się nie zaokrąglić rachunku w górę: muszę strasznie długo czekać żeby zamówić, obsługa jest opryskliwa, jedzenie przychodzi zimne.

A Wy z jakich powodów najczęściej nie zostawiacie napiwków?

autorem zdjęcia w napiwku jest Nanaki
(niżej jest kolejny tekst)

45
Dodaj komentarz

avatar
21 Comment threads
24 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
23 Comment authors
KingaChica Malazycie na szpilkachmmMs. Dynamite Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Andrzej Słowik
Gość
Andrzej Słowik

No ja jestem skończony cham i burak i polski janusz. Wielokrotnie się już kłóciłem ze znajomymi na ten temat. Napiwków nie daję. Nigdy. Nikomu. A jak kelnerom jest smutno z tego powodu to pracy jest wystarczająco dużo.

Dlaczego? Proste – this is Your fkin job.

Joanna
Gość
Joanna

Z jednej strony masz rację, praca to praca, trzeba wykonać jak najlepiej. Ale z drugiej, jest takie uczucie błogości, ciepła na serduszku i nagłej miłości do narodu, spowodowane otrzymaniem napiwku. ;)

Ms. Dynamite
Gość
Ms. Dynamite

Tak i właśnie z tą pracą wiąże się zwyczaj dawania napiwków. Poczytaj trochę o kulturze pracy w restauracjach i zwyczajach dotyczacych usług, a mierz wszystkich swoją miarą.

Andrzej Słowik
Gość
Andrzej Słowik

Uprzejmie proszę o przetłumaczenie. Może to właśnie Ty mnie przekonasz?

Iris Vallis
Gość

Nie zostawiam napiwku gdy jest doliczony do rachunku (a to niestety coraz częściej się zdarza) i gdy kelner jest wyjątkowo niemiły. Do tej pory nie zostawiałam, gdy brakowało mi drobnych i płaciłam kartą, ale ostatnio dowiedziałam się, że na terminalach znajduje się przycisk do tipowania. Dalej nie wiem gdzie on jest :)

Monika
Gość

A można nie zostawić takiego napiwku? Nie miałam takiego problemu, ale teoretycznie jestem ciekawa, bo jeśli dostane zimną pizze i ciepłe lody, a napiwek jest policzony z góry?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Tak jak napisałem w poście, też mnie to zastanawia, co niby mam zrobić, jeśli napiwek jest automatycznie wybity na paragonie, a ja w żadnym wypadku nie chcę go zostawić?

Co do płacenia karta, to tak samo jak gotówką, można normalnie zaokrąglać w górę, ponieważ to co zapłacił kartą ponad kwotę na rachunku, kelner odbierze sobie w gotówce z innych zamówień. Także śmiało, nie bójcie się wbijać na karcie 10% więcej :-)

mm
Gość

zdaje sie ze niewiele mozesz zrobic, bo prawie zawsze taka informacja jest umieszczona gdzies w Menu malym druczkiem, i zamawiajac akceptujesz te warunki, natomiast co do karty, to problem jak dla mnie polega na tym, ze przy karcie trzeba prawie, ze ‚prosto w oczy’ kelnerowi powiedziec ile ma sobie doliczyc, czego unikamy zostawiajac gotowke na stole
sam lubie kontakt z ludzmi, ale nie lubie z nimi rozmawiac o pieniadzach :P

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Chyba przyzwoitość nakazuje,żebym się nie zgadzała-bo w końcu,jak już mówiłam,za mojej kadencji w kelnerowaniu im większego głupa z siebie robiłam,tym miałam większe napiwki-ale się zgadzam.Ja też nie czuję się zobligowana do finansowego klepania kogoś po plecach za nieudolność w wykonywaniu pracy. A co do zbierania napiwków przez menago-niedawno,jak szukałam jakiejś nieabsorbującej pracy,to trafiłam na taką se restaurację szukającą kelnerki.Nie zastanowiła mnie częsta rotacja w kadrze kelnerek (ich ogłoszenia bardzo często pojawiały się w internecie),a powinna była.Rozmowa z kierowniczką zwaliła mnie bowiem z nóg.Do obowiązków kelnerki należała obsługa stolików,sprzątanie sali,sprzątanie baru,robienie kawy,hebaty itd.,robienie deserów,robienie drinów,sprzątanie klopików – za wynagrodzenie w wysokości… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Uroki polskiej gastronomii ;-) W Dominium było podobnie, kelner był wielofunkcyjnym Robocopem często do zadań, które nie mają nic wspólnego z obsługą klienta.

malvina-pe.pl
Gość

Kiedy ktoś pomyli moje zamówienie. Zamiast ryżu talarki, zamiast steku dobrze wysmażonego prawie surowy, zamiast mozarelli chamsko dodany ser żółty, No tego nie zniese ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jeśli nie czekałem całego dnia na jedzenie, to jestem w stanie przeżyć jak ktoś pomyli moje zamówienie. Po prostu zwracam mu uwagę i czekam na właściwe. Ale jak musiałem czekać wieki, kelner/kucharz/Pani Zosia się pomyliła i znowu muszę czekać lata świetlne, to nie ma zmiłuj.

Elaine
Gość

Wybijanie napiwków na paragonie to głupota. Nie interesuje mnie ile, zdaniem restauracji, jestem winna kelnerowi za wykonanie jego pracy. Jeśli jest ok – zostawię coś od siebie, jeśli nie – najwyżej wyjdę na prostaka. Kwota, którą przekazuję kelnerowi zależy tylko i wyłącznie ode mnie. A dawanie napiwków nie jest żadnym obowiązkiem. Co nie znaczy, że nie wynagrodzę kelnera jeśli będę z niego zadowolona.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

– Widziałem twoją nową dziewczynę.

– Byłem z nią na twoich urodzinach, więc trudno żebyś jej nie…

– Oj, pite było, poza tym tyle ludzi, nie czepiaj się. Minąłem się z nią wczoraj przy Galerii, niezła fruzia!

– Też mi się podoba, dzięki.

– Nie bądź taki skromny, ma na czym usiąść!

– Z oddychaniem też nie ma problemów, ale bardziej mnie kręci to, jak rysuje.

– Artystka? Ale szczęściarz z ciebie, trafiło ci się!

 

***

 

– Jak tam z blogaskiem?

– Z blogiem. Świetnie, czemu pytasz?

– Widziałem tego kolesia od budyniu na plakacie.

– Kominka?

– No chyba. Pofarciło mu się, pewnie z tysiaka za to dostał.

– Myślę, że kilkadziesiąt, to ogólnopolska kampania.

– Cooo?

– To. Przejedź się do Warszawy albo Kołobrzegu, to też go zobaczysz.

– Pieprzony farciarz!

 

***

 

– Kiedy mi oddasz hajs?

– Jutro.

– To samo mówiłeś tydzień temu.

– Oddam ci jutro bankowo, przyniosę ci do biura nawet. Dalej pracujesz w tej agendzie reklamowej?

– Agencji. Tak.

– No, to podrzucę ci po 17-tej.

– O 16-tej kończę pracę. Musisz być wcześniej. Wiesz w ogóle gdzie to…

– No nie męcz tak, przecież wiesz, że ci oddam. Nie oddałem ci kiedyś?

– Nigdy nie byłem na tyle nietrzeźwy, żeby ci pożyczyć, a…

– A propos, czytałem o tej lasce, co dostała pracę przez Fejsbuka. Dobre, hehe, wysyłasz parę wiadomości i dostajesz dżoba, hehe.

– Przez Foursquara. Świetny pomysł, bardzo podobała mi się ta akcja, widać, że nie jest osobą z przypadku i…

– No, no, udało jej się. Jak będę szukał pracy w makretringu też tak zrobię.

 

***

 

Wszystkie sukcesy i osiągnięcia w życiu człowieka są dziełem przypadku.

To ślepy los decyduje o tym, czy trafi Ci się supersztuka recytująca Platona z pamięci, robiąc ragout z dziczyzny na obiad i lody z połykiem na podwieczorek. I jeśli będzie z Tobą do końca życia, to nie przez to, że jesteś interesujący, zabawny, czy choćby przystojny. To dlatego, że miałeś szczęście. A ona przez ten cały czas nie miała okazji zauważyć, że w sumie to w ogóle jej nie pociągasz.

Kampanie na billboardach w całym kraju dla międzynarodowych sieci komórkowych są planowane na chybił trafił. Nikt nie bazuje na badaniach marketingowych kierując się insightem konsumenckim. Raz się weźmie gościa, którego ogląda kilkaset tysięcy osób miesięcznie, a raz Grześka z Koziej Dupy. Nie ma reguły. Każdemu może się trafić.

To samo z pracą. Zwłaszcza w jednej z najpopularniejszych agencji reklamowych w Polsce. Myślisz, że wpływ ma doświadczenie poparte kreatywnym pomysłem dostosowanym do komunikacji w nowych mediach? Nie. O tym, czy ktoś Cię zatrudni decyduje przypadek. W końcu Twoi przyszli pracodawcy to idioci, rozdający etaty na prawo i lewo. Wystarczy wysłać wiadomość na Fejsie. Sprawdź sam.

I nie wkręcaj sobie, że jesteś w czymś dobry, a to co masz jest zasługą Twojej pracy. Po prostu miałeś farta.

autorem zdjęcia w nagłówku jest John Carleton

Wiedeń część II – Wolne niedziele i bezobsługowe kioski

Skip to entry content

Tak jak pisałem w pierwszej części, przed moim przyjazdem do Austrii Łukasz, uprzedzał mnie, że to trochę inny świat. Że niby doba trwa tyle samo, big mac jest większy od cheeseburgera, psy mają 4 łapy, a drzewa zrzucają liście na jesień, ale ludzie to są już zupełnie inni. Że inna mentalność, kultura, nawyki i gdyby nie mieli serca po lewej stronie, to wziąłby ich za bardzo podobnych do nas kosmitów. Trochę mu nie wierzyłem. Nie słusznie.

Pierwsze co zaskakuje i rzuca się w oczy, to…

 

Harmonia i ogarnięcie

Wiedeń w stosunku do Warszawy jest 20% mniejszy, a mieszka w nim porównywalna liczba ludzi, przez co gęstość zaludnienia jest większa. Mimo to, będąc w centrum miasta nie masz wszechogarniającego poczucia rozpierdolu (jakie panuje w naszej stolicy). Wszystko wygląda na uporządkowane, przemyślane i zaplanowane.

Belweder, ładne budynki i wesołe miasteczko Prater (21)

Belweder, ładne budynki i wesołe miasteczko Prater (23)

Jeśli chcesz podróżować na rowerze, to tak jak w Paryżu, jest sieć rowerów miejskich. Która działa (bo u nas to coś średnio).

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (28)

Jeśli chcesz podróżować stricte komunikacją miejską, to są autobusy, tramwaje, pociągi i metro. Metro, które zawiezie Cię zewsząd dowsząd i jeździ co 5 minut. To cudowne uczucie, gdy nie musisz patrzeć na zegarek, bo WIESZ, że ZARAZ coś podjedzie. Mimo, że Wiedniu byłem 2 dni, to miałem wrażenie, że siatkę linii metra opanowałem lepiej krakowskiej MPK. Jakoś tak to wszystko jest intuicyjnie rozpisane.

Oprócz ładu i porządku, w pierwszych chwilach pobytu na obcej ziemi, moją uwagę zwrócił również…

 

Spokój i mili ludzie

Nawet przy dworcach nie ma plagi napastujących Cię bezdomnych i cyganów. Kupując coś na ulicy, nie masz wrażenia, że za chwilę stracisz rękę, bo ktoś rzuci się na 50 groszy reszty. A gdy tylko wydostaniesz się poza śródmieście, diabeł nie mówi dobranoc.

Jest spokojnie. Totalnie.

Poza tym ludzie są serdecznie. W pubie barman nie robi Ci łaski, że nalewa Ci piwo, a policjant nie jest obrażony na cały świat, gdy pytasz go o drogę. Kiedy jechałem do muzeum sztuki współczesnej i musiałem się przesiąść na jednej ze stacji metra, w momencie gdy pochyliłem głowę nad mapą, podszedł do mnie starszy pan. Na chwilę poczułem się swojsko, bo myślałem, że chce drobne albo fajkę, ale on spytał czy może mi pomóc. Starszy człowiek załatwiając swoje codzienne sprawunki, zobaczył zagubionego turystę i jego pierwszą myślą była propozycja pomocy. Szok!

Spotkałeś się kiedyś z takim zachowaniem seniora w naszym kraju?

A wyobrażasz sobie u nas taki…

 

Etos pracy

W święta obowiązuje absolutny zakaz handlu. Wszystkie sklepy, czy to luksusowe butiki, czy osiedlowe spożywczaki, są zamknięte. Ludzie mają odpoczywać, grać w bierki, ćwiczyć jogę albo mieć czas dla siebie, partnera i dzieci. I nikogo nie zwodzą argumenty, że przecież można by zarobić parę euro, a w zasadzie sprzedać 3 razy tyle towaru co w tygodniu. Jest wolne. Koniec i kropka.

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (4)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (5)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (6)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (8)

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (31)

Zresztą, jak widzisz na powyższym zdjęciu, w tygodniu po 20:00 też nie pójdziesz na shopping.

Niecodzienny widok, co? Tak samo jak…

 

Testowanie uczciwości

A raczej mocna wiara w to, że żaden obywatel nie wziąłby czegoś bez płacenia.

Wiedeń - zwyczaje i obyczaje (3)

To co widzicie powyżej to bezobsługowe kioski. Wrzucasz odliczoną kwotę i bierzesz gazetę. Nie ma żadnego mechanizmu przeliczającego pieniążki, ani zwalniającego blokadę pojemnika na gazety dopiero po uiszczeniu opłaty. Austriacy wiedzą, że za każdy produkt, czy usługę trzeba zapłacić i jest to dla nich na tyle oczywiste, że nie podejrzewają, by ktoś mógł wziąć sobie coś bez płacenia. Ten drobny przykład dobrze obrazuje ich system wartości jako narodu i podejście do elementarnych zachowań w społeczeństwie.

Po Wigilii w Radomiu chyba nie ma sensu stawiać pytania, czy taki sposób dystrybucji prasy sprawdziłby się u nas.

Czy to znaczy, że…

 

W Austrii jest lepiej?

Pod względem kulturowym tak. Ekonomicznym też. W zasadzie to bez porównania. Ale, jest duże „ale” – tam najzwyczajniej w świecie jest nudno. W tygodniu za specjalnie nie ma życia na mieście. Ludzie się nie bawią, a puby zamykają przed 23:00. Na jakieś większe tańczenie trzeba jechać za miasto i to oczywiście tylko w weekend. Jedzenie mają tłuste i totalnie przeciętne (stąd brak wątku poświęcone tylko szamie), a wina wytrawne i nie jakoś porażająco tanie. Ludzie są serdeczni, ale zdystansowani do głębszych kontaktów.

Reasumując, w Wiedniu jest czysto, schludnie i cywilizowanie, ale nudno. A to co mnie bardziej przeraża, niż starzenie się, to nuda, bo cytując Marka Twaina „ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo się przestają bawić”.

Wy też dokonalibyście takiego wyboru – aktywne, intensywne spędzanie czasu ponad spokój, porządek i powszechne ogarnięcie?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!