Close
Close

Sennheiser Momentum On – test sprzętu

Skip to entry content

Gdy dostałem maila w sprawie współpracy związanej z nowymi słuchawkami Sennheisera, ucieszyłem się, ale wiedziałem, że przy ewentualnym teście będę wyjątkowo nieobiektywny.

W liceum, wraz z kumplami, byłem doszczętnie pochłonięty muzyką, Fruity Loopsem i szukaniem nowych sampli. W tamtych czasach Sennheiser był jedną z marek, do których wzdychaliśmy przed spaniem i zaraz po przebudzeniu. Każdy chciał mieć słuchawki z tym charakterystyczny “s”, a jeszcze lepiej mikrofon. Wyżej wymieniony sprzęt jednoznacznie kojarzył nam się z jakością. Wysoką jakością. A mając go w rękach, pozytywne odczucia nie kończył się na skojarzeniach. I jest tak do tej pory.

Jak tylko dostałem “Momentum On”, jeszcze przed podłączeniem do wieży, pierwsze co zwróciło moją uwagę, to…

 

Dbałość o detale

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 1

Już samo “opakowanie” w jakim sprzedawane są słuchawki robi wrażenie. Elegancki pokrowiec, do którego chowając sprzęt, masz pewność, że przy żadnej większej podróży nic mu się nie stanie. Ale ja nie o pokrowcu.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 2

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 3

Ramię, na którym osadzone są głośniczki, wykonane jest z nierdzewnej stali i obite zamszem. Złamanie przy przypadkowym kopnięciu/stanięciu/siadzie płaskim raczej nie wchodzi w grę. Sprawdzałem w warunkach bojowy, nic im się nie stało. Głośniczki też są osadzone w taki sposób na ramieniu, żeby trudno było je urwać, a jednocześnie łatwo dostosować do ucha. Można je wyginać na boki, przeciągać w górę i w dół, bez narażenia na szwank.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 6

Oprócz tego głośniczki obite są milusim, mięciutkim materiałem, który daje bardzo miłe wrażenie przy kontakcie z uchem (ja osobiście mam przed oczami misia z reklamy Cocolino). Coś co również rzuciło mi się w oczy, to zakończenie kabla przy wtyczce. Celowo kończy się on pod kątem 90-ciu stopni i wzmocniony jest dodatkową osłonką, po to aby możliwość przetarcia zniwelować do zera. Nie ma nic bardziej irytującego, niż ten moment w tanich słuchawkach, gdy kable przy wtyczce przestają stykać i słyszysz dźwięk tylko w jednym kanale.

Okej, wykończenie, wykończeniem, ale słuchawki mają  jeszcze…

 

Bajery

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 5

Super, hiper, mega, ekstra bajerem, który złapał mnie za serce mocniej, niż chirurg przy transplantacji, jest wypinany kabel. Boże, gdyby mi płacili za każdym razem, gdy wyrwałem kabel ze słuchawek, to już dawno przestałbym pisać bloga i został rentierem. Tego typu “usterka” to moja największa zmora. Niezliczoną ilość razy siedziałem przy laptopie i zapominając, że mam na sobie słuchawki, wstawałem wyrywając kabel i niszcząc sprzęt bezpowrotnie. Albo wracając z herbatą nieświadomie zahaczałem o niego, co skutkowało tym samym. W “Momentum On”, w takiej sytuacji, można po prostu wypiąć zepsuty kabel i wymienić na nowy (zapasowy dostajemy w komplecie). Takie proste, a takie genialne. Zakochałem się.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 4

Mniejszą miłością pałam już do tego, że w kablu przy słuchawkach znajduje się minipilot, na którym można pogłaśniać/ściszać muzykę i odbierać połączenia telefoniczne. Świetna opcja, ale tylko na iPhone’a. Tak, świat technologii nie jest sprawiedliwy.

Natomiast bardzo sprawiedliwa jest jakość dźwięku. Na tych słuchawkach po prostu…

 

Wszystko słychać!

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu

Mam taki rytuał, że zawsze gdy kupuję nową płytę, najpierw w spokoju przesłuchuję ją na słuchawkach, a dopiero potem puszczam na kolumnach.  Robię to po to, żeby bardziej się wczuć, skupić i wyłapać wszystkie smaczki na drugim i trzecim planie. Słuchając muzyki na wieży nie jestem w stanie wyodrębnić wszystkich instrumentów. Nie wiem czy to kwestia tego, że nie mam monitorów studyjnych, czy, że mam źle zaaranżowane wnętrze, czy chodzi po prostu o psychoakustykę. Tak czy inaczej, gdy chcę usłyszeć każdy dźwięk, zakładam słuchawki.

I zakładając “Momentum On” mocno się zdziwiłem.

Przy płytach/utworach, które wydawało mi się, że znam doskonale okazało się, że jestem w błędzie. Na tych słuchawkach po prostu słychać wszystko. Wszystko co słyszałeś wcześniej i wszystko o czym nie miałeś pojęcia, że znajduje się w danym utworze. Zakładasz je i nagle okazuje się, że w Twoim ulubiony kawałku są jeszcze 2 linie melodyczne, o których nie wiedziałeś. Szok! Puste gadanie o tym, że dźwięk jest czysty zostawiam do reklam w gazetach.

Na tym sprzęcie jeśli wchodzi bas, to oprócz tego, że masz go w uszach, czujesz go na całym ciele. Hi-haty cykają ostro jak brzytwy, a stopa kopie mocno jakbyś miał perkusję ustawioną tuż za swoimi plecami. Ale i tak największe wrażenie robi brzmienie wszystkich synthów. Muzyka nabiera nowego wymiaru. Syntezatory skrzą się na pierwszy planie, nie dominując jednak kompozycji, po czym dogasają głęboko w tle będąc cały czas wyraźne. Tu nie ma gorszych i lepszych pasm częstotliwości. Dół, środek i góra idą równie mocno i głęboko. Cholera, tak to chciałem słyszeć!

 

Więcej info?

Cóż, ostrzegałem, że będę nieobiektywny, ale jeśli chcesz mnie sprawdzić, to jest okazja. Na stronie producenta właśnie rozpoczął się konkurs, w którym możesz wygrać Sennheiser “Momentum On” i skonfrontować, czy te słuchawki faktycznie takie fajne. Tam znajdziesz też szczegółową techniczną specyfikację sprzętu. Oprócz tego warto zajrzeć na kanał i fanpage Senheisera, gdzie na bieżąco pojawiają się treści z okołomuzycznego światka.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Sokołów vs Kocham Gotować: 9 kwestii prawnych, o których nie wiedziałeś

Skip to entry content

Od dwóch (trzech?) tygodni internet żyje tatarem, Sokołowem i Piotrkiem Ogińskim z “Kocham Gotować”. Vlogerzy wspierają swojego, szydząc z mięsnej przetwórni. Blogerzy spierają się ze sobą dostarczając NaTemat opinii do przedruku. Gazecie.pl zresztą też. Między tym wszystkim miotają się zdezorientowani internauci, którzy na każdy nowy nius reagują w jeden sposób – nienawiścią do Sokołowa. Ich fanpage powinien zmienić nazwę na hatepage, bo od wybuchu “Tatar Gate” nie ma tam ani jednego komentarza, który byłby choć neutralny.

Tak jak w przypadku “zawieszonej kawy”, wiele opinii, komentarzy i wypowiedzi bazuje na przypuszczaniach, jawnych błędach, czy nieznajomości faktów. Żeby trochę rozjaśnić sprawę, poprosiłem mojego przyjaciela Michała, który z zawodu jest prawnikiem, o konsultacje, dzięki czemu udało mi się wyjaśnić podstawowe aspekty i ustalić, jak to z tym tatarem faktycznie jest. Poniżej 9 kwestii prawny, które (mam nadzieję) pomogą zrozumieć Wam całą sprawę i dadzą odpowiedź, co i jak można mówić o marce i jej produktach.

 

1. Sokołów mógł pozwać Piotrka

Każdy człowiek, jak i osoba prawna (jaką jest spółka akcyjna) ma prawo do chronienia swoich dóbr osobistych, a jednym z nich jest dobre imię. W związku z czym, jeśli Sokołów jako przedsiębiorstwo uznał, że Piotrek naruszył ich dobre imię, to jak najbardziej mógł złożyć pozew, aby sąd rozstrzygnął, czy faktycznie tak było.

 

2.  To Piotrek będzie udowadniał

Odpowiedzialność cywilną powoduje dopiero bezprawne naruszenie dóbr osobistych, czyli można bezkarnie naruszać cudze dobra osobiste, jeżeli naruszenie nie jest bezprawne. Gdy naruszymy dobro innej osoby i jej się to nie spodoba na tyle, że złoży pozew, to istnieje domniemanie bezprawności tego naruszenia. Oznacza to, że na starcie przyjmuje się iż każde naruszenie jest bezprawne. Innymi słowy, to nie osoba wnosząca pozew musi udowodnić, że naruszenie jej dóbr osobistych było bezprawne, tylko pozwany musi udowodnić, że jego działanie nie nosiło cech bezprawności.

To domniemanie można obalić wykazując, że dokonane naruszenie nie było bezprawne. Na przykład udowadniając, że zostało dokonane w interesie społecznym. Piotrek więc przyjmując tę linię obrony, musi dowieść, że mówił prawdę o tatarze, po to aby przestrzec ludzi (działał dla wyższego celu).

 

3. Nie test był problemem, a stwierdzenie, że w tatarze jest chemia

To, że Piotrek porównał dwa produkty i poddał jej testowi organoleptycznemu nie było powodem zamieszania. Do tego trudno się doczepić. Jeżeli doszło do naruszenia, to dopiero poprzez stwierdzenia “mięso z Sokołowa zawiera kupę chemii”, “jeśli będziecie jeść taką chemię, to gwarantuję wam, że będziecie świecić w nocy”, “nie wiem co to jest, ale mięsem to na pewno nie jest”.

 

4. Opinię można wyrażać swobodnie. Twierdzenia o faktach powinny być zgodne z prawdą

Opinia o danym produkcie to subiektywne odczucie, do którego każdy ma prawo. Jeśli coś Ci nie smakuje, to śmiało możesz to powiedzieć, jednak skupiając się na osobistych wrażeniach – “nie podoba mi się smak/kolor/zapach”. Odnosząc się jednak do cech fizycznych (właściwości, składu itd.), Twoje wypowiedzi muszą bazować na faktach. Parafrazując, jeśli mówisz, że to mięso jest z psa i wyrasta po nim trzecia ręka, to dobrze, żebyś miał resztki budy w garażu i pod telefonem kogoś z pięcioma kończynami.

 

5. Usunięcie filmu to standardowa procedura

Sokołów wniósł o usunięcie spornego filmu, ponieważ jest to tak zwane zabezpieczeniu powództwa. Zabezpieczenia udziela się wtedy, gdy jego brak uniemożliwiłby lub poważnie utrudnił wykonanie zapadłego w sprawie orzeczenia, lub w inny sposób uniemożliwił lub poważnie utrudnił osiągnięcie celu postępowania w sprawie. Żądający zabezpieczenia musi jedynie uprawdopodobnić swoje roszczenie.

Przekładając na polski, jeżeli filmik byłby wyświetlany przez cały czas trwania procesu, to dobra osobiste nie zostałyby w ogóle ochronione, nawet przy korzystnym dla Sokołowa wyroku. Skutki naruszenia byłyby tak ogromne, że aż nieodwracalne, więc ewentualne przeprosiny, czy też zakaz wyświetlania dopiero od momentu uprawomocnienia się wyroku, nic by nie dał.

To jest oczywiście teoria. W obecnej rzeczywistości, w której niemal każdy ma dostęp do internetu, samo usunięcie filmiku przez Piotrka nic nie dało. Niemal natychmiast pojawiły się kopie na innych kontach i de facto przez sam pozew więcej osób zainteresowało się filmikiem i go obejrzało, niż przed nim.

 

6. Piotrek nie pójdzie siedzieć

To nie jest proces karny, a cywilny, w związku z czym nawet po ogłoszeniu niekorzystnego wyroku dla Piotrka, nie ma możliwości aby poszedł do więzienia. Tak, hasło “siemanko, witam w mojej celi” jest nieadekwatne.

 

7. Nie grzywna, nie kara, nie zadośćuczynienie, nie odszkodowanie

150 000 złotych, których oczekuje Sokołów, to odpowiednia suma pieniężna na wskazany cel społeczny (tak to się dokładnie nazywa). Kara jest w procesie karnym dla przestępców (lub dla tych, którzy popełnili wykroczenie). Grzywna jest jedną z kar. Zadośćuczynienie to pieniądze dla pokrzywdzonego (w tym przypadku Sokołowa) za doznane krzywdy i cierpienia. Odszkodowanie to pieniądze dla poszkodowanego, które mają naprawić szkodę majątkową (gdyby Sokołów wykazał, że przez tę akcję nie sprzedał mięsa za ileś tam set tysięcy złotych). Natomiast kwota, której żąda spółka, to właśnie odpowiednia suma pieniężna na wskazany cel społeczny. Pełni ona funkcję kompensacji pośredniej doznanych krzywd i zawsze idzie na jakiś szczytny cel.

Co ważne, aby żądana kwota została zasądzona, Sokołów musi dodatkowo udowodnić, że działanie Piotrka było zawinione (konkretnie, że chciał naruszyć dobre imię Sokołowa lub przynajmniej, że powinien obiektywnie zdawać sobie sprawę z tego, że może swoim filmikiem doprowadzić do takiego naruszenia).

 

8. Piotrek będzie mógł odwołać się od wyroku

W tej chwili sprawa toczy się przed Sądem Okręgowym w Gliwicach, który jest w tej sprawie sądem I instancji. Od wyroku przysługiwać będzie apelacja, jako zwyczajny środek zaskarżenia, do Sądu Apelacyjnego w Katowicach. Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach zakończy zwyczajną procedurę (ale może też uchylić wyrok sądu I instancji i przekazać sprawę do ponownego rozpoznania). Są też nadzwyczajne środki zaskarżenia, na przykład skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego. Z tym że, tego typu skarga przyjmowana jest do rozpoznania (i ewentualnie uwzględniana) tylko po spełnieniu bardzo rygorystycznych przesłanek.

 

9. To sąd podejmie decyzję, czy 150 000zł jest adekwatną kwotą

To, że Sokołów zażądał 150 000zł, wcale nie oznacza, że w momencie wygrania sprawy, Piotrek będzie musiał tyle zapłacić. Ostateczną decyzję o wysokości kwoty podejmuje sąd. Może nie zasądzać tej kwoty w ogóle, zasądzić jej część albo zasądzić ją w pełnej żądanej wysokości. Podejmując tego typu decyzję bierze pod uwagę takie okoliczności, jak:  rodzaj naruszonego dobra, rozmiar doznanej krzywdy, intensywność naruszenia, stopień negatywnych konsekwencji dla pokrzywdzonego, nieodwracalność skutków naruszenia, stopień winy sprawcy, czy sytuację majątkową i osobistą zobowiązanego.

 

***

 

Jeśli coś jest dla Was jeszcze niejasne, o coś chcielibyście dopytać w związku z tą lub podobną sprawą, to śmiało – komentarze są Wasze. Michał obiecał, że w miarę możliwości będzie na bieżąco odpisywał na pytania, więc jeśli jakaś kwestia wybitnie Was nurtuje, to macie okazję rozwiać swoje wątpliwości.

wpis jest wynikiem współpracy z marką Heineken

Heineken Dropped Polska

Umberto Eco powiedział, że kto czyta książki żyje podwójnie. Ja mówię, że kto nie podróżuje nie żyje wcale. I nie są to drydymały zmanierowanego bananowca, który dla zabicia nudy lata sobie na Seszele. Nie. Przez bardzo długi czas nie podróżowałem wcale, bo nie miałem jak, za co i kiedy, ale gdy w końcu zacząłem, to poczułem, że żyję. Żyję przez duże „ż”, długie „y” i głośne „ę”. Ta żądza przygód, niepokój przy starcie samolotu, ekscytacja z wyprawy w nieznane. Dopóki tego nie spróbowałem, nie wiedziałem jakie to przyjemne.

Moim wielkim marzeniem jest lot do Stanów. Śni mi się po nocach, że szwendam się po kultowych nowojorskich miejscówkach, przybijam piątkę z tuzami internetu w Dolinie Krzemowej i konkretnie wygrzewam tyłek w Miami Beach. Póki co miałem okazję zjechać, zlecieć, przepłynąć i zwiedzić tylko niewielką część Europy, ale mimo to uważam, że podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz ludzi

Czy to lecąc samolotem, czy jadąc pociągiem, czy łapiąc stopa, już w samej podróży poznajesz nowe osoby. Niby nic, tylko jakaś miałka, przelotna znajomość w zatłoczony PKP, ale tylko od Ciebie zależy czy nie wyciągniesz z niej czegoś więcej.

Gdy wybieraliśmy się z Maćkiem do Czech na Hip-Hop Kemp, nie mieliśmy zaklepanego transportu i szukaliśmy jakiejś podwózki po sieci. Znaleźliśmy ogłoszenie gościa, który miał wolne 2 miejsca w aucie i powiedział, że możemy jechać jak dorzucimy się do benzyny. Miał nas tylko podwieźć i tyle. W trakcie podróży tak się zżyliśmy, że potem przez cały festiwal bawiliśmy się razem, do tej pory utrzymujemy kontakt i śmiało mogę nazwać Mariusza swoim dobrym kumplem.

Lecąc z Bartkiem do Paryża mieliśmy nocować u kilku osób z CouchSurfingu. Ania nie dość, że opowiedziała nam o mieście wszystko co powinniśmy wiedzieć jako świeżaki, to jeszcze oprowadziła nas po miejscach, których nie znajdziesz w przewodniku dla turystów. Jeremie przyjął nas lepiej, niż gości na śniadaniu wielkanocnym, częstując najlepszymi regionalnymi specjałami, przy akompaniamencie harmonijki ustnej.

Nie dość, że nie muszę się już martwić o nocleg przy kolejnych wizytach w stolicy Francji, to zyskałem nietuzinkowych znajomych z odrębnej kultury. Innymi słowy, podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz inny świat

Nie wydostając się poza Polskę B miałem przekonanie, że wszędzie jest tak samo szaro, źle i każdy skrawek zielni został zalany przez beton. Lub reklamami hipermarketów. Filmy niby pokazywały, że jest coś poza ulicami owrzodzonymi blokami i powodzią życiowej bylejakości, ale to filmy. Tak samo jak egzotyczne krajobrazy tętniące życiem, widziałem na nich kosmitów, latające samochody i nie pijących robotników., więc trudno traktować je serio.

Dopiero, gdy zobaczyłem uporządkowany Berlin, leniwą Barcelonę, czy wcześniej wspomniany, zielony Paryż, zobaczyłem, że świat nie ogranicza się do mojego podwórka. Że poza moim osiedlem jest coś więcej. Dużo więcej. Że gdzie indziej może być inaczej, lepiej, ciekawiej. To niby oczywista oczywistość, ale proza codzienności depcze wyobraźnię i skutecznie wybija z głowy myśli o tym, że gdzieś indziej też jest życie. I że możesz się tam znaleźć na dłużej, niż chwilę.

A poza odkrywaniem cywilizowanej części świata jest też ta dzika. Gdzie nie ma butiku ze świeżymi t-shirtami na każdym rogu, prywatnego gabinetu lekarskiego co dzielnicę i jedzenia na telefon. Mówię o tak niemiejskich zakątkach naszego globu jak Kenia, Tanzania, czy Borneo. Podróże do takich miejsc są zajebiste, bo…

 

Odkrywasz siebie

Nie mając pod ręką całej obecnej technologii, dostępu do wszystkich wielkomiejskich udogodnień, ani nawet telefonu do przyjaciela, jesteś zdany tylko na siebie. Poznajesz swoje mocne i słabe strony lepiej, niż na jakimkolwiek teście behawioralnym w korpo. Dowiadujesz się jak silny jest Twój instynkt samozachowawczy i sprawdzasz swoje umiejętności adaptacji. Powrót do korzeni – Ty kontra natura. Stuprocentowa przygoda.

Na tym właśnie bazuje najnowsza kampania Heinekena. Jeden z przedstawicieli naszego gatunku zostanie oderwany od komputera, codziennych obowiązków, i wyrzucony w środku afrykańskiej dżungli. Albo wśród dziewiczych pól ryżu w Azji. Albo na Alasce. Albo na ukraińskich bezdrożach. Gdzie dokładnie wyląduje, dowiemy się już 2 września, a to jak radzi sobie w starciu z matką ziemią będziemy mogli sledzić na specjalnym kanale YouTube Heinekena. Ale o szczegółach (w tym wybitnie dotyczących Was) będzie później.

Wracając do tematu, to tylko 3 najbardziej oczywiste argumenty przemawiające za tym, że podróże są zajebiste. Z pewnością jest…

 

Coś jeszcze

Halo podróżnicy! Dajcie poznać Waszą motywację. Czemu lepiej wybrać się na dziką wyprawę, niż siedzieć w ciepłym domu?