Close
Close

Sennheiser Momentum On – test sprzętu

Skip to entry content

Gdy dostałem maila w sprawie współpracy związanej z nowymi słuchawkami Sennheisera, ucieszyłem się, ale wiedziałem, że przy ewentualnym teście będę wyjątkowo nieobiektywny.

W liceum, wraz z kumplami, byłem doszczętnie pochłonięty muzyką, Fruity Loopsem i szukaniem nowych sampli. W tamtych czasach Sennheiser był jedną z marek, do których wzdychaliśmy przed spaniem i zaraz po przebudzeniu. Każdy chciał mieć słuchawki z tym charakterystyczny „s”, a jeszcze lepiej mikrofon. Wyżej wymieniony sprzęt jednoznacznie kojarzył nam się z jakością. Wysoką jakością. A mając go w rękach, pozytywne odczucia nie kończył się na skojarzeniach. I jest tak do tej pory.

Jak tylko dostałem „Momentum On”, jeszcze przed podłączeniem do wieży, pierwsze co zwróciło moją uwagę, to…

 

Dbałość o detale

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 1

Już samo „opakowanie” w jakim sprzedawane są słuchawki robi wrażenie. Elegancki pokrowiec, do którego chowając sprzęt, masz pewność, że przy żadnej większej podróży nic mu się nie stanie. Ale ja nie o pokrowcu.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 2

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 3

Ramię, na którym osadzone są głośniczki, wykonane jest z nierdzewnej stali i obite zamszem. Złamanie przy przypadkowym kopnięciu/stanięciu/siadzie płaskim raczej nie wchodzi w grę. Sprawdzałem w warunkach bojowy, nic im się nie stało. Głośniczki też są osadzone w taki sposób na ramieniu, żeby trudno było je urwać, a jednocześnie łatwo dostosować do ucha. Można je wyginać na boki, przeciągać w górę i w dół, bez narażenia na szwank.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 6

Oprócz tego głośniczki obite są milusim, mięciutkim materiałem, który daje bardzo miłe wrażenie przy kontakcie z uchem (ja osobiście mam przed oczami misia z reklamy Cocolino). Coś co również rzuciło mi się w oczy, to zakończenie kabla przy wtyczce. Celowo kończy się on pod kątem 90-ciu stopni i wzmocniony jest dodatkową osłonką, po to aby możliwość przetarcia zniwelować do zera. Nie ma nic bardziej irytującego, niż ten moment w tanich słuchawkach, gdy kable przy wtyczce przestają stykać i słyszysz dźwięk tylko w jednym kanale.

Okej, wykończenie, wykończeniem, ale słuchawki mają  jeszcze…

 

Bajery

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 5

Super, hiper, mega, ekstra bajerem, który złapał mnie za serce mocniej, niż chirurg przy transplantacji, jest wypinany kabel. Boże, gdyby mi płacili za każdym razem, gdy wyrwałem kabel ze słuchawek, to już dawno przestałbym pisać bloga i został rentierem. Tego typu „usterka” to moja największa zmora. Niezliczoną ilość razy siedziałem przy laptopie i zapominając, że mam na sobie słuchawki, wstawałem wyrywając kabel i niszcząc sprzęt bezpowrotnie. Albo wracając z herbatą nieświadomie zahaczałem o niego, co skutkowało tym samym. W „Momentum On”, w takiej sytuacji, można po prostu wypiąć zepsuty kabel i wymienić na nowy (zapasowy dostajemy w komplecie). Takie proste, a takie genialne. Zakochałem się.

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu 4

Mniejszą miłością pałam już do tego, że w kablu przy słuchawkach znajduje się minipilot, na którym można pogłaśniać/ściszać muzykę i odbierać połączenia telefoniczne. Świetna opcja, ale tylko na iPhone’a. Tak, świat technologii nie jest sprawiedliwy.

Natomiast bardzo sprawiedliwa jest jakość dźwięku. Na tych słuchawkach po prostu…

 

Wszystko słychać!

Słuchawki Sennheiser Momentum On-Ear test sprzętu

Mam taki rytuał, że zawsze gdy kupuję nową płytę, najpierw w spokoju przesłuchuję ją na słuchawkach, a dopiero potem puszczam na kolumnach.  Robię to po to, żeby bardziej się wczuć, skupić i wyłapać wszystkie smaczki na drugim i trzecim planie. Słuchając muzyki na wieży nie jestem w stanie wyodrębnić wszystkich instrumentów. Nie wiem czy to kwestia tego, że nie mam monitorów studyjnych, czy, że mam źle zaaranżowane wnętrze, czy chodzi po prostu o psychoakustykę. Tak czy inaczej, gdy chcę usłyszeć każdy dźwięk, zakładam słuchawki.

I zakładając „Momentum On” mocno się zdziwiłem.

Przy płytach/utworach, które wydawało mi się, że znam doskonale okazało się, że jestem w błędzie. Na tych słuchawkach po prostu słychać wszystko. Wszystko co słyszałeś wcześniej i wszystko o czym nie miałeś pojęcia, że znajduje się w danym utworze. Zakładasz je i nagle okazuje się, że w Twoim ulubiony kawałku są jeszcze 2 linie melodyczne, o których nie wiedziałeś. Szok! Puste gadanie o tym, że dźwięk jest czysty zostawiam do reklam w gazetach.

Na tym sprzęcie jeśli wchodzi bas, to oprócz tego, że masz go w uszach, czujesz go na całym ciele. Hi-haty cykają ostro jak brzytwy, a stopa kopie mocno jakbyś miał perkusję ustawioną tuż za swoimi plecami. Ale i tak największe wrażenie robi brzmienie wszystkich synthów. Muzyka nabiera nowego wymiaru. Syntezatory skrzą się na pierwszy planie, nie dominując jednak kompozycji, po czym dogasają głęboko w tle będąc cały czas wyraźne. Tu nie ma gorszych i lepszych pasm częstotliwości. Dół, środek i góra idą równie mocno i głęboko. Cholera, tak to chciałem słyszeć!

 

Więcej info?

Cóż, ostrzegałem, że będę nieobiektywny, ale jeśli chcesz mnie sprawdzić, to jest okazja. Na stronie producenta właśnie rozpoczął się konkurs, w którym możesz wygrać Sennheiser „Momentum On” i skonfrontować, czy te słuchawki faktycznie takie fajne. Tam znajdziesz też szczegółową techniczną specyfikację sprzętu. Oprócz tego warto zajrzeć na kanał i fanpage Senheisera, gdzie na bieżąco pojawiają się treści z okołomuzycznego światka.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Zimowa ścieżka dźwiękowa()

  • Pingback: Płyty, przy których zmarzniesz()

  • Pingback: Fly Style #8 – Wielki Zderzacz Hadronów()

  • Pingback: Hashtagi w muzyce()

  • Ania Ścisłowska

    Dzisiaj zepsuły mi się moje kochane słuchawki więc już wiem po co pójść do sklepu po pracy :)

  • Andrzej Słowik

    Ja mam to olbrzymie szczęście, że mieszkam na lekkim zadupiu. Mam taki jeden pokój w domu. Jest tam co następuje: wzmacniacz, player, dwie przyjemne kolumny i kanapa. No i jak na razie skromna koło 150 płytowa kolekcja. Kij z pieniędzmi, które na to wydałem. Siąść wieczorem, odpalić dobrą płytę, zapalić fajkę. Najlepszy relaks. Howgh. :D

  • Almondcake

    Ja mam klasyki, HD 202 Sennheisera i to od dobrych paru lat (trzech? czterech?). Polecam z całego serca, tyle już służą i nadal dobre ;>

  • Miałeś kiedykolwiek na uszach beatsy? Ostatnio miałem okazję z nich trochę pokorzystać i okazały się znacznie lepsze niż moje AKG. Jeśli ten Sennheisery są lepsze, to chylę czoła. A moga być bo z nimi mam same dobre skojarzenia ;)

    • Beatsów nie miałem, bo wydawało mi się, że ich sukces związany jest tylko ze sprawnym marketingiem i postacią Dr. Dre, a nie jakością. Faktycznie są takie dobre?

      • Szymon Szczepaniak

        Niestety nie są. Porównywałem z CAL i zostały zjedzone przez słuchawki o 700 PLN tańsze. Bas przysłania całą scenę. Maksymalne oziębienie w equalizerze pomaga z basem, ale zabija resztę. Co nie zmienia faktu, że ładnie wyglądają, ale nie po to kupujesz słuchawki.

        • Dzięki za info Szymon. Co do wyglądu, to dla mnie są za wielkie/zbyt masywne. Nie lubię takich dużych słuchawek, bo wyglądasz w nich trochę jakbyś był podłączony do jakiejś medycznej aparatury :)

          • Szymon Szczepaniak

            Plus problem w zimę :) Niby w uszy ciepło ale co z resztą głowy. Ostatnio duże słuchawki zostawiam w domu a na miasto biorę Sennheisery PX100 lub pchełki MEE M9 gdy noszę czapkę.

          • Niby zawsze pozostaje opcją włożenia ich na czapkę, co daje dodatkowe ciepło w uszy, ale dźwięk traci na jakości :)

          • Zależy jeszcze które beatsy. Ja korzystałem z Beats Solo HD i nie mogę się przyczepić ani do czystości dźwięku, ani do nierównego rozłożenia tonów. I te akurat nie są takie duże jak np. Beats pro. aczkolwiek kwestia marketingowa w ich wypadku to oczywiscie druga strona medalu.

  • Łukasz

    Faktycznie jesteś nieobiektywny.. I gites :) Jedna z najlepszych recenzji sprzętowych jakie czytałem. Widać, że cieszy Cię delektowanie się muzyką, więc po takiej recenzji sam rozpatrzę zakup takiego sprzętu. Good job.

  • Andrzej Słowik

    Zajebisty design.

  • Sebastian Spychalski

    Miałem kiedyś słuchawki tej firmy i byłem nimi bardzo zawiedziony. Dostałem je w prezencie dwa może trzy lata temu. Wtedy taki model kosztował około 500/600 zł. Też miały wyjmowany kabel i dobry dźwięk, ale wytrzymały 2 miesiące… Jednak najlepsze słuchawki jakie do tej pory miałem to Beats By dr. Dre Mixr. Zdecydowanie są to dla mnie najlepsze słuchawki, tej firmy i innych firm które znam. Nie mówię o słuchawkach profesjonalnych, których możliwości nie byłbym w stanie wykorzystać, choć już na tych czuć różnicę między telefonem a komputerem z dobrą kartą dźwiękową.

    • A „wytrzymały 2 miesiące” w sensie, że coś się urwało? Kabel się przetarł? Samoistnie eksplodowały?

      • Sebastian Spychalski

        Przestał działać głośnik jeden.

        • olgacecylia

          Rozczarowanie byłoby pewnie mniejsze, gdybyś jak normalny człowiek złożył reklamację ;-)

          Ad rem – jako posiadaczka audiofila mam też w domu i tego typu słuchawki. Potwierdzam, że są świetne, ale raczej do użytku domowego. Wciąż czekam, aż ktoś wymyśli porządne pchełki ;-)

          • Sebastian Spychalski

            Niestety dostałem w je w prezencie od Cioci, więc nie miałem dowodu zakupu.

          • olgacecylia

            Prawa konsumenta pozwalają na reklamację bez dowodu zakupu, wystarczy się zorientować.

          • Adam

            Nie pozwalają. Dowód zakupu musi być, choć niekoniecznie musi to być paragon. Sprzedawca nie może odpowiadać z a usterki w towarze, którego nie sprzedał.

          • olgacecylia

            Oczywiście chodziło mi o paragon, poprawiłam. Tak czy siak, to bez sensu, narzekać na całą firmę, jeśli się miało pecha do jednego felernego egzemplarza :-)

    • bidon

      Pewnie chodzi o Sennki 380 Pro (mają ten wyjmowany kabel).
      Mają roczną albo dwuroczną gwarancję producenta, więc problemu z wymianą raczej nie ma.
      Swoją drogą – fantastyczne słuchawki.

  • aventia

    Nie bij, ale fanką sprzętu muzycznego nie jestem, ale… aaaa, zdjęcie bez bandaży! :D
    Tak, już dawno „obczaiłam” Cię na FB, ale i tak fajne :P

    • Ej, ej, przecież był vlogi bez bandaży :)

      • aventia

        To nie to samo:-)

  • Karzeł

    Kurcze, muszę przyznac, że mnie przekonałeś tym testem :) Chyba bede wiedzial co zrobić z kasą za nadgodziny :)

  • Gocha

    Taki bajer z wymiennym kabelkiem to by mi się przydał, bo już 17 par takim przecieraniem i wyrywaniem załatwiłam. Wrrr, paskudztwo!

  • Ja to mogę test Trittonów Pro 5.1 zrobić a co do tekstu fajne te zenki.

  • Sam używam Zenków, ale nie aż tak wypasionych :) Wyglądają mimo wszystko na dosyć delikatne. Jak duże są gąbki? Zakrywają uszy? Jak wygląda sprawa przenoszenia dźwięku na zewnątrz, tzn. czy jak odpalisz głośno muzę, czy otoczenie dostaje apopleksji? :) Pytam, bo słuchawek używam często, jak nie chcę przeszkadzać innym i słuchać tego, co mi się podoba :)

    • Są jak dobra dziewczyna – wyglądają na delikatne, a w środku są twarde :) Gąbki pokrywają się z uchem, ale nie zakrywają go (widać to chyba trochę na ostatnim zdjęciu). Co do wydostawania się dźwięku na zewnątrz, to tak, jak puścisz głośno muzykę otoczenia ją słyszy, ale w granicach przyzwoitości.

      • „Są jak dobra dziewczyna – wyglądają na delikatne, a w środku są twarde” – o, to zupełnie tak, jak ja ;) Wniosek? Potrzebuję Sennheiserów. Sprawnych. Bo zepsute już mam :P

        • No faktycznie, muszę przyznać, że ze sprawnymi fajniej :)

          • Justyna Sekuła

            :D

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Sokołów vs Kocham Gotować: 9 kwestii prawnych, o których nie wiedziałeś

Skip to entry content

Od dwóch (trzech?) tygodni internet żyje tatarem, Sokołowem i Piotrkiem Ogińskim z „Kocham Gotować”. Vlogerzy wspierają swojego, szydząc z mięsnej przetwórni. Blogerzy spierają się ze sobą dostarczając NaTemat opinii do przedruku. Gazecie.pl zresztą też. Między tym wszystkim miotają się zdezorientowani internauci, którzy na każdy nowy nius reagują w jeden sposób – nienawiścią do Sokołowa. Ich fanpage powinien zmienić nazwę na hatepage, bo od wybuchu „Tatar Gate” nie ma tam ani jednego komentarza, który byłby choć neutralny.

Tak jak w przypadku „zawieszonej kawy”, wiele opinii, komentarzy i wypowiedzi bazuje na przypuszczaniach, jawnych błędach, czy nieznajomości faktów. Żeby trochę rozjaśnić sprawę, poprosiłem mojego przyjaciela Michała, który z zawodu jest prawnikiem, o konsultacje, dzięki czemu udało mi się wyjaśnić podstawowe aspekty i ustalić, jak to z tym tatarem faktycznie jest. Poniżej 9 kwestii prawny, które (mam nadzieję) pomogą zrozumieć Wam całą sprawę i dadzą odpowiedź, co i jak można mówić o marce i jej produktach.

 

1. Sokołów mógł pozwać Piotrka

Każdy człowiek, jak i osoba prawna (jaką jest spółka akcyjna) ma prawo do chronienia swoich dóbr osobistych, a jednym z nich jest dobre imię. W związku z czym, jeśli Sokołów jako przedsiębiorstwo uznał, że Piotrek naruszył ich dobre imię, to jak najbardziej mógł złożyć pozew, aby sąd rozstrzygnął, czy faktycznie tak było.

 

2.  To Piotrek będzie udowadniał

Odpowiedzialność cywilną powoduje dopiero bezprawne naruszenie dóbr osobistych, czyli można bezkarnie naruszać cudze dobra osobiste, jeżeli naruszenie nie jest bezprawne. Gdy naruszymy dobro innej osoby i jej się to nie spodoba na tyle, że złoży pozew, to istnieje domniemanie bezprawności tego naruszenia. Oznacza to, że na starcie przyjmuje się iż każde naruszenie jest bezprawne. Innymi słowy, to nie osoba wnosząca pozew musi udowodnić, że naruszenie jej dóbr osobistych było bezprawne, tylko pozwany musi udowodnić, że jego działanie nie nosiło cech bezprawności.

To domniemanie można obalić wykazując, że dokonane naruszenie nie było bezprawne. Na przykład udowadniając, że zostało dokonane w interesie społecznym. Piotrek więc przyjmując tę linię obrony, musi dowieść, że mówił prawdę o tatarze, po to aby przestrzec ludzi (działał dla wyższego celu).

 

3. Nie test był problemem, a stwierdzenie, że w tatarze jest chemia

To, że Piotrek porównał dwa produkty i poddał jej testowi organoleptycznemu nie było powodem zamieszania. Do tego trudno się doczepić. Jeżeli doszło do naruszenia, to dopiero poprzez stwierdzenia „mięso z Sokołowa zawiera kupę chemii”, „jeśli będziecie jeść taką chemię, to gwarantuję wam, że będziecie świecić w nocy”, „nie wiem co to jest, ale mięsem to na pewno nie jest”.

 

4. Opinię można wyrażać swobodnie. Twierdzenia o faktach powinny być zgodne z prawdą

Opinia o danym produkcie to subiektywne odczucie, do którego każdy ma prawo. Jeśli coś Ci nie smakuje, to śmiało możesz to powiedzieć, jednak skupiając się na osobistych wrażeniach – „nie podoba mi się smak/kolor/zapach”. Odnosząc się jednak do cech fizycznych (właściwości, składu itd.), Twoje wypowiedzi muszą bazować na faktach. Parafrazując, jeśli mówisz, że to mięso jest z psa i wyrasta po nim trzecia ręka, to dobrze, żebyś miał resztki budy w garażu i pod telefonem kogoś z pięcioma kończynami.

 

5. Usunięcie filmu to standardowa procedura

Sokołów wniósł o usunięcie spornego filmu, ponieważ jest to tak zwane zabezpieczeniu powództwa. Zabezpieczenia udziela się wtedy, gdy jego brak uniemożliwiłby lub poważnie utrudnił wykonanie zapadłego w sprawie orzeczenia, lub w inny sposób uniemożliwił lub poważnie utrudnił osiągnięcie celu postępowania w sprawie. Żądający zabezpieczenia musi jedynie uprawdopodobnić swoje roszczenie.

Przekładając na polski, jeżeli filmik byłby wyświetlany przez cały czas trwania procesu, to dobra osobiste nie zostałyby w ogóle ochronione, nawet przy korzystnym dla Sokołowa wyroku. Skutki naruszenia byłyby tak ogromne, że aż nieodwracalne, więc ewentualne przeprosiny, czy też zakaz wyświetlania dopiero od momentu uprawomocnienia się wyroku, nic by nie dał.

To jest oczywiście teoria. W obecnej rzeczywistości, w której niemal każdy ma dostęp do internetu, samo usunięcie filmiku przez Piotrka nic nie dało. Niemal natychmiast pojawiły się kopie na innych kontach i de facto przez sam pozew więcej osób zainteresowało się filmikiem i go obejrzało, niż przed nim.

 

6. Piotrek nie pójdzie siedzieć

To nie jest proces karny, a cywilny, w związku z czym nawet po ogłoszeniu niekorzystnego wyroku dla Piotrka, nie ma możliwości aby poszedł do więzienia. Tak, hasło „siemanko, witam w mojej celi” jest nieadekwatne.

 

7. Nie grzywna, nie kara, nie zadośćuczynienie, nie odszkodowanie

150 000 złotych, których oczekuje Sokołów, to odpowiednia suma pieniężna na wskazany cel społeczny (tak to się dokładnie nazywa). Kara jest w procesie karnym dla przestępców (lub dla tych, którzy popełnili wykroczenie). Grzywna jest jedną z kar. Zadośćuczynienie to pieniądze dla pokrzywdzonego (w tym przypadku Sokołowa) za doznane krzywdy i cierpienia. Odszkodowanie to pieniądze dla poszkodowanego, które mają naprawić szkodę majątkową (gdyby Sokołów wykazał, że przez tę akcję nie sprzedał mięsa za ileś tam set tysięcy złotych). Natomiast kwota, której żąda spółka, to właśnie odpowiednia suma pieniężna na wskazany cel społeczny. Pełni ona funkcję kompensacji pośredniej doznanych krzywd i zawsze idzie na jakiś szczytny cel.

Co ważne, aby żądana kwota została zasądzona, Sokołów musi dodatkowo udowodnić, że działanie Piotrka było zawinione (konkretnie, że chciał naruszyć dobre imię Sokołowa lub przynajmniej, że powinien obiektywnie zdawać sobie sprawę z tego, że może swoim filmikiem doprowadzić do takiego naruszenia).

 

8. Piotrek będzie mógł odwołać się od wyroku

W tej chwili sprawa toczy się przed Sądem Okręgowym w Gliwicach, który jest w tej sprawie sądem I instancji. Od wyroku przysługiwać będzie apelacja, jako zwyczajny środek zaskarżenia, do Sądu Apelacyjnego w Katowicach. Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach zakończy zwyczajną procedurę (ale może też uchylić wyrok sądu I instancji i przekazać sprawę do ponownego rozpoznania). Są też nadzwyczajne środki zaskarżenia, na przykład skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego. Z tym że, tego typu skarga przyjmowana jest do rozpoznania (i ewentualnie uwzględniana) tylko po spełnieniu bardzo rygorystycznych przesłanek.

 

9. To sąd podejmie decyzję, czy 150 000zł jest adekwatną kwotą

To, że Sokołów zażądał 150 000zł, wcale nie oznacza, że w momencie wygrania sprawy, Piotrek będzie musiał tyle zapłacić. Ostateczną decyzję o wysokości kwoty podejmuje sąd. Może nie zasądzać tej kwoty w ogóle, zasądzić jej część albo zasądzić ją w pełnej żądanej wysokości. Podejmując tego typu decyzję bierze pod uwagę takie okoliczności, jak:  rodzaj naruszonego dobra, rozmiar doznanej krzywdy, intensywność naruszenia, stopień negatywnych konsekwencji dla pokrzywdzonego, nieodwracalność skutków naruszenia, stopień winy sprawcy, czy sytuację majątkową i osobistą zobowiązanego.

 

***

 

Jeśli coś jest dla Was jeszcze niejasne, o coś chcielibyście dopytać w związku z tą lub podobną sprawą, to śmiało – komentarze są Wasze. Michał obiecał, że w miarę możliwości będzie na bieżąco odpisywał na pytania, więc jeśli jakaś kwestia wybitnie Was nurtuje, to macie okazję rozwiać swoje wątpliwości.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z marką Heineken

Heineken Dropped Polska

Umberto Eco powiedział, że kto czyta książki żyje podwójnie. Ja mówię, że kto nie podróżuje nie żyje wcale. I nie są to drydymały zmanierowanego bananowca, który dla zabicia nudy lata sobie na Seszele. Nie. Przez bardzo długi czas nie podróżowałem wcale, bo nie miałem jak, za co i kiedy, ale gdy w końcu zacząłem, to poczułem, że żyję. Żyję przez duże „ż”, długie „y” i głośne „ę”. Ta żądza przygód, niepokój przy starcie samolotu, ekscytacja z wyprawy w nieznane. Dopóki tego nie spróbowałem, nie wiedziałem jakie to przyjemne.

Moim wielkim marzeniem jest lot do Stanów. Śni mi się po nocach, że szwendam się po kultowych nowojorskich miejscówkach, przybijam piątkę z tuzami internetu w Dolinie Krzemowej i konkretnie wygrzewam tyłek w Miami Beach. Póki co miałem okazję zjechać, zlecieć, przepłynąć i zwiedzić tylko niewielką część Europy, ale mimo to uważam, że podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz ludzi

Czy to lecąc samolotem, czy jadąc pociągiem, czy łapiąc stopa, już w samej podróży poznajesz nowe osoby. Niby nic, tylko jakaś miałka, przelotna znajomość w zatłoczony PKP, ale tylko od Ciebie zależy czy nie wyciągniesz z niej czegoś więcej.

Gdy wybieraliśmy się z Maćkiem do Czech na Hip-Hop Kemp, nie mieliśmy zaklepanego transportu i szukaliśmy jakiejś podwózki po sieci. Znaleźliśmy ogłoszenie gościa, który miał wolne 2 miejsca w aucie i powiedział, że możemy jechać jak dorzucimy się do benzyny. Miał nas tylko podwieźć i tyle. W trakcie podróży tak się zżyliśmy, że potem przez cały festiwal bawiliśmy się razem, do tej pory utrzymujemy kontakt i śmiało mogę nazwać Mariusza swoim dobrym kumplem.

Lecąc z Bartkiem do Paryża mieliśmy nocować u kilku osób z CouchSurfingu. Ania nie dość, że opowiedziała nam o mieście wszystko co powinniśmy wiedzieć jako świeżaki, to jeszcze oprowadziła nas po miejscach, których nie znajdziesz w przewodniku dla turystów. Jeremie przyjął nas lepiej, niż gości na śniadaniu wielkanocnym, częstując najlepszymi regionalnymi specjałami, przy akompaniamencie harmonijki ustnej.

Nie dość, że nie muszę się już martwić o nocleg przy kolejnych wizytach w stolicy Francji, to zyskałem nietuzinkowych znajomych z odrębnej kultury. Innymi słowy, podróże są zajebiste, bo…

 

Poznajesz inny świat

Nie wydostając się poza Polskę B miałem przekonanie, że wszędzie jest tak samo szaro, źle i każdy skrawek zielni został zalany przez beton. Lub reklamami hipermarketów. Filmy niby pokazywały, że jest coś poza ulicami owrzodzonymi blokami i powodzią życiowej bylejakości, ale to filmy. Tak samo jak egzotyczne krajobrazy tętniące życiem, widziałem na nich kosmitów, latające samochody i nie pijących robotników., więc trudno traktować je serio.

Dopiero, gdy zobaczyłem uporządkowany Berlin, leniwą Barcelonę, czy wcześniej wspomniany, zielony Paryż, zobaczyłem, że świat nie ogranicza się do mojego podwórka. Że poza moim osiedlem jest coś więcej. Dużo więcej. Że gdzie indziej może być inaczej, lepiej, ciekawiej. To niby oczywista oczywistość, ale proza codzienności depcze wyobraźnię i skutecznie wybija z głowy myśli o tym, że gdzieś indziej też jest życie. I że możesz się tam znaleźć na dłużej, niż chwilę.

A poza odkrywaniem cywilizowanej części świata jest też ta dzika. Gdzie nie ma butiku ze świeżymi t-shirtami na każdym rogu, prywatnego gabinetu lekarskiego co dzielnicę i jedzenia na telefon. Mówię o tak niemiejskich zakątkach naszego globu jak Kenia, Tanzania, czy Borneo. Podróże do takich miejsc są zajebiste, bo…

 

Odkrywasz siebie

Nie mając pod ręką całej obecnej technologii, dostępu do wszystkich wielkomiejskich udogodnień, ani nawet telefonu do przyjaciela, jesteś zdany tylko na siebie. Poznajesz swoje mocne i słabe strony lepiej, niż na jakimkolwiek teście behawioralnym w korpo. Dowiadujesz się jak silny jest Twój instynkt samozachowawczy i sprawdzasz swoje umiejętności adaptacji. Powrót do korzeni – Ty kontra natura. Stuprocentowa przygoda.

Na tym właśnie bazuje najnowsza kampania Heinekena. Jeden z przedstawicieli naszego gatunku zostanie oderwany od komputera, codziennych obowiązków, i wyrzucony w środku afrykańskiej dżungli. Albo wśród dziewiczych pól ryżu w Azji. Albo na Alasce. Albo na ukraińskich bezdrożach. Gdzie dokładnie wyląduje, dowiemy się już 2 września, a to jak radzi sobie w starciu z matką ziemią będziemy mogli sledzić na specjalnym kanale YouTube Heinekena. Ale o szczegółach (w tym wybitnie dotyczących Was) będzie później.

Wracając do tematu, to tylko 3 najbardziej oczywiste argumenty przemawiające za tym, że podróże są zajebiste. Z pewnością jest…

 

Coś jeszcze

Halo podróżnicy! Dajcie poznać Waszą motywację. Czemu lepiej wybrać się na dziką wyprawę, niż siedzieć w ciepłym domu?

---> SKOMENTUJ