Close
Close

Skąd mam okazję obserwować irytujące zachowania kobiet? Ostatnio mam więcej koleżanek, niż kolegów. W zasadzie, to od dłuższego czasu. Nie wiem na czym to polega, ale na blogu też 74% czytelników jest płci żeńskiej. Nigdy nie zakładałem, że tak będzie, wręcz przeciwnie. Byłem przekonany, że bloguję do podobnych sobie. Facetów. Cóż, najwyraźniej mam jakiś kobiecy styl pisania. Albo wszystkie dziewczyny są przekonane, że za chwilę będę recenzował ekologiczne błyszczyki. Tak czy inaczej, najwyraźniej o czymś nie wiem.

Wracając do tematu – jestem stosunkowo miłym i umiarkowanie kulturalnym człowiekiem. Staram się myć zęby i uśmiechać, jeśli to możliwe. Równie często wkładam czyste skarpety. Nie mam problemu z dogadywaniem się z dziewczynami, kobietami, ani nawet z filolożkami.  Dopóki im jakoś szczególnie nie zależy, żeby się nie dogadać. I nie zaczynają przejawiać jednego z 12 zachowań, które wyprowadzają mnie z równowagi.

Na przykład…

 

#1 – Ja do niej dzwonię, ona odpisuje mi na Facebooku

– Wiesz, że dzwoniłem wczoraj do ciebie?

– No wiem. Nie słyszałam.

– To było ważne. Czemu później nie oddzwoniłaś?

– No przecież odpisałam ci na Fejsie „o co chodzi”?

– Aha.

 

#2 – Zwraca się do koleżanek męskimi odmianami imion

Kasiek, Anek, Gosiek, Asiek, Klaudek. Szkoda, że nie Zygmunt. Jakby Twoja koleżanka chciała mieć męskie imię, to by zapuściła wąsy. Fuj.

 

#3 – Teatralizacja zachowań

Jak się wzrusza, to trzepocze dłońmi, żeby pokazać, że łzy jej lecą. Jak leci refren jej ulubionej piosenki, to trzepocze rękami, żeby pokazać, że dobrze się bawi. Jak się dziwi, to trzepoce rzęsami, żeby pokazać, że zaraz jej się zwoje mózgowe popalą. We wszystkich trzech przypadkach wygląda jak upośledzona.

 

#4 – Torturuje mnie swoimi niedoskonałościami

– Nigdy sobie nie znajdę faceta.

– Już wiem, że pożałuje tego pytania, ale zrobię to – czemu?

– Mam takie wklęsłe policzki…

– Masz normalne policzki.

– Mam tak strasznie wklęsłe policzki…

– Masz normalne policzki. Kaśka ma takie same. Ewa zresztą też.

– Mam takie wklęsłe policzki, nawet Anja Rubik nie ma takich…

– Jesteś 15 kilo od niej cięższa, więc raczej nie możesz mieć tak wklęsłych jak ona, poza tym…

– O, widzisz, przyznałeś, że mam wklęsłe!

 

#5 – Zmiękcza słowa

Na wszelkie „cio tam?”, „pifko” „nio” i „krakufff” reaguję jak anorektyczka na chleb ze smalcem.

 

#6 – Zmienną jest

– Idziemy do Smakołyków?

– Nie, chyba nie jestem głodna.

– Przecież chciałaś umówić się na obiad?

– Bo myślałam, że zgłodnieję do tego czasu. Chociaż kawałek pizzy bym zjadła…

– Ale tu nigdzie nie sprzedają na kawałki.

– Ale weźmiemy na pół.

– Jak weźmiemy na pół, to ja zjem pół, a nie trzy czwarte. No dobra. Chodź do Dominium.

– Nieee, do Dominium, to nie. To chodź na zapiekanki. Wezmę sobie ze szpinakiem!

– Przecież ty nie lubisz zapiekanek?

– Ale tak strasznie zgłodniałam, że już nawet to bym zjadła…

 

#7 – Nie jest w stanie pójść do kibla bez koleżanki

Boję się ludzi, którzy potrzebują asysty przy oddawaniu moczu.

 

#8 – Jest przekonana, że wszyscy na nią patrzą

– Musimy stąd iść.

– Czemu?

– Mam plamę.

– Gdzie?

– Na spódnicy.

– Gdzie?

– Na falbance.

– Gdzie?

– Na prawym udzie.

– Kaśka, tu jest z 250 osób, jest półmrok i przede wszystkim, wszyscy przyszli na koncert. Ludzie mają w dupie twoją niewidoczną plamę na spódnicy, na falbance, na prawym udzie.

– Nie, musimy stąd iść! Nie mogę się tak pokazać!

 

#9 – Nie dochodzi

Jak się spotykacie, nigdy nie możecie umówić się na miejscu. Czyli w jakiejś kawiarni, pubie, barze, czy nie daj boże, klubie. Bo ona nie wie jak tam dojść. Bo nigdy tam nie była. A skoro nie była, to nie ma możliwości żeby tam dotarła. Sama. Mimo, że ma Google Maps w telefonie i to miejsce jest ulicę od Bagateli.

 

#10 – Musi pić przez słomkę

Jak rozwodnione piwo z przeterminowanym syropem przelatuje przez plastik, to lepiej smakuje, czy coś?

 

#11 – Nic jej się nie stało

– Jesteś zła o coś?

– Nie.

– To czemu się nie odzywasz?

– Odzywam się.

– No o co się obraziłaś?

– O nic.

– Możesz mi po prostu powiedzieć co się stało?

– Nic się nie stało!

 

#12 – Nie wie ile zajmują jej codzienne czynności

Spóźniła się. Miała być punktualnie, wszystko miała gotowe, już miała biec na autobus, tylko jeszcze musiała umyć głowę. Myślała, że zdąży, bo co to za wielka rzecz? Ale nie zdążyła. Okazało się, że moczenie włosów, nakładanie szamponu, wcieranie, spłukiwanie i suszenie zajęło jej 20 minut. Nie spodziewała się, że aż tyle. W końcu powtarza ten rytuał tylko raz dziennie od kilkunastu lat, więc skąd miała wiedzieć, że potrzeba na to aż tyle czasu?

 

***

 

Dobra wiecie już jakie są irytujące zachowania kobiet, które potrafią doprowadzić mężczyznę do białej gorączki. Mam tylko nadzieję, że po tym poście nie stracę 74% czytelników.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

wybitny twórca musi byc nieszczęśliwy

Słucham nowej płyty Jamala i przy każdym utworze, oprócz „Defto”, mam w głowie tę samą myśl – któś tego gościa musiał mocno zranić. Z tych kawałków gorycz wylewa się strumieniami jak z pękniętej tamy. Czuć, że serce mu krwawi, jakby ktoś właśnie dźgał je nożem. Gdyby ból po zniszczonym związku miał melodię, to prawdopodobnie brzmiałby jak ten album. Wibroakustyczna mieszanka złości i kaca po przedawkowaniu euforii.

To samo wrażenie mam słuchając płyt Hey. Jest tam ten sam, a nawet mocniejszy, rodzaj bólu. Bólu i strachu, że może go być więcej, że może się powtórzyć. Na albumach Myslovitz, również nie ma specjalnie dużo pozytywnych emocji.  Też  jest pochmurnie i wilgotno, a wielokrotnie mrocznie i lodowato. Podobnie na krążkach Pezeta. Raczej ból istnienia, niż nieznośna lekkość bytu, a „Muzyka emocjonalna” to perfekcyjna ścieżka dźwiękowa, do skoku na bungee bez liny. Zresztą, nie wiem, czy w tej kategorii nie przebił nawet Comy.

Co ich łączy poza nadwrażliwością i opanowaniem na mistrzowskim poziomie sztuki opisywania wewnętrznych przeżyć?

To, że każdy z nich wydał płytę, która jest klasykiem. Ponadczasowym klasykiem. „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” nie zestarzała się ani trochę od dnia premiery. „Muzyka Poważna”, wciąż brzmi świeżo i nieszablonowo (zresztą Pezet nigdy nie wydał słabego solowego albumu). I wiem, że z „Miłością” Jamala będzie tak samo. Ludzie będą do niej wracać po latach, jak do „Korova Milky Bar” czy „Pierwszego wyjścia z mroku”.

Dlaczego?

Tak duża doza otwartości, niespotykana na co dzień szczerość ze strony twórców, przyciąga ludzi. Tematy nieszczęśliwej miłości, czy innych rozterek emocjonalnych, nie są wyjątkowo odkrywcze. Jednak wyciągnięte spod zasłony własnego wstydu, magnetyzują słuchaczy. Ludzie potrzebują znajdywać podobnych sobie. Każdy kiedyś został, zdradzony, porzucony, oszukany lub zraniony w inny sposób przez drugiego człowieka, jednak mało kto chce publicznie o tym mówić.

To właśnie emocjonalny ekshibicjonizm jest atrakcyjny dla odbiorców.

Uzewnętrznianie się na różowo też jest w cenie, tyle, że opowiadanie o jasnych stronach życia raczej nikomu nie sprawia trudności. Za to wystawianie na widok publiczny jątrzącej się rany, wymaga już dużej odwagi. Odwagi, która nadaje utworom wartość. Odwagi, którą doceniają słuchacze. Odwagi, która odróżnia przeciętne grafomaństwo od wybitnych utworów, pociągających za sobą setki, tysiące, a nawet miliony.

Czy Marek Koterski stworzyłby takie dzieła jak „Ajlawju”, „Dzień świra”, czy „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, gdyby żyło mu się lekko i przyjemnie?

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem telewizyjnym Ale Kino+

House of Cards - AleKino+

Ten zawód niejako domyślnie jest zarezerwowany dla żonatych. Z jednej strony z przyczyn wizerunkowych – dobrze by osoba decydująca o losach milionów rodzin sama miała rodzinę. Z drugiej, ze względu na obciążenie psychiczne – politycy dzień i noc są pod okiem opinii publicznej. Niby muzycy, czy choćby gwiazdy telenowel też, ale w odróżnieniu od nich, nie mogą powiedzieć, że to oddawanie moczu pod brzózką w parku, to taki niewinny żarcik. Takie nieustanne bycie na świeczniku trudno przetrwać pojedynkę (a pary mają łatwiej).

W zeszłym tygodniu byłem z Justyną na najnowszym filmie Wajdy i tak mnie tknęło, że…

 

Wałęsa nie obaliłby komuny bez Danuśki

Gość stanął na czele narodu bardziej z przypadku, niż przez świadomą decyzję i miał więcej dobrych intencji, niż rozumu. Nie ma to jednak zupełnie wpływu na fakt, że dokonał rzeczy wielkich. Gdyby nie on, internet oglądalibyśmy na filmach science-fiction i wystawali dniami w kolejkach po papier toaletowy w innym kolorze, niż szary. Nie mówiąc już o zapachowym. Ten człowiek wygrał z rakiem – rozsadził system od środka. Takie rzeczy się nie zdarzają.

Czy byłby w stanie to zrobić bez swojej zony? Wątpię.

Na filmie nie jest to pokazane wprost, ale ta kobieta dawała mu gigantyczne wsparcie. Była damą, kucharką i kochanką 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku. Zwłaszcza tą ostatnią. Urodziła i wychowała mu ośmioro dzieci. OŚMIORO. Gotowała, robiła kanapki i kelnerzyła jemu i wszystkim gościom politycznym, którzy permanentnie przewijali się przez ich dom. Utrzymywała wszystko w ryzach, gdy on bujał się po manifestacjach i aresztach, a gdy trzeba było, poleciała za niego dobierać nobla.

Nieprzeciętnie zaradna, odporna i wyrozumiała. I przede wszystkim niepodważająca, że to co robi Lechu ma sens. Podobnie jak…

 

Żona Franka Underwooda

Serialowa Claire z „House of cards”, też jest zaprogramowana na wspieranie działań męża.

Nie jest typową kurą domową – nie niańczy dzieci, nie prasuje, nie sprząta, nie gotuje. Prowadzi własną fundację, w której działa prospołecznie. Jest ambitna, przedsiębiorcza i finansowo niezależna. Cieszy się społecznym poważaniem, spotykając się z równie wpływowymi personami co Frank. Mimo to, najważniejsza jest kariera jej męża.

Niejednokrotnie rezygnuje z dobra własnych interesów na rzecz powodzenia spraw Francisa. Nie robi mu wyrzutów z tego powodu. Służy radą, dobrym słowem i milczącym przyzwoleniem na wykonywanie ruchów, które będą ją boleć. Byleby jej mąż mógł osiągnąć swój cel. Jest w stanie nawet schować do kieszeni własną dumę, zapakowaną w poczucie godności, pozwalając się zdradzać z początkującą dziennikarką. Bo wie ile wymiernych korzyści ten układ przyniesie jej małżonkowi.

Nie powiem Wam, jak ta mieszanka zaangażowania z poświęceniem się kończy, bo zepsułbym Wam zabawę z oglądania serialu. Ale pewne jest, że Frank bez związku z Claire, nie zostałbym tak wpływowym politykiem jakim jest. Jeśli znacie jakieś inne przykłady wielkich dyplomatów, którzy nie doszliby do miejsca, w którym są bez wsparcia kobiet, to dobrze, bo…

 

Jest konkurs!

House of Cards - AleKino+ NC+

Polski dystrybutor serialu – kanał AleKino+ dostępny na platformie NC+, na którym co sobotę możecie oglądać „House of cards” – ma dla Was upominki. Do rozdania jest:

– wieczne pióro, którym Kevin Spacey podpisuje się w serialu (nie tylko do wypisywania czeków)

– talia kart z postaciami z serialu (nie tylko do gry w politycznego pokera)

– plakat (nie tylko do wzdychania do głównego bohatera)

Co do zadania, to sprawa jest prosta – napiszcie w komentarzach jakiego znacie polityka zawdzięczającego w dużej mierze sukces, swojej drugiej połówce. Mogą to być zarówno postacie żyjące, historyczne, jak i fikcyjne (filmy, książki i komiksy również wchodzą w grę).

Autor pierwszej najciekawszej odpowiedzi, według mojego widzimisię, dostaje pióro, drugiej talię kart, trzeciej plakat. Czas na podawanie swoich propozycji dyplomatów wspieranych przez kobiety, macie do piątku 25-go października, do godziny 12:00. Szczerze jestem ciekaw jakie persony pojawią się w komentarzach.

Sprawdźmy!

 

+++ EDYCJA 25.10.2013 +++

Dzięki za sporo historii w komentarzach i trochę humoru. I pośmiałem się i dowiedziałem kilku rzeczy.

I miejsce, czyli pióro wieczne – Alicja Gawinecka za Mieszka i Dobrawę

II miejsce, czyli talia kart – Aleksandra Muszyńska za Billa Clintona i Hillary Clinton

III miejsce, czyli plakat – Andrzej Słowik za Krzysztofa Bęgowskiego i Annę Grodzką

Dostaliście właśnie maile z prośbą o adres do wysyłki.

 

Dzięki za wszystkim za udział!