Close
Close

Telewizja to wciąż największe i najsilniejsze medium. Dociera do każdego domu, i co ważniejsze, jest odbierane w każdym domu. Są stacje mniej i bardziej popularne, a TVN jest na szczycie tej telewizyjnej piramidy (jeśli oczywiście nie bierzemy pod uwagę fanatycznych zwolenników PiSu). Pojawienie się w takim środku masowego przekazu, to zarówno wielka szansa, jak i pole minowe.

Jessica Mercedes Kirschner we wczorajszym odcinku „Kuby Wojewódzkiego” poinstruowała nas jak nie dać się wysadzić.

 

Po pierwsze: zastanów się po co tam idziesz

Nie chwytaj się zaproszenia do talk-showu jak tonący pozłacanej brzytwy.

Przed podjęciem decyzji o udziale w nośnym programie rozrywkowym, warto zadać sobie pytanie „po co?”. Po co chcesz się tam pojawić? Co da Ci udział w nim? Co chciałbyś powiedzieć i dlaczego? Czym chcesz się podzielić z milionami Polaków? Opowiedzenie samemu sobie na te zajebiście, ale to zajebiście ważne pytania, decyduje o sukcesie udziału w owym przedsięwzięciu.

Jessica ewidentnie udzieliła sobie takich odpowiedzi.

Od samego wejścia widać było, że wie po co tam jest. Że nie trafiła przed kamery przypadkiem. Że wie o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Śmiało chwaliła się prowadzeniem bloga, pisaniem o modzie, relacjonowanie pokazów i opiniowaniem trendów. Mówiła o współpracy z markami, o motywacji do blogowania i planach na najbliższą przyszłość. Cel występu osiągnięty w stu procentach.

 

Po drugie: przygotuj się

Fajnie, że wiesz żeby w wypowiedziach skupić się na swoim internetowym pamiętniczku, ale prawie na pewno nie będziesz miał na to okazji.

Czy to w tym programie, czy w innym bardziej show, niż talk, prowadzący nie jest Twoim przyjacielem. Ma robić widowisko, a recytowanie formułek z pamięci nie jest widowiskowe. Dlatego będzie Ci przerywał, zmieniał temat i zadawał niewygodne pytania, licząc, że strzelisz jakąś gafę, która później wyląduje na Kwejku. Żeby ustrzec się przed zostaniem mem, warto przygotować sobie odpowiedzi na najbardziej oczywiste trudne pytania.

Mercedes odrobiła pracę domową na szóstkę z plusem.

Mimo, że Wojewódzki zaczął od ataku przytaczając niewygodne wypowiedzi na jej temat, Jessica z miejsca odbiła piłeczkę. Nie pozwoliła się ośmieszyć. Zapytana o zarabianie na reklamach nie plątała się w zeznaniach. Nie intonowała „yyyyy”, ani „eeeee” we wszystkich możliwych harmoniach, wodząc wzrokiem po podłodze. Przy zarzutach o błahość mody, też długo się nie zastanawiała. Wiedziała, że takie pytania się pojawią i wiedziała jak na nie zareagować.

 

Po trzecie: nie pozwól by Ci przerywano…

Nawet przy odpowiedniej zaprawie psychicznej, po wpływem stresu, emocji, kamer, świateł i świadomości, że to nagranie zobaczą wszyscy Twoi znajomi, łatwo ulec tremie. Zaciąć się, zacząć jąkać i pozwalać by Ci przerywano. W pół zdania, w pół słowa, czasem zanim zdążysz wziąć oddech. Nic odkrywczego tu nie napiszę, bo sam raczej spinam się takimi wystąpieniami, a dystansu do nich nabiera się z czasem.

W takich momentach najsensowniej nie zapomnieć o oddychaniu. I o tym co chciało się powiedzieć.

20-letnia blogerka modowa, mimo młodego wieku opanowała to na poziomie, na którym nie jest połowa osób publicznych. Nie pozwalała zdominować się w rozmowie, ani zepchnąć jej na rynsztokowe tematy. Każdą wypowiedź doprowadzała do końca, mimo licznych prób wejścia w słowo. Jeśli chciała coś powiedzieć, to to robiła. I, za co jeszcze większe brawa ode mnie, nie przeginała w drugą stronę.

 

…ale nie kozacz!

Nie dała się ponieść ani sprowokować. W żadnym momencie nie była agresywna, ani obsceniczna. Trzymała nerwy na wodzy. Będąc w tak stresowej sytuacji, nawet gwiazdom z wieloletnim stażem nie udaje się zachować spokoju. Dają się podpuścić, puszczają im hamulce i pokazują mroczne oblicze. Najlepszym tego przykładem jest Doda, która rozjuszona którymś z docinków oblała gospodarza wodą. Jessica przez cały wywiad nawet nie uniosła głosu.

Warto obejrzeć ten występ więcej, niż raz. To naprawdę dobry instruktaż.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

wpis powstał przy współpracy z kanałem FOX Life

projektanci na start -  fox life 5

Powiedzenie o szacie, to jedno z najczęściej utrwalanych w naszej kulturze, które ma sugerować, że nie powinno wartościować się ludzi po wyglądzie. Myśl jest jak najbardziej słuszna, tyle, że interpretacja nie do końca.  Bo widząc kogoś po raz pierwszy, nie jesteś w stanie wejść w jego duszę i dowiedzieć się, czy pomaga fokom na Alasce, czy topi małe kotki w Wiśle. Nie jesteś w stanie wejść w jego umysł i przekonać się, że jest hiper inteligentną jednostką, z którą przegadasz pół imprezy. Nie.

Widząc kogoś po raz pierwszy, w ciągu kilku sekund, analizujesz czy ciuchy, które ma na sobie wyglądają schludnie/sympatycznie/ciekawie/jak z kosza PCK na Ukrainie i…

 

Oceniasz

Oczywiście tylko i wyłącznie na podstawie ubioru, nie można stwierdzić, czy ktoś jest dobrym, czy złym człowiekiem. Czy powinien być kanonizowany,  czy raczej skazany na banicję. Na taki werdykt wpływa to, co robi, a nie jak wygląda. Jednak widząc co ma na sobie, jesteś już w stanie stwierdzić, czy chce Ci się do niego podchodzić i zaczynać rozmowę, czy nie. Po butach, spodniach i bluzie/swetrze/koszuli, momentalnie klasyfikujesz go jako nudziarza, ciekawego gościa, bądź totalnego odpałowca.

I nie ma w tym nic złego, bo…

 

Ubrania dużo mówią o ludziach

Nie o tym, czy są dobrzy, czy źli. O tym jacy są. To, że jedna osoba nosi jaskrawe marynarki i pół buty, a druga rozciągnięte swetry i trampki, nie jestem przypadkiem. W obu wypadkach to sporo przekazuje na temat ich charakteru i usposobienia. Mówi o tym, w większej lub mniejszej mierze, jakie mają nawyki, priorytety i czym się kierują w życiu.

I również o tym, jak podchodzą do własnego wizerunku. Nawet jeśli uważają, że ich to nie dotyczy (bo brak odpowiedzi, to również odpowiedź). A mam wrażenie, że niektórzy przyjmują sobie za punkt honoru udowodnienie, że nie znają się na modzie, nie chcą znać i nigdy nie będą. Jakby ich misją było pokazanie całemu światu, że nie potrafią dobrać butów do spodni.

Nie mówię, żeby z „nie szata zdobi człowieka” od razu przerzucać się na „jak cię widzą, tak cię piszą” i wyglądać jak Chajzer na ostatniej relacji z Fashion Weeku. Raczej, żeby znaleźć złoty środek i od czasu do czasu, patrząc w lustro, zastanowić się, czy to, co mam na sobie dobrze wygląda i do mnie pasuje. Żeby wprowadzić lekki powiew świeżości i czymś się zainspirować. Choćby blogami modowymi, czy nowy programem…

 

„Projektanci na start”

projektanci na start -  fox life

To pierwszy w Polsce casting-show poświęcony projektowaniu mody. Młodzi, głodni sukcesu i możliwe, że zdolni, będą chcieli przebić się przez sito jury i pokazać reszcie kraju, jak oni widzą kwestię tworzenia ciuchów. Oprócz cięcia, szycia i ubierania manekinów, aspirujący do miana projektantów będą musieli wykazać się również umiejętnościami zarządczo-organizatorskimi. Zostaną przeegzaminowani pod kątem pracy zespołowej, realizacji sesji zdjęciowej i organizowania pokazu, bo w każdym biznesie, oprócz talentu, trzeba mieć również smykałkę do zarządzania.

Miałem okazję być na planie zdjęciowym „Projektanci na start” i zobaczyć jak wygląda ta zabawa od środka. Formuła programu jest typowo castingowa – co odcinek ktoś odpada, po to by dwójka najlepszych mogła się zmierzyć w finale. Jury (w składzie Mona Kinal, Aneta Kręglicka, Marek Straszewski) raczej skupia się na merytorycznej ocenie, niż licytowaniu się, kto da bardziej uszczypliwy komentarz, jak ma to miejsce w „X-Factorze”. Sami uczestnicy natomiast, faktycznie przyszli po to, żeby podzielić się swoją zajawką ze światem i zrealizować marzenia, a nie tylko pokazać w telewizji.

Program startuje w tę środę, na kanale FOX Life (dostępnym na platformach cyfrowych) o 22:00. Nie będzie to produkcja stricte dla maniaków modowych, tylko również dla śmiertelników, jakim sam jestem. W związku z tym, to dobra okazja, żeby podpatrzeć jak tworzy się ciuchy, które potem mają wpływ na wygląd naszych ulic, ale przede wszystkim zobaczyć coś nowego i zainspirować się.

Bo szata nie stanowi o wartości człowieka, ale zdecydowanie go zdobi.

---> SKOMENTUJ

Rzadko piję mocny alkohol. Jeszcze rzadziej mu się przyglądam. Zazwyczaj tylko wtedy, gdy rozleję, a gospodarz wybitnie upiera się, że „trzeba posprzątać” (tak jakby od kilku kropel wiśniówki nagle robiło się brudno). Ale ostatnio coś mnie podkusiło i spojrzałem na etykietę Lubelskiej.

Patrzę i oczom nie wierzę.

kto kradnie wódkę - kto kradnie procenty w alkoholu 2

Zdawałem, sobie sprawę, że smakowe są ciut słabsze, niż standardowa, czysta wóda. Ale ciut to zawsze oznaczało 2%. A tu nagle z dnia na dzień widzę, że wiśniówka nie ma już 38% czystego alkoholu, tylko 32%. Tak ni tego, ni z owego. Bez ostrzeżeń. Co się stało tymi zaginionymi sześcioma procenciszami? Przechlali w rozlewni?

No nic. Patrzę dalej i dostaję oczopląsu.

kto kradnie wódkę - kto kradnie procenty w alkoholu 3

Sorry, ale Żołądkowa Gorzka, to wódka! WÓDKA! WÓD-KA! W-Ó-D-K-A, cytująca z Wieśka z Facebuka, co ma zresztą napisane na etykiecie. Jak wódka, nawet rdzawa, ale wciąż wódka, może mieć mniej, niż 40%? No jak? Jak? JAK? J-A-K?

Żałuję, że wyrzuciłem paragon, bo bym poszedł i oddał.

---> SKOMENTUJ