Close
Close

Żądam usunięcia brzydkich ludzi z ulic!

Skip to entry content

makro cash & carry afera całe prosiaki

Drogi Panie Prezydencie,

Kategorycznie i w trybie natychmiastowym, żądam usunięcia osób niespełniających moich subiektywnych norm estetycznych z miasta Krakowa!

To niedopuszczalne by osoby starsze, będące podręcznikowym przykładem biologicznego przekwitania, mogły swobodnie poruszać się po całym mieście i wystawiać na widok publiczny. Również nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było dopuścić, aby nieidealni mężczyźni i nieidealne kobiety w wieku produkcyjnym, miały możliwość kontaktu z dziećmi i młodzieżą. To jawne barbarzyństwo łamiące wszystkie zasady humanitaryzmu, zapisane w konwencjach genewskich. Nie o taką Polskę walczyłem!

Jak złym i pozbawionym uczuć człowiekiem trzeba być, aby zmuszać mieszkańców Krakowa do patrzenia na tak przykre dla oka obrazy?

Byłem w stanie znieść otyłych, oślinionych zagranicznych turystów w kolejkach do toalety w McDonald’sie. Patrzyłem przez palce na pryszczatych fizoli z przetłuszczonymi włosami i umorusanych meneli z nieświeżym oddechem w tramwajach. Nie podnosiłem alarmu ocierając się o kalekich starców w przejściu przy Galerii Krakowskiej. Ale w poniedziałek moja tolerancja na ludzką brzydotę sięgnęła zenitu. Powiedziałem dość! Dosyć! Koniec tego! Finito! The end!

W poniedziałek idąc z narzeczoną ulicą Grodzką, zaczepiła nas brudna kobieta bez nosa! BEZ NOSA! BEZ NO-SA! N-O-S-A!

Czy Pan zdaje sobie sprawę z tego jak to wyglądało? Jak straszny i odrażający był to widok? Jakie piętno ta maszkara odcisnęła bezpowrotnie na naszej psychice? Moja narzeczona, cała rozogniona w epileptycznym transie, złapała mój płaszcz i schowała się za moimi plecami krzycząc „Wiesiek ratuj, zombie! Zombie chce mnie zjeść! Ratunku ludzie!”. Dopiero po mieszance Valium z Xanaxem i Prozakiem była w stanie się uspokoić i puścić moje wierzchnie odzienie. Ja jednak, jej krzyk przerażenia mam w uszach do tej pory.

To skandal, aby osobnicy odbiegający od przyjetęgo kanonu piękna mogli w biały dzień przebywać w centrum miasta. SKANDAL! SKAN-DAL! S-K-A-N-D-A-L! Zdaje Pan sobie sprawę z tego co by było, gdybym był tam, nie daj boże miłosierny, z synem? Czy przyszło panu do głowy, jak silnie takie obrazy mogłyby skrzywić jego postrzeganie świata? Co niewinne, bezbronne dziecko mogłoby sobie, chroń Jezusku od złego, pomyśleć widząc kobietę bez nosa? Jego dzieciństwo ległoby w gruzach, przekreślając szanse na normalne dorosłe życie.

Po powrocie do domu, wraz z narzeczoną, opublikowaliśmy zdjęcia z tego tragicznego zdarzenia na portalu Facebuk, aby nagłośnić sprawę i ostrzec naszych przyjaciół. Obiecuję Panu, Panie Prezydencie, że nie puszczę tej sprawy płazem! W sumie, pod umieszczonymi zdjęciami, mamy 37 kliknięć „lubię to”, 25 komentarzy i 6 udostępnień. Wszyscy nasi znajomi są zbulwersowani tą sytuacją i deklarują poruszenie tematu również na portalach NK, Sympatia i E-puls.

Czy miasto Kraków może sobie pozwolić na taki kryzys? Nie sądzę.

Domagam się bezzwłocznej reakcji! Co z tego, że brzydcy ludzie pieką chleb, który jem i sprzedają papier, którym się podcieram? Co mnie interesuje, że brzydale pracują w fabrykach, kopalniach i hutach? Jakie ma znaczenie fakt, że połowa budowlańców i rzemieślników, to bazyle jakich mało? Dopóki nie muszę ich oglądać, nie przeszkadza mi to.

Dlatego, w imieniu zbulwersowanego ludu żądam usunięcia ich z miasta, abyśmy nie musieli na nich patrzeć!

Z poważaniem,

Wiesiek z Facebuka

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

„House of Cards” – polityka od kuchni

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z kanałem telewizyjnym Ale Kino+

house of cards - opinie recenzja

W zamierzchłych czasach, seriale cieszące się wybitną oglądalnością podczas emisji w telewizji, wydawano na kasetach VHS. Nie na VOD, nie na Blu-Rayu, nie na DVD, nawet nie na CD. Na kasetach VHS (to takie czarne prostokąty, wyglądające jak złożony netbook z hipsterską nalepką). Było to mniej więcej w erze mezozoiku, gdy dostęp do telewizji kablowej miało tylko 6 osób w Warszawie, a telefony komórkowe wielkości przedramienia, były cudem techniki pokazywanym w filmach science-fiction. Jednym z takich seriali było „Z archwium X”, którego uwielbiałem się bać jako dzieciak.

Dziś sam jestem dziadkiem i obserwuję jak diametralnie zmienił się trend.

„House of Cards” jest serialem, który docelowo został stworzony z myślą o internecie i odtwarzaniu w trybie „wideo na żądanie”. I tam też miał swoją premierę – na internetowej platformie Netflix. Dopiero, gdy sprawdził się w sieci, zdobywając prestiżową nagrodę Primetime Emmy, atakuje „tradycyjną telewizję”. Od 19-go października, „Domek z kart” będzie można w pełni legalnie oglądać na kanale Ale Kino+ dostępnym na platformie NC+. Premiera nowych odcinków co sobotę po 22:00.

Podejrzewam, że większość z Was kojarzy ten serial choćby ze słyszenia, bo środowisko, w którym pierwotnie został udostępniony – sieć – ma to do siebie, że wiadomości rozchodzą się w nim błyskawicznie. Ale z pewnością części z Was ten tytuł nic nie mówi lub uznajecie oglądanie tego typu publikacji tylko w telewizji. Co jest w takiego w „House of Cards”, że stacja telewizyjna zdecydowała się wyciągnąć go z internetu?

Po pierwsze…

 

Kevin Spacey

house of cards - opinie recenzja 2

Gra tu wyrachowanego do granic możliwości polityka. Cynicznego oportunistę, który każde „miło cię widzieć” kalkuluje dwa razy. Mimo aparycji ciepłego wujaszka z Mrągowa, z przekonaniem wciela się w stuprocentowego skurwysyna. „Domek z kart” zaczyna się w momencie, gdy kandydat na prezydenta, którego wspierał, wygrywa wybory i mimo wcześniejszej obietnicy nie obsadza go na stanowisku sekretarza stanu.

Nie uznaje porażki.

Tym bardziej z przegraną nie godzi się jego wyzuta z uczuć, emocji i moralności żona (Robin Wright). Spacey przekupuje, komplementuje, podkopuje, łamie i zastrasza każdego, kto jest mu potrzebny do osiągnięcia celu. I robi to w porywający sposób. Każdy ruch, każdy gest, każdy skurcz mimiczny, wydaje się być celowy i zaplanowany. Siła i pewność z jaką gra, magnetyzuje. Gdyby nie fakt, że jego postać kieruje się tylko i wyłącznie osobistymi pobudkami, byłby najskuteczniejszym reprezentantem obywateli w rządzie.

Smaczkiem, który może być interesujący dla osób znających świat mediów tylko od strony czytelnika, jest to…

 

Jak się tworzy niusy w prasie

HOUSE OF CARDS

Frank Underwood (grany przez Spacey’ego) poznaje młodziutką dziennikarkę – Zoe Barnes – z którą nawiązuje współpracę. On dostarcza jej tematy, dzięki którym szara myszka w błyskawicznym tempie zamienia się w rasowego-prasowego sępa, ona oczerniając lub wychwalając wskazane przez niego osoby, toruje mu drogę do stołka. Czysty-brudny układ. Wielokrotnie na podstawie plotek, pomówień, fabrykowanych dowodów, niepewnych informacji i kontrolowanych przecieków tworzy artykuły ukazujące się w jednej z popularniejszych gazet w Stanach.

To jedno z kilku działań, które w mistrzowski sposób obrazuje na czym polega…

 

Sztuka manipulacji

house of cards - opinie recenzja 4

Jeśli wydawało Ci się, że „Gossip Girl” jest biblią intryg, to muszę Cię zmartwić. „Plotkara” to tylko pakiet podstawowych, „House of Cards” to kurs dla zaawansowanych. Tu matactwo przebiega na wielu poziomach równolegle, prowokacje mają poważniejsze skutki, a spiski planuje się długofalowo. Jeśli choć ćwierć faktycznych działań politycznych pokrywa się z tymi ukazanymi w serialu, to chyba wolę śladami Cejrowskiego zamieszkać wśród dzikich plemion.

Frank Underwood, niczym wybitny taktyk, skrupulatnie analizuje, rozpisuje, przymierza się i w końcu realizuje poszczególne ruchy. Ruchy, które w ostatecznym rozrachunku mają przynieść zgubę jego wrogom i upragnioną posadę sekretarza stanu jemu samemu. Jak niedościgniony mistrz zbrodni, prowadzi widza przez kolejne zmowy, szczegółowo objaśniając zawikłania i przygotowując na wpadki, które popełnią jego ofiary. Niektóre sceny, w których Frank tłumaczy intrygi, swoją formą dydaktyczną przypominają nawet lekcje w szkole.

Znacie jakiś inny serial, w którym manipulacje byłyby tak objaśniane?

Niby ostatnio jest ciepło, ale nie ma się co oszukiwać, że idzie zima. A w zasadzie biegnie. W ciągu mrugnięcia okiem, będzie tu sypało jak z paczki z mąką, a jak nasypie, to stopnieje dopiero w kwietniu. Co robić, żeby nie skończyć jak głównych bohater „Sali samobójców” możecie sprawdzić u Moniki z Black Dresses. Ja zajmę się tym jak nie zamarznąć, a konkretnie głową, bo to właśnie przez nią ucieka najwięcej ciepła z naszego organizmu.

Poza tym, chyba doskonale zdajecie sobie sprawę z tego, co jest przyczyną wszystkich chorób w życiu człowiek? Tak, brak czapki. Nawet jeśli cierpisz na wrodzoną łamliwość kości, czy jakąkolwiek inną chorobę genetyczną. Albo po prostu złamałeś nogę. Brak czapki jest odpowiedzią na wszystko. Przynajmniej tak twierdzi moja mama. A mnie się właśnie taka czapka straciła.

Miałem kozacką czapę z Timberlanda, która była ultra-ciepła i zasadniczo pasowała do wszystkiego. Wiem, że takich nie ma, ale ta taka była. I właśnie – była, bo nadgryzł ją dość solidnie ząb czasu i nie nadaje się do niczego innego, niż do chodzenia po piwnicy. Przy zgaszonym świetle. W związku z czym proszę o wsparcie (mentalne, nie materialne).

męska zimowa czapka 2

Przy butach pomogliście mi, aż nadto, więc liczę, że i tym razem będzie nie gorzej. Akcja jest taka, że szukamy zimowej, męskiej czapki, a w zasadzie dwóch. Jednej do płaszcza – smart casualowej i drugiej do kurtki – streetwearowej. Nie wierze, że znajdziemy jedną uniwersalną, stąd taki podział.

Co do wymogów, to są tylko 3. Każda musi być turbo ciepła, nie przekraczać szeroko pojętych granic wiochy i kiczu (wielkie logo na pół dyni odpada) i mieścić się w 150zł. Pozostałe chwyty dozwolone. Mogę być uszatki, mogą być plecionki, mogą być z pomponami.  Jak podrzucicie coś przyzwoitego w komentarzach, to będę zobowiązany i obiecuję przez całe pół roku nie narzekać na zimę.

Umowa stoi?