Close
Close

„Cześć” – takie trudne, polskie słowo

Skip to entry content

Mama tak mnie wychowała, że wszystkim sąsiadom z bloku mówiłem „dzień dobry”. Sąsiadkom zresztą też. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu, widywaliśmy się codziennie i jakby nie patrzeć, koegzystowaliśmy, więc oczywiste było, że pozdrawialiśmy się rano i wieczorem. Raz, że było to miłe i świadczyło o wzajemnym szacunku, a dwa, że budowało poczucie wspólnoty. Bo przecież nie byliśmy anonimowymi przechodniami, tylko faktycznie sąsiadami.

Wydawało mi się, że tak jest wszędzie. Cóż, tylko mi się wydawało.

Pamiętam jak zacząłem mieszkać w akademiku. Na początku wszystkim ludziom spotkanym w windzie mówiłem „cześć”. Patrzeli na mnie podejrzliwie, czasem rozglądali się po tych dwóch metrach kwadratowych, czy to aby na pewno do nich, i mamrotali z oczami wbitymi w podłogę „czś”. Albo stwierdzali, że to tylko omamy słuchowe i nic nie odpowiadali. Po dwóch miesiącach prób znormalizowania tej dziwacznej sytuacji, zrozumiałem komunikat, który chcieli mi przekazać: wal się na ryj! to, że mieszkamy w tym samym budynku i regularnie się widzimy, nic nie znaczy, świrze!

Dobra, ale co z ludźmi z mojego piętra?

Z nimi miałem dużo bliższy kontakt, bo dzieliliśmy wspólną kuchnię. Chcąc nie chcąc, wpadaliśmy na siebie i byliśmy zmuszeni wydusić takie popisy oratorskie jak „zajęte”, „już kończę”, czy „masz zapałki?”. Sporadycznie zdarzały się sytuacje, gdy padały pełne zdania, ale tylko w przypadkach, gdy komuś ginęło jedzenie. Bezpośrednio z palnika, bo przy zaginięciach z lodówki wiadome było, że dojście do sprawcy jest niemożliwe.

[emaillocker]

Tak czy inaczej, gdy mówiłem im „cześć”, oni już nie mieli wyboru. Musieli odpowiedzieć. Wiedzieli, że spotkamy się znów jak nie za 5 minut, jak nie za kwadrans, jak nie wieczorem, to na pewno jutro. W każdym razie dużo szybciej, niż później. Co ciekawe, nauczyłem ich odpowiadać na moje powitanie, ale z niewyobrażalnym trudem przychodziło im powiedzenie „hej”, „joł”, „siema”, „elo”, „witka”, „uszanowanko”, czy już tego wyświechtanego „cześć” jako pierwszym.

Dopóki ja nie wyszedłem z inicjatywą, byłem dla nich niewidzialny. Mogli otrzeć się o mnie mijając na korytarzu i wciąż udawać, że nie istnieję. Dochodziło do arcy-kuriozalnych sytuacji. Na przykład: szliśmy z dwóch przeciwnych końców pustego korytarza, na wprost siebie, w przeraźliwej ciszy, i w momencie, gdy wierzchołki naszych barków tworzyły linię prostą, rzucałem kąśliwie „cze-ś-ć”, w reakcji na co moja przemiła sąsiadka odgrywała scenę totalnego zaskoczenia, równego informacji o tym, że jej chłopak jest w ciąży, i z miną sugerującą, że właśnie dowiedziała się o moim istnieniu szczebiotała „ooo, cześć”.

Zespół Monty Pythona by tego lepiej nie zagrał.

W pracy wielokrotnie miałem, i wciąż mam, podobną sytuację. Ludzie z tego samego działu normalnie się witają/rozmawiają/zagadują/nawiązują kontakt, ale spróbuj pójść już jeden open space dalej. Nagle jesteś przezroczystym zbiorem atomów, niezauważalnym bez specjalistycznej aparatury do badania ciał obcych. Przy czym, jeśli pierwszy rzucisz „hejkę”, Twoja postać w niewyjaśnionych okolicznościach materializuje się i przez kilka sekund znów jesteś widoczny dla otoczenia. Magia. Czarna biała magia.

Dostają szczękościsku, gdy chcą powiedzieć „cześć” jako pierwsi, czy nie pozwala im na to brak jednego chromosomu?

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

104
Dodaj komentarz

avatar
45 Comment threads
59 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
62 Comment authors
MarcinJan z RuchocicJoanna Wu"Dziękuję" - takie bardzo, bardzo trudne słowoDot Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mjks
Gość

W moim rodzinnym miasteczku musiałam dojeżdżać do szkoły PKS-em i zawsze witałam kierowców serdecznym „dzień dobry”, a żegnałam dołączając „dziękuję” (i wcale nie „dziękuję, że się nie rozlecieliśmy tym gratem”). Gdy przeprowadziłam się do dużego miasta nie mogłam się przestawić, że wchodzę do autobusu i do nikogo się nie odzywam, wychodzę i nikogo nie żegnam. Mimo, że siedzę w Łodzi już rok, to nadal łapię się na tym, że wchodząc/wychodząc przednim wejściem odzywam się do kierującego, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę :D Zauważyłam, że w dużych miastach ludzie mają problem by odezwać się do siebie, nawet moi… Czytaj więcej »

Monika
Gość

Hmm…ja mam czasem takie odruchy w pociągach i windach, że mówię ludziom: „dziękuję” zamiast „do widzenia” i też się na mnie dziwnie patrzą :D

Tomasz
Gość
Tomasz

A to akurat bardzo ładny zwyczaj. Też mówię „dziękuję” po wyjściu z windy. To coś jakby „dzięki, za te 3 przejechane w milczeniu piętra”, ale ogólnie świadczy o kulturze. Nie znoszę mruków którzy nawet dzień dobry nie są w stanie wydusić wsiadając do windy pełnej ludzi.

Ullalala
Gość
Ullalala

Ja to jak szybko wychodzę z tramwaju rzucam „dziękuję” na pożegnanie jak z kimś przez chwilę rozmawiałam (chociażby o tym, jak gdzieś dojechać). Ale szczerze to sama myślałam, że to bardziej dziwne niż uprzejmie (coś jak to, że zdarza mi się przeprosić np. sztalugę jak się o nią potknę ;P)

Jacek Adamkiewicz
Gość
Jacek Adamkiewicz

za co Ty im dziękujesz ? że cię nie zabili ? a może dziękujesz windzie ?

Karolina Pomorska
Gość
Karolina Pomorska

Haha! Mieszkam pod Łodzią i w busie zawsze mówi się dzień dobry i do widzenia/dziękuję, więc czasem też robię to w łódzkich autobusach i się na mnie dziwnie patrzą ;>

Jurek
Gość
Jurek

Cóż też mieszkam pod Łodzią i zdarzyło mi się pojechać busem tu i ówdzie i zauważyłem, że ludzie nie raz to robią i bardzo fajnie, niestety w dużych miastach brak, brak, brak.

Jurek
Gość
Jurek

Łódź to jest Łódź i na prawdę tylko tyle tu można powiedzieć o tym mieście. Co prawda nie byłem w wielu innych miastach w Polsce, które są takich rozmiarów (chodzi mi, że np mieszkałem przebywałem dużej niż na wycieczce) więc nie stwierdzę czy może wszędzie tak jest, czy tylko w naszej pięknej Łodzi (dziurawej, która na dno brnie) ale oprócz takich stosunków, a raczej ich braku między ludźmi, to da się dostrzec wręcz złe spojrzenia i niechęć. Każdy załatwia co musi i wraca do swojej nory – zobaczymy co w przyszłości.

Dotee
Gość

Ja mieszkam od urodzenia w Łodzi i żadnej niechęci nie odczuwam ani też brnięcia na dno, ludzie oddają uśmiechy, potrafią być przemili… Każdy dostaje więcej tego, co samemu wysyła. Może chodzi po prostu o to, że w dużych miastach jest większa anonimowość niż w małych miejscowościach?

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Jakbyś pisał o moich sąsiadach. Od 6 lat mieszkam w jednym miejscu, znam z widzenia większość mieszkańców – nawet tych, którzy wynajmują mieszkania w naszej klatce. Pozdrawiam wszystkich, kiedy się widzimy. Odpowiada może połowa.

A ja nawet ostatnio witałam się z dziewczyną, z którą jeżdżę jednym tramwajem! Bo zobaczyłam znajomą twarz na uczelni.

Nie rozumiem tego. Bardziej niż wesel ;-)

Sceptyczna Jadźka
Gość

Też zaobserwowałam coś takiego, ale nawet w przypadku ludzi, których kiedyś znałam. To aż śmieszne, że osoby, z którymi np. jeszcze 10 czy tam 11 lat temu chodziłam do podstawówki, dziś nie potrafią (od)powiedzieć na zwykłe „cześć”. Wiem, że od tego czasu się nie widzieliśmy, wiem, że jesteśmy innymi ludźmi, wiem, że dużo się zmieniło. Rozumiem, że ci ludzie nie chcą ze mną rozmawiać, ale przecież to, że mówię im „cześć” nie znaczy wcale, że ja chcę z nimi konwersować – nie interesuje mnie co u ciebie na uczelni/ w szkole, czy masz dzieci, czy jesteś mężaty czy żonata czy… Czytaj więcej »

Joanna/ LotsOfSources
Gość

Heh, też mnie to zawsze zastanawiało..
Mi się czasem zdarza powiedzieć komuś kilka razy ‚czesc’ lub ‚dzien dobry’, bo nie pamietam, że juz sie widzielismy. ;)

Garnier
Gość

A nie jest przypadkiem tak, że ‚część’ mówi się osobom, którym chce się to powiedzieć? ;)
Druga sprawa to kwestia śmiałości, której brak jest immanentną cechą w naszym społeczeństwie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jeśli nie chcieliby mi mówić „część”, to nie mówiliby mi też, gdy to ja wychodzę pierwszy z powitaniem, tylko to olali ;-) Co do kwestii śmiałości, sorry, ale to jest chamstwo a nie nieśmiałość.

Garnier
Gość

Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala tak robić w momencie, kiedy ktoś wychodzi z inicjatywą. A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień) żeby z taką inicjatywą nie wychodzić. Może nie jest to kulturalne, ale chamskie? W żadnym momencie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala” – nie rozmieszaj mnie. Mówisz tu o jakimś poważny rozdwojeniu jaźni – z jednej strony kultura osobista pozwala im udawać, że kogoś nie widzą, mimo, że fizycznie wpadają na niego, z drugiej strony nie pozwala im nie odpowiedzieć na kontakt?

„A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień)” – zastanawia mnie, że tak usilnie próbujesz to usprawiedliwiać? Czyżbyś sam tak robił? Dobrze wiesz, że nie chodzi to u sporadyczne, a nagminne zachowanie.

Garnier
Gość

Przeczytaj to, co napisałem trochę niżej. I powtórzę to raz jeszcze: chamstwem jest brak odpowiedzi. Chamstwem NIE JEST brak wyjścia z inicjatywą. Poza tym nie wiesz, czy udają, że kogoś nie widzą. Nie znają Cię, nie mają powodu z tobą rozmawiać, to nie mówią dzień dobry, póki sam nie zaczniesz. To, że sam jesteś otwarty wobec ludzi nie znaczy, że tacy są wszyscy. Powiesz dzień dobry sąsiadowi z klatki, ale czy powiesz osobie, o której wiesz, że mieszka 2 bloki dalej, że ma czarnego owczarka, a jego żona spotyka się z 2 razy młodszym facetem? Nie sądzę. Bo tylko się… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Przeczytaj jeszcze raz posta, bo go ewidentnie nie zrozumiałeś.

Garnier
Gość

A mnie się wydaje, że nie potrafisz przyjąć tego, że ktoś ma inny punkt widzenia. To, że napisałeś o czymś nie znaczy, że każdy musi się z tym w 100% zgadzać.
Zresztą nie mam zamiaru się o to jakoś kłócić, gdyż połowicznie w komentarzach podzieliłem twoje zdanie, pokazując także drugą stronę medalu. Ale (parafrazując Ciebie) ‚ewidentnie ich nie zrozumiałeś’ ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Garnierze, czym innym jest odmienny punkt widzenia, a czym innym nierozumienie czytanego tekstu. Nie mam zamiaru się produkować i parafrazować tego, co napisałem powyżej. Albo przeczytaj wpis jeszcze raz i daj sobie siana albo odejdź.

Kamcio
Gość
Kamcio

Ogólnie tak to już na tym blogu, że lepiej zgadzać się z tezą stawianę przez autora. Garnierze, jeśli chcesz aby Twoje komentarze nie zostały usunięte sugeruję nic nie odpowiadać, a ewentualnie przegrać w dyskusji z autorem, który zawsze pisze z pozycji arbitralnej.

Paulina Angelika Kulik
Gość
Paulina Angelika Kulik

Jasne, nie wszyscy robią tak jak autor posta. Ale fajnie by było, gdyby robili, gdyby za jakiś czas utartą normą społeczną było witanie się ze wszystkimi znanymi z widzenia osobami. Co mi przeszkadza co robi żona sąsiada? W witaniu chodzi właśnie o to, żeby witać skojarzone osoby, bez wyróżniania i oceniania ich. Byłeś kiedyś w miejscu, gdzie witają Cię na każdym kroku? Uśmiech z twarzy nie schodzi. A w Warszawie przynajmniej tego uśmiechu u społeczeństwa brakuje. W sumie nic dziwnego skoro podejrzenie zdrady już musi być ukarane, koniecznie trzeba wyrazić zniesmaczenie. Skoro „nie wypada” być szczerym, to zostaje wyfiltrowanie osoby… Czytaj więcej »

olgacecylia
Gość
olgacecylia

To nie jest kwestia śmiałości. Kiedy kogoś znasz, choćby z widzenia, dobre wychowanie nakazuje go pozdrowić. W szkole byłam najbardziej nieśmiałą osobą na świecie, ale kiedy mijałam kogoś z innej klasy, kogo znałam, zawsze mówiłam mu „cześć”. Inna rzecz, że rumieniąc się jak burak, zwłaszcza kiedy to był chłopak, który mi się podobał, ale dopiero byłoby mi głupio, gdybym udała, że go nie widzę.

Garnier
Gość

Dobre wychowanie to nakazuje, oczywiście. Ale nie jest grzechem, osoby widzianej kilkukrotnie, nie pozdrowić zwykłym ‚dzień dobry’. Prosty przykład: jedziesz autobusem i rano widzisz codziennie te same twarze. Mówisz tym osobom dzień dobry? Raczej nie.
Nie demonizujmy. Nie odpowiedzieć na powitanie jest niekulturalne, ale nie trzeba wychodzić zawsze z inicjatywą.

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

problemy można zamknąć w pokoju

Od wczoraj na Wykopie jest treść typu AMA (Ask Me Anything), w której wykopowicze rozmawiają z narkomanem z 10-letnim stażem. Standardowo, w przypadku rozmów z tego typu ludźmi, padają pytania o działanie poszczególnych środków, kolejne etapy nałogu i pobyt w ośrodku odwykowym. Można dowiedzieć się jak wpływa na człowieka dekada brania, jaka jest różnica między opiatami a benzodiazepinami, i które z narkotyków wciąż są legalnie dostępne w Polsce.

Rozmowa jest zasadniczo wyważona. Ani odpowiadający przesadnie nie żali się na niesprawiedliwy los, ani pytający nie pociskają za specjalnie moralizatorskich gadek. Główny celem AMA jest obalenie mitów i legend związanych z ćpaniem, w związku z czym dominuje merytoryka. Mimo to, jedno pytanie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Gość o nicku planet3437 spytał

Dlaczego uzależnienie od narkomanii trzeba leczyć w ośrodkach? Nie mozna zwyczajnie zamknąć delikwenta w pokoju i czekać aż się „odzależni”?

Bo to przecież normalne, że…

 

Nałóg przechodzi sam

Po co są plastry nikotynowe dla chcących przestać palić, skoro palacza wystarczy umieścić w odosobnieniu na dostatecznie długi czas? Po co są spotkania dla anonimowych alkoholików i cały program wychodzenia z uzależnienia? Można zapakować pijaka do auta i wywieźć na miesiąc na jakąś pustelnię. To takie proste i oczywiste. Podobnie z patologicznymi hazardzistami. Jeśli są zdominowani żądzą pieniądza, to pozbawienie ich dostęp do kasyn na 2-3 miesiące powinno załatwić sprawę. I tyle.

Gdyby to tak działało, świat byłby doliną tulipanów, storczyków i chabrów, nad którą codziennie wschodzi tęcza. Żadne DDA nie miałoby złamanego życiorysu, a Marek Kotański mógłby zbierać znaczki, zamiast jeździć po Monarach. Ale nie jest. Bo źródłem nałogu nie jest fizyczny dostęp do określonych stymulantów. W przeciwnym wypadku, wszyscy bylibyśmy uzależnieni od sieciowych RPG i butaprenu. Źródłem nałogu jest…

 

Mechanizm, który uzależniony ma w głowie

Gorzej idzie mu w pracy? Ćpa, żeby polepszyć samopoczucie i łagodniej znosić stres. Traci pracę przez ćpanie? Ćpa, żeby się tym nie dołować. Kłóci się z dziewczyną o to, że stracił pracę bo ćpa? Ćpa. Ćpanie jest dla niego odpowiedzią na każde pytanie, a narkotyk magicznym eliksirem, który rozwiązuje wszystkie problemy. Oczywiście w mniemaniu ćpuna, bo doraźnie polepsza mu samopoczucie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że rzeczywistość jest tak nieprzyjazna, że każde wyjście do spożyczwaka jest wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu jest w stanie podołać ćpając.

I właśnie to przekonanie starają się zmienić terapeuci.

Pozbawienie nałogowca dostępu do używki nie wystarczy. Żeby przestał brać trzeba przestawić jego myślenie. W ośrodkach leczenia uzależnień pokazuje się pacjentom, że są inne drogi radzenia sobie z problemami. Zmienia się ich nastawienie do trudnych sytuacji, relacji międzyludzkich i życia jako takiego. Terapeuci pokazują pacjentom alternatywne ścieżki ich działań i pomagają dojść do racjonalnych wyborów. To z zakorzenionych złych schematów bierze się siła uzależnienia, a nie da się ich złamać inaczej, niż przez leczenie. Długotrwałe leczenie w ośrodku stacjonarnym pod okiem specjalistów.

Tak jak piekło nie zamarznie, gdy zamkniemy oczy, tak problem nie rozwiąże się, gdy przestaniemy o nim mówić, bo…

 

Problemy psychiczne nie znikają same

Nieważne, czy to narkomania, alkoholizm, czy uzależnienie od internetu. Nie ma znaczenia, czy masz bulimię, anoreksję, czy po prostu zaburzoną samoocenę. Bez różnicy, czy dotknęły Cię lęki napadowe, osobowość graniczna, czy nie umiesz pohamować gniewu. To samo nie przejdzie. Ci bezdomni na ulicach nie wzięli się z równoległej czasoprzestrzeni. Z tym trzeba coś zrobić. I mówiąc „coś”, mam na myśli leczenie. Inne, niż „zamknięcie w pokoju”.

Pustelnia jest dobra dla roślin, a nikt kto to czyta nie może być rośliną.

Instagramowe miksy na blogach dziewczyn już się przejadły. Czas na rewolucję w blogosferze. Jesteście świadkami narodzin nowego trendu – YouTube Mixów!

Albo i nie, ale było już za ciemno, żeby kręcić vloga na plantach.