Close
Close

„Cześć” – takie trudne, polskie słowo

Skip to entry content

Mama tak mnie wychowała, że wszystkim sąsiadom z bloku mówiłem „dzień dobry”. Sąsiadkom zresztą też. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu, widywaliśmy się codziennie i jakby nie patrzeć, koegzystowaliśmy, więc oczywiste było, że pozdrawialiśmy się rano i wieczorem. Raz, że było to miłe i świadczyło o wzajemnym szacunku, a dwa, że budowało poczucie wspólnoty. Bo przecież nie byliśmy anonimowymi przechodniami, tylko faktycznie sąsiadami.

Wydawało mi się, że tak jest wszędzie. Cóż, tylko mi się wydawało.

Pamiętam jak zacząłem mieszkać w akademiku. Na początku wszystkim ludziom spotkanym w windzie mówiłem „cześć”. Patrzeli na mnie podejrzliwie, czasem rozglądali się po tych dwóch metrach kwadratowych, czy to aby na pewno do nich, i mamrotali z oczami wbitymi w podłogę „czś”. Albo stwierdzali, że to tylko omamy słuchowe i nic nie odpowiadali. Po dwóch miesiącach prób znormalizowania tej dziwacznej sytuacji, zrozumiałem komunikat, który chcieli mi przekazać: wal się na ryj! to, że mieszkamy w tym samym budynku i regularnie się widzimy, nic nie znaczy, świrze!

Dobra, ale co z ludźmi z mojego piętra?

Z nimi miałem dużo bliższy kontakt, bo dzieliliśmy wspólną kuchnię. Chcąc nie chcąc, wpadaliśmy na siebie i byliśmy zmuszeni wydusić takie popisy oratorskie jak „zajęte”, „już kończę”, czy „masz zapałki?”. Sporadycznie zdarzały się sytuacje, gdy padały pełne zdania, ale tylko w przypadkach, gdy komuś ginęło jedzenie. Bezpośrednio z palnika, bo przy zaginięciach z lodówki wiadome było, że dojście do sprawcy jest niemożliwe.

[emaillocker]

Tak czy inaczej, gdy mówiłem im „cześć”, oni już nie mieli wyboru. Musieli odpowiedzieć. Wiedzieli, że spotkamy się znów jak nie za 5 minut, jak nie za kwadrans, jak nie wieczorem, to na pewno jutro. W każdym razie dużo szybciej, niż później. Co ciekawe, nauczyłem ich odpowiadać na moje powitanie, ale z niewyobrażalnym trudem przychodziło im powiedzenie „hej”, „joł”, „siema”, „elo”, „witka”, „uszanowanko”, czy już tego wyświechtanego „cześć” jako pierwszym.

Dopóki ja nie wyszedłem z inicjatywą, byłem dla nich niewidzialny. Mogli otrzeć się o mnie mijając na korytarzu i wciąż udawać, że nie istnieję. Dochodziło do arcy-kuriozalnych sytuacji. Na przykład: szliśmy z dwóch przeciwnych końców pustego korytarza, na wprost siebie, w przeraźliwej ciszy, i w momencie, gdy wierzchołki naszych barków tworzyły linię prostą, rzucałem kąśliwie „cze-ś-ć”, w reakcji na co moja przemiła sąsiadka odgrywała scenę totalnego zaskoczenia, równego informacji o tym, że jej chłopak jest w ciąży, i z miną sugerującą, że właśnie dowiedziała się o moim istnieniu szczebiotała „ooo, cześć”.

Zespół Monty Pythona by tego lepiej nie zagrał.

W pracy wielokrotnie miałem, i wciąż mam, podobną sytuację. Ludzie z tego samego działu normalnie się witają/rozmawiają/zagadują/nawiązują kontakt, ale spróbuj pójść już jeden open space dalej. Nagle jesteś przezroczystym zbiorem atomów, niezauważalnym bez specjalistycznej aparatury do badania ciał obcych. Przy czym, jeśli pierwszy rzucisz „hejkę”, Twoja postać w niewyjaśnionych okolicznościach materializuje się i przez kilka sekund znów jesteś widoczny dla otoczenia. Magia. Czarna biała magia.

Dostają szczękościsku, gdy chcą powiedzieć „cześć” jako pierwsi, czy nie pozwala im na to brak jednego chromosomu?

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

104
Dodaj komentarz

avatar
45 Comment threads
59 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
62 Comment authors
MarcinJan z RuchocicJoanna Wu"Dziękuję" - takie bardzo, bardzo trudne słowoDot Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mjks
Gość

W moim rodzinnym miasteczku musiałam dojeżdżać do szkoły PKS-em i zawsze witałam kierowców serdecznym „dzień dobry”, a żegnałam dołączając „dziękuję” (i wcale nie „dziękuję, że się nie rozlecieliśmy tym gratem”). Gdy przeprowadziłam się do dużego miasta nie mogłam się przestawić, że wchodzę do autobusu i do nikogo się nie odzywam, wychodzę i nikogo nie żegnam. Mimo, że siedzę w Łodzi już rok, to nadal łapię się na tym, że wchodząc/wychodząc przednim wejściem odzywam się do kierującego, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę :D Zauważyłam, że w dużych miastach ludzie mają problem by odezwać się do siebie, nawet moi… Czytaj więcej »

Monika
Gość

Hmm…ja mam czasem takie odruchy w pociągach i windach, że mówię ludziom: „dziękuję” zamiast „do widzenia” i też się na mnie dziwnie patrzą :D

Tomasz
Gość
Tomasz

A to akurat bardzo ładny zwyczaj. Też mówię „dziękuję” po wyjściu z windy. To coś jakby „dzięki, za te 3 przejechane w milczeniu piętra”, ale ogólnie świadczy o kulturze. Nie znoszę mruków którzy nawet dzień dobry nie są w stanie wydusić wsiadając do windy pełnej ludzi.

Ullalala
Gość
Ullalala

Ja to jak szybko wychodzę z tramwaju rzucam „dziękuję” na pożegnanie jak z kimś przez chwilę rozmawiałam (chociażby o tym, jak gdzieś dojechać). Ale szczerze to sama myślałam, że to bardziej dziwne niż uprzejmie (coś jak to, że zdarza mi się przeprosić np. sztalugę jak się o nią potknę ;P)

Jacek Adamkiewicz
Gość
Jacek Adamkiewicz

za co Ty im dziękujesz ? że cię nie zabili ? a może dziękujesz windzie ?

Karolina Pomorska
Gość
Karolina Pomorska

Haha! Mieszkam pod Łodzią i w busie zawsze mówi się dzień dobry i do widzenia/dziękuję, więc czasem też robię to w łódzkich autobusach i się na mnie dziwnie patrzą ;>

Jurek
Gość
Jurek

Cóż też mieszkam pod Łodzią i zdarzyło mi się pojechać busem tu i ówdzie i zauważyłem, że ludzie nie raz to robią i bardzo fajnie, niestety w dużych miastach brak, brak, brak.

Jurek
Gość
Jurek

Łódź to jest Łódź i na prawdę tylko tyle tu można powiedzieć o tym mieście. Co prawda nie byłem w wielu innych miastach w Polsce, które są takich rozmiarów (chodzi mi, że np mieszkałem przebywałem dużej niż na wycieczce) więc nie stwierdzę czy może wszędzie tak jest, czy tylko w naszej pięknej Łodzi (dziurawej, która na dno brnie) ale oprócz takich stosunków, a raczej ich braku między ludźmi, to da się dostrzec wręcz złe spojrzenia i niechęć. Każdy załatwia co musi i wraca do swojej nory – zobaczymy co w przyszłości.

Dotee
Gość

Ja mieszkam od urodzenia w Łodzi i żadnej niechęci nie odczuwam ani też brnięcia na dno, ludzie oddają uśmiechy, potrafią być przemili… Każdy dostaje więcej tego, co samemu wysyła. Może chodzi po prostu o to, że w dużych miastach jest większa anonimowość niż w małych miejscowościach?

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Jakbyś pisał o moich sąsiadach. Od 6 lat mieszkam w jednym miejscu, znam z widzenia większość mieszkańców – nawet tych, którzy wynajmują mieszkania w naszej klatce. Pozdrawiam wszystkich, kiedy się widzimy. Odpowiada może połowa.

A ja nawet ostatnio witałam się z dziewczyną, z którą jeżdżę jednym tramwajem! Bo zobaczyłam znajomą twarz na uczelni.

Nie rozumiem tego. Bardziej niż wesel ;-)

Sceptyczna Jadźka
Gość

Też zaobserwowałam coś takiego, ale nawet w przypadku ludzi, których kiedyś znałam. To aż śmieszne, że osoby, z którymi np. jeszcze 10 czy tam 11 lat temu chodziłam do podstawówki, dziś nie potrafią (od)powiedzieć na zwykłe „cześć”. Wiem, że od tego czasu się nie widzieliśmy, wiem, że jesteśmy innymi ludźmi, wiem, że dużo się zmieniło. Rozumiem, że ci ludzie nie chcą ze mną rozmawiać, ale przecież to, że mówię im „cześć” nie znaczy wcale, że ja chcę z nimi konwersować – nie interesuje mnie co u ciebie na uczelni/ w szkole, czy masz dzieci, czy jesteś mężaty czy żonata czy… Czytaj więcej »

Joanna/ LotsOfSources
Gość

Heh, też mnie to zawsze zastanawiało..
Mi się czasem zdarza powiedzieć komuś kilka razy ‚czesc’ lub ‚dzien dobry’, bo nie pamietam, że juz sie widzielismy. ;)

Garnier
Gość

A nie jest przypadkiem tak, że ‚część’ mówi się osobom, którym chce się to powiedzieć? ;)
Druga sprawa to kwestia śmiałości, której brak jest immanentną cechą w naszym społeczeństwie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jeśli nie chcieliby mi mówić „część”, to nie mówiliby mi też, gdy to ja wychodzę pierwszy z powitaniem, tylko to olali ;-) Co do kwestii śmiałości, sorry, ale to jest chamstwo a nie nieśmiałość.

Garnier
Gość

Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala tak robić w momencie, kiedy ktoś wychodzi z inicjatywą. A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień) żeby z taką inicjatywą nie wychodzić. Może nie jest to kulturalne, ale chamskie? W żadnym momencie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala” – nie rozmieszaj mnie. Mówisz tu o jakimś poważny rozdwojeniu jaźni – z jednej strony kultura osobista pozwala im udawać, że kogoś nie widzą, mimo, że fizycznie wpadają na niego, z drugiej strony nie pozwala im nie odpowiedzieć na kontakt?

„A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień)” – zastanawia mnie, że tak usilnie próbujesz to usprawiedliwiać? Czyżbyś sam tak robił? Dobrze wiesz, że nie chodzi to u sporadyczne, a nagminne zachowanie.

Garnier
Gość

Przeczytaj to, co napisałem trochę niżej. I powtórzę to raz jeszcze: chamstwem jest brak odpowiedzi. Chamstwem NIE JEST brak wyjścia z inicjatywą. Poza tym nie wiesz, czy udają, że kogoś nie widzą. Nie znają Cię, nie mają powodu z tobą rozmawiać, to nie mówią dzień dobry, póki sam nie zaczniesz. To, że sam jesteś otwarty wobec ludzi nie znaczy, że tacy są wszyscy. Powiesz dzień dobry sąsiadowi z klatki, ale czy powiesz osobie, o której wiesz, że mieszka 2 bloki dalej, że ma czarnego owczarka, a jego żona spotyka się z 2 razy młodszym facetem? Nie sądzę. Bo tylko się… Czytaj więcej »

Grzeczny Chłopiec
Gość

Przeczytaj jeszcze raz posta, bo go ewidentnie nie zrozumiałeś.

Garnier
Gość

A mnie się wydaje, że nie potrafisz przyjąć tego, że ktoś ma inny punkt widzenia. To, że napisałeś o czymś nie znaczy, że każdy musi się z tym w 100% zgadzać.
Zresztą nie mam zamiaru się o to jakoś kłócić, gdyż połowicznie w komentarzach podzieliłem twoje zdanie, pokazując także drugą stronę medalu. Ale (parafrazując Ciebie) ‚ewidentnie ich nie zrozumiałeś’ ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Garnierze, czym innym jest odmienny punkt widzenia, a czym innym nierozumienie czytanego tekstu. Nie mam zamiaru się produkować i parafrazować tego, co napisałem powyżej. Albo przeczytaj wpis jeszcze raz i daj sobie siana albo odejdź.

Kamcio
Gość
Kamcio

Ogólnie tak to już na tym blogu, że lepiej zgadzać się z tezą stawianę przez autora. Garnierze, jeśli chcesz aby Twoje komentarze nie zostały usunięte sugeruję nic nie odpowiadać, a ewentualnie przegrać w dyskusji z autorem, który zawsze pisze z pozycji arbitralnej.

Paulina Angelika Kulik
Gość
Paulina Angelika Kulik

Jasne, nie wszyscy robią tak jak autor posta. Ale fajnie by było, gdyby robili, gdyby za jakiś czas utartą normą społeczną było witanie się ze wszystkimi znanymi z widzenia osobami. Co mi przeszkadza co robi żona sąsiada? W witaniu chodzi właśnie o to, żeby witać skojarzone osoby, bez wyróżniania i oceniania ich. Byłeś kiedyś w miejscu, gdzie witają Cię na każdym kroku? Uśmiech z twarzy nie schodzi. A w Warszawie przynajmniej tego uśmiechu u społeczeństwa brakuje. W sumie nic dziwnego skoro podejrzenie zdrady już musi być ukarane, koniecznie trzeba wyrazić zniesmaczenie. Skoro „nie wypada” być szczerym, to zostaje wyfiltrowanie osoby… Czytaj więcej »

olgacecylia
Gość
olgacecylia

To nie jest kwestia śmiałości. Kiedy kogoś znasz, choćby z widzenia, dobre wychowanie nakazuje go pozdrowić. W szkole byłam najbardziej nieśmiałą osobą na świecie, ale kiedy mijałam kogoś z innej klasy, kogo znałam, zawsze mówiłam mu „cześć”. Inna rzecz, że rumieniąc się jak burak, zwłaszcza kiedy to był chłopak, który mi się podobał, ale dopiero byłoby mi głupio, gdybym udała, że go nie widzę.

Garnier
Gość

Dobre wychowanie to nakazuje, oczywiście. Ale nie jest grzechem, osoby widzianej kilkukrotnie, nie pozdrowić zwykłym ‚dzień dobry’. Prosty przykład: jedziesz autobusem i rano widzisz codziennie te same twarze. Mówisz tym osobom dzień dobry? Raczej nie.
Nie demonizujmy. Nie odpowiedzieć na powitanie jest niekulturalne, ale nie trzeba wychodzić zawsze z inicjatywą.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

problemy można zamknąć w pokoju

Od wczoraj na Wykopie jest treść typu AMA (Ask Me Anything), w której wykopowicze rozmawiają z narkomanem z 10-letnim stażem. Standardowo, w przypadku rozmów z tego typu ludźmi, padają pytania o działanie poszczególnych środków, kolejne etapy nałogu i pobyt w ośrodku odwykowym. Można dowiedzieć się jak wpływa na człowieka dekada brania, jaka jest różnica między opiatami a benzodiazepinami, i które z narkotyków wciąż są legalnie dostępne w Polsce.

Rozmowa jest zasadniczo wyważona. Ani odpowiadający przesadnie nie żali się na niesprawiedliwy los, ani pytający nie pociskają za specjalnie moralizatorskich gadek. Główny celem AMA jest obalenie mitów i legend związanych z ćpaniem, w związku z czym dominuje merytoryka. Mimo to, jedno pytanie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Gość o nicku planet3437 spytał

Dlaczego uzależnienie od narkomanii trzeba leczyć w ośrodkach? Nie mozna zwyczajnie zamknąć delikwenta w pokoju i czekać aż się „odzależni”?

Bo to przecież normalne, że…

 

Nałóg przechodzi sam

Po co są plastry nikotynowe dla chcących przestać palić, skoro palacza wystarczy umieścić w odosobnieniu na dostatecznie długi czas? Po co są spotkania dla anonimowych alkoholików i cały program wychodzenia z uzależnienia? Można zapakować pijaka do auta i wywieźć na miesiąc na jakąś pustelnię. To takie proste i oczywiste. Podobnie z patologicznymi hazardzistami. Jeśli są zdominowani żądzą pieniądza, to pozbawienie ich dostęp do kasyn na 2-3 miesiące powinno załatwić sprawę. I tyle.

Gdyby to tak działało, świat byłby doliną tulipanów, storczyków i chabrów, nad którą codziennie wschodzi tęcza. Żadne DDA nie miałoby złamanego życiorysu, a Marek Kotański mógłby zbierać znaczki, zamiast jeździć po Monarach. Ale nie jest. Bo źródłem nałogu nie jest fizyczny dostęp do określonych stymulantów. W przeciwnym wypadku, wszyscy bylibyśmy uzależnieni od sieciowych RPG i butaprenu. Źródłem nałogu jest…

 

Mechanizm, który uzależniony ma w głowie

Gorzej idzie mu w pracy? Ćpa, żeby polepszyć samopoczucie i łagodniej znosić stres. Traci pracę przez ćpanie? Ćpa, żeby się tym nie dołować. Kłóci się z dziewczyną o to, że stracił pracę bo ćpa? Ćpa. Ćpanie jest dla niego odpowiedzią na każde pytanie, a narkotyk magicznym eliksirem, który rozwiązuje wszystkie problemy. Oczywiście w mniemaniu ćpuna, bo doraźnie polepsza mu samopoczucie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że rzeczywistość jest tak nieprzyjazna, że każde wyjście do spożyczwaka jest wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu jest w stanie podołać ćpając.

I właśnie to przekonanie starają się zmienić terapeuci.

Pozbawienie nałogowca dostępu do używki nie wystarczy. Żeby przestał brać trzeba przestawić jego myślenie. W ośrodkach leczenia uzależnień pokazuje się pacjentom, że są inne drogi radzenia sobie z problemami. Zmienia się ich nastawienie do trudnych sytuacji, relacji międzyludzkich i życia jako takiego. Terapeuci pokazują pacjentom alternatywne ścieżki ich działań i pomagają dojść do racjonalnych wyborów. To z zakorzenionych złych schematów bierze się siła uzależnienia, a nie da się ich złamać inaczej, niż przez leczenie. Długotrwałe leczenie w ośrodku stacjonarnym pod okiem specjalistów.

Tak jak piekło nie zamarznie, gdy zamkniemy oczy, tak problem nie rozwiąże się, gdy przestaniemy o nim mówić, bo…

 

Problemy psychiczne nie znikają same

Nieważne, czy to narkomania, alkoholizm, czy uzależnienie od internetu. Nie ma znaczenia, czy masz bulimię, anoreksję, czy po prostu zaburzoną samoocenę. Bez różnicy, czy dotknęły Cię lęki napadowe, osobowość graniczna, czy nie umiesz pohamować gniewu. To samo nie przejdzie. Ci bezdomni na ulicach nie wzięli się z równoległej czasoprzestrzeni. Z tym trzeba coś zrobić. I mówiąc „coś”, mam na myśli leczenie. Inne, niż „zamknięcie w pokoju”.

Pustelnia jest dobra dla roślin, a nikt kto to czyta nie może być rośliną.

Instagramowe miksy na blogach dziewczyn już się przejadły. Czas na rewolucję w blogosferze. Jesteście świadkami narodzin nowego trendu – YouTube Mixów!

Albo i nie, ale było już za ciemno, żeby kręcić vloga na plantach.