Close
Close

„Cześć” – takie trudne, polskie słowo

Skip to entry content

Mama tak mnie wychowała, że wszystkim sąsiadom z bloku mówiłem „dzień dobry”. Sąsiadkom zresztą też. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu, widywaliśmy się codziennie i jakby nie patrzeć, koegzystowaliśmy, więc oczywiste było, że pozdrawialiśmy się rano i wieczorem. Raz, że było to miłe i świadczyło o wzajemnym szacunku, a dwa, że budowało poczucie wspólnoty. Bo przecież nie byliśmy anonimowymi przechodniami, tylko faktycznie sąsiadami.

Wydawało mi się, że tak jest wszędzie. Cóż, tylko mi się wydawało.

Pamiętam jak zacząłem mieszkać w akademiku. Na początku wszystkim ludziom spotkanym w windzie mówiłem „cześć”. Patrzeli na mnie podejrzliwie, czasem rozglądali się po tych dwóch metrach kwadratowych, czy to aby na pewno do nich, i mamrotali z oczami wbitymi w podłogę „czś”. Albo stwierdzali, że to tylko omamy słuchowe i nic nie odpowiadali. Po dwóch miesiącach prób znormalizowania tej dziwacznej sytuacji, zrozumiałem komunikat, który chcieli mi przekazać: wal się na ryj! to, że mieszkamy w tym samym budynku i regularnie się widzimy, nic nie znaczy, świrze!

Dobra, ale co z ludźmi z mojego piętra?

Z nimi miałem dużo bliższy kontakt, bo dzieliliśmy wspólną kuchnię. Chcąc nie chcąc, wpadaliśmy na siebie i byliśmy zmuszeni wydusić takie popisy oratorskie jak „zajęte”, „już kończę”, czy „masz zapałki?”. Sporadycznie zdarzały się sytuacje, gdy padały pełne zdania, ale tylko w przypadkach, gdy komuś ginęło jedzenie. Bezpośrednio z palnika, bo przy zaginięciach z lodówki wiadome było, że dojście do sprawcy jest niemożliwe.

[emaillocker]

Tak czy inaczej, gdy mówiłem im „cześć”, oni już nie mieli wyboru. Musieli odpowiedzieć. Wiedzieli, że spotkamy się znów jak nie za 5 minut, jak nie za kwadrans, jak nie wieczorem, to na pewno jutro. W każdym razie dużo szybciej, niż później. Co ciekawe, nauczyłem ich odpowiadać na moje powitanie, ale z niewyobrażalnym trudem przychodziło im powiedzenie „hej”, „joł”, „siema”, „elo”, „witka”, „uszanowanko”, czy już tego wyświechtanego „cześć” jako pierwszym.

Dopóki ja nie wyszedłem z inicjatywą, byłem dla nich niewidzialny. Mogli otrzeć się o mnie mijając na korytarzu i wciąż udawać, że nie istnieję. Dochodziło do arcy-kuriozalnych sytuacji. Na przykład: szliśmy z dwóch przeciwnych końców pustego korytarza, na wprost siebie, w przeraźliwej ciszy, i w momencie, gdy wierzchołki naszych barków tworzyły linię prostą, rzucałem kąśliwie „cze-ś-ć”, w reakcji na co moja przemiła sąsiadka odgrywała scenę totalnego zaskoczenia, równego informacji o tym, że jej chłopak jest w ciąży, i z miną sugerującą, że właśnie dowiedziała się o moim istnieniu szczebiotała „ooo, cześć”.

Zespół Monty Pythona by tego lepiej nie zagrał.

W pracy wielokrotnie miałem, i wciąż mam, podobną sytuację. Ludzie z tego samego działu normalnie się witają/rozmawiają/zagadują/nawiązują kontakt, ale spróbuj pójść już jeden open space dalej. Nagle jesteś przezroczystym zbiorem atomów, niezauważalnym bez specjalistycznej aparatury do badania ciał obcych. Przy czym, jeśli pierwszy rzucisz „hejkę”, Twoja postać w niewyjaśnionych okolicznościach materializuje się i przez kilka sekund znów jesteś widoczny dla otoczenia. Magia. Czarna biała magia.

Dostają szczękościsku, gdy chcą powiedzieć „cześć” jako pierwsi, czy nie pozwala im na to brak jednego chromosomu?

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

103 komentarzy do "„Cześć” – takie trudne, polskie słowo"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sceptyczna Jadźka
Gość
Też zaobserwowałam coś takiego, ale nawet w przypadku ludzi, których kiedyś znałam. To aż śmieszne, że osoby, z którymi np. jeszcze 10 czy tam 11 lat temu chodziłam do podstawówki, dziś nie potrafią (od)powiedzieć na zwykłe „cześć”. Wiem, że od tego czasu się nie widzieliśmy, wiem, że jesteśmy innymi ludźmi, wiem, że dużo się zmieniło. Rozumiem, że ci ludzie nie chcą ze mną rozmawiać, ale przecież to, że mówię im „cześć” nie znaczy wcale, że ja chcę z nimi konwersować – nie interesuje mnie co u ciebie na uczelni/ w szkole, czy masz dzieci, czy jesteś mężaty czy żonata czy… Czytaj więcej »
Joanna/ LotsOfSources
Gość

Heh, też mnie to zawsze zastanawiało..
Mi się czasem zdarza powiedzieć komuś kilka razy ‚czesc’ lub ‚dzien dobry’, bo nie pamietam, że juz sie widzielismy. ;)

Garnier
Gość

A nie jest przypadkiem tak, że ‚część’ mówi się osobom, którym chce się to powiedzieć? ;)
Druga sprawa to kwestia śmiałości, której brak jest immanentną cechą w naszym społeczeństwie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jeśli nie chcieliby mi mówić „część”, to nie mówiliby mi też, gdy to ja wychodzę pierwszy z powitaniem, tylko to olali ;-) Co do kwestii śmiałości, sorry, ale to jest chamstwo a nie nieśmiałość.

Garnier
Gość

Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala tak robić w momencie, kiedy ktoś wychodzi z inicjatywą. A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień) żeby z taką inicjatywą nie wychodzić. Może nie jest to kulturalne, ale chamskie? W żadnym momencie.

Grzeczny Chłopiec
Gość

„Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala” – nie rozmieszaj mnie. Mówisz tu o jakimś poważny rozdwojeniu jaźni – z jednej strony kultura osobista pozwala im udawać, że kogoś nie widzą, mimo, że fizycznie wpadają na niego, z drugiej strony nie pozwala im nie odpowiedzieć na kontakt?

„A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień)” – zastanawia mnie, że tak usilnie próbujesz to usprawiedliwiać? Czyżbyś sam tak robił? Dobrze wiesz, że nie chodzi to u sporadyczne, a nagminne zachowanie.

Garnier
Gość
Przeczytaj to, co napisałem trochę niżej. I powtórzę to raz jeszcze: chamstwem jest brak odpowiedzi. Chamstwem NIE JEST brak wyjścia z inicjatywą. Poza tym nie wiesz, czy udają, że kogoś nie widzą. Nie znają Cię, nie mają powodu z tobą rozmawiać, to nie mówią dzień dobry, póki sam nie zaczniesz. To, że sam jesteś otwarty wobec ludzi nie znaczy, że tacy są wszyscy. Powiesz dzień dobry sąsiadowi z klatki, ale czy powiesz osobie, o której wiesz, że mieszka 2 bloki dalej, że ma czarnego owczarka, a jego żona spotyka się z 2 razy młodszym facetem? Nie sądzę. Bo tylko się… Czytaj więcej »
Grzeczny Chłopiec
Gość

Przeczytaj jeszcze raz posta, bo go ewidentnie nie zrozumiałeś.

Garnier
Gość

A mnie się wydaje, że nie potrafisz przyjąć tego, że ktoś ma inny punkt widzenia. To, że napisałeś o czymś nie znaczy, że każdy musi się z tym w 100% zgadzać.
Zresztą nie mam zamiaru się o to jakoś kłócić, gdyż połowicznie w komentarzach podzieliłem twoje zdanie, pokazując także drugą stronę medalu. Ale (parafrazując Ciebie) ‚ewidentnie ich nie zrozumiałeś’ ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Garnierze, czym innym jest odmienny punkt widzenia, a czym innym nierozumienie czytanego tekstu. Nie mam zamiaru się produkować i parafrazować tego, co napisałem powyżej. Albo przeczytaj wpis jeszcze raz i daj sobie siana albo odejdź.

Kamcio
Gość

Ogólnie tak to już na tym blogu, że lepiej zgadzać się z tezą stawianę przez autora. Garnierze, jeśli chcesz aby Twoje komentarze nie zostały usunięte sugeruję nic nie odpowiadać, a ewentualnie przegrać w dyskusji z autorem, który zawsze pisze z pozycji arbitralnej.

Paulina Angelika Kulik
Gość
Jasne, nie wszyscy robią tak jak autor posta. Ale fajnie by było, gdyby robili, gdyby za jakiś czas utartą normą społeczną było witanie się ze wszystkimi znanymi z widzenia osobami. Co mi przeszkadza co robi żona sąsiada? W witaniu chodzi właśnie o to, żeby witać skojarzone osoby, bez wyróżniania i oceniania ich. Byłeś kiedyś w miejscu, gdzie witają Cię na każdym kroku? Uśmiech z twarzy nie schodzi. A w Warszawie przynajmniej tego uśmiechu u społeczeństwa brakuje. W sumie nic dziwnego skoro podejrzenie zdrady już musi być ukarane, koniecznie trzeba wyrazić zniesmaczenie. Skoro „nie wypada” być szczerym, to zostaje wyfiltrowanie osoby… Czytaj więcej »
olgacecylia
Gość

To nie jest kwestia śmiałości. Kiedy kogoś znasz, choćby z widzenia, dobre wychowanie nakazuje go pozdrowić. W szkole byłam najbardziej nieśmiałą osobą na świecie, ale kiedy mijałam kogoś z innej klasy, kogo znałam, zawsze mówiłam mu „cześć”. Inna rzecz, że rumieniąc się jak burak, zwłaszcza kiedy to był chłopak, który mi się podobał, ale dopiero byłoby mi głupio, gdybym udała, że go nie widzę.

Garnier
Gość

Dobre wychowanie to nakazuje, oczywiście. Ale nie jest grzechem, osoby widzianej kilkukrotnie, nie pozdrowić zwykłym ‚dzień dobry’. Prosty przykład: jedziesz autobusem i rano widzisz codziennie te same twarze. Mówisz tym osobom dzień dobry? Raczej nie.
Nie demonizujmy. Nie odpowiedzieć na powitanie jest niekulturalne, ale nie trzeba wychodzić zawsze z inicjatywą.

Mjks
Gość
W moim rodzinnym miasteczku musiałam dojeżdżać do szkoły PKS-em i zawsze witałam kierowców serdecznym „dzień dobry”, a żegnałam dołączając „dziękuję” (i wcale nie „dziękuję, że się nie rozlecieliśmy tym gratem”). Gdy przeprowadziłam się do dużego miasta nie mogłam się przestawić, że wchodzę do autobusu i do nikogo się nie odzywam, wychodzę i nikogo nie żegnam. Mimo, że siedzę w Łodzi już rok, to nadal łapię się na tym, że wchodząc/wychodząc przednim wejściem odzywam się do kierującego, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę :D Zauważyłam, że w dużych miastach ludzie mają problem by odezwać się do siebie, nawet moi… Czytaj więcej »
Monika
Gość

Hmm…ja mam czasem takie odruchy w pociągach i windach, że mówię ludziom: „dziękuję” zamiast „do widzenia” i też się na mnie dziwnie patrzą :D

Tomasz
Gość

A to akurat bardzo ładny zwyczaj. Też mówię „dziękuję” po wyjściu z windy. To coś jakby „dzięki, za te 3 przejechane w milczeniu piętra”, ale ogólnie świadczy o kulturze. Nie znoszę mruków którzy nawet dzień dobry nie są w stanie wydusić wsiadając do windy pełnej ludzi.

Ullalala
Gość

Ja to jak szybko wychodzę z tramwaju rzucam „dziękuję” na pożegnanie jak z kimś przez chwilę rozmawiałam (chociażby o tym, jak gdzieś dojechać). Ale szczerze to sama myślałam, że to bardziej dziwne niż uprzejmie (coś jak to, że zdarza mi się przeprosić np. sztalugę jak się o nią potknę ;P)

Jacek Adamkiewicz
Gość

za co Ty im dziękujesz ? że cię nie zabili ? a może dziękujesz windzie ?

Karolina Pomorska
Gość

Haha! Mieszkam pod Łodzią i w busie zawsze mówi się dzień dobry i do widzenia/dziękuję, więc czasem też robię to w łódzkich autobusach i się na mnie dziwnie patrzą ;>

Jurek
Gość

Cóż też mieszkam pod Łodzią i zdarzyło mi się pojechać busem tu i ówdzie i zauważyłem, że ludzie nie raz to robią i bardzo fajnie, niestety w dużych miastach brak, brak, brak.

Jurek
Gość

Łódź to jest Łódź i na prawdę tylko tyle tu można powiedzieć o tym mieście. Co prawda nie byłem w wielu innych miastach w Polsce, które są takich rozmiarów (chodzi mi, że np mieszkałem przebywałem dużej niż na wycieczce) więc nie stwierdzę czy może wszędzie tak jest, czy tylko w naszej pięknej Łodzi (dziurawej, która na dno brnie) ale oprócz takich stosunków, a raczej ich braku między ludźmi, to da się dostrzec wręcz złe spojrzenia i niechęć. Każdy załatwia co musi i wraca do swojej nory – zobaczymy co w przyszłości.

Dotee
Gość

Ja mieszkam od urodzenia w Łodzi i żadnej niechęci nie odczuwam ani też brnięcia na dno, ludzie oddają uśmiechy, potrafią być przemili… Każdy dostaje więcej tego, co samemu wysyła. Może chodzi po prostu o to, że w dużych miastach jest większa anonimowość niż w małych miejscowościach?

olgacecylia
Gość

Jakbyś pisał o moich sąsiadach. Od 6 lat mieszkam w jednym miejscu, znam z widzenia większość mieszkańców – nawet tych, którzy wynajmują mieszkania w naszej klatce. Pozdrawiam wszystkich, kiedy się widzimy. Odpowiada może połowa.

A ja nawet ostatnio witałam się z dziewczyną, z którą jeżdżę jednym tramwajem! Bo zobaczyłam znajomą twarz na uczelni.

Nie rozumiem tego. Bardziej niż wesel ;-)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

problemy można zamknąć w pokoju

Od wczoraj na Wykopie jest treść typu AMA (Ask Me Anything), w której wykopowicze rozmawiają z narkomanem z 10-letnim stażem. Standardowo, w przypadku rozmów z tego typu ludźmi, padają pytania o działanie poszczególnych środków, kolejne etapy nałogu i pobyt w ośrodku odwykowym. Można dowiedzieć się jak wpływa na człowieka dekada brania, jaka jest różnica między opiatami a benzodiazepinami, i które z narkotyków wciąż są legalnie dostępne w Polsce.

Rozmowa jest zasadniczo wyważona. Ani odpowiadający przesadnie nie żali się na niesprawiedliwy los, ani pytający nie pociskają za specjalnie moralizatorskich gadek. Główny celem AMA jest obalenie mitów i legend związanych z ćpaniem, w związku z czym dominuje merytoryka. Mimo to, jedno pytanie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Gość o nicku planet3437 spytał

Dlaczego uzależnienie od narkomanii trzeba leczyć w ośrodkach? Nie mozna zwyczajnie zamknąć delikwenta w pokoju i czekać aż się „odzależni”?

Bo to przecież normalne, że…

 

Nałóg przechodzi sam

Po co są plastry nikotynowe dla chcących przestać palić, skoro palacza wystarczy umieścić w odosobnieniu na dostatecznie długi czas? Po co są spotkania dla anonimowych alkoholików i cały program wychodzenia z uzależnienia? Można zapakować pijaka do auta i wywieźć na miesiąc na jakąś pustelnię. To takie proste i oczywiste. Podobnie z patologicznymi hazardzistami. Jeśli są zdominowani żądzą pieniądza, to pozbawienie ich dostęp do kasyn na 2-3 miesiące powinno załatwić sprawę. I tyle.

Gdyby to tak działało, świat byłby doliną tulipanów, storczyków i chabrów, nad którą codziennie wschodzi tęcza. Żadne DDA nie miałoby złamanego życiorysu, a Marek Kotański mógłby zbierać znaczki, zamiast jeździć po Monarach. Ale nie jest. Bo źródłem nałogu nie jest fizyczny dostęp do określonych stymulantów. W przeciwnym wypadku, wszyscy bylibyśmy uzależnieni od sieciowych RPG i butaprenu. Źródłem nałogu jest…

 

Mechanizm, który uzależniony ma w głowie

Gorzej idzie mu w pracy? Ćpa, żeby polepszyć samopoczucie i łagodniej znosić stres. Traci pracę przez ćpanie? Ćpa, żeby się tym nie dołować. Kłóci się z dziewczyną o to, że stracił pracę bo ćpa? Ćpa. Ćpanie jest dla niego odpowiedzią na każde pytanie, a narkotyk magicznym eliksirem, który rozwiązuje wszystkie problemy. Oczywiście w mniemaniu ćpuna, bo doraźnie polepsza mu samopoczucie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że rzeczywistość jest tak nieprzyjazna, że każde wyjście do spożyczwaka jest wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu jest w stanie podołać ćpając.

I właśnie to przekonanie starają się zmienić terapeuci.

Pozbawienie nałogowca dostępu do używki nie wystarczy. Żeby przestał brać trzeba przestawić jego myślenie. W ośrodkach leczenia uzależnień pokazuje się pacjentom, że są inne drogi radzenia sobie z problemami. Zmienia się ich nastawienie do trudnych sytuacji, relacji międzyludzkich i życia jako takiego. Terapeuci pokazują pacjentom alternatywne ścieżki ich działań i pomagają dojść do racjonalnych wyborów. To z zakorzenionych złych schematów bierze się siła uzależnienia, a nie da się ich złamać inaczej, niż przez leczenie. Długotrwałe leczenie w ośrodku stacjonarnym pod okiem specjalistów.

Tak jak piekło nie zamarznie, gdy zamkniemy oczy, tak problem nie rozwiąże się, gdy przestaniemy o nim mówić, bo…

 

Problemy psychiczne nie znikają same

Nieważne, czy to narkomania, alkoholizm, czy uzależnienie od internetu. Nie ma znaczenia, czy masz bulimię, anoreksję, czy po prostu zaburzoną samoocenę. Bez różnicy, czy dotknęły Cię lęki napadowe, osobowość graniczna, czy nie umiesz pohamować gniewu. To samo nie przejdzie. Ci bezdomni na ulicach nie wzięli się z równoległej czasoprzestrzeni. Z tym trzeba coś zrobić. I mówiąc „coś”, mam na myśli leczenie. Inne, niż „zamknięcie w pokoju”.

Pustelnia jest dobra dla roślin, a nikt kto to czyta nie może być rośliną.

Instagramowe miksy na blogach dziewczyn już się przejadły. Czas na rewolucję w blogosferze. Jesteście świadkami narodzin nowego trendu – YouTube Mixów!

Albo i nie, ale było już za ciemno, żeby kręcić vloga na plantach.