Close
Close

„Cześć” – takie trudne, polskie słowo

Skip to entry content

Mama tak mnie wychowała, że wszystkim sąsiadom z bloku mówiłem „dzień dobry”. Sąsiadkom zresztą też. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu, widywaliśmy się codziennie i jakby nie patrzeć, koegzystowaliśmy, więc oczywiste było, że pozdrawialiśmy się rano i wieczorem. Raz, że było to miłe i świadczyło o wzajemnym szacunku, a dwa, że budowało poczucie wspólnoty. Bo przecież nie byliśmy anonimowymi przechodniami, tylko faktycznie sąsiadami.

Wydawało mi się, że tak jest wszędzie. Cóż, tylko mi się wydawało.

Pamiętam jak zacząłem mieszkać w akademiku. Na początku wszystkim ludziom spotkanym w windzie mówiłem „cześć”. Patrzeli na mnie podejrzliwie, czasem rozglądali się po tych dwóch metrach kwadratowych, czy to aby na pewno do nich, i mamrotali z oczami wbitymi w podłogę „czś”. Albo stwierdzali, że to tylko omamy słuchowe i nic nie odpowiadali. Po dwóch miesiącach prób znormalizowania tej dziwacznej sytuacji, zrozumiałem komunikat, który chcieli mi przekazać: wal się na ryj! to, że mieszkamy w tym samym budynku i regularnie się widzimy, nic nie znaczy, świrze!

Dobra, ale co z ludźmi z mojego piętra?

Z nimi miałem dużo bliższy kontakt, bo dzieliliśmy wspólną kuchnię. Chcąc nie chcąc, wpadaliśmy na siebie i byliśmy zmuszeni wydusić takie popisy oratorskie jak „zajęte”, „już kończę”, czy „masz zapałki?”. Sporadycznie zdarzały się sytuacje, gdy padały pełne zdania, ale tylko w przypadkach, gdy komuś ginęło jedzenie. Bezpośrednio z palnika, bo przy zaginięciach z lodówki wiadome było, że dojście do sprawcy jest niemożliwe.

Tak czy inaczej, gdy mówiłem im „cześć”, oni już nie mieli wyboru. Musieli odpowiedzieć. Wiedzieli, że spotkamy się znów jak nie za 5 minut, jak nie za kwadrans, jak nie wieczorem, to na pewno jutro. W każdym razie dużo szybciej, niż później. Co ciekawe, nauczyłem ich odpowiadać na moje powitanie, ale z niewyobrażalnym trudem przychodziło im powiedzenie „hej”, „joł”, „siema”, „elo”, „witka”, „uszanowanko”, czy już tego wyświechtanego „cześć” jako pierwszym.

Dopóki ja nie wyszedłem z inicjatywą, byłem dla nich niewidzialny. Mogli otrzeć się o mnie mijając na korytarzu i wciąż udawać, że nie istnieję. Dochodziło do arcy-kuriozalnych sytuacji. Na przykład: szliśmy z dwóch przeciwnych końców pustego korytarza, na wprost siebie, w przeraźliwej ciszy, i w momencie, gdy wierzchołki naszych barków tworzyły linię prostą, rzucałem kąśliwie „cze-ś-ć”, w reakcji na co moja przemiła sąsiadka odgrywała scenę totalnego zaskoczenia, równego informacji o tym, że jej chłopak jest w ciąży, i z miną sugerującą, że właśnie dowiedziała się o moim istnieniu szczebiotała „ooo, cześć”.

Zespół Monty Pythona by tego lepiej nie zagrał.

W pracy wielokrotnie miałem, i wciąż mam, podobną sytuację. Ludzie z tego samego działu normalnie się witają/rozmawiają/zagadują/nawiązują kontakt, ale spróbuj pójść już jeden open space dalej. Nagle jesteś przezroczystym zbiorem atomów, niezauważalnym bez specjalistycznej aparatury do badania ciał obcych. Przy czym, jeśli pierwszy rzucisz „hejkę”, Twoja postać w niewyjaśnionych okolicznościach materializuje się i przez kilka sekund znów jesteś widoczny dla otoczenia. Magia. Czarna biała magia.

Dostają szczękościsku, gdy chcą powiedzieć „cześć” jako pierwsi, czy nie pozwala im na to brak jednego chromosomu?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Joanna Wu

    W malych niemieckich miastach i wsiach zawsze podobalo mi sie, ze ludzie mimo, ze sie nie znaja mowia sobie dzien dobry. A teraz w ”moim wlasnym”, niemieckim miescie obserwuje jak zwyczaj ten znika. W ciagu 5 lat mieszkania na obczyznie, kultura ludzi zmienila sie ogromnie.

  • Pingback: "Dziękuję" - takie bardzo, bardzo trudne słowo()

  • Pingback: 15 pomysłów co zrobić, żeby świat był lepszy()

  • Krzysztof Lipinski

    Ja też przez rodziców zostałem nauczony mówić sąsiadom dzień dobry . Wszystko było ok. do lat 90 -tych gdy w Polsce zapanował kapitalizm, wtedy wszyscy zaczęli się spieszyć i zapomnieli o zwykłych słowach powitania. A teraz gdy mieszkam w Hiszpanii mogę tylko powiedzieć że tu nawet nie znajomi witają się ze sobą. Bardzo łatwo komunikują się ze sobą. Są poprostu otwarci. Chętnie pomagają innym i nie są zawistni.

  • Alexa Demetriou

    swietny tekst subiektywno – obiektywne podejsćie do otaczajacych interakcji z ludżmi tak to juz jest mikro makro struktury wspolnota społęczenstwo takie jest ma swoje normy,obyczaje,kulture,język ,a ktoś inny ,wyjątkowy bedzie sie dla nich wyróżniał.I tak ma być ,bo juz tak jest .

  • A mnie tam guzik obchodzi, czy ktoś dziwnie spojrzy, czy śmiertelnie się moim „cześć” zaskoczy. Mentalność polskiego chłodu społecznego zupełnie mnie nie przeraża. A już w ogóle mam to gdzieś, gdy na świeżo z Włoch wracam. Tam się człowiek czuje swobodnie nawet, gdy kasjerkę zagada o zeszłoroczny śnieg. W Polsce bywa, że jedyni zakupowicze w markecie, którzy odpowiadają na spontaniczny uśmiech, to przyjezdni Włosi ;) Nic, nikt. Grunt tylko współczuć ludziom blokad i cieszyć się, że własne padają w hukiem.

  • Szczerze mówiąc, to ja tego mówienia „cześć” na siłę nie rozumiem. Przywitanie się jest w mojej ocenie równoznaczne z nawiązaniem kontaktu. To często skutkuje tym, że druga strona chce ten kontakt rozszerzyć. A ja zwyczajnie w 90% przypadków nie mam ochoty rozmawiać. Co więcej, z natury trzymam dystans do ludzi, więc nie mam ochoty tego kontaktu nawiązywać wcale. I nie widzę powodu dla którego musiałabym to robić. Wszelkie small talk i rozmowy o pogodzie uważam za bezcelowe, więc zwyczajnie wolę nie prowokować. Z podobnych powodów permanentnie używam słuchawek w komunikacji miejskiej. Nie mam ochoty być zaczepiania przez nikogo, a i tak często ma to miejsce. Moja strefa komfortu jest trochę szersza niż u innych osób. A z tym mówieniem cześć w pracy to dopiero się ubawiłam. Mówię cześć osobom, które znam. Nie znam wszystkich 2,5 tys. ludzi zatrudnionych w moim miejscu pracy.

    • Jan z Ruchocic

      Oj, ciężki z Ciebie zawodnik, chyba uważasz się za lepszą od innych, albo nie miałaś dobrych wzorców społecznych zachowań.

  • Beata Krowisz

    Też zostałam nauczona, że do sąsiadów mówi się Dzień dobry. Niestety niektóre dzieciaki, które mieszkają w moim bloku, już tego zwyczaju nie znają :/
    Wracam właśnie z gór i co jest świetne, to to że jak mija się ludzi na szlaku to Dzień dobry, Cześć, Hej mówi praktycznie każdy. Szkoda że na co dzień z tym gorzej.

  • Ja mam nieco inne doświadczenia. Ludzie w moim wieku (i około) oraz ludzie funkcjonujący w moim otoczeniu nie mają problemu z powiedzeniem „cześć” – czy to pierwsi czy w odpowiedzi. Zauważam natomiast coraz rzadsze odpowiadanie „dzień dobry” tych wszystkich szacownych osiedlowych matron (już nie wspominając, żeby skalały swoje świątobliwe usta witając się jako pierwsze). I niby to od starszych młodzi ludzie mają się nauczyć szacunku.

    A to mówienie „dziękuję” przy wysiadaniu z windy zawsze mnie śmieszy :) Dziękuję, że mogliśmy się kisić w 6 osób w windzie z drzwiami otwieranymi do wewnątrz, gdzie ledwo wchodzą dwie osoby a tym razem udało się jeszcze wprowadzić psa i przemycić kilka toreb z zakupami.

    W windzie mówię „dzień dobry/do widzenia”, ale też rzadko słyszę odpowiedź (od starszych ludzi). A mówię dosyć głośno. ;)

  • Karolina

    buractwo zdecydowanie ;p

  • Sarna

    Ludzie dziczeją.

  • dobrymjud

    Nie wyobrażam sobie spotkać sąsiada przy wejściu, nie powiedzieć mu „cześć” i iść w totalnym milczeniu i wzajemnym się ignorowaniu aż pod same drzwi, bo mieszkamy naprzeciwko. Absurd :D

  • A czytałeś „Nigdziebądź” Gaimana? Koncepcja człowieka materializującego się w momencie, w którym mówi „cześć” jest tam całkiem nieźle przedstawiona. :D

    • Nie czytałem, ale widzę, że warto się zainteresować :D

  • zycie na szpilkach

    Niestety jest coraz gorzej. Dla mnie powiedzenie „dzień dobry” sąsiadowi, z którym się mijam jest oczywiste i wcale nie muszę go dobrze znać. Niestety jestem wśród mniejszości. Niemal zawsze jestem tą pierwszą, która się przywita, a odpowiedź oczywiście wymamrotana pod nosem, a czasami w ogóle jej nie ma. Gdy mieszkałam jeszcze w bloku z wielkiej płyty to znało się sąsiadów z każdego piętra, panią Zosię z kotem, pana z brodą z parteru, czy fajnego faceta spod 5-tki. Teraz wszyscy chcą być anonimowi, najlepiej spuścić wzrok i pozostać niezauważonym i nie zauważać innych.

  • Pingback: Kiedy dobre wychowanie zamieniliśmy na ignorancję, chamstwo i kulturę "ja"? |()

  • Cześć! ;)

  • Marcin

    Moim zdaniem ludzie się po prostu robią wygodni… Z moich obserwacji wynika, że źle się zaczęło dziać od momentu upowszechnienia internetu w Polsce. Już o facebooku na nie chce dłużej wspominać, bo chyba wszyscy widzą jaki ma wpływ na relacje z ludźmi. Mój wykładowca kiedyś mawiał o „wirtualnych studentach”, tak samo zaczyna się dziać ze znajomościami.
    Z tym „cześć” to faktycznie śmieszna sprawa. Ilekroć tak mówię sąsiadkom z bloku (też studiują), to widzę u nich jakieś takie zakłopotanie ;)

  • Jacek Adamkiewicz

    Całe to polskie „dzień dobry” jest o kant dupy potłuc szczególnie jak dzień NIE JEST dobry a witanie się z obcymi ludźmi ? co mi to daje ? dlaczego mam to robić ? Nie rozmawiam z obcymi.

    • A kto tu mówi o rozmowie z obcymi? I czyja to wina, że zawsze masz zły dzień?

      • Jacek Adamkiewicz

        baba w sklepie, ludzie w windzie, w autobusie, tramwaju, lokatorzy w bloku zmieniający się co 2 miesiące – obcy ludzie. Nie rozmawiam z obcymi.

  • Agga

    Jeszcze wczoraj, czytając tę notkę, zastanawiałam się, jak to możliwe, że sąsiadki nie odpowiadają na ‚dzień dobry’, a właśnie przed chwilą jedna z nich chamsko mnie olała. PRZYPADEK? :D

    Szkoda, że ten zwyczaj mówienia „cześć” do ludzi których chociażby tylko kojarzymy nie jest rozpowszechniony w naszym smutnym kraju – bo byłoby na pewno milej w te zimowe dni. Wolimy lajkać sobie zdjęcia i piosenki na fejsbuku. No ale cóż, sama nie jestem na tyle otwarta, aby osobie którą tylko kojarzę np. z autobusu krzyczeć „cześć” z daleka, za to, kiedy widzę kogoś znajomego, to nawet nie zastanawiam się, czy się przywitać czy też nie. Chociaż czasem, gdy np, widzę osoby jeszcze z podstawówki, odwracające twarz w drugą stronę, no to zastanawiam się, co poszło nie tak. Ale trudno, nic na siłę.

    Takie zwykłe „cześć”, „dzień dobry”, „joł”, „elo”, „hej” potrafi trochę promieni słonecznych wprowadzić w życie. W ogóle to takie dziwne. No bo tak uogólniając – witanie się to niezaprzeczalnie coś oczywistego, proste i logiczne, a my tu dywagujemy na ten temat – czy w ogóle mówić „cześć” To świadczy tylko o jednym – świat ewoluuje w zastraszającym tempie. Powiało pesymizmem.

  • Witam się, kiedy wchodzę do windy i kiedy mijam kogoś, kogo rozpoznaję – panią ze sklepu, panią z poczty. Ale dotyczy to tylko ludzi, z którymi wchodzę w jakąś interakcję – po prostu ich ZNAM. Nawet przelotnie, jak panią z poczty – bo przed 2 lata chodziłam regularnie w jedno miejsce i pracowała tam tylko jedna kobieta, dzięki czemu naprawdę ją zapamiętałam i ona mnie też.
    Mieszkałam na przedmieściach i sąsiadów znałam od dziecka. Do dzisiaj się z nimi witam, mimo, że już tam nie mieszkam, podobnie jak z rodzicami moich znajomych. Ale kiedy mieszkałam w 10-piętrowym bloku, nie pamiętałam twarzy nawet sąsiadów z mieszkania obok. Mijałam ludzi w drzwiach, nie wiedząc, czy to moi sąsiedzi, ich goście, czy też może domokrążcy. Bo prawda jest też taka, że nie zwracam uwagi na ludzi, których nie znam – patrzę na nich, ale ich nie widzę, nie zapamiętuję twarzy, bo jest ich za dużo. Ot, specyfika miasta.

    Witam się zawsze także wtedy, kiedy wchodzę do pomieszczenia, gdzie już są inni ludzie – jak właśnie do wspólnej kuchni. Ale z drugiej strony nauczono mnie, że kiedy mijam kogoś na ulicy, to mężczyzna wita się pierwszy i osoba młodsza mówi pierwsza „dzień dobry”, podobnie jak „cześć”. Przy niewielkiej różnicy wieku to nie ma znaczenia, ale nie czuję potrzeby, żeby zaczepiać na ulicy 15-letnie dzieciaki moich sąsiadów :)

    Z drugiej strony czuję się zmieszana, kiedy wita się ze mną ktoś, kogo osobiście nie znam albo znam tylko z widzenia. Bo może go poznałam, ale nie zapamiętałam?

    Znak czasów, moim zdaniem – nie znamy swoich sąsiadów, bo duże miasta są bardziej anonimowe, w miejscu zamieszkania nie zawsze tworzą się społeczności. I mnie się to podoba. Lubię to, że nie znam sąsiadów i oni nie znają mnie. Kiedy wracam do domu męczy mnie i drażni to, że cała dzielnica wie, kim jestem, kiedy idę ulicą, a dookoła rodzą się plotki na temat tego jak wyglądam, z kim się spotykam i co robię. Wolę to, że ludzie są wobec siebie obojętni niż żeby wpieprzali się z butami w cudze życie. A to o czym piszesz – wytyczenie granicy na uprzejmym „dzień dobry”, bez wścibstwa i plotek, jest w moich oczach czymś, co niezwykle trudno znaleźć i osiągnąć w praktyce.

  • Stwierdzam jak jest

    Mnie najbardziej dobija i rozwala to, że na portalach społecznościowych
    wszyscy chętni do rozmowy, komentowania „świetna fotka wow”, zaczepiania
    itp Ogólnie wielcy koledzy i przyjaciele oraz chętni do pomagania i
    zmiany świata poprzez danie „łapki w górę”. ale jak przychodzi w realnym
    świecie do spotkania to większość nikogo nie zna, nie przywita się, jak
    ktoś potrzebuje pomocy w której trzeba zrobić coś więcej niż dać „łapkę
    w górę” to jakoś nikogo wtedy nie ma. Dlatego usunąłem konta na
    portalach społecznościowych i olałem tych zakłamańców i hipokrytów. Niech sobie biorą dalej udział w tej szopce, ale beze mnie.

    • Dot

      „Uroki” XXI wieku i przeniesienia prawdziwego życia do Internetu

  • Stwierdzam jak Jest

    Mnie najbardziej dobija i rozwala to, że na portalach społecznościowych wszyscy chętni do rozmowy, komentowania „świetna fotka wow”, zaczepiania itp Ogólnie wielcy koledzy i przyjaciele oraz chętni do pomagania i zmiany świata poprzez danie „łapki w górę”. ale jak przychodzi w realnym świecie do spotkania to większość nikogo nie zna, nie przywita się, jak ktoś potrzebuje pomocy w której trzeba zrobić coś więcej niż dać „łapkę w górę” to jakoś nikogo wtedy nie ma. Dlatego usunąłem konta na portalach społecznościowych i olałem tych zakłamańców i hipokrytów. Niech sobie biorą dalej udział w tej szopce, ale beze mnie.

  • Lukasz Chmielewski

    Hmm… A ja mieszkam od kilu lat poza granicami kraju i pracuje dla pewnej bardzo znanej organizacji miedzynarodowej. O dziwo – powiedzenie „hi”, „hello” albo „good morning/ afternnon/ evening” komus z kims pracuje od dwoch lat na tym samym pietrze w biurze vis’a’vis powoduje rownie niemale zamieszanie. Gora sa brytyjczycy, ktorzy maja pamiec trwajaca okolo tygodnia – od spotkania biznesowego przez jakis tydzien pamietaja i mowia czesc a potem znowu zamieniasz sie czlowieku w uporzadkowany zbior molekul. Bywalo, ze moj wlasny szef – wegier z krwi i kosci – wchodzil do pokoju po kilku dniach nieobecnosci nakazywal mi cos tam po czym dziwil sie na moje ukasliwe „of course chief, by the way – good morning chief”. Z reszta zauwazylem, ze najczesciej osoby mowiace lub tez odpowiadajace to przewaznie „nizszy status” zarobkowy – sprzataczki, konserwatorzy itd. Z tym, ze „nizszy status” to jedynie termin – w tym przypadku nie majacy zadnego zwiazku z rzeczywistym stanem posadanej kultury osobistej. Co by nie szukac – nawet w kraju, w budnku rzadowym Ministerstwa Finansow spotykalem sie z takimi sytuacjami i – zawsze, niezmiennie – im wyzszy stopien, belka, funkcja tym wieksze poczucie „wyzszosci” w slad za proporconalnie zmiejszajaca sie kultura osobista.

    • Daniel Turczański

      Serio? Mam zupełnie inne doświadczenie. Szczególnie we wspomnianego budynku ministerstwa finansów :) Ja spotkałem się z wyższą podstawową kulturą w UK, do której zaliczam mówienie dziękuję, proszę i witanie się.

  • Monika Grzebyk

    Ja z domu wyniosłam mówienie „Dzień dobry” sąsiadkom, paniom w sklepie i innym znajomym dorosłym. Ale zupełnie nigdy nie miałam w zwyczaju mówić „cześć” do osób, których nie poznałam osobiście w ten czy inny sposób, nie rozmawialiśmy, nikt nas nie przedstawił itp, a wiem że istnieją bo czasem tylko ich mijam. Za to do mieszkania obok wprowadziło się kilku chłopaków, jak się parę razy mijaliśmy usłyszałam „cześć” i byłam zaskoczona, ale zrobiło mi się miło :) następnym razem już nie będę taka zdziwiona tylko sama to powiem :) Za to w miejscu pracy jest to naturalne, że mówimy dzień dobry/cześć do każdego, ale to nie jest duża placówka i prawie wszystkich znam z widzenia.

  • Ciekawy temat, kiedyś wychodząc z założenia,że go przecież znam powiedziałam „Dzień dobry!”mijając Cejrowskiego na targach książki. Moich sąsiadów nie znam, większości nigdy na oczy nie widziałam, ale na klatce próbuję się witać.

    Jest też kwestia tego,kiedy młodsze dzieciaki przestają Ci mówić „cześć”,a zaczynają „dzień dobry”. Uświadamia to upływ czasu, nie?

    • To przychodzi zupełnie znienacka. Cały czas jesteś jednym z nich, aż nagle, ni z tego, ni z owego, stajesz się „panem”.

      • Justyna Sekuła

        U mnie stało się to w Lewiatanie, gdy jakieś dziecko powiedziało: Czy może mi pani podać z górnej półki?

        Do teraz mam traumę i nie chodzę to tego sklepu.

  • Maciek Potępa

    Cześć;) Mam podobne spostrzeżenia co do tego zamykania się ludzi na siebie. Jeśli chcesz zapraszam Cię do przeczytania wywiadu, w którym podzieliłem się moimi refleksjami na ten temat: http://recznik.wordpress.com/2013/11/18/17-lubie-cie-podsumowanie/

  • Saga Sachnik

    O o o – mówienie „dzień dobry” przy wchodzeniu do sklepu. Albo do punktu informacji miejskiej. Zabrakło mi rąk, którymi mogłabym się podpisać pod tym. Dostaję czkawki na kolejne pomstowanie, jacy to ludzie są niewychowani, bo miejsca nie ustąpią w tramwaju. Już nawet menele podchodząc w wiadomym celu mówią „dzień dobry”.

  • rafał d

    W świecie wszechogarniającej pogardy, lepiej wyjść na gardzącego, niż wzdardzonego.

    To hipoteza.
    uszczęśliwiłoby mnie gdyby ją ktoś obalił, ale nie mam wielkich złudzeń…

    • filip

      dobrze powiedziane

  • Ania

    Mnie również tak wychowano, widzę sąsiada, mówię ‚Dzień dobry’, widzę znajomego/znajomą, mówię ‚cześć’. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy mają z tym problem. Nie łatwiej powiedzieć/ chociażby odpowiedzieć ‚cześć’, zamiast udawać zaskoczonego w stylu ‚o, hej, nie poznałam/em Cię’ (owszem, czasem taka sytuacja się zdarza, mnie też, ale jednak łatwo jest rozpoznać kiedy ktoś serio zamyślił się itp. i nie zauważył, że mija kogoś znajomego, a kiedy wiemy, że ta osoba nas widziała z odległości kilkunastu metrów i tylko udawała, że nas nie widzi). Równie dziwne jest dla mnie odpowiadanie w stylu ‚czś’, nie wiem co w tym tak trudnego i nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Zauważyłam też, że zdecydowana większość młodych osób ma taki problem, osoby w wieku starszym nie mają najmniejszego problemu z powitaniem, w całym moim życiu może dwa razy zdarzyła się sytuacja, że ktoś się dziwnie na mnie spojrzał i nie odpowiedział/ odpowiedział z ‚ogromnym wysiłkiem’ :). Osoby starsze mają w sobie więcej serdeczności jeśli chodzi o kwestię powitania, to z ich strony najczęściej widzę uśmiech :) Takie są moje odczucia.

  • Aleksandra Muszyńska

    Są jeszcze zawodnicy,którzy na otwartej przestrzeni udają,że jesteś dla nich niezbadanym terytorium i obcą jednostką,ale za to w kolekcji znajomych na fejsbuniu – zawsze lepiej więcej „ryjów”,niż mniej!Zaproszę,a później udam,że nie znam,poprawi mi statystyki,a ja się nie zmęczę podtrzymywaniem znajomości!

  • Justyna Sekuła

    Nie mówię „cześć” nieznajomym, bo zwyczajnie nie odczuwam takiej potrzeby i nie mam ochoty się do uprzejmości zmuszać. Z tego samego powodu nie mówię „cześć” osobom, które znam, ale których nie lubię. Znajomym i tym, których lubię też czasem nie mówię „cześć”, bo jestem upośledzona i jak wychodzę na ulicę, to przestaję poznawać ludzi a wszystkie twarze wyglądają dla mnie tak samo.

    Może jestem niewychowana, może jestem aspołeczna. Trudno.

  • Pamiętam, że jak byłam mała i rodzice uczyli mnie mówić sąsiadom „dzień dobry”, trochę opacznie to zrozumiałam i pozdrawiałam każdego kogo mijałam. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ludzie odpowiadali dopiero po zastanowieniu i dziwnie mi się przyglądali. W końcu czego ta obca pięciolatka chce? Teraz mieszkam na małym osiedlu, gdzie wszyscy się znają, więc każdy mówi sobie „dzień dobry”, nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.
    A ludzie, z którymi mam słaby kontakt, albo osłabł on od czasów podstawówki, „cześć” w ogóle już mi nie mówią. Kiedy czasami ja wyjdę z taką szalona inicjatywą patrzą na mnie bezbrzeżnie zdziwieni i odpowiadają z takim jakby pytajnikiem w głosie. Albo widząc kogoś z kim już się po prostu nie witam, dla beki, uśmiecham się szeroko i radośnie mówię „no cześć”. Ich miny – poezja:D

    • I do kolekcjonowania takich min można by używać Instagrama, a nie tylko ciuchy i jedzenie :)

  • Cześć! I czołem! Świetny tekst. Pełna zgoda (ostatnio nadużywam tego sformułowania i podejrzanie się ze wszystkimi zgadzam, a niech mnie!). Najzabawniejsze bywają reakcje ludzi w hostelach, gdy mówisz im ”cześć” w łazience albo w kuchni. Patrzą jak na kosmitę. Natomiast wystarczy wyskoczyć z ”hello” do zagranicznego gościa i już zaczyna się dialog. Można? Można.

    • Tomasz

      Ogólnie to taka nasza narodowa przywara. Jesteśmy bardzo zamknięci w sobie i niechętni do kontatków. Pamiętam swoje zdziwienie otwartością ludzi w Szwecji. Tam wystarczy czasem na kogoś popatrzeć na przystanku żeby zostać obdarzonym uśmiechem i jakimś ichniejszym „cześć” :) Bardzo fajny kraj, a skandynawowie wcale nie tacy zimni :)

  • Fajnie, że o tym napisałeś. W sumie miałam to zrobić ja za jakiś tydzień, no ale cóż… zupełnie nieświadomie mnie wyręczyłeś ;)

    A tak poważnie – też mnie irytuje postawa „mamnatowyjebane” u ludzi, których znam i kojarzę, a którzy nagle postanawiają udawać, że nigdy Cię na oczy nie widzieli. To takie… słabe jest.

    • Ana

      Ale może niektórzy mają jak ja? Biegną (a nawet nie biegną, tylko idą ulicą, ale będąc w innym świecie;) i nie widzą? Miną i po chwili zajarzą, że minęli kogoś znajomego? :) Co innego jednak, gdy idą i patrzą Ci w oczy… Albo robią w pracy awanturę, że nie mówisz im dzień dobry”, bo są przecież starsi – wiekiem, stażem, stanowiskiem. Tylko że to oni wchodzą do pomieszczenia, w którym pracuje kilka osób…

  • Venegoor

    Mnie rozwaliła ostatnio podobna sytuacja. Będąc w biurze pewnego URSS w Krakowie, zasłyszałem taki oto dialog:

    Laska 1 – Heloszka
    Laska 2 – No hejka hejka
    Laska 1 – Jak tam?
    Laska 2 – Stabilnie (jakby nie było można powiedzieć „u mnie wszystko dobrze, miło że pytasz”, sic!)

    Laska 1: Możesz sobie zrobić brejka, chętnie bym poszła smołkać…

    Po tym ostatnim zdaniu nie mam pytań, a prof. Bralczyk idzie ciąć żyły…

  • Kostka

    Przykra sprawa ale mysle ze to nie jest kwestia mieszkania w duzym miescie tylko mieszkania w Polsce. Przez ostatnie kilka lat mieszkalam w nieduzym miescie, przyzwoitej dzielnicy, pelnej domkow szeregowych. Zaden z sasiadow nie mowil mi „dzien dobry” i za kazdym razem gdy sie mijalismy, patrzyli na mnie jakby widzieli mnie pierwszy raz w zyciu. 3 miesiace temu wyprowadzilam sie do Nowego Jorku. Ponoc wszyscy tutaj zyja w takim pospiechu, ze nie maja czasu na obiad i musza sie objadac w fast foodach. A jednak kazdy ma czas zeby byc uprzejmym. Wiele razy zdarzylo mi sie, ze ktos zupelnie obcy zyczyl mi milego dnia mijajac mnie na ulicy, pomachal, usmiechnal sie. Nie musimy mieszkac w tej samej dzielnicy, zeby byc dla siebie mili.

    • W Wiedniu i w Paryżu, mimo, że byłem tam tylko kilka dni, miałem podobną sytuację. Idąc po ulicy, jeśli ktoś złapał Cię wzrokiem, pozdrawiał i życzył dobrego dnia. Bardzo miłe.

    • Aleksandra Muszyńska

      E,nie jest tak źle.Często bywam pozdrawiana nawet przez obcych-jakoś mam takie szczęście,że trafiam na ludzi podobnie jak ja lubiących innych ludzi.Na szlaku joggingowym ZAWSZE pozdrawiam się z mijającymi mnie osobami,nie mam problemu z witaniem mnie przez osoby znane mi z widzenia (zdarzają się oczywiście panny z tej samej grupy uniwersyteckiej,które udają,że nie odróżniają mnie pierwszy raz na oczy widzianej osoby,ale to przypadki patologiczne).Może mam dobrą karmę :).

  • Michał

    W 100% prawda, nie raz się nad tym zastanawiałem, czemu tak to wygląda w akademikach.
    W ogóle w moim życiu najdziwniejsze osoby na jakie zdarzyło mi się trafić, mieszkały w akademiku.
    Przypadkowi/we współlokatorzy/orki moich znajomych, dla których bólem było to że zaczynam z nimi rozmawiać.
    Zazwyczaj zaszywały wzrok w laptopie i czekały, aż w pokoju nie będzie tych „obcych”.
    Albo gdy taka osoba wchodziła do kuchni, nie raczyła się przywitać, tylko udawała że nikogo nie widzi, kładła co musiała na kuchenkę i uciekała do pokoju.

  • Kasia

    Mieszkam w dość małym mieście, więc ludzie się ogólnie ‚znają’- z widzenia, przez wspólnych znajomych itp. Wczoraj miałam dziwną sytuacje- wracałam ze sklepu i z naprzeciwka szedł ‚znajomy’ mieszkający kilka domów dalej od mojego. Przez cały dzielący nas dystans spoglądał na mnie, dlatego w momencie, w którym się mijaliśmy miałam na końcu języka ‚cześć’ a na twarzy delikatny uśmiech, jednak zakończyło się spojrzeniu. Gdyby chciał powiedzieć ‚cześć’ to by powiedział, ja wyznaję zasadę że facet powinien zrobić to pierwszy. Dlatego poszłam dalej z uczuciem zażenowania. Dodam tylko, że wcześniej ta sama osoba ‚cześć’ mi mówiła. Może mnie nie poznał, a może po prostu nie miał ochoty się odzywać.
    Na szczęście są też tacy ludzie, z którymi nie rozmawiam od czasów podstawówki a zawsze usłyszę donośne ‚Cześć Kasia!’

    Może uznasz za coś głupiego fakt, że czekam na to aż mężczyzna przywita się pierwszy, jednak doświadczenia mam różne i często nie słyszałam odpowiedzi, co doprowadzało mnie do szału.

    • „Może mnie nie poznał, a może po prostu nie miał ochoty się odzywać. ” a może stwierdził, że tyle razy pierwszy Ci mówił cześć, że tym razem Twoja kolej. Czemu uważasz, że to facet powinien pierwszy się witać?

      • Michał
        • karolina

          Powiedzenie „Dzień dobry” w sytuacji gdy się wchodzi do pomieszczenia, nie ma nic wspólnego z równouprawnieniem, ani płcią…. Ale ma wiele wspólnego z kulturą wchodzącego ;)

      • Baśka

        Ja np. jakiś czas temu stwierdziłam, że jeśli będę czekać, aż jakis facet powie mi: „cześć”, to mogę się nie doczekać. Krzyczę więc ja. Z drugiej strony nadal uważam, że facet powinien się witać pierwszy. Serio. I – tak na marginesie jestem w sercu prawdziwą anty-feministką. :P
        Widzę też coraz częściej taką tendencję do udawania, że się nie widzi, bo wzrok ma się skupiony metr od głowy drugiej osoby (nie wiem, jakie pole widzenia musiałaby mieć taka osoba, ale raczej miałaby problem z poruszaniem się). Ewidentnie ktoś udaje, że mnie nie widzi. Więc ja robię dokładnie to samo.

        • „nadal uważam, że facet powinien się witać pierwszy” okej, ale czemu? ;)

          • Baśka

            Tam powyżej powyżej, to w sumie nie byłam ja, aleee… Nie wiem, wydaje mi się, że tak to powinno wyglądać, może to jakieś pozostałości po dawnych czasach (przy czym ja tu mówię o górnych warstwach społecznych od [a bo ja wiem dokładnie?] XVII/XVIII w.), kiedy to mężczyźni stali, gdy kobieta stała, nie przeklinali przy niej, bo to nie było w dobym tonie itd. Przy czym u mnie to o tyle przewrotnie, że jak już ktoś chce za mnie ponieść ciężką torbę, to jestem oburzona. :)
            Aaa tak poza tym, jestem krótkowzroczna i jak ktoś się ze mną nie zderzy, to pewnie nie zauważę. Więc jednak byłoby milej, gdybym chociaż mogła odpowiedzieć. O.

          • Przy czym zauważ, że wtedy kobiety same też nie przeklinały, nie nosiły spodni i nie chciały równouprawnienia :)

          • Kaś Lifeinblondcolor

            Cześć! ;)

            Moim zdaniem mężczyzna, który mówi pierwszy „cześć” kobiecie, jest bardziej interesujący. ;) Nie chodzi mi tutaj o jakieś musi-nie musi, ale na pewno jest to miłe i w oczach kobiety takie… Szarmanckie? Mężczyźni, mówcie pierwsi cześć!

            Ja jako kobieta wołam „dzień dobry” i „cześć” bez względu na to, do kogo jest to kierowane – mężczyzna, kobieta, młodsza osoba, czy starsza. Nie ujmuje mi to godności, jeśli powiem to pierwsza. ;) Dawnym znajomym z klasy również mówię „cześć”, bo czuję, że tak powinno się robić.

            W nowym miejscu mieszkam około pół roku i z nowymi sąsiadami mam całkiem fajne relacje. Z jedną sąsiadką (z klatki obok!) porozmawiam na placyku o „naszym” bezpańskim kotku z podwórka, inny stary sąsiad (również z innej klatki) z domu pociągnie mi prąd i poda swoją lampkę na parking, jeśli późnym wieczorem zepsuje mi się samochód, sąsiadka, która mieszka obok poprze mnie przy wezwaniu przeze mnie policji do niewychowanych właścicieli pobliskiego lokalu, a sąsiedzi z dołu (starsi!) zawsze przytrzymają drzwi, kiedy wchodzę do klatki z zakupami. Oczywiście nie obyło się na początku bez spiny z sąsiadką, która uważa, że klatkę powinno się myć w soboty i to jedyny słuszny dzień (przecież niedziela jest taka święta, a ty musisz być w domu w sobotę, żeby umyć klatkę). Ale dzień dobry mówimy sobie wszyscy, również z rodzinami sąsiadów. Nieważne, czy widzimy się pierwszy raz, czy nie, ważne, że jesteśmy na tym samym terenie (klatka, parking), a to oznacza, że łączy nas pewnego rodzaju wspólnota. ;)

            Z sąsiadami z mojego miasta rodzinnego mówimy sobie „dzień dobry” do tej pory. Z niektórymi zamieniam słowo, co słychać. Jeszcze rok temu mieszkałam w Gliwicach i tam za sąsiadkę mieliśmy przemiłą starszą kobietę. Była bardzo życzliwa, często rozmawialiśmy na klatce i było jej bardzo przykro, jak po kilku latach się wyprowadzaliśmy.

            Jeśli chodzi o uśmiech, pozdrawianie i mówienie „cześć” wobec obcych nam osób. Sama jestem dość nieśmiała i nie wyobrażam sobie zagadać do kogoś tak po prostu na ulicy. Natomiast, kiedy całkiem niedawno byłam świadkiem potrącenia kobiety i udzielałam jej pierwszej pomocy, po całym zdarzeniu rozmawiałam chyba z połową miasta.

            Pozdrawianie się na szlakach górskich to bardzo miła sprawa. Fajnie jest porozmawiać z kimś, kto już zdobył szczyt i właśnie schodzi w dół lub odwrotnie. W górach w ogóle panuje inna atmosfera. :)

            Kwestia mówienia „dzień dobry” i „cześć” w dużej mierze zależy od wychowania, ale również i od otoczenia (ludzi) i chyba pochodzenia z danego województwa (i jego tradycji).

        • Saga Sachnik

          A kto to jest anty-feministka?
          Też nie rozumiem, dlaczego to panowie powinni pierwsi mówić „cześć”. Chodzi przecież o przywitanie się.

          • Baśka

            A nie wiem, mam takie jakieś wewnętrzne przekonanie, że panowie mówią pierwsi „cześć”, przynajmniej powinni, tak jak dzieci mówią „dzień dobry” starszym, a nie odwrotnie. Nie wiem, skąd to się wzięło i chyba nie będę się w to bardziej zagłębuać.
            Nie wiem, czy słowo „anty-feministka” istnieje. Pewnie nie. Ot, malutki popis słowotwórstwa na potrzeby chwili. Chodziło mi o to, że ja tej rzeszy feministej walczących o byle… co jestem przeciwna.
            Są kraje, gdzie kobieta jest traktowana jak zwierzę albo i gorzej – wtedy dla feministek jak najbardziej wielki lajk. Ale na tę chwilę w tym miejscu mam takie, nie inne przekonania.

          • Paulina Angelika Kulik

            No ale przyznaj się – przeklinasz czy nie? Jesteś damą jak z wyżej wymienionych wyżyn społecznych?
            Nie wiem jak to możliwe, że jednocześnie staram się nie przeklinać, być miłą, kulturalną, i jednocześnie nie widzę szczególnych powodów, dlaczego to mężczyzna miałby witać kobietę pierwszy.

          • Baśka

            Ależ oczywiście, że przeklinam, noszę spodnie i jestem zmuszona witać panów pierwsza. Nie mówię jak jest, a raczej jak, moim zdaniem, być powinno.
            Paulino, tak z ciekawości, przy sytuacji, gdzie widać, że nie unikniesz poznania kogoś, bo np. działacie w jednej organizacji, stoicie 2 metry od siebie, też uważasz, że jeśli nie ma kto Cię przedstawić, to pędzisz na załamanie karku z wyciągniętą ręką, by się przedstawić?

          • Paulina Angelika Kulik

            Tak, witam się ‚własnoręcznie’ jeśli nikt nie kwapi się nas przedstawić (a to zdarza się akurat w moim otoczeniu dość rzadko). Na złamanie karku nie pędzę, ale wykorzystuję nadarzającą się okazję. Natomiast trudno jest taką sytuację wykorzystać z osobą, która się krępuje, unika kontaktu wzrokowego, wtedy nawet po przestawieniu się nastaje cisza, która jest dość krępująca. Ale to sporadyczne przypadki, podejrzewam, że to bardzo nieśmiałe osoby.
            Z ciekawostek to we Francji popularne jest witanie się przez dwukrotny buziak w policzek (np ze wszystkimi na danej imprezie, obcymi lub nie). Wtedy nowy gość wprowadzany jest do towarzystwa przez gospodarza, a Ci którzy nie znali się przed tym spotkaniem z nowym gościem przedstawiają się przy ‚policzkach’. Po tym jak to przeszłam, to żadne podanie ręki nie jest krępujące ;)
            No i na koniec poleciłabym przetestowanie bycia damą – osoby zgromadzone dookoła Ciebie naturalnie będą wyczuwać pewien dystans i respekt, więc bardziej prawdopodobne jest osiągnięcie celu – konwenanse z dawnych lat. A osoby podobne Tobie w poglądach same będą się ujawniać (wyobrażam sobie sytuację, w której Twoi sąsiedzi kojarzą Cię jako damę, poniekąd stajesz się z tego sławna, i sąsiedzi – Ci, którzy to doceniają – sami będą stosować starodawne zasady wobec Ciebie).

          • Baśka

            Mam się otoczyć nimbem wyniosłości i być może wtedy ktoś z szacunkiem powie mi „cześć”? Brzmi to dość absurdalnie.
            Może zbyt wiele wymagam od świata, może mam nieaktualne poglądy, może jestem hipokrytką.
            Na ten moment bez znaczenia. W zasadzie nie mam nic do Waszych poglądów, ale dyskusja nie ma sensu, bo są z gruntu inne i chyba są kwestią wychowania.

          • Paulina Angelika Kulik

            Nie rozumiem czemu od otoczenia wymagasz więcej niż od siebie. Ale ok, EOT :)

      • Dlaczego? Może dlatego, że chciałabym aby wróciły czasy, gdy mężczyźni brali za punkt honoru szacunek do kobiet. I tego szacunku wymagam. Czasy się zmieniły, ale do cholery jakieś wartości powinny zostać zachowane…

        • A nie uważasz, że taki sam szacunek powinno się mieć do obu płci naszej rasy? Co za różnica, czy ktoś ma penisa, czy waginę?

          • Może wzięło się to stąd, że kobieta, której facet nie odpowie ‚cześć’ będzie to rozpamiętywała, zastanawiała się (tak jak ja) ‚może nie poznał…’. Włącza się jakiś system obronny przed uczuciem zażenowania. Dlatego wolę poczekać i z SZACUNKIEM drugiej osobie odpowiedzieć.

            Nigdy nie miałam okazji żyć w dużym mieście, nie spotykałam sąsiadów na klatce schodowej i tak dalej. Może dlatego moje myślenie wydaję się być ‚zaściankowym’. Tak zostałam nauczona- w szkole chłopak podchodził do dziewczyny podając jej rękę i mówiąc ‚siema!’. Teraz, kiedy jestem starsza to w zasadzie nie wiadomo już kto jeszcze jest naszym znajomym, a kto po prostu dawno tę znajomość olał. Stąd biorą się nieporozumienia.

          • Mateusz

            Myślisz że faceci nie rozmyślają ;) ?

          • Agnieszka Wegrzyn

            @Libresse04 Masz rację, że według zasad dobrego wychowania to mężczyzna powinien pierwszy powiedzieć „dzień dobry” nie kobieta. Natomiast NIE POWINIEN wyciągać pierwszy ręki do uścisku ponieważ to kobieta decyduje czy ma ochotę uścisnąć dłoń na powitanie czy nie (więc Twoi koledzy z klasy popełniali faux pas podając ci rękę na powitanie ;) ). Oczywiście reguły są bardziej skomplikowane, gdy jest znaczna różnica wieku, różnica w hierarchii (np. pracownik-szef) itd.. Dobrze zebrane reguły są opisane w linku poniżej :)
            http://www.managernaobcasach.pl/kobieta-w-biznesie/163-asystentka/2438-savoir-vivre-kto-kogo-wita-najpierw

  • Sąsiad sąsiadem. Ja miałam takiego współlokatora. Na 50 metrach kwadratowych. Za każdym razem, kiedy próbowałam do niego zagadać ten wychodził z pomieszczenia i wracał dopiero jak mnie już tam nie było.
    Raz spotkaliśmy się na koncercie gdzieś w mieście, gapił się na mnie przez 5 minut, popchnął mnie boleśnie, kiedy przechodził obok, ale oczywiście nie raczył się przywitać – tym razem postanowiłam zagrać kartą „jestem dziewczyną” i oczekiwać jego inicjatywy. Nic.

    Po pół roku został zmuszony do wyprowadzki, bo mieszkanie z takim typem przypominało niskiej klasy dreszczowiec…

  • olgacecylia

    Jakbyś pisał o moich sąsiadach. Od 6 lat mieszkam w jednym miejscu, znam z widzenia większość mieszkańców – nawet tych, którzy wynajmują mieszkania w naszej klatce. Pozdrawiam wszystkich, kiedy się widzimy. Odpowiada może połowa.

    A ja nawet ostatnio witałam się z dziewczyną, z którą jeżdżę jednym tramwajem! Bo zobaczyłam znajomą twarz na uczelni.

    Nie rozumiem tego. Bardziej niż wesel ;-)

  • W moim rodzinnym miasteczku musiałam dojeżdżać do szkoły PKS-em i zawsze witałam kierowców serdecznym „dzień dobry”, a żegnałam dołączając „dziękuję” (i wcale nie „dziękuję, że się nie rozlecieliśmy tym gratem”). Gdy przeprowadziłam się do dużego miasta nie mogłam się przestawić, że wchodzę do autobusu i do nikogo się nie odzywam, wychodzę i nikogo nie żegnam. Mimo, że siedzę w Łodzi już rok, to nadal łapię się na tym, że wchodząc/wychodząc przednim wejściem odzywam się do kierującego, a ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę :D
    Zauważyłam, że w dużych miastach ludzie mają problem by odezwać się do siebie, nawet moi obecni sąsiedzi bywają wielce zdziwieni, gdy witam ich na klatce schodowej…albo krzyczę z odległości 300 metrów „dzień dobry!”.

    • Hmm…ja mam czasem takie odruchy w pociągach i windach, że mówię ludziom: „dziękuję” zamiast „do widzenia” i też się na mnie dziwnie patrzą :D

      • Tomasz

        A to akurat bardzo ładny zwyczaj. Też mówię „dziękuję” po wyjściu z windy. To coś jakby „dzięki, za te 3 przejechane w milczeniu piętra”, ale ogólnie świadczy o kulturze. Nie znoszę mruków którzy nawet dzień dobry nie są w stanie wydusić wsiadając do windy pełnej ludzi.

        • Ullalala

          Ja to jak szybko wychodzę z tramwaju rzucam „dziękuję” na pożegnanie jak z kimś przez chwilę rozmawiałam (chociażby o tym, jak gdzieś dojechać). Ale szczerze to sama myślałam, że to bardziej dziwne niż uprzejmie (coś jak to, że zdarza mi się przeprosić np. sztalugę jak się o nią potknę ;P)

        • Jacek Adamkiewicz

          za co Ty im dziękujesz ? że cię nie zabili ? a może dziękujesz windzie ?

    • Karolina Pomorska

      Haha! Mieszkam pod Łodzią i w busie zawsze mówi się dzień dobry i do widzenia/dziękuję, więc czasem też robię to w łódzkich autobusach i się na mnie dziwnie patrzą ;>

      • Jurek

        Cóż też mieszkam pod Łodzią i zdarzyło mi się pojechać busem tu i ówdzie i zauważyłem, że ludzie nie raz to robią i bardzo fajnie, niestety w dużych miastach brak, brak, brak.

    • Jurek

      Łódź to jest Łódź i na prawdę tylko tyle tu można powiedzieć o tym mieście. Co prawda nie byłem w wielu innych miastach w Polsce, które są takich rozmiarów (chodzi mi, że np mieszkałem przebywałem dużej niż na wycieczce) więc nie stwierdzę czy może wszędzie tak jest, czy tylko w naszej pięknej Łodzi (dziurawej, która na dno brnie) ale oprócz takich stosunków, a raczej ich braku między ludźmi, to da się dostrzec wręcz złe spojrzenia i niechęć. Każdy załatwia co musi i wraca do swojej nory – zobaczymy co w przyszłości.

      • Ja mieszkam od urodzenia w Łodzi i żadnej niechęci nie odczuwam ani też brnięcia na dno, ludzie oddają uśmiechy, potrafią być przemili… Każdy dostaje więcej tego, co samemu wysyła. Może chodzi po prostu o to, że w dużych miastach jest większa anonimowość niż w małych miejscowościach?

  • A nie jest przypadkiem tak, że ‚część’ mówi się osobom, którym chce się to powiedzieć? ;)
    Druga sprawa to kwestia śmiałości, której brak jest immanentną cechą w naszym społeczeństwie.

    • Jeśli nie chcieliby mi mówić „część”, to nie mówiliby mi też, gdy to ja wychodzę pierwszy z powitaniem, tylko to olali ;-) Co do kwestii śmiałości, sorry, ale to jest chamstwo a nie nieśmiałość.

      • Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala tak robić w momencie, kiedy ktoś wychodzi z inicjatywą. A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień) żeby z taką inicjatywą nie wychodzić. Może nie jest to kulturalne, ale chamskie? W żadnym momencie.

        • „Nie olaliby, ponieważ ogólnie pojęta kultura osobista nie pozwala” – nie rozmieszaj mnie. Mówisz tu o jakimś poważny rozdwojeniu jaźni – z jednej strony kultura osobista pozwala im udawać, że kogoś nie widzą, mimo, że fizycznie wpadają na niego, z drugiej strony nie pozwala im nie odpowiedzieć na kontakt?

          „A że ktoś nie mówi pierwszy? to nie jest chamstwo, ktoś może mieć powody (np. banalny gorszy dzień)” – zastanawia mnie, że tak usilnie próbujesz to usprawiedliwiać? Czyżbyś sam tak robił? Dobrze wiesz, że nie chodzi to u sporadyczne, a nagminne zachowanie.

          • Przeczytaj to, co napisałem trochę niżej. I powtórzę to raz jeszcze: chamstwem jest brak odpowiedzi. Chamstwem NIE JEST brak wyjścia z inicjatywą.
            Poza tym nie wiesz, czy udają, że kogoś nie widzą. Nie znają Cię, nie mają powodu z tobą rozmawiać, to nie mówią dzień dobry, póki sam nie zaczniesz. To, że sam jesteś otwarty wobec ludzi nie znaczy, że tacy są wszyscy. Powiesz dzień dobry sąsiadowi z klatki, ale czy powiesz osobie, o której wiesz, że mieszka 2 bloki dalej, że ma czarnego owczarka, a jego żona spotyka się z 2 razy młodszym facetem? Nie sądzę. Bo tylko się widzieliście kilka razy. I nie jest to koniecznie podstawa do powitania. Czy widząc kilkukrotnie o tej samej godzinie w supermarkecie tą samą osobę powiem jej ‚cześć’? Niekoniecznie, bo tak się składa, że po prostu wracacie o tej samej godzinie z roboty. Nic więcej.
            Podsumowując: fajnie, że Ty mówisz wielu osobom ‚cześć’. To jest miłe. Ale nie jest to tak ‚czarno-białe’ jak to ukazujesz i nie zawsze ktoś, kto Ci nie mówi, musi być uznany za chama tylko dlatego, że Ty tak uważasz.

          • Przeczytaj jeszcze raz posta, bo go ewidentnie nie zrozumiałeś.

          • A mnie się wydaje, że nie potrafisz przyjąć tego, że ktoś ma inny punkt widzenia. To, że napisałeś o czymś nie znaczy, że każdy musi się z tym w 100% zgadzać.
            Zresztą nie mam zamiaru się o to jakoś kłócić, gdyż połowicznie w komentarzach podzieliłem twoje zdanie, pokazując także drugą stronę medalu. Ale (parafrazując Ciebie) ‚ewidentnie ich nie zrozumiałeś’ ;)

          • Garnierze, czym innym jest odmienny punkt widzenia, a czym innym nierozumienie czytanego tekstu. Nie mam zamiaru się produkować i parafrazować tego, co napisałem powyżej. Albo przeczytaj wpis jeszcze raz i daj sobie siana albo odejdź.

          • Kamcio

            Ogólnie tak to już na tym blogu, że lepiej zgadzać się z tezą stawianę przez autora. Garnierze, jeśli chcesz aby Twoje komentarze nie zostały usunięte sugeruję nic nie odpowiadać, a ewentualnie przegrać w dyskusji z autorem, który zawsze pisze z pozycji arbitralnej.

          • Paulina Angelika Kulik

            Jasne, nie wszyscy robią tak jak autor posta. Ale fajnie by było, gdyby robili, gdyby za jakiś czas utartą normą społeczną było witanie się ze wszystkimi znanymi z widzenia osobami. Co mi przeszkadza co robi żona sąsiada? W witaniu chodzi właśnie o to, żeby witać skojarzone osoby, bez wyróżniania i oceniania ich. Byłeś kiedyś w miejscu, gdzie witają Cię na każdym kroku? Uśmiech z twarzy nie schodzi. A w Warszawie przynajmniej tego uśmiechu u społeczeństwa brakuje. W sumie nic dziwnego skoro podejrzenie zdrady już musi być ukarane, koniecznie trzeba wyrazić zniesmaczenie. Skoro „nie wypada” być szczerym, to zostaje wyfiltrowanie osoby z otoczenia. Witanie się z tymi, z którymi chcesz się witać jest niejako obraźliwe. I dlatego właśnie uważam je za chamskie.
            Jak wprowadziłam (niejako na siłę) regularne witanie sąsiadów, tak nagle zaczęłam ich poznawać – nie tylko z wyglądu. Zdarza mi się z nimi zamienić parę zdań, zwykle żartobliwych. Nie ważne jak zła i wkurzona byłam chwilę wcześniej, ale taka uprzejmość poprawia nastrój.

    • olgacecylia

      To nie jest kwestia śmiałości. Kiedy kogoś znasz, choćby z widzenia, dobre wychowanie nakazuje go pozdrowić. W szkole byłam najbardziej nieśmiałą osobą na świecie, ale kiedy mijałam kogoś z innej klasy, kogo znałam, zawsze mówiłam mu „cześć”. Inna rzecz, że rumieniąc się jak burak, zwłaszcza kiedy to był chłopak, który mi się podobał, ale dopiero byłoby mi głupio, gdybym udała, że go nie widzę.

      • Dobre wychowanie to nakazuje, oczywiście. Ale nie jest grzechem, osoby widzianej kilkukrotnie, nie pozdrowić zwykłym ‚dzień dobry’. Prosty przykład: jedziesz autobusem i rano widzisz codziennie te same twarze. Mówisz tym osobom dzień dobry? Raczej nie.
        Nie demonizujmy. Nie odpowiedzieć na powitanie jest niekulturalne, ale nie trzeba wychodzić zawsze z inicjatywą.

  • Heh, też mnie to zawsze zastanawiało..
    Mi się czasem zdarza powiedzieć komuś kilka razy ‚czesc’ lub ‚dzien dobry’, bo nie pamietam, że juz sie widzielismy. ;)

  • Też zaobserwowałam coś takiego, ale nawet w przypadku ludzi, których kiedyś znałam. To aż śmieszne, że osoby, z którymi np. jeszcze 10 czy tam 11 lat temu chodziłam do podstawówki, dziś nie potrafią (od)powiedzieć na zwykłe „cześć”. Wiem, że od tego czasu się nie widzieliśmy, wiem, że jesteśmy innymi ludźmi, wiem, że dużo się zmieniło. Rozumiem, że ci ludzie nie chcą ze mną rozmawiać, ale przecież to, że mówię im „cześć” nie znaczy wcale, że ja chcę z nimi konwersować – nie interesuje mnie co u ciebie na uczelni/ w szkole, czy masz dzieci, czy jesteś mężaty czy żonata czy odwrotnie. Po prostu się mówię „cześć”, bo mnie nauczono, że jak się kogoś zna to się z nim wita. I tyle.

Zrobiłem sobie test na HIV. Jak to wygląda i dlaczego warto?

Skip to entry content

wpis jest elementem kampanii społecznej #mamczasrozmawiac

Mam to niewątpliwe szczęście, że seks w moim domu nigdy nie był tematem tabu i żeby dowiedzieć się skąd się biorą dzieci, nie musiałem czekać do lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w międzyczasie polując z lornetką na bociany. Zresztą, nikt mi nie opowiadał takich głupot i jedząc gołąbki nie miewałem napadów paniki, że coś twardego między liśćmi kapusty, to nie ziarnko piasku, tylko jednak noworodek.

Zawsze mogłem porozmawiać o tym z mamą, a w zasadzie to ona rozmawiała o tym ze mną.

To od niej dostałem pierwszego „Playboya”, żeby z kobiecego ciała nie robić jakiejś tajemnicy poliszynela. Od niej też usłyszałem, że kiedy dojdę do etapu, w którym będę chciał z kimś pójść do łóżka, to powinienem mieć prezerwatywę. I ta rozmowa miała miejsce długo zanim przeżyłem swój pierwszy raz, a nie tak jak w wielu przypadkach, rok albo dwa lata po. Albo wcale. Podobnie było z tłumaczeniem, że kondomy zabezpieczają nie tylko przed staniem się rodzicem, w momencie kiedy zupełnie nie jest się na to gotowym, ale również przed chorobami.

Na przykład przed HIV.

Czym jest HIV, czym nie jest i co o nim wiemy?

HIV to ludzki wirus upośledzenia odporności. Innymi słowy: skomplikowane cząsteczki organiczne, które mogą spowodować, że Twój organizm będzie miał odporność na tak niskim poziomie, że zapalenie płuc może Cię zabić.

Czy HIV można się zakazić przez pocałunek albo dotyk? Nie. HIV można się zakazić tylko trzema drogami: przez krew (w sensie kontakt z krwią osoby zakażonej), przez seks (także oralny) lub przez poród (od matki).

Czy HIV można się zakazić korzystając z tych samych sztućców? Nie.

A z tego samego prysznica? Też nie.

A z tego samego basenu? Również nie.

A od ukąszenia komara? Także nie. Jak podają badania z 1989, nie ma możliwości, żeby owady przenosiły HIV.

Czym HIV różni się od AIDS?  HIV to wirus, natomiast AIDS to choroba, którą ten wirus wywołuje. Możesz być zakażony HIV nawet przez kilkanaście lat i o tym nie wiedzieć, bo sam wirus nie daje żadnych odczuwalnych oznak. Dopiero, gdy przechodzi w AIDS, daje o sobie znać, bo wtedy złapanie zwykłego przeziębienia staje się walką o życie.

Czy z HIV da się żyć? Jak najbardziej i dodatni wynik na teście wcale nie jest wyrokiem. Przy poziomie dzisiejszej medycyny, dzięki lekarstwom, z HIV da się funkcjonować zawodowo, społecznie, a także związkowo.

Czy jeśli uprawiam seks z jednym i tym samym facetem, i jest on moim pierwszym, to nie ma szans, żebym miała HIV? Dopóki się nie zbadasz, nigdy nie możesz być pewna, bo po pierwsze: mogłaś się zakazić w inny sposób, niż przez seks, po drugie: skąd wiesz, że on nie jest zakażony?

Czy problem HIV dotyczy tylko narkomanów? Nie. Wśród osób zarejestrowanych w 2016 roku, tylko 3% z nich zakaziło się wirusem przy okazji wstrzykiwania narkotyków. Co ciekawe, największą grupą wiekową, której dotyczy zakażenie, nie są – jak mogłoby się wydawać – szalone, nieodpowiedzialne małolaty, tylko ludzie między 30 a 39 rokiem życia. Dorośli.

Czy jeśli używam prezerwatyw, to nie muszę zwracać uwagi na to z kim sypiam i nic mi się nie stanie? Byłoby pięknie, ale nie jest tak do końca. Cytując WHO:

Używanie prezerwatyw chroni przed 80% do 95% zakażeń wirusem HIV, które pojawiłyby się, gdyby prezerwatywy nie zostałyby użyte (nie znaczy to, jednak że 5% do 20% użytkowników prezerwatyw zakazi się HIV).

Tak że, jeśli nie kochasz się z osobą, która się zbadała i wyszedł jej ujemny wyniki, to jakieś ryzyko – niewielkie, ale jednak – istnieje zawsze.

Jak wygląda test na HIV?

W każdym województwie w Polsce są miejsca, gdzie możesz zrobić BEZPŁATNIE i ANONIMOWO test na obecność wirusa HIV. Ja swój robiłem w Zakładzie Mikrobiologii na drugim piętrze Szpitala Uniwersyteckiego na ulicy Mikołaja Kopernika 19, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie, to bliższy siebie punkt możesz sprawdzić na mapce.

  • Nie musisz się wcześniej zapisywać, rejestrować, ani w inny sposób planować badania z wyprzedzeniem. Po prostu przychodzisz i stajesz w kolejce.
  • Nie musisz być ubezpieczony, żeby wykonać badanie. Test jest w pełni anonimowy, w związku z czym, nikt nie pobiera od Ciebie żadnych danych.
  • Nie musisz się przejmować tym „co ludzie o Tobie pomyślą”. Na badania do punktów konsultacyjno-diagnostycznych wszyscy przychodzą w tym samym celu, a w kolejce spotkasz zarówno osoby młodsze od Ciebie, starsze, kobiety, mężczyzn oraz pary.
  • Nie musisz się przejmować tym „co lekarz o Tobie pomyśli”. Osoby pracujące w punktach wykonujących anonimowe testy na HIV są specjalistami, którzy chcą pomagać innym. Są bardzo serdeczni i nie ma mowy, abyś odczuł, że w jakiś sposób Cię oceniają.

Zanim zostanie Ci pobrana krew, rozmawia z Tobą konsultant, tłumacząc jak naprawdę działa HIV, ponieważ sporo osób nie ma świadomości tych mechanizmów. A część, googlując objawy swoich problemów zdrowotnych, sama się diagnozuje, wyczytując na forach internetowych, że osłabienie i ból mięśni to na pewno HIV. Najczęściej, na szczęście, to tylko przeziębienie, stres albo grypa.

Po spokojnej rozmowie idziesz na pobranie krwi, podajesz hasło na jakie będą Ci wydane wyniki badań (tak zaskoczyło mnie to pytanie o hasło, że podałem pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: „pizza”) i po tygodniu przychodzisz po ich odbiór.

Gdy masz się dowiedzieć, czy Twój wyniki jest negatywny, czy pozytywny, również nie jesteś pozostawiony sam sobie, tylko – jak na pierwszym etapie – rozmawia z Tobą konsultant. W moim przypadku potwierdziło się, że nie jestem zakażony, w związku z czym, rozmowa ograniczała się do informacji, co zrobić aby tak pozostało. I sugestii, aby ewentualna partnerka – niezależnie czy stała, czy tymczasowa – również się przebadała.

Bo dopóki nie wykonasz testu, nigdy nie możesz być pewien. Dlatego ja zrobiłem swój.

#mamczasrozmawiac

Z każdym rokiem, w dyskusjach publicznych, seks coraz bardziej przestaje być krępującym tematem, jednak wciąż jest wiele rodzin, gdzie stosunek płciowy określa się „robienie tych rzeczy”, „wchodzeniem pod kołderkę”, „ciupkaniem” lub w inny enigmatyczny sposób, a kwestia chorób przenoszonych drogą płciową jest zupełnie pomijana. Wciąż jest wiele osób, które nie wiedzą jak się zabezpieczać, żeby się nie zakazić HIV, bo nie dowiedzieli się tego ani od rodziców, ani od nauczycieli. Bo każdy z nich bał się o tym rozmawiać. Bo nie wiedział jak to zrobić.

Dlatego cieszę się, że powstają takie kampanie jak #mamczasrozmawiac (organizowana przez Krajowe Centrum ds. AIDS), bo oczywiście uświadamiają co, jak, z czym i dlaczego, ale przede wszystkim pokazują, że o seksie można i powinno się rozmawiać. Publicznie, w związku i w rodzinie. I że tych rozmów nie trzeba się bać.

Więcej informacji znajdziesz na http://mamczasrozmawiac.aids.gov.pl

---> SKOMENTUJ

problemy można zamknąć w pokoju

Od wczoraj na Wykopie jest treść typu AMA (Ask Me Anything), w której wykopowicze rozmawiają z narkomanem z 10-letnim stażem. Standardowo, w przypadku rozmów z tego typu ludźmi, padają pytania o działanie poszczególnych środków, kolejne etapy nałogu i pobyt w ośrodku odwykowym. Można dowiedzieć się jak wpływa na człowieka dekada brania, jaka jest różnica między opiatami a benzodiazepinami, i które z narkotyków wciąż są legalnie dostępne w Polsce.

Rozmowa jest zasadniczo wyważona. Ani odpowiadający przesadnie nie żali się na niesprawiedliwy los, ani pytający nie pociskają za specjalnie moralizatorskich gadek. Główny celem AMA jest obalenie mitów i legend związanych z ćpaniem, w związku z czym dominuje merytoryka. Mimo to, jedno pytanie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Gość o nicku planet3437 spytał

Dlaczego uzależnienie od narkomanii trzeba leczyć w ośrodkach? Nie mozna zwyczajnie zamknąć delikwenta w pokoju i czekać aż się „odzależni”?

Bo to przecież normalne, że…

 

Nałóg przechodzi sam

Po co są plastry nikotynowe dla chcących przestać palić, skoro palacza wystarczy umieścić w odosobnieniu na dostatecznie długi czas? Po co są spotkania dla anonimowych alkoholików i cały program wychodzenia z uzależnienia? Można zapakować pijaka do auta i wywieźć na miesiąc na jakąś pustelnię. To takie proste i oczywiste. Podobnie z patologicznymi hazardzistami. Jeśli są zdominowani żądzą pieniądza, to pozbawienie ich dostęp do kasyn na 2-3 miesiące powinno załatwić sprawę. I tyle.

Gdyby to tak działało, świat byłby doliną tulipanów, storczyków i chabrów, nad którą codziennie wschodzi tęcza. Żadne DDA nie miałoby złamanego życiorysu, a Marek Kotański mógłby zbierać znaczki, zamiast jeździć po Monarach. Ale nie jest. Bo źródłem nałogu nie jest fizyczny dostęp do określonych stymulantów. W przeciwnym wypadku, wszyscy bylibyśmy uzależnieni od sieciowych RPG i butaprenu. Źródłem nałogu jest…

 

Mechanizm, który uzależniony ma w głowie

Gorzej idzie mu w pracy? Ćpa, żeby polepszyć samopoczucie i łagodniej znosić stres. Traci pracę przez ćpanie? Ćpa, żeby się tym nie dołować. Kłóci się z dziewczyną o to, że stracił pracę bo ćpa? Ćpa. Ćpanie jest dla niego odpowiedzią na każde pytanie, a narkotyk magicznym eliksirem, który rozwiązuje wszystkie problemy. Oczywiście w mniemaniu ćpuna, bo doraźnie polepsza mu samopoczucie. W pewnym momencie dochodzi do tego, że rzeczywistość jest tak nieprzyjazna, że każde wyjście do spożyczwaka jest wyzwaniem. Wyzwaniem, któremu jest w stanie podołać ćpając.

I właśnie to przekonanie starają się zmienić terapeuci.

Pozbawienie nałogowca dostępu do używki nie wystarczy. Żeby przestał brać trzeba przestawić jego myślenie. W ośrodkach leczenia uzależnień pokazuje się pacjentom, że są inne drogi radzenia sobie z problemami. Zmienia się ich nastawienie do trudnych sytuacji, relacji międzyludzkich i życia jako takiego. Terapeuci pokazują pacjentom alternatywne ścieżki ich działań i pomagają dojść do racjonalnych wyborów. To z zakorzenionych złych schematów bierze się siła uzależnienia, a nie da się ich złamać inaczej, niż przez leczenie. Długotrwałe leczenie w ośrodku stacjonarnym pod okiem specjalistów.

Tak jak piekło nie zamarznie, gdy zamkniemy oczy, tak problem nie rozwiąże się, gdy przestaniemy o nim mówić, bo…

 

Problemy psychiczne nie znikają same

Nieważne, czy to narkomania, alkoholizm, czy uzależnienie od internetu. Nie ma znaczenia, czy masz bulimię, anoreksję, czy po prostu zaburzoną samoocenę. Bez różnicy, czy dotknęły Cię lęki napadowe, osobowość graniczna, czy nie umiesz pohamować gniewu. To samo nie przejdzie. Ci bezdomni na ulicach nie wzięli się z równoległej czasoprzestrzeni. Z tym trzeba coś zrobić. I mówiąc „coś”, mam na myśli leczenie. Inne, niż „zamknięcie w pokoju”.

Pustelnia jest dobra dla roślin, a nikt kto to czyta nie może być rośliną.

---> SKOMENTUJ

Instagramowe miksy na blogach dziewczyn już się przejadły. Czas na rewolucję w blogosferze. Jesteście świadkami narodzin nowego trendu – YouTube Mixów!

Albo i nie, ale było już za ciemno, żeby kręcić vloga na plantach.

---> SKOMENTUJ