Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z marką Heineken

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Heineken Dropped

Przez ostatnie 2 lata zwiedziłem więcej świata, niż przez poprzednie 23. Głównie dlatego, że wcześniej nie miałem kasy, czasu i kasy. Z czasem dalej jest średnio na grzybka, ale hajs się powoli zaczyna zgadzać. Żeby nie oszaleć od nadmiaru gotówki staram się ją regularnie upłynniać, nie tylko przeznaczając na płyny. Zazwyczaj na kino, super-szamę i właśnie podróże. W tej kolejności.

Jako, że w ciągu ostatniego miesiąca w kinie bywałem częściej, niż w domu i mam pełny żołądek, pora na podróże! A w zasadzie plany podróżnicze na przyszły rok. Na pierwszy ogień idzie…

 

Berlin w lutym

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Berlin
autorem zdjęcia jest kalidospokipa

W zimie nie ma sensu wybierać się do żadnych ciepłych miejsc w Europie, bo z doświadczenia wiem, że i tak tam nie jest ciepło. W Niemczech klimat zasadniczo jest taki jak u nas, więc nie wygrzeję czterech liter na słoneczku, ale i specjalnie nie zmarznę (mam nadzieję!). A przynajmniej zobaczę, gdzie nasi rodzice jeździli na saksy. To raz. Dwa, wyemigrował tam mój przyjaciel malarz, więc nie mógłbym nie pojechać go odwiedzić (i tak jest zły, że wpadam dopiero w lutym, a będzie jeszcze bardziej, że wymieniam go dopiero jaki drugi powód, wiec nie mówcie mu nic, ok?).

Druga wycieczka w nowy roku, to…

 

Paryż w kwietniu

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Paryż
autorem zdjęcia jest Juanedc

W Paryżu byłem w przedostatnie wakacje i uległem wszystkim stereotypom związanym z tym miastem. Jest po prostu PRZE-PIĘ-KNE! Dominuje śliczna, jasna zabudowa, na każdej ulicy są dziesiątki przytulnych kawiarenek i po całej stolicy można swobodnie poruszać się rowerem. A przede wszystkim jest masa ogrodów i parków, w których ludzie piknikują nie tylko po pracy, ale i w środku dnia, pijąc wino, jedząc sery i wytwarzając atmosferę ogólnej szczęśliwości! Najchętniej zamieszkałbym tam na kilka lat, ale w tej chwili mam inne priorytety, więc wpadnę tam tylko na Wielkanoc.

Świąt w plenerze jeszcze nie miałem. Tak samo jak nie miałem okazji być w kraju, który jest wielkości miasta, w którym mieszkam. Dlatego punkt trzeci, to…

 

Malta w lipcu

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Malta
autorem zdjęcia jest Giorgos~

Malta pod względem powierzchni jest nawet mniejsza, niż Kraków. Co prawda tylko o kilka kilometrów kwadratowych, ale zawsze. Natomiast co do liczby ludności, to Gród Króla Kraka jest niemal dwukrotnie większy! Strasznie mnie to ciekawi, jak się żyje w takim państwie-mieście, jaki ma to pływ na mentalność, zwyczaje i kulturę tamtejszej ludności i czy oni w ogóle ze sobą wytrzymują. Chcę tam lecieć w dużym stopniu z pobudek socjologiczno-psychologicznych, ale nie bez znaczenia jest fakt, że średnia temperatura w lecie to 32°C.

Ciepełko to również powód dla którego chcę odwiedzić…

 

Egipt w listopadzie

Gdzie mnie poniesie w 2014 - Egipt
autorem zdjęcia jest jazzalnero

Podobno był tam co drugi Polak i już siara tam latać. Ja chyba jestem tym pierwszym, bo nie byłem i w żadnym wypadku nie czuję obciachu w poznawaniu starożytnych cywilizacji. Z wypiekami na twarzy będę zwiedzał budowle, które trudno byłoby wznieść przy użyciu dzisiejszej technologi, a powstały tylko dzięki pracy ludzkich rąk. Równie chętnie pośmigam w japonkach, grzejąc się przy basenie, gdy w Polsce będzie trzeba już wbijać się w płaszcze i uważać na kałuże. Dodając do tego brak tłumów, które są WSZĘDZIE latem, zapowiada się wybornie.

Jak zauważyliście (lub nie), podróże w przyszłym roku zaplanowałem tak, by w każdym kwartale gdzieś wybyć. I co do samego planowania, to jeśli mogę coś ustalać z wyprzedzeniem, staram się to robić, bo spontaniczne wypady są super, ale ogólne założenia, że „w przyszłym roku gdzieś pojedziemy”, zazwyczaj zostają na poziomie niedookreślenia. Albo to niedookreślenie zamienia się w bardzo konkretne kiedyś”. Czyli „nigdy”. Dlatego zachęcam Was…

 

Planujcie, planujcie i… szukajcie okazji!

Pochwalcie się w komentarzach jakie państwa i miasta chcecie zobaczyć w przyszłym roku. Jak zostawicie po swoich założeniach trwały ślad, to większe prawdopodobieństwo, że faktycznie zostaną zrealizowane. A i ja podejrzewam, że będę miał trochę inspiracji na kolejne wojaże. Jeśli natomiast wciąż nie macie pomysłu gdzie polecieć, „zwykłe” podróżowanie Was nudzi i chcielibyście coś extra, to… dobrze!

Na stronie Heinekena wciąż trwa podróżniczy konkurs, w którym co miesiąc możecie wygrać dziką wyprawę w nieznane dla siebie i osoby towarzyszącej. Akcja oparta jest o aplikację, w której na podstawie losowo wybranej lokalizacji w Google Street View trzeba określić jaka to część świata. Im dokładniej zaznaczycie miejsce na mapie, tym większa szansa, że uda Wam się pójść w ślady Kuby i polecicie w równie egzotyczne miejsce co Filipiny. Poza samą podróżą, zgarnąć można też aparaty Leica i Kindle, a już abstrahując od wszystkiego, ta gra po prostu wciąga.

To co, skąd przyślecie mi pocztówkę w przyszłym roku?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • też mam w planach Paryż w kwietniu, hi5! ;D a Berlin jest zajebisty (dosłownie zajebisty, nie fajny, nie spoko, ale właśnie zajebisty). byłam trzy razy, dwa razy w wakacje i ostatnio w grudniu. w wakacje słońce, rowery, wino pite w plenerze, niesamowicie wyluzowani ludzie i genialne jedzenie. w grudniu było trochę gorzej, bo trafiłam na wielkie mrozy, ale gluhwein dało radę i trafiłam na fajnych couchsurferów ;)

    • Berlin jednak przesunie się na marzec, ale do Paryża bilety już kupione, także odliczam dni ;)

  • fasola

    Jakbyś miał wpaść do Rzymu, to zapraszam na kawę ;)

    Ja bym chciała w wakacje pojechać na Islandię, a we wrześniu nadrobić zaległości z ubiegłego roku i objechać Albanię.

    • fasola

      Co do Berlina – to przed świętami bożonarodzeniowymi jest super klimat, wszędzie stragany świąteczne, kolorowe słodycze i grzane wino :)

  • Valkiria

    Zaczynajac od Dublina, przez Londyn I Paryz, z nadzieja na Tajlandie!

  • Karolona

    Czytam Twoje wpisy od dluzszego czasu i dochodze do wniosku, ze jestes typowym przykladem, osoby ktora wyrwala sie z malego miasteczka i zachwyca sie wielkim miastem na skale ogromna. Piszesz o wszystkim, jakby to bylo cos niesamowitego, a np w ostatnim wpisie na temat pewnego polskiego filmu, nie potrafisz zauwazyc, ze jest to kopia francuskiego dziela znawco…

  • Już Ci chyba kiedyś pisałem, że w przyszłym roku moim priorytetem jest wrócić na Tajwan. Najlepiej na pół roku lub rok ;) Staram się powoli wszystko pod to ustawiać, ale już widzę, że łatwo nie będzie ;]

  • Ja mam nadzieję pojechać do Portugalli i do kolejnego włoskiego miasta po Rzymie i Mediolanie – chyba do Florencji.

  • Saga Sachnik

    Ojej, uważaj w tym Egipcie.
    Jak uda mi się odłożyć, to w listopadzie wybieram się do Wietnamu. Wesela zaplanowane, więc zacieram rączki.

  • Na pewno Londyn. Być może nawet na… dłużej :) Poza tym wakacje we Włoszech albo w Hiszpanii, bo w obu tych krajach czuję się jak w domu. Może gdzieś po drodze wskoczy Berlin albo Praga. A w 2015 KONIECZNIE Ameryka Południowa!

    • No nie mów, że emigrujesz do Anglii?

      • Jeśli tylko udałoby mi się tam znaleźć fajną pracę, to… why not? :)

        • Szkoda, szkoda, bo liczyłem, że będę miał godną żeńską konkurencję na miejscu ;-)

          • Jeszcze nic nie jest przesądzone. Poza tym, możemy konkurować z zagranicy ;P Kto bogatemu, tfu, blogerowi zabroni ;-)

  • Podróże są genialne! Jak na razie to zaplanowaną mam 3-miesięczną podróż dookoła Islandii w lecie, a także miesięczne zwiedzanie Szkocji zaraz przed Islandią. A co się urodzi w międzyczasie to zobaczymy. Może Paryż, może Amsterdam albo inne jakieś cudne miasto :) Wysłać pocztówki? :D

  • No szaleństwo ;)

  • To jest mój temat! Tak więc pochwalę się! W styczniu lecę do Singapuru, z którego potem ruszam do Malezji, Kambodży i Tajlandii. Po powrocie w lutym chwila na „nacieszenie się polską zimą”. Na przełomie kwietnia i maja lecę do Państw bałtyckich. A na przełom maja/czerwca zostawiam sobie mały deser – wybieram się na Arktykę.

    Zanim jednak skończy się ten rok, będę jeszcze w Barcelonie (tak, czytałem Twoje wpisy i jestem chyba jednym z ostatnich Polaków, którzy tam nie byli) i w Portugalii.

    Podróże to jedna z najwspanialszych rzeczy w życiu. Moja największa pasja. Życzę Ci świetnych wyjazdów i założę się, że kilka dobrych wpisów podczas tych wyjazdów powstanie!

    • Brzmi świetnie! Arktyka to zupełnie nie moja strefa klimatyczna, ale Kambodża i Tajlandia jak najbardziej, także wpisuję na 2015 ;-)

      • wpisuj, wpisuj! A co do Arktyki – dam znać jak było, może się przekonasz! ;)

        • Kaś Lifeinblondcolor

          Ja mam jedno marzenie – wyprowadzić się do Australii. Jak dobrze pójdzie wyjadę zaraz po ślubie, czyli pod koniec przyszłego roku. Jak wyjadę to już nie wrócę. :D

          Berlin jest przepiękny! Byłam tam wiele lat temu i to miasto skradło moje serce. Poczdam jest równie piękny. :) Niestety w Paryżu ani Egipcie ani innych odległych miejscach nie byłam (poza Niemcami, Danią, Szwecją i Czechami), dlatego bardzo zazdroszczę takich wypraw!

    • arwena

      Antarktyda… kiedyś moje marzenie. Teraz spełnione, czy było warto? Owszem, dziewiczy świat i taaaki czysty. Warto marzyć

  • Oj na Maltę chętnie bym wróciła.. Miałam sporo szczęścia bo załapałam się na ostatnie miesiące, kiedy po wyspie kursowały jeszcze stare autobusy (o ile mnie pamięć nie myli najstarszy jakim jechałam był z 1928).. dodawały klimatu wyspie, teraz niestety można je oglądać już tylko w muzeum. ;) A mnie samą, nie wiem czy to nie jest oznaka starości, ciągnie na Białoruś i Ukrainę, do miejsc skąd pochodzili dziadek i babcia..więc chyba to będzie głównym celem na przyszły rok.

  • nailsforsnacks

    Nie wiem czy sobie pozwiedzasz piramidy w Egipcie ze wzgedu na to, co sie tam dzieje. Podroz do Egiptu teraz jest fajna jak chcesz sobie posiedziec w kurorcie. Moze lepiej wybrac jakis inny cieply kraj, a Egipt zostawic na moment w ktorym zwiedzenie wszystkich najslynniejszych zabytkow bedzie mozliwe? :)

    • Spoko, gadałem prowodyrami zamieszek, do listopada 2014 ma być już pozamiatane ;-)

  • Anna Sentyrz

    U mnie Berlin w czerwcu! :)

  • olgacecylia

    Ja jeszcze nie wiem nic na pewno. Myślę o Dreźnie w grudniu, ale chyba sesja mnie zabije. Za to zazdroszczę Ci świąt na wyjeździe – świetna rzecz, zwłaszcza w przypadku Wielkanocy, bo Gwiazdki nie wyobrażam sobie spędzić inaczej niż w domu.

    • O, z bliższych podróży to tez muszę Wrocław jak najszybciej dowiedzieć, bo jeszcze nie byłem. A co do Gwiazdki, to chętnie bym ją przeżył gdzieś w zupełnie innym klimacie, żeby zobaczyć „jak to jest” ;-)

  • Jeśli chodzi o Egipt… syf straszny. Jest ok, póki nie wychodzisz poza hotel, cała reszta to masakra.
    No chyba, że jesteś fanem nurkowania lub kitesurfingu. Szczególnie, z własnego doświadczenia, polecam do tego drugiego – w październiku/listopadzie są idealne warunki.

    • Przekonam się na własnej skórze, to będziemy się kłócić, póki co nie mogę nic powiedzieć, ale piramidy MUSZĘ zobaczyć.

      • Chciałem Cię tylko przygotować, lepiej jechać ze średnim nastawieniem i się pozytywnie zaskoczyć niż odwrotnie.
        A, i pamiętaj o jednym: na piramidy patrz tylko z tej strony, gdzie masz pustynię w tle ;)

      • Marta Sypka

        Większość Polaków nie ma zielonego pojęcia jak wygląda prawdziwy Egipt, przesiadują jedynie w kurortach i ewentualnie wybiorą się na jednodniową wycieczkę do Kairu, która nie ma sensu bo wszystko zwiedza się w biegu i nie ma chwili czasu by naprawdę nacieszyć się zwiedzaniem i rzeczywiście się czegoś dowiedzieć. Jeśli będziesz potrzebował pomocy albo rady co warto zobaczyć w Egipcie i jak to zrobić, żeby nie była to nudna wycieczka daj znać :)

  • Aleksandra Muszyńska

    A ja w końcu odtrąbię któryś z turystycznych bangerów – Grecja albo Chorwacja,bo byłam już w bardzo wielu miejscach (najdalej w Kanadzie – a niech wiedzą!),ale tych wycieczkowych must-beenów jeszcze nie zaliczyłam :).

  • natalia

    Berlin za tydzień! Z tym, że z racji tego, że mieszkam w Szczecinie, do Berlina jeżdzę często.. nawet na jeden dzień, żeby w ciepłe dni spić winko na trawce przed Reichstagiem i poczuć klimat tego miasta ;p Berlin nigdy mi się nie znudzi.. Gdyby nie język niemiecki już dawno bym tam zamieszkała ;p

    • natalia

      Aaa i polecam Berlin w grudniu! Jest tam wtedy przepięęęknie!

    • Winko na trawce zawsze spoko :)

    • Berlin jest niesamowity. Od kiedy odwiedziłem go pierwszy raz dwa lata temu, staram się zaglądać regularnie. Znajdziesz tam wszystko, czegokolwiek szukasz i jeśli lubisz miejski klimat, czujesz się w nim po prostu dobrze.
      Kolega z ASP powinien być dobrym przewodnikiem, bo jak przypuszczam, należy do tej grupy z fantazją.. :-)

  • Dominika

    Ja mieszkam na Cyprze, wiec w poszukiwaniu mrozu i sniegu wybieram sie w lutym do Szwajcarii:) A na Wielkanoc chce wpasc do rodzinnego Krk.
    A tak w temacie jak sie zyje w malych krajach (liczba ludnosci Cypru tez jest mniejsza niz Krakowa), to wszyscy sie znaj, a jak opowiesz jakas plotke rano w Nikozji, to popoludniu znaja ja w Limassol…

    • Cypr? Łouł!

      „A tak w temacie jak sie zyje w malych krajach (liczba ludnosci Cypru tez
      jest mniejsza niz Krakowa), to wszyscy sie znaj, a jak opowiesz jakas
      plotke rano w Nikozji, to popoludniu znaja ja w Limassol” – właśnie to mnie najbardziej interesuje, to musi być strasznie ciekawe, żyć w miejscu, gdzie de facto każdy z każdy się zna i nie ma nawet za specjalnie jak wyjechać, bo zewsząd otoczony jest wodą :)

      • Dominika

        Ryanair lata od kwietnia do listopada z Krk do Paphos na Cyprze wiec polecam zamienić Maltę na wyspę Afrodyty;) trochę mniejsza klaustrofobia. A tak poza tym to jest nudno… Wszędzie tylko palmy i ponad 300 słonecznych dni w roku… No ile można :p

        • Pomimo tych nudnych palm i 300 słonecznych dni, chyba zaryzykuję i wpiszę Cypr na 2015 ;)

  • Mateusz

    A ja na przekór, Paryż w lutym, Berlin w kwietniu, druga połowa roku jeszcze nie zaplanowana

  • Masz racje. Wszelkie gdzieś, jakoś, chce rozmydla sie jak sobie nie ustalić co i jak.
    To ja powiem tak. W 2014 chce odwiedzić ponownie Berlin gdyż mieszka tam moja przyjaciółka i jest to piękne miasto. Myślę, że na wiosnę tą taką pełną, ostatnio byłam w marcu i było zimno jak w Suwałkach w lutym więc średnia frajda ;) Latem Ibiza, ewentualnie Chorwacja a na grudzień Nowy Jork :> Zawsze chciałam zobaczyć Nowy Jork w okresie świątecznym :)

    • O właśnie, Ibiza! Zawsze zapominam, że chcę tam polecieć, dzięki :) A Nowy Jork w Boże Narodzenie to tez jedno z moich marzeń, ale najszybciej za dwa lata ;)

      • Spoko ;) No ja ten Nowy Jork planauje od kilku lat, ale zakładam, że może jak tym razem postawię sobie deadline to uda mi się zapolować na jakieś ultra tanie bilety. Kiedyś mój znajomy poleciał za jakieś 500 zł w dwie strony do Tajlandii bo kupił bilet z 9 miesięcznym wyprzedzeniem ;) Jest o co walczyć ;)

  • Mnie w przyszłym roku na pewno poniesie w styczniu do Poznania, kilkukrotnie będę w Krakowie i Warszawie, a poza Polskę – na pewno Kijów, a później staż zagraniczny w jakimś frankofońskim kraju :).

  • sebek

    Coś ostatnio lubisz pisać o nieprzyzwoitych porach :) a wracając do tematu, mnie w przyszłym roku poniesie do Londynu, dokładnie po nowy roku i przy odrobinie szczęścia do USA w wakacje, jak Bóg da to zostanę na dłużej bo żeby uczciciwie zwiedzić całośc potrzeba z pół roku minimum :)

Najlepszy środek antykoncepcyjny? Weekend w hotelu z dziećmi

Skip to entry content

Byli ze sobą na tyle długo, że pamiętali nie tylko swoje pierwsze, ale i drugie imiona, znali tak dobrze, że wiedzieli już po mowie ciała, kiedy które z nich kłamie, i kochali tak bardzo, że akceptowali swoje najbardziej ześwirowane dziwactwa. Na przykład to, że ona nie była w stanie zasnąć, jeśli nie umyła wszystkich blatów i nie poodkurzała przed spaniem i to, że on zawsze prosił o frytki na osobnym talerzu w IKEI, żeby przypadkiem nie zalały się sosem z klopsików. Choć w sumie to nic, prawdziwym wyznacznikiem ich poziomu zakochania, był fakt, że gdy żartowali na temat tego, że będą mieli razem dziecko, żadne z nich nie dostawało ciarek przerażenia na całym ciele i nie zaczynało instynktownie biec w ciemności w bliżej nieokreślonym kierunku, byle tylko uciec od tej wizji.

Oboje pracowali, jak przystało na dorosłych, poważnych i odpowiedzialnych ludzi, 5 dni w tygodniu, po przynajmniej 8 godzin dziennie, tocząc heroiczną walkę ze wszystkimi wyzwaniami, za które im płacili. Które nie raz wyczerpywały ich jak utrzymanie porządku w kawalerce, więc gdy już czuli, że ich baterie padają i potrzeba regeneracji, a przynajmniej przerwy, on wpadł na pomysł. „Genialny w swej prostocie”, jakby to zaskreczował DJ Adamus w programie Jakuba Wojewódzkiego. Pomysł ten brzmiał: jedźmy na weekend w góry!

Przyznacie, że genialne, prawda? Ona, nie mając za bardzo wyjścia, również przytaknęła i z radością zaczęła przeglądać z nim hotele, żeby znaleźć ten jeden jedyny najjedyńszy, w którym poczują się jak królowie, jak Książę William i Księżna Kate. Tyle, że bez tłumu gapiów przed wejściem i dzikich paparazzi na drzewach. I znaleźli! Dziewięciopunktowy w skali Bookingu, czterogwiazdkowy w skali astronomicznej i zajebisty w skali ich własnej. Zarezerwowali, namalowali w swoich głowach pejzaż górskiej sielanki, z dala od miejskiego zgiełku i sąsiadów na przemian katujących ich audycjami Radia Maryja i rozklepywaniem mięsa na schabowe, i wyczekiwali dnia, gdy białe górskie pasmo rozciągnie przed nimi niezmącony spokój.

W końcu ten moment nastał, spakowali do walizek wygodne ciuchy na lenienie i wycięte na zbliżenie, wsiedli do auta i śpiewając wodny przebój Lykke Li, ruszyli w stronę górskich źródeł!

Po dotarciu na miejsce, odebrali karty do swojego pokoju, wjechali na 3 piętro, szybkim ruchem ściągnęli kurtki i buty, i wskoczyli na łóżko, ze zwinnością urwisów, które w dzieciństwie zarwały niejeden stelaż, rozkoszując się odprężającym widokiem białych szczytów za oknem. Było dokładnie tak jak sobie zaplanowali: spokój, przyroda i tylko ich dwoje. Do momentu, aż nie usłyszeli przeraźliwego ryku, rozdzierającego ciszę jak Rejtan szaty. Autorem tego szlachtującego membrany popisu wokalnego nie był ani niedźwiedź napadający na turystów, ani turyści uciekający przed niedźwiedziem, ani nawet jeleń grzebiący z nudów w ziemi. Tak przeraźliwy i niemożliwy do pohamowania dźwięk, mogło wydać z siebie tylko jedno zwierzę: dziecko!

Beczące dziecko w pokoju nad nimi sadystycznie zabiło atmosferę intymności, sprzyjającą zdobyciu innych szczytów niż górskie, ale nie poddawali się. Przed wyjazdem zaplanowali, że odpoczną i mieli zamiar dopiąć swego, nawet, gdyby mieli się od tego zmęczyć. Postanowili skorzystać z innych niż łóżko atrakcji hotelowych, przebrali się w mięciutkie szlafroki i zjechali windą na basen.

Na basen, na którym aż roiło się od dzieci, jak od piranii w Amazonce. Skakały z brzegów, biły się piankami, rzucały piłką i pływały w kółkach. Wszędzie! Rycząc wniebogłosy w trakcie wykonywania każdej z tych czynności. I będąc w bezruchu zresztą też. Widok tego oczka wodnego w pełni opanowanego przez mikrusy między drugim, a jedenastym rokiem życia, nieprzestrzegające żadnych zasad BHP, nie mówiąc już o zwykłym pożyciu międzyludzkim, wyglądał jak plan zdjęciowy nowego horroru Hitchcocka. W momencie, gdy jeden 5-latek myśląc, że Jego noga jest dziecioprzepuszczalna, rozpędzony odbił się od niej lądując na płytkach z charakterystyczną pieśnią na ustach, którą fonetycznie można zapisać jako „łeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee”, a drugi, zapominając, że nie jest na wuefie w szkole i nie gra w zbijanego, trafił Ją mokrą piłką w głowę, Oboje stwierdzili, że przegrali tę walkę i czas na kapitulację.

Nie odpuszczali jednak wojny, wciąż wierząc, że są w stanie wygrać ten spór o odpoczynek. Było jednak zbyt późno na wycieczkę po którymś ze szlaków, a też nie po to przyjechali na łono natury, by chodzić po knajpach, więc zdecydowali się na ostatnią dostępną opcję – partyjkę bilardu. Wszak była to gra tylko dla dorosłych, ze względu na jej niebezpieczeństwo związane ze śmiercionośnymi bilami napędzanymi przez cyklopogenne kije. I fakt, że żeby dosięgnąć do stołu, trzeba mieć te metr sześćdziesiąt.

Wjechali więc na poziom z kawiarnią, którą otaczał taras widokowy i gdy tylko drzwi od windy się rozsunęły, ich oczom ukazał się batalistyczny krajobraz rodem z „300”. Chłopiec w bluzie z Kaczorem Donaldem wspinał się na stół z uzami, trzymając pod pachą kij, którym ciągle coś strącał, natomiast dziewczynka z niebieską kokardą we włosach ciągnęła go za nogę, próbując sprowadzić na ziemię. Wiedzieli, że lada moment dojdzie do rozlewu krwi, więc żeby nie być tego, świadkami wcisnęli guzik z cyfrą „3” na tablicy w windzie i wrócili do pokoju. – Jutro też jest dzień – rzucił z troską On do Niej, gdy przymierzała się do wzięcia rozpędu i uderzenia głową w ścianę, po czym poszli spać, licząc, że jutro faktycznie będzie lepiej.

Noc upłynęła spokojnie, blask księżyca wpadał im przez okno oświetlając stolik z niedopitym winem musującym, jednak poranek przyszedł wcześniej niż się spodziewali. O 6:30 w pokoju nad nimi włączyła się ta sama syrena alarmowa, która roztrzaskała w drobny mak atmosferę zbliżenia dzień wcześniej. Półprzytomni, wątpiąc, że ktoś na małoletnim tenorze wciśnie przycisk pauzy, zwlekli się z łóżka i oddali się rytuałowi porannej toalety, przy akompaniamencie tupotu małych stóp dobiegającym z korytarza.

Czyści i pachnący, z resztkami nadziei na romantyczny weekend, zjechali na poziom -1, do sali jadalnej na śniadanie, licząc, że ponakładają sobie naleśniki ze świeżymi owocami i miodem, na które w ciągu tygodnia nigdy nie mają czasu, i tym razem nie zastali bitwy Spartan pod Termopilami. Nie. To co wyświetliło im się na siatkówkach oczu było prawdziwą bitwą o Śródziemie z „Władcy Pierścieni”. Oddziały szkrabów, jak rozjuszone byki, atakowały wszystko co było w zasięgu ich głów, siejąc popłoch wśród cywili, szturmowcy, sięgający głowami ponad blaty z jedzeniem, przejmowali teren dekorując rozpaćkanymi pomidorami i Nutellą otoczenia wokół siebie, a cała ta batalia odbywała się przy gorliwym dopingu nowo narodzonych.

On i Ona wzięli w dłoń po bułce i oscypku i ewakuowali się z powrotem do windy, najszybciej jak tylko było to możliwe.

Gdy w końcu nastała niedziela, dzień wyjazdu i powrotu do normalności, pakując swoje walizki do samochodu płakali ze szczęścia, ciesząc się, że już nikt nie obudzi ich niekontrolowanym płaczem w środku nocy i przyrzekli sobie jedno: koniec z seksem. Przynajmniej dopóki nie przejdzie trauma.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Team Dalog
---> SKOMENTUJ

Zobacz „Chce się żyć”. Sprawdź czy jesteś człowiekiem

Skip to entry content

Chce się żyć - Dawid Ogrodnik recenzja

Co 3 sekundy ktoś na świecie podejmuje próbę samobójczą. Co 40 sekund ta próba jest udana. Media już nie informują o każdej śmierci. Donoszą tylko o tych najbardziej spektakularnych. Ewentualnie dotyczących znanych osób. Czasem jakiś efektowny zamach na tle religijnym przedostaje się do naszej świadomości, ale niusy o śmierci żołnierzy ginących na froncie już zupełnie nas nie ruszają. To rutyna. Media wraz ze zwiększeniem prędkości przesyłu informacji coraz bardziej nas znieczulają.

Kobieta musi poćwiartować swoje dziecko albo zakopać je w beczce, żeby obudzić w nas wrażliwość.

Częściej zobojętniamy się na rzeczywistość, niż ją zmieniamy. Nie usuwamy z ulic bezdomnych, ani nie przygarniamy ich do swoich mieszkań. Nie tworzymy gett dla dzieciaków z patologicznych rodzin, ani nie czytamy im książek. Nie łamiemy rąk damskim bokserom, ani nie wysyłamy ich wraz z żonami na terapie. Nie reagujemy. Zamykamy oczy, zatykamy uszy i uodparniamy się. Sygnały wysyłane przez otaczających nas ludzi przestają docierać.

Szczepionka na empatię działa.

Potrzebujemy coraz silniejszych bodźców, coraz mocniejszych wydarzeń. Wypadek musi się zdarzyć przy nas, żebyśmy zwrócili na niego uwagę. Musimy być naocznymi świadkami tragedii, żeby pochylić się nad jej ofiarami i zastanowić nad ich losem. To co szokowało naszych rodziców dla nas jest nudną codziennością. Zwykłe historie nie zasługują na naszą atencję. I piszę „naszą” bo nie jestem wyjątkiem. Też ignoruję żebraków, wyrodne matki i mężów alkoholików.

Ale nie uodoporniłem się do końca. Są we mnie ludzkie odruchy.

Wczoraj byłem na „Chce się żyć”. Siedziałem na sali kinowej pośród kilkudziesięciu osób, gapiłem się w ekran i płakałem. Normalnie, publicznie płakałem. Na początku próbowałem się powstrzymywać, tłumić emocje i hamować łzy, ale nie dałem rady. Ten film otworzył mnie łomem. Jest tak mocny, a jednocześnie subtelny, że nie da się na nim utrzymać wyuczonych reakcji. Współodczuwanie krzywdy drugiej osoby wygrało z obojętnością.

Zdałem – jeszcze nie jestem wypraną z uczuć kukłą ubraną w modne ciuchy. Sprawdź czy Ty też.

---> SKOMENTUJ

Ludzie nie lubią podnosić pieniędzy z ziemi

Skip to entry content

Nigdy nie rozumiałem tej paplaniny o tym, że pieniądze leżą na ulicy.

Niby gdzie? Raz w 3-ciej gimnazjum znalazłem dwie dyszki przy kościele i tyle. Od tego momentu nawet piąteczka mi się nie trafiła. Dobra, wiedziałem, że to taka metafora i odnosi się do tego, że zarobić można na wszystkim, tylko trzeba mieć pomysł, ale i tak mnie to nie przekonywało. Pomysłów zawsze miałem od groma, a pieniędzy z nich zero. Inna sprawa, że nigdy nie wiedziałem jak je zrealizować i już po kilku pierwszych przeszkodach poddawałem się.

To hasło o kasie przy chodniku zaczęło mieć dla mnie większy sens dopiero po książce Kominka…

 

„Bloger”

Tomek Tomczyk - Kominek - bloger

Jest w niej wszystko co musisz widzieć, żeby prowadzić bloga. Wszystko. Oczywiście bloga, którego będzie czytał ktoś poza Tobą i automatem do ściągania adresów e-mail ze stron.

Tomek prowadzi za rączkę po kolejnych etapach tworzenia internetowego pamiętnika. Od wyboru domeny, przez tworzenie tekstów, po animowanie społeczności. Kwestie, które rozkminiałem tygodniami wyjaśnione są czarno na białym na zaledwie kilku stronach. Wnioski, do których dochodziłbym miesiącami dostałem podane na tacy pod sam nos. Większość rzeczy, które wiem o blogowaniu, wiem z tej książki. I szczerze mówiąc, byłem mocno zdziwiony, czemu ktoś chce dzielić się tą wiedzą.

Gdybyś znalazł skrzynię ze złotem rozdawałbyś mapy z drogą do niej na lewo i prawo?

Ha! Zdziwiłbyś się, ale mógłbyś to zrobić, a ludzie i tak nie doszliby do skarbu. Czemu? Bo…

 

Ludzie nie wierzą, ludziom się nie chce

Są dziesiątki poradników jak zostać dobrze zarabiającym grafikiem. Setki jak stać się świetnie zarabiającym programistą. I pewnie z 15 jak prowadzić z powodzeniem firmę remontowo-wykończeniową w Wielkiej Brytanii.

I co? I nic.

Ludzie je kupują, czytają i odkładają na półkę. Mimo, że dostają gotowy przepis na sukces nie wierzą w niego. To dla nich za mało. Musieliby zobaczyć na własne oczy, musieliby dotknąć. Ale żeby to się stało, musieliby zacząć działać. Zamknięta pętla.

Wracając do mojego podwórka, ile znacie blogów, które wybiły się odkąd wyszła ta książka? I mówiąc wybiły, mam na myśli zauważalne zwiększenie liczby czytelników i kampanii reklamowych. Dwa? No dobra, z moim to trzy. A powinno być ich ponad tysiąc licząc po ilości sprzedanych egzemplarzy. Co z resztą osób, które ją kupiły? Czyżby nie chciało im się ugiąć nóżek, żeby podnieść pieniążka z ziemi?

Założę się o dobrą pizzę, że to brak wiary. Nie wierzą że stosowanie się do zwartych w niej porad może przynieść efekty. I tak samo będzie z…

 

„Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”

Tomek Tomczyk - Kominek - blog - pisz - kreuj - zarabiaj

Skończyłem czytać ją w piątek i moją pierwszą myślą było „łouł! Dzięki Tomek za drogę do El Dorado!”. Drugą „yyy, premiera była tydzień temu, a ja ją przeczytałem dopiero teraz, co znaczy, że muszę się pospieszyć… zadzieram kiecę i lecę!”. Trzecią „wyluzuj, z porad w tej nie skorzysta więcej osób, niż w poprzedniej. Możesz znów zacząć sypiać bez Xanaxu”.

W drugiej części poradnika dla blogerów jest wszystko, co musisz wiedzieć o zarabianiu na blogu. Wszystko. Jest sporo o podejściu do pisania i cechach wyróżniających dobrego twórcę. Pojawiają się też wątki związane z nastawieniem do pieniędzy jako takich, ale przede wszystkim są konkrety.

Przykłady najczęstszych błędów i dobrych praktyk. Przykłady dobrych i złych kampanii. Przykłady adekwatnych stawek i tych nie do końca.

Jest o tym za co brać, kiedy brać i ile. Jest o tym co robić, żeby w ogóle ktoś chciał Ci dać. I o tym, co robić, żeby nigdy w życiu nikt Ci nie wysłał maila zatytułowanego „współpraca”. Jest o grzeszkach, potknięciach i głupich pomysłach. Jest sporo o kreowaniu i zarządzaniu wizerunkiem, i o naciągaczach, którzy będą Ci oferować zrobienie tego za Ciebie. Jest o wszystkich rzeczach, które chciałem wiedzieć kupując tę książkę, a do których dochodziłbym dużo dłużej, niż przeciętny nastolatek w łóżku.

Jeśli blogujesz, bądź zamierzasz blogować, po to by wyczarować sobie pracę z hobby, to „Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj” jest gotową recepturą. Mam tylko małą prośbę, gdy już ją przeczytasz, wrzuć ją ze wersalkę albo do pawlacza i zapomnij o niej. Możesz opowiadać znajomym na przerwie lunchowej, że zdarzyło Ci się coś takiego czytać, ale nie wracaj do niej. Nie podnoś pieniędzy z ziemi.

Nie potrzebuję większej konkurencji.

---> SKOMENTUJ