Close
Close

Schował mi worek z trampkami. Szukałem go 15 minut, nie znalazłem, spóźniłem się na lekcję i dostałem reprymendę od wychowawczyni, że nie mam zmiennego obuwia. Śmiał się z cała klasą. Mnie to nie śmieszyło.

Podczas długiej przerwy wyciągnąłem mu piórnik z tornistra i poprzebijałem wszystkie naboje. Śniadanie, podręczniki i zeszyty pływały mu w atramencie. Śmiałem się z połową klasy. Wychowawczyni to nie śmieszyło.

Kazano nam się przeprosić, pogodzić i polubić. Taki pedagogiczny żarcik.

3 lata później byliśmy bliskimi kumplami. Czesaliśmy kombosy w Tekkenie, próbowaliśmy zaciągnąć się papierosem bez wymiotowania i uganialiśmy się za tą samą 12-latką. W Tekkena byłem lepszy, zaciągać nauczyłem się dopiero w liceum, a Alicja miała gdzieś nas obu. Kiedyś po wuefie, widzieliśmy jak siedzi z Piotrkiem z 5b na ławce za boiskiem i trzymają się za ręce. Przez następny semestr Piotrek był najczęściej faulowanym zawodnikiem. Przypadek.

W gimnazjum zaczęło nam być nie po drodze. Przestaliśmy gadać. Burza hormonów, czy coś. W średniej szkole wróciliśmy do mówienia sobie „cześ”, a w okolicach matury znów mogłem powiedzieć, że Kamil to mój kumpel. Zatoczyliśmy koło.

Ja miałem problemy z trafianiem do bramki, on ze zdawaniem. Mnie z łatwością przychodziło liczenie pochodnych, jemu łamanie nosów. On nie odnalazłby się na studiach, ja w roli męża i ojca w tak młodym wieku. Dużo nas dzieliło. W zasadzie to bardzo dużo, ale nie mieliśmy problemu, żeby się dogadać. Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, bo łączyło nas to samo – chcieliśmy od życia więcej. Więcej, niż mieliśmy. I chciało nam się ruszyć dupę, żeby to zdobyć.

Obaj chcieliśmy żyć jak królowie – jeść kawior z bieługi na półmiskach z Rosenthala na śniadanie i pić Dom Perignon w Hiltonie na podwieczorek. Jeździć na deskorolce po Luwrze i na bmxie po Belwederze. Surfować na falach w Californii i tańczyć na karnawale w Rio. Budzić się w Paryżu i zasypiać w Tokio. Przeżywać, doświadczać, poznawać. Z tym, że ja bardziej chciałem być rekinem biznesu grającym na giełdzie, a on właścicielem największej firmy budowlanej w kraju, ale cel był ten sam.

Od kilku lat widujemy się dość rzadko. W zasadzie to raz do roku. W dodatku, gdy go odwiedzam, to jest jakiś zfochowany. Mało się odzywa. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy ma do mnie jakiś żal, ale gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, to pomyślałby, że prowadzę monolog. Wczoraj też tak było. Słowem się do mnie nie odezwał! Może nie podobały mu się moje nowe buty i wolał nic nie mówić, żeby nie wypalić, że wyglądam jak pajac? Nie wiem, ale zawsze gdy rozmawiam z Kamilem i zapalam znicz nad jego grobem, myślę, że za wcześnie odszedł.

20 lat, to nie jest dobry moment na śmierć. Zresztą jest w ogóle jakiś dobry moment, żeby umrzeć?

Długo wydawało mi się, sorry, byłem przekonany, że nigdy nie nastaje taki czas w życiu człowieka, kiedy myśli sobie „aaa, tyle już zrobiłem to mogę iść do gleby”. Albo „zobaczyłem, co miałem zobaczyć. Nie ma sensu dalej uszczuplać kasy ZUSu. Szykujcie trumnę”. „Wszystkie kluby w Europie odwiedzone, browary wypite, laski zaliczone. Nic tu po mnie, dzwońcie po koronera” też brzmi absurdalnie.

Byłem pewien, że zawsze jest coś jeszcze.

Jeszcze jeden kraj do poznania. Jeszcze jedna książka do przeczytania. Jeszcze jedna góra do zdobycia. Jeszcze jedno danie do spróbowania, czy choćby para cholernych butów do kupienia! Zawsze jest coś jeszcze. Coś czego nie widziałem, nie próbowałem, nie doświadczyłem, nie mam, a chcę! Chcę, chcę, chcę!

Myliłem się.

Spotykam ich na światłach, spotykam ich w przejściu przy dworcu, mijamy się w drzwiach autobusu. Nie mają czasu pogadać. Nie chcą pogadać. Nie mamy o czym pogadać. Zaczęli „dorosłe” życie, podobno to „prawdziwe”. Chodzą do pracy, spędzają tam średnio połowę czasu, w którym nie śpią, wracają do domu i oglądają serial. Bez różnicy jaki. Dostają wypłatę. Płacą za przeciętną szamę i klitkę w której śpią. I to im wystarcza. Są zmęczeni. Zrobili swoje. Nikt nic więcej od nich nie wymaga, więc nic ponad to nie robią. Przez kolejne 40 lat będą jeść, srać i spać. I tyle. Chcą tylko świętego spokoju. Nic więcej.

Dla nich to dobry moment na śmierć. Nawet im to nie zrobi różnicy.

autorem zdjęcie jest Dawid Wallace
(niżej jest kolejny tekst)

67
Dodaj komentarz

avatar
32 Comment threads
35 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
41 Comment authors
malowane dniDamian PuzioJan FavreHubert GórowskiBartłomiej Luzak Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Konrad Michalski
Gość
Konrad Michalski

Im to nie zrobi różnicy, ale zrobi to różnicę ich bliskim, nie uważasz?

Grzeczny Chłopiec
Gość

A żyjesz dla siebie czy dla bliskich?

Paweł
Gość
Paweł

Oczywiście że dla bliskich. Przecież człowiek jest szczęśliwy wtedy kiedy jest potrzebny innym.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dobra prowokacja, prawie się nabrałem :)

Paweł
Gość
Paweł

xD

Ullalala
Gość
Ullalala

To nie jest tylko kwestia tego, dla kogo się żyje. Ja akurat głęboko wierzę w to, że życie ma sens zanim sami go mu nadamy. No bo to jest niesamowite, że jesteśmy na tym świecie, należymy do czegoś wielkiego, rozwijamy się. I w tym sensie żyję przede wszystkim, bo było mi dane ;). To, że później chcę spełniać marzenia, mieć jakiś pozytywny wpływ na rzeczywistość, dzielić się radością to już wtórne cele. Nie trzeba wcale ich mieć, żeby być szczęśliwym. Problem jest wtedy, kiedy ludzie nie widzą kompletnie możliwości rozwoju i żyją tylko dlatego, że im się opłaca – rozrachunek… Czytaj więcej »

M.
Gość

Prawda. Niektórzy tylko egzystują zaspokajając swoje najważniejsze potrzeby. Ale czy to od razu powód, aby twierdzić, że równie dobrze mogliby nie żyć?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Mówię, że to dla nich dobry moment. Lepszego nie znajdą

Klaudka
Gość
Klaudka

Tak. Cytując Korwina-Mikke „w życiu nie chodzi tylko o to, żeby przeżyć i się nażereć”.

bidon
Gość
bidon

Zgodzę się z przedmówcami. Przeciętność i tzw. marna egzystencja jest potrzebna. Dzięki temu także Ty posiadasz jakiś punkt odniesienia – „Obaj chcieliśmy żyć jak królowie „. No właśnie. Jak żyliby królowie, gdyby każdy królem mógł zostać? Byłby to wyższy poziom przeciętności.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ale to nawet nie chodzi o przeciętność i nieprzeciętność, tylko o to czy chcesz coś od świata, czy jest Ci wszystko jedno. Wielokrotnie myśląc o śmierci, przerażało mnie, że mógłbym umrzeć już teraz, bo mam jeszcze tyle do zrobienia, jeszcze tylu rzecz nie widziałem. A jeśli ktoś uważa, że wszystko co mógł zrobić zrobił i nie ma nic więcej co mógłbym zdziałać, to jest to świetny moment, żeby odejść.

Sandra;)
Gość
Sandra;)

Nie podoba mi się to. Niektórzy po prostu nie mają wyboru. Wpakowałeś wszystkich do tzw „jednego wora”.

PerHour
Gość
PerHour

Nie ma osób, które nie mają wyboru.

Małgorzata
Gość
Małgorzata

Owszem, są.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Po pierwsze jakich wszystkich, po drugie, kto nie ma wyboru?

Sandra;)
Gość
Sandra;)

Nie rozumiem tych stereotypów zapracowanych ludzi, którzy „tracą życie”. Możne iluzja szczęścia im wystarcza. Wyboru innego życia.

Grzeczny Chłopiec
Gość

To źle zrozumiałaś tekst. Nie odnoszę się do zapracowanych ludzi, tylko zmęczonych życiem, którym nic się nie chce.

Sandra;)
Gość
Sandra;)

Najwidoczniej. Przepraszam ;)

Lanka
Gość
Lanka

Zawsze jest wybór!

Agga
Gość
Agga

Przecież to chyba taka metafora, w dodatku udana, bo skłaniająca ludzi do dyskusji. Logiczne, że nikt nie życzy nikomu śmierci, ani też nie ma prawa oceniać tego, czy to już czyjś moment na śmierć i czy owa smierć zrobi komuś różnice, czy nie. Najważniejszym wnioskiem z tego tekstu jest chyba to, żeby mieć w życiu jakieś cele – żeby żywot ludzki nie sprowadzał się tylko do marnego, monotonnego egzystowania.

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Telewizja to wciąż największe i najsilniejsze medium. Dociera do każdego domu, i co ważniejsze, jest odbierane w każdym domu. Są stacje mniej i bardziej popularne, a TVN jest na szczycie tej telewizyjnej piramidy (jeśli oczywiście nie bierzemy pod uwagę fanatycznych zwolenników PiSu). Pojawienie się w takim środku masowego przekazu, to zarówno wielka szansa, jak i pole minowe.

Jessica Mercedes Kirschner we wczorajszym odcinku „Kuby Wojewódzkiego” poinstruowała nas jak nie dać się wysadzić.

 

Po pierwsze: zastanów się po co tam idziesz

Nie chwytaj się zaproszenia do talk-showu jak tonący pozłacanej brzytwy.

Przed podjęciem decyzji o udziale w nośnym programie rozrywkowym, warto zadać sobie pytanie „po co?”. Po co chcesz się tam pojawić? Co da Ci udział w nim? Co chciałbyś powiedzieć i dlaczego? Czym chcesz się podzielić z milionami Polaków? Opowiedzenie samemu sobie na te zajebiście, ale to zajebiście ważne pytania, decyduje o sukcesie udziału w owym przedsięwzięciu.

Jessica ewidentnie udzieliła sobie takich odpowiedzi.

Od samego wejścia widać było, że wie po co tam jest. Że nie trafiła przed kamery przypadkiem. Że wie o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Śmiało chwaliła się prowadzeniem bloga, pisaniem o modzie, relacjonowanie pokazów i opiniowaniem trendów. Mówiła o współpracy z markami, o motywacji do blogowania i planach na najbliższą przyszłość. Cel występu osiągnięty w stu procentach.

 

Po drugie: przygotuj się

Fajnie, że wiesz żeby w wypowiedziach skupić się na swoim internetowym pamiętniczku, ale prawie na pewno nie będziesz miał na to okazji.

Czy to w tym programie, czy w innym bardziej show, niż talk, prowadzący nie jest Twoim przyjacielem. Ma robić widowisko, a recytowanie formułek z pamięci nie jest widowiskowe. Dlatego będzie Ci przerywał, zmieniał temat i zadawał niewygodne pytania, licząc, że strzelisz jakąś gafę, która później wyląduje na Kwejku. Żeby ustrzec się przed zostaniem mem, warto przygotować sobie odpowiedzi na najbardziej oczywiste trudne pytania.

Mercedes odrobiła pracę domową na szóstkę z plusem.

Mimo, że Wojewódzki zaczął od ataku przytaczając niewygodne wypowiedzi na jej temat, Jessica z miejsca odbiła piłeczkę. Nie pozwoliła się ośmieszyć. Zapytana o zarabianie na reklamach nie plątała się w zeznaniach. Nie intonowała „yyyyy”, ani „eeeee” we wszystkich możliwych harmoniach, wodząc wzrokiem po podłodze. Przy zarzutach o błahość mody, też długo się nie zastanawiała. Wiedziała, że takie pytania się pojawią i wiedziała jak na nie zareagować.

 

Po trzecie: nie pozwól by Ci przerywano…

Nawet przy odpowiedniej zaprawie psychicznej, po wpływem stresu, emocji, kamer, świateł i świadomości, że to nagranie zobaczą wszyscy Twoi znajomi, łatwo ulec tremie. Zaciąć się, zacząć jąkać i pozwalać by Ci przerywano. W pół zdania, w pół słowa, czasem zanim zdążysz wziąć oddech. Nic odkrywczego tu nie napiszę, bo sam raczej spinam się takimi wystąpieniami, a dystansu do nich nabiera się z czasem.

W takich momentach najsensowniej nie zapomnieć o oddychaniu. I o tym co chciało się powiedzieć.

20-letnia blogerka modowa, mimo młodego wieku opanowała to na poziomie, na którym nie jest połowa osób publicznych. Nie pozwalała zdominować się w rozmowie, ani zepchnąć jej na rynsztokowe tematy. Każdą wypowiedź doprowadzała do końca, mimo licznych prób wejścia w słowo. Jeśli chciała coś powiedzieć, to to robiła. I, za co jeszcze większe brawa ode mnie, nie przeginała w drugą stronę.

 

…ale nie kozacz!

Nie dała się ponieść ani sprowokować. W żadnym momencie nie była agresywna, ani obsceniczna. Trzymała nerwy na wodzy. Będąc w tak stresowej sytuacji, nawet gwiazdom z wieloletnim stażem nie udaje się zachować spokoju. Dają się podpuścić, puszczają im hamulce i pokazują mroczne oblicze. Najlepszym tego przykładem jest Doda, która rozjuszona którymś z docinków oblała gospodarza wodą. Jessica przez cały wywiad nawet nie uniosła głosu.

Warto obejrzeć ten występ więcej, niż raz. To naprawdę dobry instruktaż.

wpis powstał przy współpracy z kanałem FOX Life

projektanci na start -  fox life 5

Powiedzenie o szacie, to jedno z najczęściej utrwalanych w naszej kulturze, które ma sugerować, że nie powinno wartościować się ludzi po wyglądzie. Myśl jest jak najbardziej słuszna, tyle, że interpretacja nie do końca.  Bo widząc kogoś po raz pierwszy, nie jesteś w stanie wejść w jego duszę i dowiedzieć się, czy pomaga fokom na Alasce, czy topi małe kotki w Wiśle. Nie jesteś w stanie wejść w jego umysł i przekonać się, że jest hiper inteligentną jednostką, z którą przegadasz pół imprezy. Nie.

Widząc kogoś po raz pierwszy, w ciągu kilku sekund, analizujesz czy ciuchy, które ma na sobie wyglądają schludnie/sympatycznie/ciekawie/jak z kosza PCK na Ukrainie i…

 

Oceniasz

Oczywiście tylko i wyłącznie na podstawie ubioru, nie można stwierdzić, czy ktoś jest dobrym, czy złym człowiekiem. Czy powinien być kanonizowany,  czy raczej skazany na banicję. Na taki werdykt wpływa to, co robi, a nie jak wygląda. Jednak widząc co ma na sobie, jesteś już w stanie stwierdzić, czy chce Ci się do niego podchodzić i zaczynać rozmowę, czy nie. Po butach, spodniach i bluzie/swetrze/koszuli, momentalnie klasyfikujesz go jako nudziarza, ciekawego gościa, bądź totalnego odpałowca.

I nie ma w tym nic złego, bo…

 

Ubrania dużo mówią o ludziach

Nie o tym, czy są dobrzy, czy źli. O tym jacy są. To, że jedna osoba nosi jaskrawe marynarki i pół buty, a druga rozciągnięte swetry i trampki, nie jestem przypadkiem. W obu wypadkach to sporo przekazuje na temat ich charakteru i usposobienia. Mówi o tym, w większej lub mniejszej mierze, jakie mają nawyki, priorytety i czym się kierują w życiu.

I również o tym, jak podchodzą do własnego wizerunku. Nawet jeśli uważają, że ich to nie dotyczy (bo brak odpowiedzi, to również odpowiedź). A mam wrażenie, że niektórzy przyjmują sobie za punkt honoru udowodnienie, że nie znają się na modzie, nie chcą znać i nigdy nie będą. Jakby ich misją było pokazanie całemu światu, że nie potrafią dobrać butów do spodni.

Nie mówię, żeby z „nie szata zdobi człowieka” od razu przerzucać się na „jak cię widzą, tak cię piszą” i wyglądać jak Chajzer na ostatniej relacji z Fashion Weeku. Raczej, żeby znaleźć złoty środek i od czasu do czasu, patrząc w lustro, zastanowić się, czy to, co mam na sobie dobrze wygląda i do mnie pasuje. Żeby wprowadzić lekki powiew świeżości i czymś się zainspirować. Choćby blogami modowymi, czy nowy programem…

 

„Projektanci na start”

projektanci na start -  fox life

To pierwszy w Polsce casting-show poświęcony projektowaniu mody. Młodzi, głodni sukcesu i możliwe, że zdolni, będą chcieli przebić się przez sito jury i pokazać reszcie kraju, jak oni widzą kwestię tworzenia ciuchów. Oprócz cięcia, szycia i ubierania manekinów, aspirujący do miana projektantów będą musieli wykazać się również umiejętnościami zarządczo-organizatorskimi. Zostaną przeegzaminowani pod kątem pracy zespołowej, realizacji sesji zdjęciowej i organizowania pokazu, bo w każdym biznesie, oprócz talentu, trzeba mieć również smykałkę do zarządzania.

Miałem okazję być na planie zdjęciowym „Projektanci na start” i zobaczyć jak wygląda ta zabawa od środka. Formuła programu jest typowo castingowa – co odcinek ktoś odpada, po to by dwójka najlepszych mogła się zmierzyć w finale. Jury (w składzie Mona Kinal, Aneta Kręglicka, Marek Straszewski) raczej skupia się na merytorycznej ocenie, niż licytowaniu się, kto da bardziej uszczypliwy komentarz, jak ma to miejsce w „X-Factorze”. Sami uczestnicy natomiast, faktycznie przyszli po to, żeby podzielić się swoją zajawką ze światem i zrealizować marzenia, a nie tylko pokazać w telewizji.

Program startuje w tę środę, na kanale FOX Life (dostępnym na platformach cyfrowych) o 22:00. Nie będzie to produkcja stricte dla maniaków modowych, tylko również dla śmiertelników, jakim sam jestem. W związku z tym, to dobra okazja, żeby podpatrzeć jak tworzy się ciuchy, które potem mają wpływ na wygląd naszych ulic, ale przede wszystkim zobaczyć coś nowego i zainspirować się.

Bo szata nie stanowi o wartości człowieka, ale zdecydowanie go zdobi.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!