Close
Close

Schował mi worek z trampkami. Szukałem go 15 minut, nie znalazłem, spóźniłem się na lekcję i dostałem reprymendę od wychowawczyni, że nie mam zmiennego obuwia. Śmiał się z cała klasą. Mnie to nie śmieszyło.

Podczas długiej przerwy wyciągnąłem mu piórnik z tornistra i poprzebijałem wszystkie naboje. Śniadanie, podręczniki i zeszyty pływały mu w atramencie. Śmiałem się z połową klasy. Wychowawczyni to nie śmieszyło.

Kazano nam się przeprosić, pogodzić i polubić. Taki pedagogiczny żarcik.

3 lata później byliśmy bliskimi kumplami. Czesaliśmy kombosy w Tekkenie, próbowaliśmy zaciągnąć się papierosem bez wymiotowania i uganialiśmy się za tą samą 12-latką. W Tekkena byłem lepszy, zaciągać nauczyłem się dopiero w liceum, a Alicja miała gdzieś nas obu. Kiedyś po wuefie, widzieliśmy jak siedzi z Piotrkiem z 5b na ławce za boiskiem i trzymają się za ręce. Przez następny semestr Piotrek był najczęściej faulowanym zawodnikiem. Przypadek.

W gimnazjum zaczęło nam być nie po drodze. Przestaliśmy gadać. Burza hormonów, czy coś. W średniej szkole wróciliśmy do mówienia sobie „cześ”, a w okolicach matury znów mogłem powiedzieć, że Kamil to mój kumpel. Zatoczyliśmy koło.

Ja miałem problemy z trafianiem do bramki, on ze zdawaniem. Mnie z łatwością przychodziło liczenie pochodnych, jemu łamanie nosów. On nie odnalazłby się na studiach, ja w roli męża i ojca w tak młodym wieku. Dużo nas dzieliło. W zasadzie to bardzo dużo, ale nie mieliśmy problemu, żeby się dogadać. Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, bo łączyło nas to samo – chcieliśmy od życia więcej. Więcej, niż mieliśmy. I chciało nam się ruszyć dupę, żeby to zdobyć.

Obaj chcieliśmy żyć jak królowie – jeść kawior z bieługi na półmiskach z Rosenthala na śniadanie i pić Dom Perignon w Hiltonie na podwieczorek. Jeździć na deskorolce po Luwrze i na bmxie po Belwederze. Surfować na falach w Californii i tańczyć na karnawale w Rio. Budzić się w Paryżu i zasypiać w Tokio. Przeżywać, doświadczać, poznawać. Z tym, że ja bardziej chciałem być rekinem biznesu grającym na giełdzie, a on właścicielem największej firmy budowlanej w kraju, ale cel był ten sam.

Od kilku lat widujemy się dość rzadko. W zasadzie to raz do roku. W dodatku, gdy go odwiedzam, to jest jakiś zfochowany. Mało się odzywa. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy ma do mnie jakiś żal, ale gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, to pomyślałby, że prowadzę monolog. Wczoraj też tak było. Słowem się do mnie nie odezwał! Może nie podobały mu się moje nowe buty i wolał nic nie mówić, żeby nie wypalić, że wyglądam jak pajac? Nie wiem, ale zawsze gdy rozmawiam z Kamilem i zapalam znicz nad jego grobem, myślę, że za wcześnie odszedł.

20 lat, to nie jest dobry moment na śmierć. Zresztą jest w ogóle jakiś dobry moment, żeby umrzeć?

Długo wydawało mi się, sorry, byłem przekonany, że nigdy nie nastaje taki czas w życiu człowieka, kiedy myśli sobie „aaa, tyle już zrobiłem to mogę iść do gleby”. Albo „zobaczyłem, co miałem zobaczyć. Nie ma sensu dalej uszczuplać kasy ZUSu. Szykujcie trumnę”. „Wszystkie kluby w Europie odwiedzone, browary wypite, laski zaliczone. Nic tu po mnie, dzwońcie po koronera” też brzmi absurdalnie.

Byłem pewien, że zawsze jest coś jeszcze.

Jeszcze jeden kraj do poznania. Jeszcze jedna książka do przeczytania. Jeszcze jedna góra do zdobycia. Jeszcze jedno danie do spróbowania, czy choćby para cholernych butów do kupienia! Zawsze jest coś jeszcze. Coś czego nie widziałem, nie próbowałem, nie doświadczyłem, nie mam, a chcę! Chcę, chcę, chcę!

Myliłem się.

Spotykam ich na światłach, spotykam ich w przejściu przy dworcu, mijamy się w drzwiach autobusu. Nie mają czasu pogadać. Nie chcą pogadać. Nie mamy o czym pogadać. Zaczęli „dorosłe” życie, podobno to „prawdziwe”. Chodzą do pracy, spędzają tam średnio połowę czasu, w którym nie śpią, wracają do domu i oglądają serial. Bez różnicy jaki. Dostają wypłatę. Płacą za przeciętną szamę i klitkę w której śpią. I to im wystarcza. Są zmęczeni. Zrobili swoje. Nikt nic więcej od nich nie wymaga, więc nic ponad to nie robią. Przez kolejne 40 lat będą jeść, srać i spać. I tyle. Chcą tylko świętego spokoju. Nic więcej.

Dla nich to dobry moment na śmierć. Nawet im to nie zrobi różnicy.

autorem zdjęcie jest Dawid Wallace
(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

67 komentarzy do "Jest dobry moment na śmierć"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Konrad Michalski
Gość

Im to nie zrobi różnicy, ale zrobi to różnicę ich bliskim, nie uważasz?

Grzeczny Chłopiec
Gość

A żyjesz dla siebie czy dla bliskich?

Paweł
Gość

Oczywiście że dla bliskich. Przecież człowiek jest szczęśliwy wtedy kiedy jest potrzebny innym.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Dobra prowokacja, prawie się nabrałem :)

Paweł
Gość

xD

Ullalala
Gość
To nie jest tylko kwestia tego, dla kogo się żyje. Ja akurat głęboko wierzę w to, że życie ma sens zanim sami go mu nadamy. No bo to jest niesamowite, że jesteśmy na tym świecie, należymy do czegoś wielkiego, rozwijamy się. I w tym sensie żyję przede wszystkim, bo było mi dane ;). To, że później chcę spełniać marzenia, mieć jakiś pozytywny wpływ na rzeczywistość, dzielić się radością to już wtórne cele. Nie trzeba wcale ich mieć, żeby być szczęśliwym. Problem jest wtedy, kiedy ludzie nie widzą kompletnie możliwości rozwoju i żyją tylko dlatego, że im się opłaca – rozrachunek… Czytaj więcej »
M.
Gość

Prawda. Niektórzy tylko egzystują zaspokajając swoje najważniejsze potrzeby. Ale czy to od razu powód, aby twierdzić, że równie dobrze mogliby nie żyć?

Grzeczny Chłopiec
Gość

Mówię, że to dla nich dobry moment. Lepszego nie znajdą

Klaudka
Gość

Tak. Cytując Korwina-Mikke „w życiu nie chodzi tylko o to, żeby przeżyć i się nażereć”.

bidon
Gość

Zgodzę się z przedmówcami. Przeciętność i tzw. marna egzystencja jest potrzebna. Dzięki temu także Ty posiadasz jakiś punkt odniesienia – „Obaj chcieliśmy żyć jak królowie „. No właśnie. Jak żyliby królowie, gdyby każdy królem mógł zostać? Byłby to wyższy poziom przeciętności.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ale to nawet nie chodzi o przeciętność i nieprzeciętność, tylko o to czy chcesz coś od świata, czy jest Ci wszystko jedno. Wielokrotnie myśląc o śmierci, przerażało mnie, że mógłbym umrzeć już teraz, bo mam jeszcze tyle do zrobienia, jeszcze tylu rzecz nie widziałem. A jeśli ktoś uważa, że wszystko co mógł zrobić zrobił i nie ma nic więcej co mógłbym zdziałać, to jest to świetny moment, żeby odejść.

Sandra;)
Gość

Nie podoba mi się to. Niektórzy po prostu nie mają wyboru. Wpakowałeś wszystkich do tzw „jednego wora”.

PerHour
Gość

Nie ma osób, które nie mają wyboru.

Małgorzata
Gość

Owszem, są.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Po pierwsze jakich wszystkich, po drugie, kto nie ma wyboru?

Sandra;)
Gość

Nie rozumiem tych stereotypów zapracowanych ludzi, którzy „tracą życie”. Możne iluzja szczęścia im wystarcza. Wyboru innego życia.

Grzeczny Chłopiec
Gość

To źle zrozumiałaś tekst. Nie odnoszę się do zapracowanych ludzi, tylko zmęczonych życiem, którym nic się nie chce.

Sandra;)
Gość

Najwidoczniej. Przepraszam ;)

Lanka
Gość

Zawsze jest wybór!

Agga
Gość

Przecież to chyba taka metafora, w dodatku udana, bo skłaniająca ludzi do dyskusji. Logiczne, że nikt nie życzy nikomu śmierci, ani też nie ma prawa oceniać tego, czy to już czyjś moment na śmierć i czy owa smierć zrobi komuś różnice, czy nie. Najważniejszym wnioskiem z tego tekstu jest chyba to, żeby mieć w życiu jakieś cele – żeby żywot ludzki nie sprowadzał się tylko do marnego, monotonnego egzystowania.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Telewizja to wciąż największe i najsilniejsze medium. Dociera do każdego domu, i co ważniejsze, jest odbierane w każdym domu. Są stacje mniej i bardziej popularne, a TVN jest na szczycie tej telewizyjnej piramidy (jeśli oczywiście nie bierzemy pod uwagę fanatycznych zwolenników PiSu). Pojawienie się w takim środku masowego przekazu, to zarówno wielka szansa, jak i pole minowe.

Jessica Mercedes Kirschner we wczorajszym odcinku „Kuby Wojewódzkiego” poinstruowała nas jak nie dać się wysadzić.

 

Po pierwsze: zastanów się po co tam idziesz

Nie chwytaj się zaproszenia do talk-showu jak tonący pozłacanej brzytwy.

Przed podjęciem decyzji o udziale w nośnym programie rozrywkowym, warto zadać sobie pytanie „po co?”. Po co chcesz się tam pojawić? Co da Ci udział w nim? Co chciałbyś powiedzieć i dlaczego? Czym chcesz się podzielić z milionami Polaków? Opowiedzenie samemu sobie na te zajebiście, ale to zajebiście ważne pytania, decyduje o sukcesie udziału w owym przedsięwzięciu.

Jessica ewidentnie udzieliła sobie takich odpowiedzi.

Od samego wejścia widać było, że wie po co tam jest. Że nie trafiła przed kamery przypadkiem. Że wie o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Śmiało chwaliła się prowadzeniem bloga, pisaniem o modzie, relacjonowanie pokazów i opiniowaniem trendów. Mówiła o współpracy z markami, o motywacji do blogowania i planach na najbliższą przyszłość. Cel występu osiągnięty w stu procentach.

 

Po drugie: przygotuj się

Fajnie, że wiesz żeby w wypowiedziach skupić się na swoim internetowym pamiętniczku, ale prawie na pewno nie będziesz miał na to okazji.

Czy to w tym programie, czy w innym bardziej show, niż talk, prowadzący nie jest Twoim przyjacielem. Ma robić widowisko, a recytowanie formułek z pamięci nie jest widowiskowe. Dlatego będzie Ci przerywał, zmieniał temat i zadawał niewygodne pytania, licząc, że strzelisz jakąś gafę, która później wyląduje na Kwejku. Żeby ustrzec się przed zostaniem mem, warto przygotować sobie odpowiedzi na najbardziej oczywiste trudne pytania.

Mercedes odrobiła pracę domową na szóstkę z plusem.

Mimo, że Wojewódzki zaczął od ataku przytaczając niewygodne wypowiedzi na jej temat, Jessica z miejsca odbiła piłeczkę. Nie pozwoliła się ośmieszyć. Zapytana o zarabianie na reklamach nie plątała się w zeznaniach. Nie intonowała „yyyyy”, ani „eeeee” we wszystkich możliwych harmoniach, wodząc wzrokiem po podłodze. Przy zarzutach o błahość mody, też długo się nie zastanawiała. Wiedziała, że takie pytania się pojawią i wiedziała jak na nie zareagować.

 

Po trzecie: nie pozwól by Ci przerywano…

Nawet przy odpowiedniej zaprawie psychicznej, po wpływem stresu, emocji, kamer, świateł i świadomości, że to nagranie zobaczą wszyscy Twoi znajomi, łatwo ulec tremie. Zaciąć się, zacząć jąkać i pozwalać by Ci przerywano. W pół zdania, w pół słowa, czasem zanim zdążysz wziąć oddech. Nic odkrywczego tu nie napiszę, bo sam raczej spinam się takimi wystąpieniami, a dystansu do nich nabiera się z czasem.

W takich momentach najsensowniej nie zapomnieć o oddychaniu. I o tym co chciało się powiedzieć.

20-letnia blogerka modowa, mimo młodego wieku opanowała to na poziomie, na którym nie jest połowa osób publicznych. Nie pozwalała zdominować się w rozmowie, ani zepchnąć jej na rynsztokowe tematy. Każdą wypowiedź doprowadzała do końca, mimo licznych prób wejścia w słowo. Jeśli chciała coś powiedzieć, to to robiła. I, za co jeszcze większe brawa ode mnie, nie przeginała w drugą stronę.

 

…ale nie kozacz!

Nie dała się ponieść ani sprowokować. W żadnym momencie nie była agresywna, ani obsceniczna. Trzymała nerwy na wodzy. Będąc w tak stresowej sytuacji, nawet gwiazdom z wieloletnim stażem nie udaje się zachować spokoju. Dają się podpuścić, puszczają im hamulce i pokazują mroczne oblicze. Najlepszym tego przykładem jest Doda, która rozjuszona którymś z docinków oblała gospodarza wodą. Jessica przez cały wywiad nawet nie uniosła głosu.

Warto obejrzeć ten występ więcej, niż raz. To naprawdę dobry instruktaż.

wpis powstał przy współpracy z kanałem FOX Life

projektanci na start -  fox life 5

Powiedzenie o szacie, to jedno z najczęściej utrwalanych w naszej kulturze, które ma sugerować, że nie powinno wartościować się ludzi po wyglądzie. Myśl jest jak najbardziej słuszna, tyle, że interpretacja nie do końca.  Bo widząc kogoś po raz pierwszy, nie jesteś w stanie wejść w jego duszę i dowiedzieć się, czy pomaga fokom na Alasce, czy topi małe kotki w Wiśle. Nie jesteś w stanie wejść w jego umysł i przekonać się, że jest hiper inteligentną jednostką, z którą przegadasz pół imprezy. Nie.

Widząc kogoś po raz pierwszy, w ciągu kilku sekund, analizujesz czy ciuchy, które ma na sobie wyglądają schludnie/sympatycznie/ciekawie/jak z kosza PCK na Ukrainie i…

 

Oceniasz

Oczywiście tylko i wyłącznie na podstawie ubioru, nie można stwierdzić, czy ktoś jest dobrym, czy złym człowiekiem. Czy powinien być kanonizowany,  czy raczej skazany na banicję. Na taki werdykt wpływa to, co robi, a nie jak wygląda. Jednak widząc co ma na sobie, jesteś już w stanie stwierdzić, czy chce Ci się do niego podchodzić i zaczynać rozmowę, czy nie. Po butach, spodniach i bluzie/swetrze/koszuli, momentalnie klasyfikujesz go jako nudziarza, ciekawego gościa, bądź totalnego odpałowca.

I nie ma w tym nic złego, bo…

 

Ubrania dużo mówią o ludziach

Nie o tym, czy są dobrzy, czy źli. O tym jacy są. To, że jedna osoba nosi jaskrawe marynarki i pół buty, a druga rozciągnięte swetry i trampki, nie jestem przypadkiem. W obu wypadkach to sporo przekazuje na temat ich charakteru i usposobienia. Mówi o tym, w większej lub mniejszej mierze, jakie mają nawyki, priorytety i czym się kierują w życiu.

I również o tym, jak podchodzą do własnego wizerunku. Nawet jeśli uważają, że ich to nie dotyczy (bo brak odpowiedzi, to również odpowiedź). A mam wrażenie, że niektórzy przyjmują sobie za punkt honoru udowodnienie, że nie znają się na modzie, nie chcą znać i nigdy nie będą. Jakby ich misją było pokazanie całemu światu, że nie potrafią dobrać butów do spodni.

Nie mówię, żeby z „nie szata zdobi człowieka” od razu przerzucać się na „jak cię widzą, tak cię piszą” i wyglądać jak Chajzer na ostatniej relacji z Fashion Weeku. Raczej, żeby znaleźć złoty środek i od czasu do czasu, patrząc w lustro, zastanowić się, czy to, co mam na sobie dobrze wygląda i do mnie pasuje. Żeby wprowadzić lekki powiew świeżości i czymś się zainspirować. Choćby blogami modowymi, czy nowy programem…

 

„Projektanci na start”

projektanci na start -  fox life

To pierwszy w Polsce casting-show poświęcony projektowaniu mody. Młodzi, głodni sukcesu i możliwe, że zdolni, będą chcieli przebić się przez sito jury i pokazać reszcie kraju, jak oni widzą kwestię tworzenia ciuchów. Oprócz cięcia, szycia i ubierania manekinów, aspirujący do miana projektantów będą musieli wykazać się również umiejętnościami zarządczo-organizatorskimi. Zostaną przeegzaminowani pod kątem pracy zespołowej, realizacji sesji zdjęciowej i organizowania pokazu, bo w każdym biznesie, oprócz talentu, trzeba mieć również smykałkę do zarządzania.

Miałem okazję być na planie zdjęciowym „Projektanci na start” i zobaczyć jak wygląda ta zabawa od środka. Formuła programu jest typowo castingowa – co odcinek ktoś odpada, po to by dwójka najlepszych mogła się zmierzyć w finale. Jury (w składzie Mona Kinal, Aneta Kręglicka, Marek Straszewski) raczej skupia się na merytorycznej ocenie, niż licytowaniu się, kto da bardziej uszczypliwy komentarz, jak ma to miejsce w „X-Factorze”. Sami uczestnicy natomiast, faktycznie przyszli po to, żeby podzielić się swoją zajawką ze światem i zrealizować marzenia, a nie tylko pokazać w telewizji.

Program startuje w tę środę, na kanale FOX Life (dostępnym na platformach cyfrowych) o 22:00. Nie będzie to produkcja stricte dla maniaków modowych, tylko również dla śmiertelników, jakim sam jestem. W związku z tym, to dobra okazja, żeby podpatrzeć jak tworzy się ciuchy, które potem mają wpływ na wygląd naszych ulic, ale przede wszystkim zobaczyć coś nowego i zainspirować się.

Bo szata nie stanowi o wartości człowieka, ale zdecydowanie go zdobi.