Close
Close

Schował mi worek z trampkami. Szukałem go 15 minut, nie znalazłem, spóźniłem się na lekcję i dostałem reprymendę od wychowawczyni, że nie mam zmiennego obuwia. Śmiał się z cała klasą. Mnie to nie śmieszyło.

Podczas długiej przerwy wyciągnąłem mu piórnik z tornistra i poprzebijałem wszystkie naboje. Śniadanie, podręczniki i zeszyty pływały mu w atramencie. Śmiałem się z połową klasy. Wychowawczyni to nie śmieszyło.

Kazano nam się przeprosić, pogodzić i polubić. Taki pedagogiczny żarcik.

3 lata później byliśmy bliskimi kumplami. Czesaliśmy kombosy w Tekkenie, próbowaliśmy zaciągnąć się papierosem bez wymiotowania i uganialiśmy się za tą samą 12-latką. W Tekkena byłem lepszy, zaciągać nauczyłem się dopiero w liceum, a Alicja miała gdzieś nas obu. Kiedyś po wuefie, widzieliśmy jak siedzi z Piotrkiem z 5b na ławce za boiskiem i trzymają się za ręce. Przez następny semestr Piotrek był najczęściej faulowanym zawodnikiem. Przypadek.

W gimnazjum zaczęło nam być nie po drodze. Przestaliśmy gadać. Burza hormonów, czy coś. W średniej szkole wróciliśmy do mówienia sobie „cześ”, a w okolicach matury znów mogłem powiedzieć, że Kamil to mój kumpel. Zatoczyliśmy koło.

Ja miałem problemy z trafianiem do bramki, on ze zdawaniem. Mnie z łatwością przychodziło liczenie pochodnych, jemu łamanie nosów. On nie odnalazłby się na studiach, ja w roli męża i ojca w tak młodym wieku. Dużo nas dzieliło. W zasadzie to bardzo dużo, ale nie mieliśmy problemu, żeby się dogadać. Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, bo łączyło nas to samo – chcieliśmy od życia więcej. Więcej, niż mieliśmy. I chciało nam się ruszyć dupę, żeby to zdobyć.

Obaj chcieliśmy żyć jak królowie – jeść kawior z bieługi na półmiskach z Rosenthala na śniadanie i pić Dom Perignon w Hiltonie na podwieczorek. Jeździć na deskorolce po Luwrze i na bmxie po Belwederze. Surfować na falach w Californii i tańczyć na karnawale w Rio. Budzić się w Paryżu i zasypiać w Tokio. Przeżywać, doświadczać, poznawać. Z tym, że ja bardziej chciałem być rekinem biznesu grającym na giełdzie, a on właścicieli największej firmy budowlanej w kraju, ale cel był ten sam.

Od kilku lat widujemy się dość rzadko. W zasadzie to raz do roku. W dodatku, gdy go odwiedzam, to jest jakiś zfochowany. Mało się odzywa. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy ma do mnie jakiś żal, ale gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, to pomyślałby, że prowadzę monolog. Wczoraj też tak było. Słowem się do mnie nie odezwał! Może nie podobały mu się moje nowe buty i wolał nic nie mówić, żeby nie wypalić, że wyglądam jak pajac? Nie wiem, ale zawsze gdy rozmawiam z Kamilem i zapalam znicz nad jego grobem, myślę, że za wcześnie odszedł.

20 lat, to nie jest dobry moment na śmierć. Zresztą jest w ogóle jakiś dobry moment, żeby umrzeć?

Długo wydawało mi się, sorry, byłem przekonany, że nigdy nie nastaje taki czas w życiu człowieka, kiedy myśli sobie „aaa, tyle już zrobiłem to mogę iść do gleby”. Albo „zobaczyłem, co miałem zobaczyć. Nie ma sensu dalej uszczuplać kasy ZUSu. Szykujcie trumnę”. „Wszystkie kluby w Europie odwiedzone, browary wypite, laski zaliczone. Nic tu po mnie, dzwońcie po koronera” też brzmi absurdalnie.

Byłem pewien, że zawsze jest coś jeszcze.

Jeszcze jeden kraj do poznania. Jeszcze jedna książka do przeczytania. Jeszcze jedna góra do zdobycia. Jeszcze jedno danie do spróbowania, czy choćby para cholernych butów do kupienia! Zawsze jest coś jeszcze. Coś czego nie widziałem, nie próbowałem, nie doświadczyłem, nie mam, a chcę! Chcę, chcę, chcę!

Myliłem się.

Spotykam ich na światłach, spotykam ich w przejściu przy dworcu, mijamy się w drzwiach autobusu. Nie mają czasu pogadać. Nie chcą pogadać. Nie mamy o czym pogadać. Zaczęli „dorosłe” życie, podobno to „prawdziwe”. Chodzą do pracy, spędzają tam średnio połowę czasu, w którym nie śpią, wracają do domu i oglądają serial. Bez różnicy jaki. Dostają wypłatę. Płacą za przeciętną szamę i klitkę w której śpią. I to im wystarcza. Są zmęczeni. Zrobili swoje. Nikt nic więcej od nich nie wymaga, więc nic ponad to nie robią. Przez kolejne 40 lat będą jeść, srać i spać. I tyle. Chcą tylko świętego spokoju. Nic więcej.

Dla nich to dobry moment na śmierć. Nawet im to nie zrobi różnicy.

autorem zdjęcie jest Dawid Wallace
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Damian Puzio

    I wlasnie przez to.ze spoleczenstwo.staje sie wygodne „ci z gory ” zatruwaja nas, zatruwaja wode, zywnosc, buduja apteki zeby pakowac w nas chemie aby darmozjady powoli umieraly. „Nieuleczalny” rak i inne choroby i ludzie w wieku 40 lat ida do.piachu…stopniowe powolne zmniejszanie populacji .
    Przez to ze tak wiele ludzi nie jest tu potrzebnych i umarli za zycia…

  • Hubert Górowski

    Kurwa, Stayfly, piękny tekst. Nie czytam komentarzy, bo mi się nie chce i mogę być duplikatem, ale mniejsza z tym – od razu skojarzyłem z Mr. Freeman. Kojarzysz?

    • „Mr. Freemana” zgooglowałem, ale nie kojarzę zupełnie.

  • Po przeczytaniu tego tekstu musiałem aż sprawdzić jedną informację… „1 stycznia 2013 roku populacja światowa liczyła ponad 7 miliardów ludzi”. Zmusza do refleksji.

  • Lipa

    Matko, trochę czasu minęło, ale mam nadzieję, że wszyscy ruszyliście tyłki i zaczęliście żyć kolorowo.

  • Mjichał Zet

    StayFeeling.

  • Pingback: Rysiek Ridel skończył się na Kill 'Em All()

  • Asia Ko

    Jej.Ciekawe czy powinnam się utożsamiać. Bo też myślę że mi nie zrobi różnicy, skoro będę martwa. Ale też i żyję z „jeszcze” na ustach, i myślę że mogę umrzeć tu i teraz, taka moja wersja ciekawości świata- rozpłynięcie się w niebycie, czy co tam będzie dalej, też może być interesujące,kwestia perspektywy.

  • Małgorzata

    Mocny tekst! Aż się zalogowałam.

  • Przerażające. Po prostu przeraża mnie wizja takiej pustej egzystencji. Bez celów, z przyzwyczajenia. Mam nadzieję, że mnie nigdy w przyszłości… Nawet sama myśl o tym mnie dobija. Nigdy. Zamieść pod dywan wszystkie marzenia, zmienić codzienność w koszmar rutyny. Boże, nigdy. Mam nadzieję, że zawsze będzie ta kolejna książka i kolejna góra, że nigdy nie przestanę z nich rezygnować. A może choć jedna osoba przeczyta ten tekst i pomyśli: „Co ja robię ze swoim życiem? Muszę to zmienić, muszę zacząć znowu prawdziwie żyć!”.

  • Magdalena Wac

    W swój pokrętny sposób mnie motywujesz. Zwyczajnie nie chcę, żeby to był tekst o mnie.

  • Bardzo poruszający tekst. Ja na szczęście zauważam wokół siebie coraz więcej osób, którym „się chce” i sama też do nich należę.

  • Kuba

    Zrobiło mi się strasznie smutno. Tak szczerze, to ryczeć mi się chce, bo mam marzenia, jakoś tam do nich dążę, ale to i tak nie jest to, w jaki sposób mógłbym funkcjonować…

  • Izabela K.

    Ale może to dla nich jest właśnie szczęście? Nie każdy ma w sobie tę chęć do ciągłego biegu, ciągłego rozwoju, ciągłego wyrywania chwil, ciągłego pochłaniania życia, ciągłych poszukiwań. Ja mam, Ty pewnie masz, ale czy przez to jesteśmy inni, lepsi, szczęśliwsi? :) A poza tym dobry tekst i świetnie napisany. Lubię.

  • Małgorzata Zdziebko Zięba

    Cholernie dobry wpis, nawet nie mogę wymyślić jakiegoś mądrego komentarza …

  • Kinga

    Nie chcę czekać do poniedziałku, by Ci powiedzieć, że to chyba najlepszy Twój wpis, dlatego wyjątkowo to piszę :) dzięki.

  • Baśka

    Tekst… porusza. W pewnym momencie się nie zgadzam, bo nie uważam, żeby nawet dla tych ludzi bez marzeń, celu, tylko egzystujących był dobry moment – dobry moment na śmierci. Dla mnie to oksymoron. I próbuję na to patrzeć z różnych perspektyw – i nadal nie. Po prostu śmierć to przerwa, definitywna, której być nie powinno. Bo psuje. Cokolwiek przerywa, psuje to. Nawet jeśli życie niekoniecznie było dobre, wesołe, porywające, czy sensowne. Tak uważam, może źle, może dobrze. W tym momencie chyba tak samo jak spora część ludzi jestem w takim życiowym dołku, bo sama nie wiem, czego chcę. Czy chcę się rozwijać? Czy może nie? Czy mam jakiś cel? Marzenie? A może nie? Chodzę sobie na zajęcia, czasem, potem tępo patrzę w ekran. Czasem wychodzę ze znajomymi, czasem nie. Ale nie powiedziałabym, że moje życie jest tak beznadziejne, że najlepiej, gdybym teraz umarła. W ogóle nie chcę umierać, egzystencja – nawet ta marna, jest na swój sposób piękna. I w ogóle to szukam jakichś sensownych rozwiązań dla mnie, to szukanie – wydaje mi się, nadaje pewien sens, bo gdybym teraz umarła, możnaby śmiało stwierdzić, że zrobiłam wszystko to, co zaplanowałam jako 6-letnia dziewczyna. Z tamtej perspektywy patrząc, możnaby stwierdzić, że niesamowicie wszystko wyszło i się udało. A z drugiej, że być może wszystkie te lata na swój sposób były stracone. Kto i komu dał/daje prawo, żeby ocenić, czy bytujemy, czy żyjemy? Patrząc na to z perpektywy chwili obecnej, czy przyszłości? Może jednak z przeszłości? Świat jest niesamowicie skomplikowany i mnie, której kiedyś bardzo łatwo było rzucać sądy na lewo i prawo, najczęściej przypada kwestia: „Nie wiem, być może.” Rozpisałam się. W ogóle, tego typu święta budzą we mnie mocne refleksje, dużo przemyśleń i uważam, że są bardziej dla żywych, niż zmarłych. To chyba lepsza okazja, by coś zmienić, aniżeli klasyczna noworoczna.

  • Kamil Skrok

    Twoje teksty są po prostu genialne. Każde przeczytane słowo zachęca mnie do przeczytania kolejnego i kolejnego, aż zastaje mnie koniec i ten niedosyt, bo „poczytałbym coś jeszcze”. Bardzo Ci dziękuję, że piszesz tak jak piszesz. Naprawdę wielki szacunek za to co robisz. Chciałbym, żeby mój blog kiedyś miał w sobie to „coś” co Twój zdecydowanie ma! Pozdrawiam

  • Karolina Filipiak

    damn !! lekko roz….ś mi konstrukcję ! Dzięki !

  • Janek, świetny tekst. Cieszę się, że w końcu poznamy się podczas BFG.

  • Małgorzata

    Nasuwa mi się następująca refleksja..kto komu ( i na jakich zasadach) daje prawo do oceniania życia innych? co wiemy o celach, marzeniach, dążeniach, pragnieniach drugiej, nawet bliskiej osoby? Być może wiemy tyle ile chce dana osoba, żebysmy wiedzieli,
    być może błędnie oceniamy sytuację, być może NASZ punkt widzenia i NASZA subiektywna ocena nie jest zgodna ze stanem faktycznym, z prawdą.
    Żyjemy i dla siebie i dla bliskich, jedno z drugiego( niestety lub stety) wypływa.
    Moje pytanie jest następujące:-) dlaczego jeśli w naszej ocenie ktoś wegetuje,żyje jak warzywko bez celów i marzeń, dlaczego nie może sobie tak żyć dalej, skoro taki jest jego wybór?Czy z tego powodu jest głupszy, gorszy i powinien to oraz tamto,zasługuje na to czy nie zasługuje w ogóle ponieważ my tak uważamy:-)?

    • Gosia, ja nie mówię, że ktoś kto „wegetuje,żyje jak warzywko bez celów i marzeń” nie może żyć i powinien umrzeć, tylko, że to dla niego dobry moment, bo jaki znajdziesz lepszy?

      • Małgorzata

        Dobrze, odpowiem.Nie ma dobrego momentu, ponieważ śmierć jest straszna.Jest przerażająca.Przeżyłam śmierć bardzo bliskiej mi osoby, która umierała na moich oczach pomimo przeszło godzinnej reanimacji.
        A śmierć wybiera sama… i osobę i moment.

        • Tak, masz rację, śmierć jest przerażająca, najczęściej sama wybiera moment i dotknie nas wszystkich, dlatego warto żyć, a nie wegetować.

  • W sobotni wieczór siedzę sama przed komputerem. Cholera… należę do ludzi, którzy nie żyją. A powinnam jak wszyscy iść się teraz najebać, bo weekend. ;[

    • Małgorzata

      o przepraszam:-) chciałam kliknąc ptaszka na „tak” i coś mi się pomyliło:-)
      Nie martw się:-) ja w sobotni wieczór siedzę w pracy do 22, a w niedzielny ranek ( czyli jutro)na 10 do pracy.Bynajmniej dzisiaj po powrocie około 23, nikt na mnie z kubkiem herbaty czekać nie będzie :-)
      nie przejmujemy się, żyjemy i fru.

      • Ana

        Właśnie! Łatwo jest pisać, że tylko „funkcjonujemy”, że „mentalnie nie żyjemy”, gdy się trafiło w odpowiedni czas i miejsce. Wiele sytuacji i miejsc, niestety, ogranicza szerokość rozkładanych skrzydeł. A tak chciałabym, żeby świat był tylko czarno-biały!

  • Joanna

    Zawsze się boję, że zostanę takim człowiekiem..
    Ale potem wychodzę z domu, rozglądam się, a moją głowę wypełniają różne myśli i skojarzenia. Wtedy przypominam sobie, że przecież zawsze mogę zostać szalonym mordercą. Nuda by mnie nie dopadła. Po takiej myśli od razu lżej się żyje.
    ;)

  • Ciesielka

    Podoba mi sie końcówka, doskonale to ująłeś. Większość ludzi, nawet tych młodych, żyje teraz ‚bylejak’, bo inaczej nie umiem tego określić. Mam wrażenie, że studia to dla niektórych koniec edukacji, moment w którym nie trzeba się już rozwijać, iść do przodu. Znajdują pracę w korporacji i zaczynają swoją codzienną bylejakość. Praca, dom, seriale, od czasu do czasu piwo ze znajomymi. Ci sparowani, jeszcze rzadziej wychodzą z domu. Żyją tylko na tym co osiągneli dotychczas ale nie idą na przód. To tak jakby, posiadanie papierka ze studiów, który w dzisiejszych czasach prawie nic nie znaczy, całkowicie zaspokajało ich ambicje.
    Sama tak nie potrafię, więc cały czas coś robie, rozwijam się. Ciągle mi mało, a najczęsciej słyszę od innych” skąd masz siłę na to wszystko? Jak to robisz, że po pracy znajdujesz siłę, żeby się uczyć, chodzić na kursy, na siłownie”. Wydaje mi się, że to nie jest kwestia charakteru tylko coraz bardziej wygodnego społeczeństwa w jakim żyjemy. I z każdym rokiem, mam wrażenie, że jest jeszcze gorzej.

    • Dawid

      Dokładnie! (aż się zalogowałem :)

    • Ksenia

      Zgadzam się!

  • Trafne spostrzeżenie, świetnie włożony kij w mrowisko. Mogę dołożyć swoje ”ale” do tego mrowiska? Czy aby na pewno im nie robi różnicy? Dlaczego należytym wzorem postępowania ma być nieustanne dążenie do bycia lepszym? Może życie-wegetacja jest równie satysfakcjonujące dla pewnych grup osób?

    • Joanna

      Popieram. Każdy ma swoją definicję szczęścia i zadowolenia.

    • Wojciech, nie mówię, że należy być ćpunem rozwojowym, ale w „życiu” chodzi stricte o żeby „żyć”, a tak jak sam zauważyłeś, czy wegetacja faktycznie jest „życiem” czy tylko podtrzymywanie procesów fizjologicznych? Reasumując, niemal nikt nie chce umierać, a jeśli już ma to zrobić, to najchętniej w momencie, gdy zrobi wszystko co sobie zaplanował i nie ma już kolejnej rzeczy którą chciałby zrealizować. Te osoby już są na takim etapie, więc znajdziesz dla nich lepszy moment?

      • Pytanie zatem brzmi, czy przysłowiowy święty spokój i spędzenie kolejnych kilkunastu / kilkudziesięciu w błogim braku jakichkolwiek zmian może zostać uznane za cel do realizacji? Sam bywam ćpunem rozwojowym (chociaż ćpunem raczej się po prostu jest), ale głośno zastanawiam się dzisiaj nad różnorodnością ludzkich potrzeb – Zaduszki łagodzą obyczaje.

        • Bardzo dobre pytanie, tylko czy podtrzymywanie stanu, który nie wymaga od nas zaangażowania faktycznie można nazwać celem?

          • Kilka dni temu odpowiedziałbym, że absolutnie nie. Za kilka dni najpewniej znów bez zawahania odpowiem właśnie w taki sposób. A dzisiaj się zastanawiam. Może to nie Zaduszki, a przekora? Zawsze korci mnie zastanowienie się nad innym punktem widzenia, gdy napotykam jednoznaczną tezę.

  • Piękne (choć nie jest to dobre słowo w tym kontekście) zestawienie tych, którzy za życia są już martwi oraz tych, co nie mieli możliwości tym życiem się zachłysnąć, bo już ich nie ma. Nie wiem, czy to nie będzie niedelikatne, ale jak to się stało, że Kami umarł w tak młodym wieku?

  • życie to taki trochę sen i tylko od ciebie zależy, czy będzie to sen świadomy. większość nie zdaje sobie sprawy z tego, że śni. a potem budzi się z ręką w nocniku, bo okazuje się, że przespali całe życie.
    podoba mi się ten tekst.

  • Metafora to delikatna kwestia… ale nie o tym. ;)

    Ja się zgadzam w 100%. Smutne, że są ludzie, którzy po prostu funkcjonują. Jak robociki.
    Bez celu. Bez fantazji. Bez marzeń. Bez pragnień.
    Mówi się, że kto nie ma marzeń, ten nie żyje. I to jest prawda. Bo jeśli twoja ścieżka nie ma celu, jeśli prowadzi donikąd, to co za różnica kiedy się urwie?

    • Lanka

      Zgadzam się z tobą Jadziu. Po co żyć, skoro nic nam się nie chce zrobić? Kiedyś ten koniec nadejdzie, więc jeśli już teraz jesteśmy mentalnie martwi, to po co przedłużać?

  • Agga

    Przecież to chyba taka metafora, w dodatku udana, bo skłaniająca ludzi do dyskusji. Logiczne, że nikt nie życzy nikomu śmierci, ani też nie ma prawa oceniać tego, czy to już czyjś moment na śmierć i czy owa smierć zrobi komuś różnice, czy nie. Najważniejszym wnioskiem z tego tekstu jest chyba to, żeby mieć w życiu jakieś cele – żeby żywot ludzki nie sprowadzał się tylko do marnego, monotonnego egzystowania.

  • Sandra;)

    Nie podoba mi się to. Niektórzy po prostu nie mają wyboru. Wpakowałeś wszystkich do tzw „jednego wora”.

    • PerHour

      Nie ma osób, które nie mają wyboru.

      • Małgorzata

        Owszem, są.

    • Po pierwsze jakich wszystkich, po drugie, kto nie ma wyboru?

      • Sandra;)

        Nie rozumiem tych stereotypów zapracowanych ludzi, którzy „tracą życie”. Możne iluzja szczęścia im wystarcza. Wyboru innego życia.

        • To źle zrozumiałaś tekst. Nie odnoszę się do zapracowanych ludzi, tylko zmęczonych życiem, którym nic się nie chce.

          • Sandra;)

            Najwidoczniej. Przepraszam ;)

    • Lanka

      Zawsze jest wybór!

  • bidon

    Zgodzę się z przedmówcami. Przeciętność i tzw. marna egzystencja jest potrzebna. Dzięki temu także Ty posiadasz jakiś punkt odniesienia – „Obaj chcieliśmy żyć jak królowie „. No właśnie. Jak żyliby królowie, gdyby każdy królem mógł zostać? Byłby to wyższy poziom przeciętności.

    • Ale to nawet nie chodzi o przeciętność i nieprzeciętność, tylko o to czy chcesz coś od świata, czy jest Ci wszystko jedno. Wielokrotnie myśląc o śmierci, przerażało mnie, że mógłbym umrzeć już teraz, bo mam jeszcze tyle do zrobienia, jeszcze tylu rzecz nie widziałem. A jeśli ktoś uważa, że wszystko co mógł zrobić zrobił i nie ma nic więcej co mógłbym zdziałać, to jest to świetny moment, żeby odejść.

  • M.

    Prawda. Niektórzy tylko egzystują zaspokajając swoje najważniejsze potrzeby. Ale czy to od razu powód, aby twierdzić, że równie dobrze mogliby nie żyć?

    • Mówię, że to dla nich dobry moment. Lepszego nie znajdą

    • Klaudka

      Tak. Cytując Korwina-Mikke „w życiu nie chodzi tylko o to, żeby przeżyć i się nażereć”.

  • Konrad Michalski

    Im to nie zrobi różnicy, ale zrobi to różnicę ich bliskim, nie uważasz?

    • A żyjesz dla siebie czy dla bliskich?

      • Paweł

        Oczywiście że dla bliskich. Przecież człowiek jest szczęśliwy wtedy kiedy jest potrzebny innym.

      • Ullalala

        To nie jest tylko kwestia tego, dla kogo się żyje. Ja akurat głęboko wierzę w to, że życie ma sens zanim sami go mu nadamy. No bo to jest niesamowite, że jesteśmy na tym świecie, należymy do czegoś wielkiego, rozwijamy się. I w tym sensie żyję przede wszystkim, bo było mi dane ;). To, że później chcę spełniać marzenia, mieć jakiś pozytywny wpływ na rzeczywistość, dzielić się radością to już wtórne cele. Nie trzeba wcale ich mieć, żeby być szczęśliwym. Problem jest wtedy, kiedy ludzie nie widzą kompletnie możliwości rozwoju i żyją tylko dlatego, że im się opłaca – rozrachunek cierpień i przyjemności wychodzi na plus, więc po co się zastanawiać. I jakby umarli, bliskim mogłoby być przykro, ale równie dobrze może być przykro kosmosowi. (wybaczcie, jak to już za bardzo nutellowa wizja ;p)

wpis jest wynikiem współpracy z marką STR8

Czemu pierwszy raz jest taki ekscytujący?

Pamiętasz swój pierwszy raz? Założę się o mój login i hasło do Facebooka, że tak. Takich rzeczy się nie zapomina, mimo że tego typu wspomnieniom raczej daleko do poprawiających samopoczucie. Nie, nie tylko Twój pierwszy stosunek płciowy był beznadziejny. Jak donosi Instytut Badania Opinii Publicznej Na Podstawie Rzutu Kośćmi, 11 na 10 Polaków czuje zażenowanie i wstyd przywołując w myślach swoją inicjację seksualną. Łatwiej znaleźć niewypłacalnego dłużnika mafii ze wszystkimi palcami, niż osobę, która szczerze stwierdzi, że jej pierwszy seks był udany i podobało jej się.

Większość, jeśli nie każdy, z nas czuł się w tym momencie skrępowany, niepewny, czy zwyczajnie przerażony, a sam akt przebiegał jak pilotowanie samolotu bez przejścia kursu pilotażu. Tu coś wciskasz, tam za coś ciągniesz, próbujesz utrzymać w rękach stery i modlisz się, żeby lot nie skończył się przed czasem. Mimo to, nie znam osoby, która by nie czekała w napięciu na ten pierwszy raz albo chciała cofnąć czas i żyć w celibacie, żeby uniknąć dyskomfortu.

Czemu więc towarzyszyła temu taka ekscytacja? Bo wszystkiemu co nowe i nieznane, a pobudzające zmysły i emocje, towarzyszy podniecenie. Mimo świadomości, że może skończyć się inaczej, niż byśmy to sobie wyobrażali.

Rutyna zabija związki

Popadanie w schematy często bywa korzystne w pracy i w sporcie, ale rzadko kiedy poza nimi.

Czy wyjście w piątek wieczorem do kina jest spoko? No jest. Można odetchnąć po całym tygodniu i spędzić razem czas – dobra zabawa. Czy wychodzenie co piątek wieczorem do kina przez 5 lat, na seans o 19:15 jest spoko? No mniej. Nie ma w tym nic zaskakującego i na dobrą sprawę zamienia się to w kolejny obowiązek do odhaczenia – brak dobrej zabawy. Czy uprawiane seksu na jeźdźca jest spoko? No jasne. Czy uprawianie seksu tylko i wyłącznie na jeźdźca, za każdym razem na tej samej kanapie przy zgaszonym świetle jest spoko? No nie za bardzo.

Czemu mężczyźni zdradzają kobiety? Bo się nudzą, bo potrzebują nowych bodźców, bo dawny ogień namiętności zgasł na wietrze powszedniości. Czemu kobiety zdradzają mężczyzn? Bo ten koleś w barze, który zrobił jej i jej koleżance „test najlepszej przyjaciółki”, a potem odgadł liczbę, którą zapisała na serwetce był inny. Inny niż ten, który odkąd się poznali w kółko zabiera ją na randki do tego samego miejsca. Ten jest ciągle taki sam.

Powodów w obu przypadkach jest oczywiście więcej, ale zrutynizowanie wspólnego życia jest najniebezpieczniejsze. Bo rutyna wkrada się niepostrzeżenie.

Monotonia zabija radość z życia

Uwielbiam burgery, ale gdy zbierałem materiał do rankingu krakowskich burgerowni i musiałem jeść je dzień po dniu, żeby rzetelnie ocenić serwujące je miejscówki, zaczęły śnić mi się po nocach wegetariańskie sałatki. Z zestawieniem najlepszych ramenów było podobnie. I nie inaczej jest ze słuchaniem w kółko jednego utworu. Ile razy miałeś tak, że pojawiał singiel Twojego ulubionego wykonawcy, zapętlałeś go jak szalony w oczekiwaniu na resztę płyty, a gdy już ukazał album, musiałeś pomijać ten utwór słuchając całości, bo wychodził Ci nosem? Albo po powrocie z wakacji ustawiałeś na budzik w telefonie turbo szlagier, przy którym byłeś conocnym królem parkietu. A po miesiącu wracałeś do domyślnego alarmu wgranego przez producenta, bo po pierwszych taktach letniego hitu zaczynało Cię mdlić?

Każda czynność ma skończoną liczbę powtórzeń, po wykonaniu których bez żadnej przerwy z przyjemności zamienia się w mękę. Każda.

Od poniedziałku do piątku kursujemy między dwoma punktami – pracą i domem, ewentualnie uczelnią i domem albo, przy opcji triathlonowej – uczelnią, pracą i domem. Zwłaszcza jesienią i zimą, gdy każde wyjście z domu zaczyna być postrzegane w kategoriach wyczynu, w codzienność wkrada się monotonia, zakładając nam klapki na oczy jak koniowi. Klapki, przez które nie widzimy piękna otaczającego nas świata i ciągle rozwijających się pąków możliwości, tylko betonową drogę, którą znamy na pamięć, prowadzącą do miejsca przyprawiającego nas o ziewanie, a nie zachwyt. Z czasem dopada to każdego, również mnie, choć mogłoby się wydawać, że w przypadku pracy opartej na pasji to niemożliwe. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy Twoja trasa do pracy polega na przebyciu drogi między łóżkiem a biurkiem, a liczba interakcji z ludźmi w jej trakcie wynosi 0. Tak jak jej zmienność.

Żeby codzienność nie stała się linijką, która bije Cię po palcach, gdy chcesz brać z życia garściami, trzeba coś zmienić. Wpleść w nią coś nowego.

Co daje próbowanie nowych rzeczy?

W przeciwieństwie do większości chłopców, jakoś nigdy ani w przedszkolu, ani w podstawówce, ani w gimnazjum, ani nawet w liceum nie ciągnęło mnie do motoryzacji i zupełnie nie kumałem tych wczutych gadek o furach i ciśnienia na zdawanie prawka. Aż nie skończyłem 22 lat i nie pomyślałem, że przy staraniu się o kolejną pracę taki dokument może się przydać. Zapisałem się na kurs, cudem nie umarłem z nudów na wykładach, wsiadłem do samochodu po stronie kierowcy i poczułem się jak Neo z „Matrixa”, kiedy wybrał czerwoną pigułkę.

W momencie kiedy wcisnąłem pedał gazu, usłyszałem ryk silnika i poczułem jak auto przyśpiesza, wszystko stało się dla mnie jasne. Nagle zrozumiałem skąd u tylu facetów taka fascynacja samochodami, a przede wszystkim kompletnie zmieniłem perspektywę postrzegania poruszania się po mieście i ruchu ulicznego. Na rzeczywistość został nałożony filtr, który ukazywał ją z innej, nowej strony. Podobnie było, kiedy pierwszy raz leciałem samolotem. I kiedy pierwszy raz występowałem na scenie prowadząc prezentację dla tłumu ludzi. I kiedy pierwszy raz wpadł mi w ręce koktajler i odkryłem, że szpinak łączy się z bananem i można to wypić.

Za każdym razem, gdy próbujesz czegoś czego nie próbowałeś nigdy wcześniej, gdy jesz, robisz albo jesteś w jakimś miejscu po raz pierwszy, zmienia się Twoje dotychczasowe postrzeganie. Patrzysz na, wydawałoby się, znane Ci rzeczy z nieznanej wcześniej perspektywy, przez co znów zaczynają być interesujące. Gdy codziennie pokonywaną drogę z domu na przystanek możesz obserwować lecąc nad nią balonem, rzeczywistość poszerza się o kolejny wymiar, a płaska monotonia nabiera kształtów.

Próbowanie nowych rzeczy, to odkrywanie świata na nowo.

Tydzień pierwszych razy!

Żeby nie być zakładnikiem codzienności i przypomnieć sobie na wiosnę, że świat wciąż jest nieprzeczytaną książką, podjąłem wyzwanie. Wyzwanie pod tytułem „Tydzień pierwszych razy!”. W ramach akcji #BeTheHeroYouAre, razem z marką STR8 przez 7 dni codziennie próbowałem czegoś po raz pierwszy, żeby przełamać rutynę, zainspirować się, rozbawić, przerazić, zmieszać i przede wszystkim wnieść coś nowego do prozy życia. Jak konkretnie wyglądał mój plan?

Dzień pierwszy: popłynę kajakiem po Wiśle
Dzień drugi: nadrobię puszczanie latawców
Dzień trzeci: oderwę się od ziemi w parku trampolin
Dzień czwarty: postaram się nie przewrócić na tandemie
Dzień piąty: wydostanę się z escape roomu
Dzień szósty: zobaczę jak jeździ się w kabriolecie
Dzień siódmy: sprawdzę jak smakują bycze jądra

Jak wyszło? Zobacz na filmie poniżej, a jeśli chcesz podjąć swoje wyzwanie wpadaj na https://www.str8betheheroyouare.com/poland

---> SKOMENTUJ

Telewizja to wciąż największe i najsilniejsze medium. Dociera do każdego domu, i co ważniejsze, jest odbierane w każdym domu. Są stacje mniej i bardziej popularne, a TVN jest na szczycie tej telewizyjnej piramidy (jeśli oczywiście nie bierzemy pod uwagę fanatycznych zwolenników PiSu). Pojawienie się w takim środku masowego przekazu, to zarówno wielka szansa, jak i pole minowe.

Jessica Mercedes Kirschner we wczorajszym odcinku „Kuby Wojewódzkiego” poinstruowała nas jak nie dać się wysadzić.

 

Po pierwsze: zastanów się po co tam idziesz

Nie chwytaj się zaproszenia do talk-showu jak tonący pozłacanej brzytwy.

Przed podjęciem decyzji o udziale w nośnym programie rozrywkowym, warto zadać sobie pytanie „po co?”. Po co chcesz się tam pojawić? Co da Ci udział w nim? Co chciałbyś powiedzieć i dlaczego? Czym chcesz się podzielić z milionami Polaków? Opowiedzenie samemu sobie na te zajebiście, ale to zajebiście ważne pytania, decyduje o sukcesie udziału w owym przedsięwzięciu.

Jessica ewidentnie udzieliła sobie takich odpowiedzi.

Od samego wejścia widać było, że wie po co tam jest. Że nie trafiła przed kamery przypadkiem. Że wie o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Śmiało chwaliła się prowadzeniem bloga, pisaniem o modzie, relacjonowanie pokazów i opiniowaniem trendów. Mówiła o współpracy z markami, o motywacji do blogowania i planach na najbliższą przyszłość. Cel występu osiągnięty w stu procentach.

 

Po drugie: przygotuj się

Fajnie, że wiesz żeby w wypowiedziach skupić się na swoim internetowym pamiętniczku, ale prawie na pewno nie będziesz miał na to okazji.

Czy to w tym programie, czy w innym bardziej show, niż talk, prowadzący nie jest Twoim przyjacielem. Ma robić widowisko, a recytowanie formułek z pamięci nie jest widowiskowe. Dlatego będzie Ci przerywał, zmieniał temat i zadawał niewygodne pytania, licząc, że strzelisz jakąś gafę, która później wyląduje na Kwejku. Żeby ustrzec się przed zostaniem mem, warto przygotować sobie odpowiedzi na najbardziej oczywiste trudne pytania.

Mercedes odrobiła pracę domową na szóstkę z plusem.

Mimo, że Wojewódzki zaczął od ataku przytaczając niewygodne wypowiedzi na jej temat, Jessica z miejsca odbiła piłeczkę. Nie pozwoliła się ośmieszyć. Zapytana o zarabianie na reklamach nie plątała się w zeznaniach. Nie intonowała „yyyyy”, ani „eeeee” we wszystkich możliwych harmoniach, wodząc wzrokiem po podłodze. Przy zarzutach o błahość mody, też długo się nie zastanawiała. Wiedziała, że takie pytania się pojawią i wiedziała jak na nie zareagować.

 

Po trzecie: nie pozwól by Ci przerywano…

Nawet przy odpowiedniej zaprawie psychicznej, po wpływem stresu, emocji, kamer, świateł i świadomości, że to nagranie zobaczą wszyscy Twoi znajomi, łatwo ulec tremie. Zaciąć się, zacząć jąkać i pozwalać by Ci przerywano. W pół zdania, w pół słowa, czasem zanim zdążysz wziąć oddech. Nic odkrywczego tu nie napiszę, bo sam raczej spinam się takimi wystąpieniami, a dystansu do nich nabiera się z czasem.

W takich momentach najsensowniej nie zapomnieć o oddychaniu. I o tym co chciało się powiedzieć.

20-letnia blogerka modowa, mimo młodego wieku opanowała to na poziomie, na którym nie jest połowa osób publicznych. Nie pozwalała zdominować się w rozmowie, ani zepchnąć jej na rynsztokowe tematy. Każdą wypowiedź doprowadzała do końca, mimo licznych prób wejścia w słowo. Jeśli chciała coś powiedzieć, to to robiła. I, za co jeszcze większe brawa ode mnie, nie przeginała w drugą stronę.

 

…ale nie kozacz!

Nie dała się ponieść ani sprowokować. W żadnym momencie nie była agresywna, ani obsceniczna. Trzymała nerwy na wodzy. Będąc w tak stresowej sytuacji, nawet gwiazdom z wieloletnim stażem nie udaje się zachować spokoju. Dają się podpuścić, puszczają im hamulce i pokazują mroczne oblicze. Najlepszym tego przykładem jest Doda, która rozjuszona którymś z docinków oblała gospodarza wodą. Jessica przez cały wywiad nawet nie uniosła głosu.

Warto obejrzeć ten występ więcej, niż raz. To naprawdę dobry instruktaż.

---> SKOMENTUJ

wpis powstał przy współpracy z kanałem FOX Life

projektanci na start -  fox life 5

Powiedzenie o szacie, to jedno z najczęściej utrwalanych w naszej kulturze, które ma sugerować, że nie powinno wartościować się ludzi po wyglądzie. Myśl jest jak najbardziej słuszna, tyle, że interpretacja nie do końca.  Bo widząc kogoś po raz pierwszy, nie jesteś w stanie wejść w jego duszę i dowiedzieć się, czy pomaga fokom na Alasce, czy topi małe kotki w Wiśle. Nie jesteś w stanie wejść w jego umysł i przekonać się, że jest hiper inteligentną jednostką, z którą przegadasz pół imprezy. Nie.

Widząc kogoś po raz pierwszy, w ciągu kilku sekund, analizujesz czy ciuchy, które ma na sobie wyglądają schludnie/sympatycznie/ciekawie/jak z kosza PCK na Ukrainie i…

 

Oceniasz

Oczywiście tylko i wyłącznie na podstawie ubioru, nie można stwierdzić, czy ktoś jest dobrym, czy złym człowiekiem. Czy powinien być kanonizowany,  czy raczej skazany na banicję. Na taki werdykt wpływa to, co robi, a nie jak wygląda. Jednak widząc co ma na sobie, jesteś już w stanie stwierdzić, czy chce Ci się do niego podchodzić i zaczynać rozmowę, czy nie. Po butach, spodniach i bluzie/swetrze/koszuli, momentalnie klasyfikujesz go jako nudziarza, ciekawego gościa, bądź totalnego odpałowca.

I nie ma w tym nic złego, bo…

 

Ubrania dużo mówią o ludziach

Nie o tym, czy są dobrzy, czy źli. O tym jacy są. To, że jedna osoba nosi jaskrawe marynarki i pół buty, a druga rozciągnięte swetry i trampki, nie jestem przypadkiem. W obu wypadkach to sporo przekazuje na temat ich charakteru i usposobienia. Mówi o tym, w większej lub mniejszej mierze, jakie mają nawyki, priorytety i czym się kierują w życiu.

I również o tym, jak podchodzą do własnego wizerunku. Nawet jeśli uważają, że ich to nie dotyczy (bo brak odpowiedzi, to również odpowiedź). A mam wrażenie, że niektórzy przyjmują sobie za punkt honoru udowodnienie, że nie znają się na modzie, nie chcą znać i nigdy nie będą. Jakby ich misją było pokazanie całemu światu, że nie potrafią dobrać butów do spodni.

Nie mówię, żeby z „nie szata zdobi człowieka” od razu przerzucać się na „jak cię widzą, tak cię piszą” i wyglądać jak Chajzer na ostatniej relacji z Fashion Weeku. Raczej, żeby znaleźć złoty środek i od czasu do czasu, patrząc w lustro, zastanowić się, czy to, co mam na sobie dobrze wygląda i do mnie pasuje. Żeby wprowadzić lekki powiew świeżości i czymś się zainspirować. Choćby blogami modowymi, czy nowy programem…

 

„Projektanci na start”

projektanci na start -  fox life

To pierwszy w Polsce casting-show poświęcony projektowaniu mody. Młodzi, głodni sukcesu i możliwe, że zdolni, będą chcieli przebić się przez sito jury i pokazać reszcie kraju, jak oni widzą kwestię tworzenia ciuchów. Oprócz cięcia, szycia i ubierania manekinów, aspirujący do miana projektantów będą musieli wykazać się również umiejętnościami zarządczo-organizatorskimi. Zostaną przeegzaminowani pod kątem pracy zespołowej, realizacji sesji zdjęciowej i organizowania pokazu, bo w każdym biznesie, oprócz talentu, trzeba mieć również smykałkę do zarządzania.

Miałem okazję być na planie zdjęciowym „Projektanci na start” i zobaczyć jak wygląda ta zabawa od środka. Formuła programu jest typowo castingowa – co odcinek ktoś odpada, po to by dwójka najlepszych mogła się zmierzyć w finale. Jury (w składzie Mona Kinal, Aneta Kręglicka, Marek Straszewski) raczej skupia się na merytorycznej ocenie, niż licytowaniu się, kto da bardziej uszczypliwy komentarz, jak ma to miejsce w „X-Factorze”. Sami uczestnicy natomiast, faktycznie przyszli po to, żeby podzielić się swoją zajawką ze światem i zrealizować marzenia, a nie tylko pokazać w telewizji.

Program startuje w tę środę, na kanale FOX Life (dostępnym na platformach cyfrowych) o 22:00. Nie będzie to produkcja stricte dla maniaków modowych, tylko również dla śmiertelników, jakim sam jestem. W związku z tym, to dobra okazja, żeby podpatrzeć jak tworzy się ciuchy, które potem mają wpływ na wygląd naszych ulic, ale przede wszystkim zobaczyć coś nowego i zainspirować się.

Bo szata nie stanowi o wartości człowieka, ale zdecydowanie go zdobi.

---> SKOMENTUJ