Close
Close

Ludzie nie lubią podnosić pieniędzy z ziemi

Skip to entry content

Nigdy nie rozumiałem tej paplaniny o tym, że pieniądze leżą na ulicy.

Niby gdzie? Raz w 3-ciej gimnazjum znalazłem dwie dyszki przy kościele i tyle. Od tego momentu nawet piąteczka mi się nie trafiła. Dobra, wiedziałem, że to taka metafora i odnosi się do tego, że zarobić można na wszystkim, tylko trzeba mieć pomysł, ale i tak mnie to nie przekonywało. Pomysłów zawsze miałem od groma, a pieniędzy z nich zero. Inna sprawa, że nigdy nie wiedziałem jak je zrealizować i już po kilku pierwszych przeszkodach poddawałem się.

To hasło o kasie przy chodniku zaczęło mieć dla mnie większy sens dopiero po książce Kominka…

 

„Bloger”

Tomek Tomczyk - Kominek - bloger

Jest w niej wszystko co musisz widzieć, żeby prowadzić bloga. Wszystko. Oczywiście bloga, którego będzie czytał ktoś poza Tobą i automatem do ściągania adresów e-mail ze stron.

Tomek prowadzi za rączkę po kolejnych etapach tworzenia internetowego pamiętnika. Od wyboru domeny, przez tworzenie tekstów, po animowanie społeczności. Kwestie, które rozkminiałem tygodniami wyjaśnione są czarno na białym na zaledwie kilku stronach. Wnioski, do których dochodziłbym miesiącami dostałem podane na tacy pod sam nos. Większość rzeczy, które wiem o blogowaniu, wiem z tej książki. I szczerze mówiąc, byłem mocno zdziwiony, czemu ktoś chce dzielić się tą wiedzą.

Gdybyś znalazł skrzynię ze złotem rozdawałbyś mapy z drogą do niej na lewo i prawo?

Ha! Zdziwiłbyś się, ale mógłbyś to zrobić, a ludzie i tak nie doszliby do skarbu. Czemu? Bo…

 

Ludzie nie wierzą, ludziom się nie chce

Są dziesiątki poradników jak zostać dobrze zarabiającym grafikiem. Setki jak stać się świetnie zarabiającym programistą. I pewnie z 15 jak prowadzić z powodzeniem firmę remontowo-wykończeniową w Wielkiej Brytanii.

I co? I nic.

Ludzie je kupują, czytają i odkładają na półkę. Mimo, że dostają gotowy przepis na sukces nie wierzą w niego. To dla nich za mało. Musieliby zobaczyć na własne oczy, musieliby dotknąć. Ale żeby to się stało, musieliby zacząć działać. Zamknięta pętla.

Wracając do mojego podwórka, ile znacie blogów, które wybiły się odkąd wyszła ta książka? I mówiąc wybiły, mam na myśli zauważalne zwiększenie liczby czytelników i kampanii reklamowych. Dwa? No dobra, z moim to trzy. A powinno być ich ponad tysiąc licząc po ilości sprzedanych egzemplarzy. Co z resztą osób, które ją kupiły? Czyżby nie chciało im się ugiąć nóżek, żeby podnieść pieniążka z ziemi?

Założę się o dobrą pizzę, że to brak wiary. Nie wierzą że stosowanie się do zwartych w niej porad może przynieść efekty. I tak samo będzie z…

 

„Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”

Tomek Tomczyk - Kominek - blog - pisz - kreuj - zarabiaj

Skończyłem czytać ją w piątek i moją pierwszą myślą było „łouł! Dzięki Tomek za drogę do El Dorado!”. Drugą „yyy, premiera była tydzień temu, a ja ją przeczytałem dopiero teraz, co znaczy, że muszę się pospieszyć… zadzieram kiecę i lecę!”. Trzecią „wyluzuj, z porad w tej nie skorzysta więcej osób, niż w poprzedniej. Możesz znów zacząć sypiać bez Xanaxu”.

W drugiej części poradnika dla blogerów jest wszystko, co musisz wiedzieć o zarabianiu na blogu. Wszystko. Jest sporo o podejściu do pisania i cechach wyróżniających dobrego twórcę. Pojawiają się też wątki związane z nastawieniem do pieniędzy jako takich, ale przede wszystkim są konkrety.

Przykłady najczęstszych błędów i dobrych praktyk. Przykłady dobrych i złych kampanii. Przykłady adekwatnych stawek i tych nie do końca.

Jest o tym za co brać, kiedy brać i ile. Jest o tym co robić, żeby w ogóle ktoś chciał Ci dać. I o tym, co robić, żeby nigdy w życiu nikt Ci nie wysłał maila zatytułowanego „współpraca”. Jest o grzeszkach, potknięciach i głupich pomysłach. Jest sporo o kreowaniu i zarządzaniu wizerunkiem, i o naciągaczach, którzy będą Ci oferować zrobienie tego za Ciebie. Jest o wszystkich rzeczach, które chciałem wiedzieć kupując tę książkę, a do których dochodziłbym dużo dłużej, niż przeciętny nastolatek w łóżku.

Jeśli blogujesz, bądź zamierzasz blogować, po to by wyczarować sobie pracę z hobby, to „Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj” jest gotową recepturą. Mam tylko małą prośbę, gdy już ją przeczytasz, wrzuć ją ze wersalkę albo do pawlacza i zapomnij o niej. Możesz opowiadać znajomym na przerwie lunchowej, że zdarzyło Ci się coś takiego czytać, ale nie wracaj do niej. Nie podnoś pieniędzy z ziemi.

Nie potrzebuję większej konkurencji.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

28 komentarzy do "Ludzie nie lubią podnosić pieniędzy z ziemi"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
John Malkovich
Gość

Przekonałeś mnie :)

Ps. czekam na mema z tobą „nie śpię, bo piszę posty” :)

Muszkieter
Gość
Janek, i Ty padłeś ofiarą recenzji Kominka? Szejm on ju. A na poważnie – to naprawdę jest fenomen, że facet daje gotowce, a niewielu potrafi z nich skorzystać. To tak jakby umieć czytać, a nie rozumieć. Sam Kominek nieraz pisze o tym, że chyba głupi jest sprzedając wiedzę wynikającą z kilkuletniego doświadczenia praktycznie za darmo (bo czymże są te grosze, za jakie można kupić książkę), ale znając doskonale specyfikę Polaków jeszcze dłuuuugo może spać spokojnie. Ile to się już naczytałem syfu na jego temat i w dodatku ten swój syf szerzy w tej swojej książce, ojojojoj. Takie lamenty, Janek, dramat.… Czytaj więcej »
Grzeczny Chłopiec
Gość

Jeszcze nie miałem okazji, ale podejrzewam, że to dlatego, iż tego nie robię :) A co do Tomka, to myślę, że połowa osób zmieniłaby zdanie na jego temat, gdyby spotkała go na żywo i zamieniła dwa zdania :)

Wracając do książki, to chyba wszyscy autorzy poradników wychodzą z tego samego założenia, co autorzy przepisów kulinarnych – możesz dać ludziom maksymalnie szczegółowy przepis na wołowinę po burgundzku, a i tak będą woleć, żebyś Ty im ją ugotował :)

Muszkieter
Gość

…ale zaczyna być niebezpiecznie, gdy ktoś zrobi wołowinę po burgundzku zmodyfikowaną o parę autorskich składników i ona zacznie smakować lepiej niż oryginał ;) Ale tak jak pisałem, Kominek na razie może spać spokojnie.

Co zaś do wyznawców i podrabiaczy stylu Tomka – raz już zostałem porównany ma własnym blogu (szok!), ale jakoś dziwnym trafem moi czytelnicy zaprotestowali. Nieźle, co? Miana wyznawcy jeszcze się nie dorobiłem ;), ale i takie określenia spotkałem w recenzjach nowej książki Tomka.

sebek
Gość

Z tym poradnikami to racja. To co ładnie wygląda na papierze nie zawsze jest takie w realizacji i ludzie nie wierzą, że to może działać w ich przypadku.

M.
Gość

Przekonałeś mnie do przeczytania :)

Happier at Life
Gość

Co za przekorny tekst! Niestety, muszę przyznać Ci rację.
Ale…ale…czekaj, bo ja moich książek Kominka nie odłożę do pawlacza :D

Grzeczny Chłopiec
Gość

Czyli jednak za wersalkę? ;)

Happier at Life
Gość

i tu mnie masz :)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Schował mi worek z trampkami. Szukałem go 15 minut, nie znalazłem, spóźniłem się na lekcję i dostałem reprymendę od wychowawczyni, że nie mam zmiennego obuwia. Śmiał się z cała klasą. Mnie to nie śmieszyło.

Podczas długiej przerwy wyciągnąłem mu piórnik z tornistra i poprzebijałem wszystkie naboje. Śniadanie, podręczniki i zeszyty pływały mu w atramencie. Śmiałem się z połową klasy. Wychowawczyni to nie śmieszyło.

Kazano nam się przeprosić, pogodzić i polubić. Taki pedagogiczny żarcik.

3 lata później byliśmy bliskimi kumplami. Czesaliśmy kombosy w Tekkenie, próbowaliśmy zaciągnąć się papierosem bez wymiotowania i uganialiśmy się za tą samą 12-latką. W Tekkena byłem lepszy, zaciągać nauczyłem się dopiero w liceum, a Alicja miała gdzieś nas obu. Kiedyś po wuefie, widzieliśmy jak siedzi z Piotrkiem z 5b na ławce za boiskiem i trzymają się za ręce. Przez następny semestr Piotrek był najczęściej faulowanym zawodnikiem. Przypadek.

W gimnazjum zaczęło nam być nie po drodze. Przestaliśmy gadać. Burza hormonów, czy coś. W średniej szkole wróciliśmy do mówienia sobie „cześ”, a w okolicach matury znów mogłem powiedzieć, że Kamil to mój kumpel. Zatoczyliśmy koło.

Ja miałem problemy z trafianiem do bramki, on ze zdawaniem. Mnie z łatwością przychodziło liczenie pochodnych, jemu łamanie nosów. On nie odnalazłby się na studiach, ja w roli męża i ojca w tak młodym wieku. Dużo nas dzieliło. W zasadzie to bardzo dużo, ale nie mieliśmy problemu, żeby się dogadać. Zawsze znajdowaliśmy wspólny język, bo łączyło nas to samo – chcieliśmy od życia więcej. Więcej, niż mieliśmy. I chciało nam się ruszyć dupę, żeby to zdobyć.

Obaj chcieliśmy żyć jak królowie – jeść kawior z bieługi na półmiskach z Rosenthala na śniadanie i pić Dom Perignon w Hiltonie na podwieczorek. Jeździć na deskorolce po Luwrze i na bmxie po Belwederze. Surfować na falach w Californii i tańczyć na karnawale w Rio. Budzić się w Paryżu i zasypiać w Tokio. Przeżywać, doświadczać, poznawać. Z tym, że ja bardziej chciałem być rekinem biznesu grającym na giełdzie, a on właścicielem największej firmy budowlanej w kraju, ale cel był ten sam.

Od kilku lat widujemy się dość rzadko. W zasadzie to raz do roku. W dodatku, gdy go odwiedzam, to jest jakiś zfochowany. Mało się odzywa. Nie wiem, czy to przez pogodę, czy ma do mnie jakiś żal, ale gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, to pomyślałby, że prowadzę monolog. Wczoraj też tak było. Słowem się do mnie nie odezwał! Może nie podobały mu się moje nowe buty i wolał nic nie mówić, żeby nie wypalić, że wyglądam jak pajac? Nie wiem, ale zawsze gdy rozmawiam z Kamilem i zapalam znicz nad jego grobem, myślę, że za wcześnie odszedł.

20 lat, to nie jest dobry moment na śmierć. Zresztą jest w ogóle jakiś dobry moment, żeby umrzeć?

Długo wydawało mi się, sorry, byłem przekonany, że nigdy nie nastaje taki czas w życiu człowieka, kiedy myśli sobie „aaa, tyle już zrobiłem to mogę iść do gleby”. Albo „zobaczyłem, co miałem zobaczyć. Nie ma sensu dalej uszczuplać kasy ZUSu. Szykujcie trumnę”. „Wszystkie kluby w Europie odwiedzone, browary wypite, laski zaliczone. Nic tu po mnie, dzwońcie po koronera” też brzmi absurdalnie.

Byłem pewien, że zawsze jest coś jeszcze.

Jeszcze jeden kraj do poznania. Jeszcze jedna książka do przeczytania. Jeszcze jedna góra do zdobycia. Jeszcze jedno danie do spróbowania, czy choćby para cholernych butów do kupienia! Zawsze jest coś jeszcze. Coś czego nie widziałem, nie próbowałem, nie doświadczyłem, nie mam, a chcę! Chcę, chcę, chcę!

Myliłem się.

Spotykam ich na światłach, spotykam ich w przejściu przy dworcu, mijamy się w drzwiach autobusu. Nie mają czasu pogadać. Nie chcą pogadać. Nie mamy o czym pogadać. Zaczęli „dorosłe” życie, podobno to „prawdziwe”. Chodzą do pracy, spędzają tam średnio połowę czasu, w którym nie śpią, wracają do domu i oglądają serial. Bez różnicy jaki. Dostają wypłatę. Płacą za przeciętną szamę i klitkę w której śpią. I to im wystarcza. Są zmęczeni. Zrobili swoje. Nikt nic więcej od nich nie wymaga, więc nic ponad to nie robią. Przez kolejne 40 lat będą jeść, srać i spać. I tyle. Chcą tylko świętego spokoju. Nic więcej.

Dla nich to dobry moment na śmierć. Nawet im to nie zrobi różnicy.

autorem zdjęcie jest Dawid Wallace

Telewizja to wciąż największe i najsilniejsze medium. Dociera do każdego domu, i co ważniejsze, jest odbierane w każdym domu. Są stacje mniej i bardziej popularne, a TVN jest na szczycie tej telewizyjnej piramidy (jeśli oczywiście nie bierzemy pod uwagę fanatycznych zwolenników PiSu). Pojawienie się w takim środku masowego przekazu, to zarówno wielka szansa, jak i pole minowe.

Jessica Mercedes Kirschner we wczorajszym odcinku „Kuby Wojewódzkiego” poinstruowała nas jak nie dać się wysadzić.

 

Po pierwsze: zastanów się po co tam idziesz

Nie chwytaj się zaproszenia do talk-showu jak tonący pozłacanej brzytwy.

Przed podjęciem decyzji o udziale w nośnym programie rozrywkowym, warto zadać sobie pytanie „po co?”. Po co chcesz się tam pojawić? Co da Ci udział w nim? Co chciałbyś powiedzieć i dlaczego? Czym chcesz się podzielić z milionami Polaków? Opowiedzenie samemu sobie na te zajebiście, ale to zajebiście ważne pytania, decyduje o sukcesie udziału w owym przedsięwzięciu.

Jessica ewidentnie udzieliła sobie takich odpowiedzi.

Od samego wejścia widać było, że wie po co tam jest. Że nie trafiła przed kamery przypadkiem. Że wie o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Śmiało chwaliła się prowadzeniem bloga, pisaniem o modzie, relacjonowanie pokazów i opiniowaniem trendów. Mówiła o współpracy z markami, o motywacji do blogowania i planach na najbliższą przyszłość. Cel występu osiągnięty w stu procentach.

 

Po drugie: przygotuj się

Fajnie, że wiesz żeby w wypowiedziach skupić się na swoim internetowym pamiętniczku, ale prawie na pewno nie będziesz miał na to okazji.

Czy to w tym programie, czy w innym bardziej show, niż talk, prowadzący nie jest Twoim przyjacielem. Ma robić widowisko, a recytowanie formułek z pamięci nie jest widowiskowe. Dlatego będzie Ci przerywał, zmieniał temat i zadawał niewygodne pytania, licząc, że strzelisz jakąś gafę, która później wyląduje na Kwejku. Żeby ustrzec się przed zostaniem mem, warto przygotować sobie odpowiedzi na najbardziej oczywiste trudne pytania.

Mercedes odrobiła pracę domową na szóstkę z plusem.

Mimo, że Wojewódzki zaczął od ataku przytaczając niewygodne wypowiedzi na jej temat, Jessica z miejsca odbiła piłeczkę. Nie pozwoliła się ośmieszyć. Zapytana o zarabianie na reklamach nie plątała się w zeznaniach. Nie intonowała „yyyyy”, ani „eeeee” we wszystkich możliwych harmoniach, wodząc wzrokiem po podłodze. Przy zarzutach o błahość mody, też długo się nie zastanawiała. Wiedziała, że takie pytania się pojawią i wiedziała jak na nie zareagować.

 

Po trzecie: nie pozwól by Ci przerywano…

Nawet przy odpowiedniej zaprawie psychicznej, po wpływem stresu, emocji, kamer, świateł i świadomości, że to nagranie zobaczą wszyscy Twoi znajomi, łatwo ulec tremie. Zaciąć się, zacząć jąkać i pozwalać by Ci przerywano. W pół zdania, w pół słowa, czasem zanim zdążysz wziąć oddech. Nic odkrywczego tu nie napiszę, bo sam raczej spinam się takimi wystąpieniami, a dystansu do nich nabiera się z czasem.

W takich momentach najsensowniej nie zapomnieć o oddychaniu. I o tym co chciało się powiedzieć.

20-letnia blogerka modowa, mimo młodego wieku opanowała to na poziomie, na którym nie jest połowa osób publicznych. Nie pozwalała zdominować się w rozmowie, ani zepchnąć jej na rynsztokowe tematy. Każdą wypowiedź doprowadzała do końca, mimo licznych prób wejścia w słowo. Jeśli chciała coś powiedzieć, to to robiła. I, za co jeszcze większe brawa ode mnie, nie przeginała w drugą stronę.

 

…ale nie kozacz!

Nie dała się ponieść ani sprowokować. W żadnym momencie nie była agresywna, ani obsceniczna. Trzymała nerwy na wodzy. Będąc w tak stresowej sytuacji, nawet gwiazdom z wieloletnim stażem nie udaje się zachować spokoju. Dają się podpuścić, puszczają im hamulce i pokazują mroczne oblicze. Najlepszym tego przykładem jest Doda, która rozjuszona którymś z docinków oblała gospodarza wodą. Jessica przez cały wywiad nawet nie uniosła głosu.

Warto obejrzeć ten występ więcej, niż raz. To naprawdę dobry instruktaż.