Close
Close

Taki komunikat przekazuje nam TVN. I chce żebyśmy w to uwierzyli.

Najpierw relacja Filipa Chajzera z „Fashion Weeku”, gdzie uczestnicy zachwycali się nieistniejącymi projektantami mody, teraz test uliczny, w którym przechodnie nie potrafią prawidłowo zaznaczyć największych polskich miast na mapie. Ten drugi filmik trafił do sieci dopiero dzisiaj, więc obstawiam, że jutro napisze o tym NaTemat i Gazeta, a do piątku będzie miał główną na YouTube. Puenta w każdym z tych mediów będzie ta sama – jesteśmy otoczeni idiotami. Faktycznie, bohaterowie „reportażu” są przedstawieni w ten sposób, ale czy na pewno tak jest?

Czy rzeczywiście otaczają nas sami debile?

Śmiem wątpić. Ja się za takiego nie uważam i swoich przyjaciół też bym tak nie określił. Podejrzewam, że Ty także. Mam znajomych bez studiów, mam kumpli po zawodówkach i takich, którzy edukację zakończyli po komersie w podstawówce. Mimo to, nie są pół-mózgami i byliby w stanie zaznaczyć Kraków na mapie (choć de facto, to o niczym nie świadczy). Skąd więc tylu głupków w materiałach TVNu?

To siła montażu.

Nagranie materiału zapewne trwało kilka godzin, w trakcie których zaczepiono kilkunastu (jeśli nie kilkudziesięciu) przechodniów, z czego 2 strzeliło gafę (słownie: DWÓCH). Wszystkich którzy wiedzieli, że Gdańsk jest u góry, a Zakopane na dole wywalili i dali tych, którzy mylili Radom z Australią. Montażysta posklejał to tak, żeby wyglądało naturalnie – jakby Chajzer Junior faktycznie spędził pół dnia na Marszałkowskiej i nie mógł znaleźć nikogo, kto miał choć dwóję z geografii – i voila. Mamy druzgocący materiał, który obnaża niewiedzę Polaków.

Po co TVN tak robi?

Żebyś to kupił. Oglądanie normalnych ludzi nie sprzedałoby się. Jeśli przez 3 minuty leciałyby same poprawne odpowiedzi widz wyłączyłby program w połowie. Albo zanudził się na śmierć. Dlatego producenci celowo wrzucili osoby, które się mylą. Wiedzą, że tylko wtedy odcinek wzbudzi emocje. Nieważne czy pozytywne, czy negatywne. Ważne, że zacznie się dyskusja. Ludzie będą go sobie podawać dalej, a wokół stacji zrobi się szum, co przełoży się na większą oglądalność.

A to tylko zgrabny montaż.

Pamiętaj o tym, gdy następnym razem podkusi Cię, by wydać osąd na jakiś temat pod wpływem kilkuminutowego filmiku.

(niżej jest kolejny tekst)

50
Dodaj komentarz

avatar
29 Comment threads
21 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
30 Comment authors
Filip Pietrekzycie na szpilkachMarcinElaineDoktor Diagnoza, w skrócie DD Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
vivon
Gość
vivon

W pełni się z Tobą zgadzam. Media robią wszystko, żeby tylko ktoś to zobaczył i zaczął o tym mówić.

malvina-pe.pl
Gość

Well well well. Widzę, że nie tylko mnie boli ostatnio stronniczość mediów ;) Niestety, one zmierzają w takim kierunku, że tego obiektywizmu będzie coraz mniej. Trupy, skandale i aferki zawsze najlepiej się sprzedawały. Dziś, w czasach, kiedy prasa chwieje się w posadach, a rzetelnie zrobione programy telewizyjne tracą oglądalność, media muszą (i chcą) tych skrajnych emocji sprzedawać jeszcze więcej. Jest popyt, jest podaż :/

Grzeczny Chłopiec
Gość

To już nawet nie stronniczość, tylko jawna manipulacja i kreowanie rzeczywistości, co nie przystoi dziennikarzowi.

rafał d
Gość
rafał d

Pan Chajzer kreuje się ostatnio raczej na showmana, niż na dziennikarza i może mu nieco bardziej powiewać, co mu przystoi, a co nie (oczywiście dopóki nie zacznie nagle wyskakiwać na ludzi z kupy liści w parku :) ). Może dziwiłoby mnie gdybym ten materiał znalazł w tvn24, który to sili się od czasu do czasu na zachowanie pozorów bycia niezależnym medium, ale w kompozycję tvn’owskiej papki ten ‚dokument’ wpisuje się wręcz zankomicie.

Kaś Lifeinblondcolor
Gość
Kaś Lifeinblondcolor

Dokładnie. Gdybym siebie zobaczyła w takim nagraniu i stwierdziła manipulację, opisałabym tą sytuację wszędzie, gdzie tylko by się dało. :P

Erillsstsyle
Gość

No ej ale telewizja kłamie. Każdy to wie. To trochę jakby uznać, że skoro w CSI Miami leci słyne yeah za każdym razem jak Horacio nakłada okulary to znaczy, że tak będzie zawsze jak ktoś zaloży okulary ;) spodziewamy się rzetelnych mediów ale tak naprawdę nikt nie chce oglądać normy i szczęscia. potrzebujemy wiedzy o tym, że innym jest źle żeby się poczuć lepiej.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Ej, ej, koleżanko, nie porównuj serialu do reportażu, bo to tak jakby porównywać rower do samochodu. „potrzebujemy wiedzy o tym, że innym jest źle żeby się poczuć lepiej” ja nie, wręcz przeciwnie :)

Erillsstsyle
Gość

Ale jest to tak samo zasadne jak oczekiwanie, że telewizja pokaże Ci obiektywną prawdę. Nie tylko w filmie ale również w wiadomościach. Telewizja to trzecia siła która generuje ludzie poglądy. Nie robią tego obiektywną wiedzą. Robią to kierunkiem jaki obierają. Subiektywnym. bardziej często niż blogerzy. A juz TVN jest absolutnym przodwodnikiem tej myśli. Telewizja aspiracyjna. Nie no ja nie mowie o radowaniu sie cudzym nieszczesciem bo nie jestem socjopatą. Bardziej o odruchu na którym się złapałam ostatnio, że patrząc na cudzę nieszczęscie pomyslałam sobie „boze jak bardzo dzieckuje Ci, ze mieszkam tu gdzie mieszkam i mam zycie jakie mam”.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Subiektywizm okej, ale manipulacja, to już przesada.

Anna M
Gość
Anna M

Tak jak pisałam już na FB, jeśli tylko ogladający wykażą się logiką i nie dadzą się ponieść emocjom, będzie ok :) Ale pewnie masz racje, że będzie tysiąc komentarzy, artykulików itd. Niestety ;)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Możemy włączyć odliczanie za ile NaTemat o tym napisze :)

Kaś Lifeinblondcolor
Gość
Kaś Lifeinblondcolor

Obstawiam: 14:00 dnia dzisiejszego. :D

wesolowski.co
Gość

całkowita zgoda. Wyobraźmy sobie fakty, w których lecą same dobre newsy, w których słyszymy jak jest zajebiście i w ogóle same dobre rzeczy. Kto by to oglądał? :)

Grzeczny Chłopiec
Gość

Jedna z niewielu rzeczy jaką zapamiętałem z zajęć PRu na studiach – dobra wiadomość to żadna wiadomość, dopiero zła wiadomość, to wiadomość :)

wesolowski.co
Gość

pamiętam to z przykładu swoich wyjazdów na Ukrainę. 1,2,3,4 wyjazdy, zero zainteresowania, przy 8 wyjeździe panowała akurat epidemia grypy (świńska, ptasia, nie pamiętam) – telefony się urywały, FB się urywał, wszyscy się zastanawiali czy żyję ;)

kel
Gość

A ja wysunę przewrotny wniosek i powiem że tak, żyjemy w kraju idiotów, ale nie dlatego, że nie wiedzą gdzie leży Kraków, tylko dlatego, że bezkrytycznie paczają w telewizor. ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Sylwester Wardęga od jakiegoś czasu wyzwala we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony wciąż śmieję się z jego starszych filmików. Mimo, że jawnie kserował Remiego Gaillarda, był w nich pozytywnym świrem, który wplatał abstrakcyjny koloryt w wielkomiejską szarość. Z drugiej, czuję lekkie zażenowanie, gdy publiczne obmacywanie kobiet, czy gnojenie policji, próbuje maskować akcją prospołeczną. Albo robimy show, jedziemy po bandzie i później pijemy piwo, które sobie nawarzyliśmy, albo boimy się konsekwencji i nie zrzucamy telewizorów z półek w Saturnie.

W tę albo w tę.

I wybierając pierwszą opcję, musimy być świadomi, że posiadanie kanału na YouTube nie daje nam dyspensy na psikanie ludziom po twarzach serpentynami w spreju. To, że chcesz nagrać filmik do internetu, nie daje Ci prawa niszczenia mienia, naruszania czyjejś nietykalności cielesnej, czy stawiania anonimowych osób trzeci w nieprzyjemnych sytuacjach. Jeśli przegniesz, poniesiesz tego konsekwencje. Nawet jeśli masz 700 000 subskrybentów. A niektórzy YouTuberzy  albo udają, że o tym nie wiedzą, albo doznają amnezji po przekroczeniu kilkudziesięciu tysięcy wyświetleń.

Nie wiem czy Warszawski Superman też o tym zapomniał, czy świadomie to ignorował, ale znalazł się taki, co mu przypomniał.

W 58 sekundzie, pojawia się chłopak, który na próbę napaści reaguje obroną konieczną. Nacierającego napastnika wali w głowę i kopie w kroczę. Nic nadzwyczajnego, dość naturalna reakcja, która z niewiadomego powodu dziwi Wardęgę. Sylwester był przekonany, że czajenie się w liściach, w nocy, w opustoszałym parku w upiornym przebraniu, to świetna zabawa, nie tylko dla niego, ale i dla jego ofiar. Pewnie myślał, że przechodnie podziękują mu i wręczą bombonierkę za nieoczekiwane wprawienie w stan paranoidalny. Przecież to takie śmieszne. A tu jakiś buc z Żyrardowa miał czelność nie mieć poczucia humoru.

Biorąc po uwagę stres i okoliczności w jakich Wardęga napastował chłopaka, i tak miał szczęście, że nie przestał go kopać, dopiero gdy przestał się ruszać.

To nie jest tak, że jak kręcisz filmik do sieci, to jesteś ponad obowiązującymi normami. Że możesz wszystko i za nic nie odpowiadasz. Dopóki nie dostaniesz mandatu poselskiego, funkcjonujesz w społeczeństwie na tych samych zasadach co inni, i za ich złamanie jesteś rozliczany jak każdy. Blogerom czy YouTuberom, może i wolno więcej w stosunku do marek i spraw publicznych, ale nie do osób prywatnych. Niby oczywiste, a Sylwestra zdaje się to zaskakiwać, jak 5-latka fakt, że dzieci nie przynosi bocian.

To, że dostał strzała to nic. Ciekaw jestem jakby zareagował, gdyby jedna z przerażonych dziewczyn dostała trwałej psychozy i od tego incydentu paranoicznie bała się chodzić po parkach. Opłacałby jej wieloletnią psychoterapię i żył ze świadomością, że spieprzył komuś życie? Czy może szedł w zaparte i na sali sądowej powiedział, że jest niewinny, bo kręcił tylko pranka do internetu? A co gdyby najzwyczajniej w świecie dostała zawału?

Nie chce brzmieć przesadnie patetycznie i umoralniać Sylwestra, bo użyłem jego filmiku tylko jako przykładu, ale to, że wiesz jak wykorzystać aparat w telefonie, nie sprawia, że możesz więcej, niż inni i nie poniesiesz tego konsekwencji.

Jak rozpoznać fałszywego Świętego Mikołaja?

Skip to entry content
jak rozpoznać fałszywego świętego mikołaja
autorem zdjęcia jest Dean Aryes

Co roku, mniej więcej o tej porze, przy galeriach handlowych i na głównych ulicach starego miasta pojawiają się dziwnie ubrani kolesie. Mają czerwone spodnie, czerwone kurtki i czerwone czapki. Nie daj się zwieść, to nie symbol orientacji politycznej, ani uniform do rozdziewiczania kobiet. To przebranie! Przebranie, które ma uśpić Twoją czujność i wmówić Ci, że ten dziwny koleś to Święty Mikołaj. Prawdziwy Święty Mikołaj.

Odkąd dzieci w Chinach narzuciły dumpingowe stawki i zaczęły pracować za pół miski ryżu dziennie, przebierańcy mają coraz lepsze stroje i naprawdę trudno ich odróżnić, od tego jednego, prawdziwego. Sam nabrałem się z cztery razy i siedziałem na kolanach jakiemuś wątłemu aktorzynie, dziwiąc się potem, że nie znalazłem pod poduszką tego co chciałem. Żeby ustrzec Was przed oszustami i rozczarowaniem, że nie dostaliście nowego zestawu Lego, tylko płytę Sylwii Grzeszczak, przygotowałem mini-poradnik.

Aby zdemaskować oszusta podającego się za Świętego Mikołaja, należy przede wszystkim przeprowadzić…

 

Test okrzyku

Prawdziwego Świętego Mikołaja można rozpoznać już z odległości 27 metrów, po charakterystycznym „hoł, hoł, hoł”. Słychać je z daleka i czuć je z daleka. Wszystko za sprawą charakterystycznej barwy głosu, której wyrazu dodają dzwoneczki. Jeśli idziesz po mieście i siatki Ci nie drżą od jednostajnego pohukiwania, to coś jest nie tak.

W takim wypadku sprawdź go przez…

 

Test brzucha

Prawdziwy filantrop z Laponii ma większy bęben, niż Ryszard Kalisz. Na dobra sprawę, to stanowi 76% masy jego ciała. Solidna warstwa tłuszczu pozwala mu zmagazynować ciepło na niekończącą się zimę i efektownie wychodzi na zdjęciach. Przebierańcy nie są gotowi do poświęceń i zamiast notorycznie obżerać się lukrowanymi słodyczami, na przemian z golonką, pod czerwoną kurtkę wkładają poduszkę.

Żeby sprawdzić, czy brzuch jest prawdziwy, czy zainstalowany 5 minut przed wyjściem z domu, rozpędź się i z całej siły wjedź w niego barkiem. Jeśli po uderzeniu odbijesz się i wylądujesz na sąsiedniej ulicy, a Mikołaj nawet nie zauważy, że coś w niego wpadło, to wszystko w porządku. Podszedłeś do właściwego brodacza, nie mniej, dla pewności warto zrobić…

 

Test brody

Oprócz oczojebnej czerwieni, znakiem rozpoznawczym najpopularniejszego lapończyka jest gęsty, długi, śnieżnobiały zarost. Gość zasadniczo ma więcej włosów na twarzy, niż na głowie i nie wiem po co wszędzie taszczy ze sobą torbę, bo spokojnie mógłby w nim schować połowę prezentów. A na pewno drugie śniadanie i trochę obiadu. Broda Świętego Mikołaja jest turbo odporna, nie straszny jej mróz, śnieg, przytrzaśnięcie płozem sań, ani tabuny nadpobudliwych dzieciaków.

Żeby sprawdzić, czy nie kupił jej w Biedronce, odwróć jego uwagę gadką o dobrych uczynkach, które popełniałeś przez cały rok. W momencie gdy będzie się schylał do torby z prezentami, złap brodę z całych sił i spróbuj się trochę pobujać. Coś jak Tarzan na lianach. Jeśli momentalnie nie runiesz na ziemię, łamiąc sobie kość ogonową, znaczy, że albo użył ultra mocnego kleju, albo jest prawdziwa. Dla pewności przeegzaminuj go ostatni raz i wykonaj…

 

Test sań

Tutaj mamy krótką piłkę. Albo umie wystartować saniami i wznieść się ponad zabudowę miasta, albo nie. Jeśli starszy mężczyzna nie ma akurat przy sobie pojazdu zaprzęgowego z reniferami, tłumacząc się, że zostawił je w strefie C, bo tańszy parking, nic straconego. To co robi z dużymi saniami, powinien też umieć wykonać z saneczkami jednoosobowymi.

Jeśli poprosisz go o przejażdżkę po linii wieżowców, pewnie będzie zasłaniał się spożyciem alkoholu. Nie daj się nabrać, w powietrzu nie ma drogówki. Bądź nieustępliwy, postaw go pod ścianą – albo potrafi latać, albo nie! Jeśli i ten test przejdzie pomyślnie, masz stuprocentową pewność, że to prawdziwy Święty Mikołaj, a nie przypadkowy włóczęga.

Gratuluję!

Ps. Gdybyś mimo testów nadal nie miał pewności, czy dany Mikołaj jest prawdziwy, czy nie, wrzuć jego fotę do komentarzy. Razem z czytelnikami rozwiejemy wątpliwości.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!