Close
Close

Urodziłeś się wolny. Ubabrany krwią, śluzem i potem, ale wolny.

Twoi rodzice nie byli wtedy dużo bogatsi, niż przeciętni posiadacze malucha cisnący się w 25-metrowym M2, ale nie była to skrajna bieda. Nie musiałeś wygrzebywać resztek po śmietnikach, ani tułać się po pustostanach. Miałeś zapewniony wikt, opierunek i pewnie nawet Pampersy. Ani po narodzinach, ani gdy już zacząłeś raczkować, nie przyszedł do Ciebie nikt z Urzędu Planowania Życia, żeby w rubryce z Twoim peselem wpisać zawód i ściśle określony rodzaj prac jakie możesz wykonywać.

Byłeś wolny. Pozbawiony ograniczeń, bo nieświadomy ich istnienia.

Pamiętasz jak wracałeś z babcią z przedszkola? Mijając kolesi grających na podwórku w nogę zatrzymywałeś się na chwilę i mówiłeś, że będziesz piłkarzem. Jak dorośniesz oczywiście. Jadąc z mamą autobusem stawałeś za kabiną kierowcy tak, by móc widzieć jak steruje tym wielkim autem i oznajmiałeś, że też w przyszłości będziesz prowadził autobusy. Oglądając z dziadkiem wiadomości pytałeś jak się nazywa taki pan, który chodzi po księżycu. Bo Ty też byś się przeszedł. I przejdziesz, jak tylko skończysz szkołę!

Będąc dzieckiem miałeś bujną wyobraźnię. I nikomu to nie przeszkadzało.

Tata nie negował tego, że chcesz być maszynistą. Ciocia nie śmiała się z opowiadań o karierze koszykarza. Wujek utwierdzał Cię w przekonaniu, że możesz zostać piosenkarzem. Nawet ta bezzębną stara bryndza z 4-go piętra nie próbowała Ci wybić z głowy pomysłów o lotach w kosmos. Mogłeś marzyć, mogłeś planować, mogłeś puszczać wodze fantazji. Nikt nie szydził z Twoich aspiracji. Nie próbował ich zrównać z ziemią, zmieszać z błotem, a potem na nie nasrać i zasypać żwirkiem.

Mogłeś chcieć! Aż do końca podstawówki.

Idąc do gimnazjum dowiadywałeś się, że tylko pedały mają marzenia o aktorstwie. Poza tym z takim ryjem i tak nikt nie będzie chciał Cię kamerować. Co z tego, że czułeś się w tym dobry i od 5-tej klasy chodziłeś do ogniska artystycznego po szkole. To, że odgrywanie ról na scenie sprawiało Ci niebywałą przyjemność, a oklaski z widowni kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia. Wyróżnienie w wojewódzkim przeglądzie szkolnych przedstawień teatralnych było nieistotne. Gra w filmach to zły pomysł. Chujowy. A już na pewno nie dla Ciebie.

Zaczęto Ci mówić, że czegoś nie możesz. Zacząłeś się z tym zgadzać.

Musiałeś schować do skarpety część swoich przekonań, żeby być akceptowanym przez grupę rówieśniczą. Żaden nastolatek nie chce być wyrzutkiem. Każdy już-prawie-prawie-jeszcze-tylko-trochę dorosły chce mieć swoją paczkę, a paczki mają to do siebie, że trzeba się dostosować. Kto za bardzo odstaje, wylatuje. No chyba, że byłeś liderem? Tyle, że bycie liderem ma to do siebie, że w każdej grupie jest dokładnie jeden. Wybacz, że Cię zmartwię, ale korzystając z bezlitosnej statystyki wiem, że nie byłeś.

Trochę Cię to uwierało, ale dostosowałeś się. I dostosowywałeś dalej.

Kończąc liceum starzy postawili sprawę jasno – żadnego pierdolenia o aktorstwie na PWST. Albo będziesz inżynierem albo już dzisiaj zaczynasz przygodę życia z łopatą. Kilka lat spędzonych z ludźmi wycierającymi sobie buty o Twoje marzenia, skutecznie osłabiło wiarę w nie, więc nagiąłeś się do ultimatum rodziców. Poza tym, liczyłeś, że w trakcie studiów sytuacja się zmieni. Mimo wszystko poznasz jakieś artystyczne dusze, założycie kabaret na wzór „Łowców .B” i rozwiniesz skrzydła.

Nie rozwinąłeś. Nawet nie udało Ci się nimi zatrzepotać.

Kolesie z polibudy chętnie naśladowali swoich wykładowców po pijaku. Świetnie karykaturyzowali ich style wypowiedzi i gesty, ale o żadnym teatrzyku nie było mowy. Gdzie typy, które na trzeźwo spinają się zaczepieniem nieznajomej z pytaniem o godzinę, będą występować przed kimś więcej, niż lustrem? Maksimum ekspresji ich wewnętrznych przeżyć, to bazgroły w zeszycie na „Podstawach organizacji i zarządzania” przypominające krowie placki. Zresztą, pod koniec czwartego roku, Ty sam wracałeś myślami do kariery filmowej już tylko wtedy, gdy solidnie się upaliłeś. Kończyłeś studia, starzy przestawali przesyłać hajs i musiałeś zacząć się rozglądać za jakąś tyrką.

Słodkie fantazje zlizała gorzka rzeczywistość. Poszedłeś do pracy.

Odkąd zacząłeś budzić się na rozkaz budzika i spędzać połowę czasu, w którym nie spałeś, w miejscu, które traktowałeś jak zło konieczne, nikt nie musiał Ci mówić, że czegoś nie możesz. Nie miałeś kiedy, nie miałeś jak, nie miałeś gdzie. Nie mogłeś. A odkąd Kasia powiedziała Ci, że okres spóźnia jej się już 4-ty miesiąc nie mogłeś podwójnie. Nie mogłeś jej zostawić. Nie mogłeś jej zostawić z dzieckiem. Nawet nie chodzi o to, czy chciałeś, ale nie mogłeś. Z czasem nawet to polubiłeś, ale ugrzązłeś.

Świat stojący otworem zamknął się jak drzwi odjeżdżającego autobusu.

Wszystko co Cię otacza ma na Ciebie wpływ, ale największy mają ludzie, z którymi przebywasz. To oni podważają Twoje przekonania, negują plany i kwestionują cele. To oni wywołują w Tobie uczucie niepewności i przekonanie, że to co robisz nie ma sensu. Mogą być wsparciem i największą ostoją na wyboistej drodze po marzenia, ale równie prawdopodobne, a nawet bardziej, że staną się Twoimi butami z betonu.

Jeśli ich nie zrzucisz, nie dotkniesz nieba.

autorem zdjęcie jest taylor levy

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Claudia Pudernik

    Przejrzałam kilka Twoich notek. Jesteś przezabawnym, mądrym facetem! :)
    Czemu tak mało takich na świecie ? :O

  • Szczera prawda, w dodatku dość ciekawie i zabawnie opisana. To przykre, ale sprawy faktycznie tak się przedstawiają. Połowy rzeczy sama doświadczyłam, chociaż wierzę, że można z tym walczyć. Z czasem można. Przy odrobinie szczęścia i jakiejś, takiej świadomości, można. Przynajmniej się staram, bo jak by na to nie patrzeć, o marzenia trzeba walczyć. Nawet jeśli miałoby się nie udać, ale chociażby po to, by nie żałować, że sami sobie nie daliśmy szansy. Czasami nie trzeba wiele, a jak można się zdziwić, dokąd potem prowadzi wybrana przez siebie droga. :)
    Pozdrawiam

  • Abotage

    Podsumuję Twój wywód jednym cytatem:

    „Don’t let ’em say you ain’t beautiful
    They can all get fucked, just stay true to you” ~Eminem

  • Pingback: ŁakomyWSieci #1. Jak wygląda sylwester na Copacabana w Brazylii? Leia w bikini, Pinokio w polityce i nowa zajebista seria na blogu! » Pan Łakomy()

  • Karolina Pondel

    Fajny post, zgadzam się choć na szczęście nie muszę tego odczuwać na własnej skórze, ale nie podzielam użycia Polibudy za przykład stereotypowej uczelni. Mamy na PW teatr, telewizję, radio, programy międzynarodowe i możemy rozwijać swoje artystyczne strony także dzięki uczelni. Na PW nikt Ci nie powie, że jesteś ciota, bo chodzisz na zajęcia teatru, albo udzielasz się w tvce. Raczej dostaniesz wielki szacun, że wśród ogromnej ilości nauki znalazłeś na to czas :) na prawdę nie jesteśmy ograniczonymi, spoconymi mechanikami i informatykami, lubimy teatr, to stereotypowy pogląd :(

  • calexicos

    Jan dziękuję za ten tekst, bardzo osobiście go odebrałam. Znajduję się teraz dokładnie miejscu, w którym porzucam moje ciężkie buty z betonu. Postanowiłam wziąć dziekankę i zobaczyć Amerykę Łacińską, którą zawsze pragnęłam zobaczyć. Tamten ląd niewiarygodnie mnie fascynuje, jest w nim coś pierwotnego, co do głębi mnie przenika. Przykry jest jednak dla mnie sposób w jaki najbliższe mi osoby reagują na tę decyzję. Prawdopodobnie gdybym była ciągle tą samą dziewczynką sprzed kilku lat, pewnie bym nie pojechała, pewnie nawet nie odważyłabym się marzyć o poznaniu TAMTEGO świata. Ale ja już nie jestem w miejscu, w którym chciałabym uzależniać podejmowanie takich decyzji, od ludzi, którzy całe życie podcinali mi skrzydła. Postanowiłam spełniać marzenia, jako że one same się nie spełniają. Czego życzę każdemu. Pozwólcie żyć swojemu życiu. „Life won’t wait for you my friend”

  • tak, tak! mega tekst! <3

  • Anna Eva Broski

    <3

  • Hmm to ja chyba z innego pokolenia bo pampersów nie nosiłam i do gimnazjum nie chodziłam :) Ale z ostatnim akapitem zgadzam się w 100%

  • Vero nike

    Tytuł adekwatny, a tekst bardzo prawdziwy i pouczający. Chyba właśnie kilka rzeczy sobie uświadomiłam. Dzięki!

  • W.

    Bardzo dobry tekst. Powinien dotrzeć do szerszego grona, odnoszę wrażenie, że do co drugiego człowieka na tym świecie. Na szczęście mam wspierającą rodzinę i bliskie otoczenie znajomych, może dlatego, że pielęgnuję tylko te nietoksyczne znajomości. Natomiast takimi ‚butami z betonu’ usiłują być zupełnie obcy ludzie, mający ze mną krótszą lub dłuższą styczność, których zdania posłucham, bo taka już jestem, ale nie mam zamiaru się nim sugerować, bo wtedy nie byłoby mnie w tym miejscu, w którym jestem, z osiągnięciami, które mam, a cenię sobie bardzo to, że mogę powiedzieć, że jest mi z moim życiem i z tym co mam cholernie dobrze.

  • Kasia

    Chapeau bas za ten post! Najlepszy jaki przeczytałam.
    Czytasz masom w myślach, porządkujesz je.
    Miłe uczucie, które potem wywołuje burzę w głowie.
    Mącisz w głowie, wiesz?

    Pozdrawiam, niespełniony muzyk.

  • Guest

    Najlepszy tekst jaki tu przeczytałam.

    Pozdrawiam. Niespełniony muzyk.

  • Maja Kulińska

    Ten tekst jest tak genialny, że nawet po tym czasie który minął od jego publikacji uwielbiam tu wracać i czytać ponownie. Szacunek!

    • Oj, dziękuję Maju, to duży komplement dla mnie.

  • Pingback: czytaj 20 minut dziennie… blogi | moje drobnostki()

  • Dobry tekst, ja staram się regularnie ograniczać kontakty z ludźmi, których życiową pasją jest ciągnięcie innych w dół ;)

  • Ja ostatnio rozmawiałem ze znajomymi o moim blogowaniu. Oni, że to nie poważne, hajsu z tego nie ma itp.
    A mi było cholernie przykro, bo widziałem, że kilka z nich nie chce niczego więcej od życia niż stałej pracy i kasy na wycieczkę do Egiptu raz do roku. Rozumiem takie życie, ale kurde marzenia są po to, żeby je spełniać!
    Dlatego już jakiś czas temu powiedziałem sobie, że będę pisać i z tego mam zamiar żyć ;)

    • Karolina Pondel

      A moi znajomi z Polibudy lubią blogerów i podziwiają takie osoby. Ahh my ograniczone muły od brudnej roboty, żeby było na czym blogi pisać :)

  • bezczas

    Piękne podsumowanie! Ja zdecydowałam w połowie licencjatu, że zmieniam specjalizację. Muszę się jednak bezwstydnie doczepić – w każdym tekście źle stawiasz przecinek przed słowem „niż”.

    • O, na to jeszcze nikt mi nigdy nie zwrócił uwagi. Możesz rozwinąć myśl?

      • bezczas

        Sytuacja wygląda następująco:

        – zasadniczo stawiamy przecinek przed „niż”, gdy wprowadza zdanie składowe, czyli jak każdy inny spójnik

        – zazwyczaj więc w zdaniach pojedynczych nie stawiamy, a w złożonych już tak

        – tutaj mamy, np. „[…] będą występować przed kimś więcej, niż lustrem” – powinno być bez przecinka, bo po „niż” nie występuje już żaden czasownik, jest tylko to lustro, nie ma wprowadzenia żadnego zdania składowego, a powstaje taka poszatkowana wypowiedź

        – w drugim zdaniu (z maluchem), akurat się tak szczęśliwie złożyło, że jest tam wtrącenie, obustronnie wydzielone przecinkiem (czyli dobrze), ale gdyby kończyło się na „25-metrowym M2”, to już by nie było przecinka

        – „[…] kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia” – też bym tutaj nie postawiła, „podglądanie” = rzeczownik odczasownikowy, też nie wprowadza zdania składowego, potem wprawdzie jest czasownik, ale należy już do innej, słusznie oddzielonej, części zdania

        – podsumowując – jeśli dalej jest czasownik/ imiesłów = tak, nie ma = nie; niestety język polski bywa szalenie nieprzewidywalny i jest mnóstwo wyjątków, ale można to tak chyba, w sposób najogólniejszy, ująć

        – nie czuję się Bogiem Przecinków, bo sama często mam z tym problem, ale pewnie znajdziesz jakieś fachowe porady na stronie poradni językowej PWN

        Z uszanowaniem i morzem desperackiego kataru
        PR

  • Milka

    Ciary…
    Jak zwykle ubierasz w słowa, cos co we mnie gdzieś tam kiełkuje… z tyłu głowy…
    Jeszcze nie mam odwagi tego sformułować, wypowiedzieć na głos…
    Przychodze tu do Ciebie – i jest.
    Bedę mieć o czym myśleć.
    Dziękuję

  • dlatego zawsze stawiam na swoim. chyba mam szczęście, że mam takich rodziców, którzy od zawsze mi wpajali „Twoje życie, popełnisz wiele błędów, ale będziesz się na nich uczyć. nie zmienia to faktu, że możesz na nas liczyć”. i tak jest jeszcze do teraz ;)

  • maniak

    so fuckin true! i propsy za follow up do Rasmentalism

  • Magdalenaen

    Nie chodzi nawet o znajomych. Bardzo często ludzie, których spotykam jeden, jedyny raz w życiu potrafią tłumaczyć mi, co powinnam, a czego nie powinnam robić, ze swoim jeszcze nie zaplanowanym życiem. Oczywiście wysnują do tego cały wywód poparty ich „logiką”, zupełnie nie znając sytuacji. Skąd u ludzi taka mądrość, kiedy sami niekoniecznie świecą przykładem?

  • Boże, jak ja wielbię ten tekst.

  • Andrzej Słowik

    Ta, wszystko przeciwko Tobie. Znajomi, rodzina, szef.

    Ja od dawna mam głębokie gdzieś na takie pieprzenie. Jak Ci na czymś zależy to się o to starasz. Jeśli się nie starasz to po prostu wolisz wymówki zamiast spełnionego marzenia. Wiem to sam po sobie.

    I naprawdę nie dorabiałbym do tej zwykłej prostej, prawdy większej filozofii.

    • Andrzej, nie chodzi o to, że zły świat nie pozwala zrealizować Ci Twoich marzeń, tylko, że wiele osób nie zauważa jak negatywny wpływ najbliższego otoczenia je stopuje.

  • Przyjemne Brzmienie

    no niestety, człowiek jest częścią społeczeństwa i zawsze ma w głowie cichutki głosik „co ludzie pomyślą? co powie reszta?”. grunt, żeby te głosy nie zaprzepaściły naszej szansy na szczęscie lecz, co najwyżej, spowolniły delikatnie realizowanie marzeń. czasem trzeba ryzykować (:

    • Jeśli chce się mieć więcej, niż większość nie da się nie ryzykować.

  • CauseLoveIt

    Piekny i niestety tak ‚realny’ tekst.

    Odnoszę wrażenie, że Ci którzy odnosili i nadal odnoszą sukcesy to ludzie którzy po prostu nie słuchają innych, mają ich zdanie gdzieś i robią swoje. To szaleńcy-jak powiedział kiedyś Steve Jobs. Ale Ci szaleńcy zmieniają świat :)

  • Znowu boleśnie prawdziwe. Dorośli potrafią zniszczyć dziecko jednym stwierdzeniem: nie nadajesz się do tego. W ogóle dziecięca psychika jest bardzo delikatna, trzeba uważać na to co się mówi. Teraz nie jestem już tak podatna na wpływy innych i częściej mam wyjebane na ich opinie, ale jako dziecko bardzo łatwo było mnie złamać.

    • To mnie właśnie zaskakuje, że mając 5-6 lat rodzice mówią „tak, możesz byś astronautą, tak możesz być globtroterem, tak, możesz być perkusistą”, a mając lat 19, nagle się okazuje, że jednak już nie możesz być kim chcesz tylko jest jedna właściwa ścieżką ;|

  • dlatego na takich znajomych trzeba mieć wyjebane. Twój tekst podsumuje jednym cytatem z b. fajnego filmu „W pogoni za szczęściem”. IMO idealnie do tego pasuje:

    „Jeśli masz marzenie, musisz je chronić. Ludzie nie potrafią sami czegoś zrobić, więc mówią, że ty też nie możesz. Jeśli czegoś chcesz, to zdobądź to. Kropka.”

    • Potwierdzam, polecam.

    • Janosik

      Łatwo powiedzieć trudno zrobić, bo może się okazać, że nie masz znajomych i zostałeś sam. Poza tym rodzinę też odstawisz?

      • Justek aka cacko_z_dziurką

        Ej yo. Po co komu znajomi, którzy walą kłody pod nogi i biegają za tobą z siekierą, żeby upierdalać skrzydła ?
        Wolałabym zostać sama i dobrze bawić się we własnym towarzystwie wysoko nad ziemią.

      • Rodziny nie odstawie, ale jeżeli to oni są właśnie tym pierwiastkiem, który niszczy to co chcesz budować osiągnąć to cpś jest niehalo, prawda? w końcu to oni zawsze powinni Cię wspierać i być opoką gdy coś Ci w życiu nie wyjdzie. Nawet jesli wiedzą leiej że Twoje ambicje są grubo na wyrost to i tak powinni udzielić wsparcia a w najgorszym razie na spokojnie spróbować dany pomysł wybić z głowy.

        • Gorzej jak to co oni uważają spokojnym wybijaniem z głowy, dla Ciebie jest mega, nachalnym wpieprzaniem się :D

  • Pawel

    Tacy ludzie nazywani sa „wampirami energetycznymi”. Mozna o tym troche poczytac. Ja juz dawno wyjebalem na takich pseudokumpli, ktorzy odbieraja chec do zycia poprzez nieustanne narzekanie i torpedowanie pomyslow, celow etc

  • Dawid

    tak bardzo prawda ;(

  • jnasek

    Stejflaj, czy Ty nie masz zadnych znajomych, ze wrzucasz posta minute po zmianie roku ?

    • bc

      Może po prostu dba o czytelników?

    • Nie.

    • Misia

      A mi się to właśnie spodobało. Ludzie o 00:00 w Sylwestra mają jakiś taki czas refleksji, chęci do zmian, więc może na kogoś to wpłynęło pozytywnie.

      • jnasek

        Tak, wszyscy maja czas refleksji po niemal polowce wodki na leb znajac realia zyciowe

      • To taki mój prezent noworoczny, gdyby ktoś spędzał sylwestra w domu przed komputerem.

    • eraf87

      Czy ty nie masz litości, że czytasz taki dobry tekst i zamiast się na nim skupić patrzysz na godzinę dodania?

      • Toni

        Przecież można to zaprogramować, jeny :)

  • Misia

    Dobry tekst, ale nie dotyczy mnie ani w 1%, bo właśnie jestem w trakcie realizacji celu, który wymyśliłam sobie chyba w 4 klasie podstawówki. W gimnazjum obmyśliłam całą drogę, a teraz odhaczam podpunkty – zostały tylko 3. Dlatego zawsze dziwiłam się jak ktoś może nie wiedzieć co chce robić w życiu – to daje wielką moc.

    • Gratuluję Misia!

      Co do tekstu, to nie chodzi o to, że ktoś może wiedzieć co chce robić w życiu, tylko, że ma wokół siebie ludzi, którzy podcinają mu skrzydła, gdy chce spróbować.

      • Misia

        Wiem, wiem, zrozumiałam, to było takie moje przemyślenie do tekstu.

        • Olka

          Misia, piąteczka! Mam tak samo, jak Ty! ;)

    • Haneczka Mostowiak

      Normalnie, żyjesz sobie, masz 22 lata i wciąż nie znalazłaś pasji swojego życia, wciąż szukasz. Nie każdemu jest dane to od razu odkryć.

  • Justek aka cacko_z_dziurką

    Dziękuję za moich przyjaciół. Widzą we mnie kompletnego szaleńca, ale jednocześnie kochają to całe moje szaleństwo. Kochają moje szczęście.

  • Właśnie dlatego, dwa tygodnie temu, złożyłam w pracy wypowiedzenie. Pozdrawiam!

    • Klaudia Wysocka

      ja też!! :D

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ
muzyczne hity 2013
autorem zdjęcia jest Kheel Center, Cornell University

O tym jak ważna jest dla mnie muzyka pisałem na blogu ze 100 razy, jak nie 101. Jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Wpływa na moje myślenie, postrzeganie świata i samopoczucie. Wydałem na nią furmankę pieniędzy i gdybym miał, wydałbym drugą. Trudno mi sobie przypomnieć dzień, w którym nie przesłuchałem ani jednego utworu lub chociaż, nie nuciłem jakiegoś tekstu pod nosem. Traktuję ją wybitnie priorytetowo.

W zeszłym roku i w jeszcze poprzednim, tuż przed sylwestrem wrzucałem swój subiektywny ranking 10 hitów, które rządziły w mijających 12-stu miesiącach. W tym roku pomyślałem, że pójdę dalej i do swojego spojrzenia na muzykę dodam również Wasze, żeby pełniej oddać to jak brzmiał 2013, a przy okazji skonfrontować te dwie perspektywy i zobaczyć jak bardzo nasze gusta się pokrywają. Bo co do tego, że nasze preferencje kulturowe są zbieżne nie mam wątpliwości. Po pierwsze, widać to po utworach, które podrzuciliście mi na parapetówkę. Po drugie, gdyby tak nie było, to nie zaglądalibyście tu tak często.

Nie przedłużając, ogłaszam największy w blogosferze plebiscyt na muzyczne hity 2013 roku! Swoich faworytów typować będziemy 5-ciu kategoriach:

1. Singiel roku – szlagier domówek, klubówek i bezsennych nocy, który pojawiał się na każdej imprezie, niezależnie od wieku uczestników i ilości alkoholu we krwi.

2. Teledysk roku – klip, który z miejsca poleciał do ulubiony na YouTube i nie znudził Was nawet po godzinnym zapętleniu.

3. Ścieżka dźwiękowa roku – tło muzyczne, które było równie dobre co film lub nawet przyćmiło obraz, a Waszym pierwszym odruchem po wyjściu z kina było wpisanie w Google „nazwa_filmu + soundtrack”.

4. Album roku – kompletna płyta-klasyk, do której będziecie wracać równie chętnie za rok jak i za 10 lat, mając ciary na plecach.

5. Muzyk roku – wokalista, producent, skrzypek, dj, raper, klawiszowiec, bądź organista, który zdominował mijający rok kradnąc Wasze serca, czas antenowy i miejsce na blogach.

Głosujemy w komentarzach podając kolejne numerki i odpowiednio tytuł singla/klipu/ścieżki dźwiękowej/albumu i ksywki muzyka. Wrzucamy zarówno polskie, amerykańskie, jak i urugwajskie propozycje, byleby premiera proponowanych kawałków mieściła się między 01.01.2013 a 31.12.2013. Nie trzeba typować wszystkich kategorii, można 4, 3, 2 lub tylko jedną, ale umawiamy się, że brak udziału nie wchodzi w grę i wszyscy się bawią.

Plebiscyt trwa do 4-go stycznia włącznie. Po tym terminie moje niezawodne oko absolwenta informatyki i ekonometrii sumuje, potęguje, pierwiastkuje i mnoży wyniki zliczając tytuły i ksywki. 6-go stycznia dowiadujemy się, co królowało przez cały poprzedni rok w słuchawkach czytelników Stay Fly, i rzecz jasna w moich, pijemy Moët i obrzucamy się kawiorem z bieługi.  Nie wiem, kto się bardziej zdziwi, czy ja czy Wy, ale głęboko wierzę, że jednak nikt nawet dla żartu nie wrzuci „She dances for me”. „My Słowianie” jeszcze będę w stanie przeżyć, a widząc coś z polskiego podziemia serduszko szybciej mi zabije.

No to jedziemy, losy muzycznych hitów 2013 roku są w Waszych rękach!

---> SKOMENTUJ

Święta, święta i zamiast talii osy, dupa słonięta. Czy jakoś tak. Barszcz wypity, uszka odgryzione, poliki wycałowane, hajsik przytulony. Aby tradycji stało się za dość, w pierwszy pracujący dzień po świętach należy pognać co tchu w płucach do sklepów. Bo wyprzedaże, bo obniżki, bo promocje. W gąszczu nikomu niepotrzebny pierdół tańszych o złotówkę czają się zasadzki, niebezpieczeństwa i spoceni ludzie.

Jak po bożemu ich ominąć i zrobić zakupy jak szef, a nie jak lama? Oczywiście bardzo prosto.

1. Miej galerie cudze przede mną. Wybranie się na poświąteczne wyprzedaże, do centrum handlowego, które jest najbliżej/które najlepiej znasz, nie zawsze jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli to najpopularniejszy obiekt w mieście/usytuowany w centrum. W Galerii Krakowskiej w „zwykłe” dni są tłumy, a po jakiejkolwiek dłuższej przerwie są TŁUMY. Odpuść i pojedź do jakiejś handlówki na obrzeżach, gdzie nie zaglądają przypadkowi turyści.

2. Nie będziesz jeździł po obiedzie nadaremno. Jeśli nie chcesz skruszyć zębów zgrzytając nimi w kolejce do wejścia, przebieralni i kasy, to wyrusz na zakupy przed południem, a nie po, jak większość. Najlepiej koło 11, gdy ciuchy jeszcze nie walają się po podłodze, tylko wiszą ułożone według rozmiarów na wieszakach, a ekspedientki nie wypowiadają nazwy najstarszego zawodu świata w myślach, przed udzieleniem odpowiedzi na Twoje pytanie.

3. Pamiętaj abyś szatnię na okrycie wierzchnie święcił. Pozbądź się kurtki, czapki, rękawiczek i szalika. Nie żałuj tej trójczyny i zostaw zbędną odzież tam, gdzie jej miejsce. Taszczenie tego ze sobą po wszystkich sklepach albo, nie daj boże, ściąganie i zakładanie za każdym razem, gdy chcesz coś przymierzyć jest gorsze, niż odrastające włosy w nosie.

4. Czcij gotówkę swoją i karty płatnicze swoje. Obniżka o 10%, to nie obniżka. Przecena z 249,90zł na 229,90zł, to nie przecena. Już lepiej było kupić tę kurtkę od razu po ukazaniu się kolekcji, a nie teraz brać wymiętoloną za 2 dyszki mniej. Nie daj się omamić napisem „SALE”. Sale to były w szkole od wuefu.

5. Nie wkręcaj sobie, że nie potrzebujesz przymierzyć. To, że wszystkie spodnie z Bershki masz w rozmiarze 32 nie znaczy, że gacie w Zarze z takim numerkiem też będą na Ciebie pasowały. A już na pewno nie w H&M! Wiem, że nie chce Ci się 27 raz stać w kolejce, rozsznurowywać butów i ściągać spodni, ale lepiej zrobić to po raz kolejny, niż po przyjściu do domu dowiedzieć się, że sztruksy, których tyle się naszukałeś, jednak są za małe. I wyglądasz w nich jak po młodszym bracie.

6. Nie zabijaj. Się. O byle gówno. Stań przed lustrem w tym t-shirce z jednorożcem, i zadaj sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – „czy naprawdę chcę to mieć?”. Nie raz widząc stertę ciuchów ometkowanych „-50%” brałem co popadnie w euforycznym szale, po czym dochodziłem do kabiny w przymierzalni i doznawałem olśnienia. Wewnętrzny głos rozsądku klepał mnie po twarzy mówiąc „synu, trzymasz w rękach syf najgorszego sortu, w którym będzie ci wstyd nawet wyjść ze śmieciami”.

7. Nie cudzołóż. W sensie nie łóż gdzie popadnie. Jeśli rezygnujesz z oversize’owego swetra, w którym wyglądasz jak Dumbo po nieudanej liposukcji, to nie rzucaj go gdzie popadnie. Daj go jakiejś ekspedientce przy przymierzalni albo zostaw przy kasie, bo kładąc go byle gdzie, zrobisz większy burdel, niż w „Showgirls”.

8. Nie rób bydła. Ani rzucając się na ostatnią koszulę moro za 19,90zł w Twoim rozmiarze, ani kwitnąc w kolejce do kasy. To, że nie udało Ci się kupić po taniości tego, co chciałeś, to Twoja wina. Tak samo jak to, że wrastasz w ziemię czekając, aż kasjer Cię obsłuży. Zacznij zarabiać więcej, to pozbędziesz się takich problemów.

9. Nie miej fałszywych potrzeb przeciwko skarbonce swojej. Przy kasie dowiesz się, że jeśli weźmiesz jeszcze 15 rzeczy, to 16-sta będzie gratis. De facto okaże się, że zapłaciłeś za to, co naprawdę chciałeś kupić 3 razy więcej, niż przed przeceną, ale wiele osób się na to łapie. Bądź czujny. Nie daj się zwieść. Podążaj za brzdękiem monet w swojej świni-skarbonie.

10. Ani złudzeń, że nie potrzebujesz paragonu. Potrzebujesz i to jak cholera! Wszystkie ciuchy podlegają wymianie bądź naprawie, jeśli są wadliwe, a ciuchy z wyprzedaży bywają wybrakowane częściej, niż poza nią. Tu przetarcie na zgięciu, tam urwany guzik i już dżinsy z niższym krokiem, niż team leader przewiduje, nie nadają się do założenia na casual friday w korpo. Bez paragonu będziesz mógł w nich już tylko jeździć na sobotnie zakupy, więc nie kozakuj wyrzucając rachunek za siebie po odejściu od kasy, tylko schowaj w portfelu.

Amen.

autorem zdjęcia w nagłówku jest twicepix

---> SKOMENTUJ