Close
Close

Jak dotrzymywać noworocznych postanowień?

Skip to entry content
Jak dotrzymywać postanowień noworocznych
autorem zdjęcia jest Serge Melki

Kończy się 4-ty tydzień stycznia. Co to znaczy? Że wszystkie Wasze plany związane z wczesnym wstawaniem, nieobżeraniem się i regularną nauką koreańskiego z kursów w sieci są już historią. Ani nie rzuciliście palenia, ani nie ograniczyliście siedzenia na Fejsie. Wróciliście do złych nawyków, zanim na dobre zszedł Wam kac po sylwestrowej nocy.

Co zrobić, żeby noworoczne postanowienia nie były tylko mętna marą podgryzającą sumienie?

1. Ustal motywację – zastanów się czemu chcesz schudnąć. Czy faktycznie jest Ci źle ze swoim ciałem, czy tylko za dużo naoglądałaś się kolorowych gazet? Jeśli wcale nie czujesz, żebyś potrzebowała mieścić się w rozmiarze XS, to odpuść sobie. Bez przekonania, że utrata wagi jest Ci faktycznie potrzebna, nie ma sensu brać się za ćwiczenia.

2. Spisz postanowienia na kartce – bardziej ulotna od pamięci jest tylko kasa, a i tu wielu by polemizowało. To co wpada Ci do głowy rozmyślając o istocie bytu tuż przed snem, wypada szybciej, niż powiesz „elf układał kufle” od tyłu. Spisz swoje postanowienia na papierze i powieś nad łóżkiem, przyklej na lodówce lub noś w portfelu. Byleby był po nich materialny ślad.

3. Pochwal się znajomym – jeśli wszystkim naopowiadasz, że od jutra codziennie wstajesz o 7:00, to będzie Ci głupio kimać do 10:00. Presja zachowania twarzy w towarzystwie powinna pomóc Ci budzić się przed budzikiem.

4. Zdefiniuj cel – bo co to znaczy „nauczę się koreańskiego”? Nauczysz się odmiany 15 kluczowych czasowników? Zapamiętasz tłumaczenie 6 najczęściej używanych słówek? Napiszesz sobie na karteczce jak jest w języku Kim Dzong Una „cześć”? Ta nauka musi być wymiernie określona. „Zdam egzamin z koreańskiego na poziomie podstawowym” brzmi sensownie.

5. Działaj po kroczku – palenie rzadko kiedy da się rzucić z dnia na dzień. Jeśli chcesz zerwać z uzależnieniem nie rób tego gwałtownie, to szok zarówno dla umysłu, jak i organizmu. Ograniczaj nałóg metodą małych kroków. W tym miesiącu będziesz palił tylko 6 dziennie, w następnym 5, a dopiero w lipcu w ogóle. Nie od jutra.

6. Zaznaczaj postępy – najlepiej na wykresie. Jeśli postanowiłeś, że codziennie będziesz biegał przez 20 minut, to każdego dnia zaznaczaj sobie, choćby na kartce z zeszytu, odległość jaką pokonałeś. Po miesiącu połącz wartości linią i z dumą popatrz jak dystanse się zwiększają i jaki postęp zrobiłeś! Nic tak nie motywuje jak zobrazowana tendencja zwyżkowa.

7. Nie rezygnuj po pierwszej przeszkodzie – jeśli coś wybije Cię z rytmu, pamiętaj, że możesz do niego wrócić. Obiecałeś sobie, że będziesz kładł się przed północą, ale wczoraj Twojego współlokatora zaatakowała butelka i rozcięła mu rękę podczas nieumiejętnego otwierania wina? Musiałeś zawieźć go na pogotowie i czekać, aż zszyją, przez co poszedłeś spać dopiero nad ranem? Okej, to była wyjątkowa sytuacja, ale nie pozwól, by takie wyjątki zdarzały się częściej, niż raz w miesiącu. Po jednym niepowodzeniu, wróć z powrotem na właściwe tory.

8. Znajdź kogoś z tym samym postanowieniem – bo razem raźniej, jak to mawiają kibice Arki Gdynia przed ustawką. Nie ma to jak znaleźć sobie parę i wzajemnie się nakręcać do zrealizowania celu. A jeszcze lepiej całą grupę ludzi, którzy chcą osiągnąć to samo.

To co, jedziemy z tym?

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Venegoor

    w zeszłym roku postanowiłem przestać jeść chipsy, bo niezdrowe. udało się. nie jem nadal i jeść ich nie zamierzam,
    w tym roku postanowiłem zerwać z białym pieczywem, makaronami, ryżami, słodkimi napojami gazowanymi, parówkami, zupkami chińskimi, czekoladami. Udaje się :) Na nowo odkrywam smaki, na przykład polubiłem surówkę z buraków, bardzo oczyszczajaca; polubiłem pora, niesamowicie smakuje na razowym pieczywie :) warto odżywiam się zdrowo :)

  • Pingback: 10 sposobów #2 - Jak nie zmotywować siebie do ćwiczeń? - Compoland.PL()

  • A najgorsze z najgorszych to czekać na zmiany to jakiejś przełomowej daty. Patrz – pierwszy stycznia. Jeśli do tej pory nie mieliśmy motywacji żeby ruszyć dupę to zazwyczaj znaczy to nie mniej, nie więcej, że jakoś wcale nam to coś nie przeszkadzało. Albo, że przeszkadzało ale wygodnie było odwlec to i zatuszować magiczną datą. Jak coś robić, to tylko od następnej sekundy. Sprawdzone w praktyce.

    • olgacecylia

      A ja się nie zgadzam. Ludzie potrzebują rytuałów przejścia – a nowy rok to nowy kalendarz. Równie dobrze można mieć refleksję nad swoim życiem w dniu urodzin albo w jakiś przypadkowy czwartek w środku października. To nie ma znaczenia. Ważne, że tę refleksję masz i że decydujesz się coś zrobić.

      • Może na starość mi się tak porobiło, że popieram rytuały przejścia? Chociaż Karol ma oczywiście rację w myśl zasady „Zacznij, zanim będziesz gotowy”, to graniczne daty i cezury są jak najbardziej potrzebne, bo porządkują i nadają rytm, konkretyzują. A mnie osobiście podnoszą na duchu i zapewniają potrzebną do życia „świeżość”.

        • Hmm, pisałem to tylko z własnego doświadczenia. Wszystko co robiłem zawsze zaczynałem od razu lub zamiast mówić „zacznę coś robić po nowym roku” mówiłem „w nowym roku już coś będzie gotowe”. Ale to chyba kwestia bardzo indywidualna. Mnie takie podejście bardziej mobilizuje.

  • Najgorzej jest, kiedy człowiek wybije się z rytmu. Ciężko potem wrócić do postanowienia. Dlatego tak ważne jest skupianie się na korzyściach wynikających z nowego nawyku. Rezultaty mogą pojawić się później, ale do tego czasu, trzeba znaleźć w sobie wewnętrzną motywację.

  • Magda

    Rzuciłam palenie. Niekoniecznie zaraz po Nowym Roku. Nie palę od tygodnia i zacnie mi idzie. Oby jak najdłużej. Motywacją było zdrowie, wiecznie uwalone ręce od szminki :D i przede wszystkim cena (od stycznia 1,10 zł w górę, sporo). Rzucam z siostrą, ale ona niedokońca, bo przerzuciła się na e-papierosa. Brzydkie to takie, fe.

  • maniak

    przede wszystkim błędem jest rzucenie wszystkiego (starych nawyków) w pizdu razem z dniem 1 stycznia, ja tam mam mase postanowień na ten rok i wierze, że większość uda mi się zrealizować. Niemniej, nie obiecywałem przed sobą samym niczego skonkretyzowanego w czasie, że dzisiaj to i to, że od 3go 10go czy od poniedziałku, mam nadzieje, że wszystko przyjdzie naturalnie, a jeśli nie przyjdzie, to -jak sam trafnie zauważyłeś – nie było mi wcale potrzebne, by to zmieniać czy poprawiać.

    • „bycie dobrym człowiekiem i życie w zgodzie z samym sobą” ja bym nie powiedział, że to cel, bo cel się osiąga i idzie dalej, lecz raczej idea, którą można się kierować w życiu ;)

      • maniak

        true, jeśli by ubrać to ładniej w słowa, to rzeczywiście ‚idea’ pasuje tu lepiej, niemniej sama chęć zmiany jest już chyba celem samym w sobie, zresztą nie wiem ja prosty chłopak po AWFie jestem:)

  • Pamiętaj, że CEL powinien być SMART (Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely defined), a więc „Zdam egzamin z koreańskiego na poziomie podstawowym” to jeszcze nie do końca cel! Brakuje mu określenia czasu. Takie postanowienie można równie dobrze zacząć realizować za 4 lata i też będzie dobrze, a przecież nie o to chodzi w noworocznych postanowieniach ;)

    • Potwierdzam! Widzę, że studia nie poszły na marne ;)

      • Tak. Niniejszym pierwszy (i coś czuję, że jeden z ostatnich) raz, kiedy miałam okazję napomknąć o tej wiedzy w prawdziwym życiu ;)

  • LISU

    ad.5 – sam nie palę, ale z relacji znajomych, ex-palaczy, to własnie metoda ‚TERAZ, JUŻ, NAGLE!’ jest najlepsza i najskuteczniejsza. Obniżanie dawki to takie oszukiwanie samego siebie, że można ją odstawić jak się chce i nie jest się niewolnikiem tego syfu.
    Nie chcesz palić? To po prostu nie palisz :) Chyba, że jesteś słaby. Wtedy palisz i dalej oszukujesz się, że to lubisz i jak tylko zechcesz, to znów rzucisz.. ;)

    • Basia

      kiedyś oglądałam program dla grubasów (LOL) na TVP1 i mundra pani prowadząca też stwierdziła, że jeśli chce się z czegoś zrezygnować, nie należy „ograniczać”, tylko zrezygnować raz a porządnie. uzasadnieniem miał być fakt, że ograniczanie jest mniej motywacyjne. przykładowo, zamiast jedzenia 6 bułek na śniadanie przez 1 miesiąc będę jadła tylko 5. ale między 5 a 6 nie ma wielkiej różnicy, więc co mi tam zaszkodzi. i tak codziennie (w końcu siła przyzwyczajeń), aż w końcu się okaże, że właściwie przez cały miesiąc jadłam 6 bułek zamiast postanowionych 5 i w sumie… to po co miałabym ich jeść tylko 5 skoro mogę 6? a tak, jak jem 6 bułek dziennie i postanowię, że od dziś nie jem ich w ogóle, to nawet jak zjem tą jedną (no bo są taaaaaakie dobre!!!), to między 6 a 1 już jest różnica, i to spora, nie?
      całkiem logiczne, przyznam.

  • Asia

    Najgorzej jest ustalić sobie kilka „wielkich” postanowień. Nie jestem już zwolenniczką noworocznych zmian – człowiek, napędzany myślą „nowego” odcinka w życiu, wymyśla dziesiątki działań, które mają spowodować, że wraz z kolejnym rokiem stanie się lepszy. Wszystko fajnie, ale wydaje mi się, że jeżeli nasze postanowienia są naprawdę ważne i faktycznie ich potrzebujemy – pojawią się niezależnie od tego czy to początek roku, czy środek, a przede wszystkim – będą pojawiały się stopniowo, a nie wszystkie naraz. I nie będzie problemu z wprowadzeniem ich w życie, jeśli naprawdę nam na nich zależy.
    Nie, żebym ja była mistrzem dotrzymywania złożonych sobie obietnic. Ale tegoroczny styczeń jest pierwszym, kiedy nie zrobiłam sobie listy rzeczy koniecznych do poprawienia. Bo nie pomagało ani zapisywanie ich, ani informowanie znajomych – jak się człowiekowi nie chce i tak naprawdę nie widzi sensu, to zawsze sobie wytłumaczy niedotrzymanie jakiegokolwiek postanowienia.
    Po prostu lepiej nie zakładać z góry, że uda nam się zmienić w kilku, a czasem nawet kilkunastu aspektach. Od nadmiaru można się zniechęcić. Lepiej wybrać jeden cel, ale taki naprawdę ważny,którego efekty będą dla nas istotne. Potem z czasem zaczną pojawiać się kolejne, napędzane wcześniejszym sukcesem.
    Jeśli ktoś ma inaczej, to mogę tylko pozazdrościć :)

    • „jak się człowiekowi nie chce i tak naprawdę nie widzi sensu’ – patrz punkt pierwszy ;)

      • Asia

        Tak, tak – zwróciłam na to uwagę i w pełni się zgadzam :) chodzi mi tylko o to, że z „nowym rokiem” budzą się w nas niespotykane ambicje i ciężko ocenić co jest naprawdę ważne. Wydaje nam się, że możemy wszystko – przy czym w tym nadmiarze zazwyczaj nie realizujemy niczego – a najgorsze jest to, że wtedy te istotne postanowienia też są odkładane.
        Podsumowując: punkt pierwszy jest wg mnie najważniejszy :)

  • kot Justyna

    Ech, znaleźć czas na 40 stron czytania dziennie. Dobrze, że chociaż egzamin z podstawowego koreańskiego już zdany!

    • Ej, 40 stron to nie jest wcale dużo, poza tym są audiobooki, których możesz słuchać jadać do lub z pracy!

      • kot Justyna

        ok, punkt 3. działa, bo właśnie skończyłam czytać! A co do audiobooków, to jakoś nie mogę się przekonać, no bo jak to tak, nie słuchać muzyki rano?

        • To turbo miks kulturowy – audiobook i muzyka instrumentalna ;)

  • Codziennie przez 15 minut będę robił poranną gimnastykę, bo dodaje mi to energii, pobudza umysł i czuję się rześki po takich ćwiczeniach. Punkt 1, 2 i 3 odhaczone! Kto mi pomoże skreślić 8?

    • Mania

      Poranne ćwiczeni, to coś dla mnie! Jestem z Tobą ;)

    • LISU

      nawet 7 to już jest fajna sprawa, o ile codzienna :)
      http://www.7-min.com/ – a dobry motywator nie jest zły. Może pomoże :)

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

„Pod mocnym aniołem” lepiej obejrzeć w domu

Skip to entry content

W weekend byłem na „Pod Mocnym Aniołem” i z kina wyszedłem wstrząśnięty. I zmieszany. Nie z powodu filmu. Był dobry. Nie rewelacyjny jak „Drogówka”, ale dobry. Zresztą, po co ja to piszę, Smarzowski nie robi słabych filmów. Tak, czy inaczej, wracałem do domu poruszony ze względu na publiczność. Współoglądający dostarczyli mi więcej tematów do przemyśleń, niż Więckiewicz trwoniący fortunę i talent w szaleńczym alko-transie.

To, co uderzyło mnie jak gęsty grad w ciepły letni dzień, to brak zrozumienia, jak można być dorosłym człowiekiem i śmiać się z przekleństw?

Niezależnie od kontekstu.

Jak byłem w podstawówce, przeklinanie było oznaką dorosłości. Tak jak papierosy – dzieciaki tego nie robiły. W gimnazjum każda „kurwa” rzucona głośniej niż szeptem budziła euforię, a narysowanie kutasa w zeszycie było lepszym żartem, niż hasło, że rozmiar nie ma znaczenia. W liceum wulgaryzmy tak spowszechniały, że na nikim nie robiły wrażenia, a na studiach czułem, że przeklinanie bez sensownie uzasadnionej potrzeby, to siara.

I tak zostało.

Jeśli przeklinam, to w wymagających tego sytuacjach, aby dodać wypowiedzi emfazy. A nie z powodu ubogiego słownictwa, problemów z interpunkcją, czy – nie daj boże! – by komuś zaimponować. A okazuje się, że publiczne miotanie „chujami” ludziom imponuje. I śmieszy ich. I 20-latków, i 30-latków, i 50-latków też.

Siedzę na tej sali, wczuwam się w dramat pisarza nałogowca, oswajam się z jego postacią, szukam cech wspólnych, zastanawiam się, czy też mógłbym doprowadzić do takiego stanu, czuję podmywającą mnie falę alkoholizmu, porywającą legiony nieuważnych… i nagle J-E-B! Jakby mi ktoś przyłożył żeliwną patelnią w tył głowy. Sala ryczy. Drze ryja jak chłop sprzedający ziemniaki z Żuka, bo jeden z bohaterów powiedział „kurwa”.

Tyle.

Ani nie zrobił tego w komicznej sytuacji, ani w wyjątkowo śmieszny sposób. Wręcz przeciwnie. Zabrzmiało to tak dekadencko i posępnie, na ile jest to możliwe. Ale to wystarczyło, by tłum zareagował śmiechem. I to nie jeden raz, a przy większości okazji, gdy z ust aktorów padały wulgaryzmy. Dorosłych ludzi, z dowodami w portfelach od dobrych kilku lat, rajcowało, że postać z ekranu na głos posługuje się podwórkową gwarą. Zresztą, gdy filmowi bohaterowie oddawali  mocz, stolec lub wymiotowali, reakcja była ta sama. Śmiech. W końcu nic tak nie śmieszy, jak surowo podany życiowy dramat.

Dawno nie czułem się tak zażenowany. zniszczyli mi seans „Pod Mocnym Aniołem”. Zniszczyli mi dobry film.

---> SKOMENTUJ

wpis jest wynikiem współpracy z portalem PizzaPortal.pl

Jak wiecie (lub też nie), przeprowadzałem się 15 razy, mieszkałem w wielu dzielnicach Krakowa i zamawiałem pizzę z większości lokali, które świadczą usługę dostawy. W jednych na jedzenie czekało się całą wieczność i przyjeżdżało zimne. W drugich jeszcze dłużej i zjawiało się z innymi składnikami niż w zamówieniu. W trzecich w ogóle nie docierało lub nie nadawało się do pogryzienia, nie mówiąc już o połykaniu. Na szczęście był (i wciąż jest!) czwarty typ  lokali z pizzą na dowóz, gdzie wszystko gra jak na Wembley.

Jako, że co jakiś czas dostaję pytania ogólnokrakowskie, w tym jedzeniowe („skąd zmawiać pizzę w Krakowie?” jest jednym z popularniejszych), to poniżej wrzucam 4 pizzerie, z których wielokrotnie zamawiałem szamę. Bez uszczerbku na zdrowiu i podniebieniu. Innymi słowy, polecam…

 

Banolli

restauracja banolli kraków

Przez to, że to mała (no dobra, nawet spora) sieciówka, nie ma problemu z dowozem. Dojeżdża zasadniczo do każdego rejonu Krakowa, także gdzie byś nie mieszkał, możesz dzwonić. Nie wątpliwym plusem jest także to, że w „Banolli” realizują nocne zamówienia, także nie raz ratowało mi to skórę, a w zasadzie żołądek, gdy w okolicach północy przypominałem sobie, że nie jadłem śniadania.

Co do samej pizzy, to faktycznie, nie jest tania, ale nie dają też tańszych zamienników, tylko wszystkie składniki po bożemu. Jeśli chodzi o typ, to jest to odmiana polska z aspiracjami na włoską. W sensie, że ciasto nie jest jeszcze tak cienkie, jak w tej „prawdziwej”, ale z pewnością to nie nadmuchany placek. Mocne 5.0.

 

Zapałki

Kraków pizzeria zapałkiNajbardziej włoska ze wszystkich. Mają pizzę i z szynką parmeńską, i z rukolą, i z bakłażanem, i z ricottą. I nie jest to rzucone na placek, jak brudne ciuchy po pracy, jak to bywa w innych pizzeriach, które chcą być „original italiano”. Żeby zbalansować śródziemnomorskość z polskością, jest też opcja z oscypkiem i żurawiną, ale tej akurat nie polecam. Za to warto sprawdzić Tricolore i Say Cheese! (jak lubisz roztopioną gorgonzolę, to zwłaszcza tę drugą). I jeszcze akcent humorystyczny: raz się zdarzyło, ze spóźnili się z zamówieniem, już ich chciałem powyklinać od aktorów z „Miłości na bogato”, a tu pan kierowca przychodzi, przeprasza z miną zbitego psiaka i wręcza mi elegancko zapakowane jabłuszka przewiązane wstążeczką. No to, to rozumiem.

 

Franco

Pizzeria franco KrakówKnajpa w stu procentach dzienna i ostatnio najczęstsza, z której zamawiam. Ma tak brzydkie logo, że trudno na nie patrzeć bez mrużenia oczu, ale za to na pizzę nie trzeba wylewać chochli sosu, żeby dało się zjeść. Tym razem jest to odmiana, tak zwana, polsko-umiarkowana, czyli pulchniejsze ciasto, ale nie napompowane jak Robert Burneika po treningu. Dowozowy standard. Moja ulubiona to Scudetto. Ceny również przyzwoite i dowożą od 15zł (o, tak!).

 

Pizza w nocy

pizza w nocy KrakówMało odkrywcza nazwa, ale to mój zdecydowany faworyt, numero uno i czarny koń na liście włoskich placków na zamówienie w Krakowie. Po pierwsze sensowne ceny – duża Capriciosa 24zł (ze zniżką 22zł).

Po drugie sensowny dowóz – jeszcze mi się nie zdarzyło, by deklarowany czas oczekiwania przekraczał 45 minut. A i tak zazwyczaj są po połowie godziny (raz zamawiałem z autobusu, dojeżdżając do domu, i byli przede mną).

Po trzecie smak – cienkie, chrupiące ciasto i dobre gatunkowo składniki. Ta pizza to w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zapychacz, który wrzucasz w siebie po pijaku na imprezie, tylko bardzo dobre jedzenie. Minus jest taki, że (jak sama nazwa skazuje) otwarte mają tylko w nocy – od 20:00 do 4:00.

 

Jest okazja!

pizza portal pizza week kraków

Jeśli chcecie sprawdzić, czy te pizze faktycznie takie dobre, albo po prostu jesteście głodni i bez mojego wpisu też byście zamówili jedzenie, to wpadajcie na PizzaPortal.pl. Od dzisiaj zaczyna się tam „Pizza Week” i potrwa do 26-go stycznia. W trakcie pizzowego tygodnia, we wszystkich restauracjach udostępniających płatność online, macie 20% zniżki na placki (klikając tutaj albo w obrazek). Oprócz rabatu, w ramach „Pizza Weeku” jest jeszcze akcja pod tytułem „Bitwa miast”, w której zamawiający z najaktywniejszego miasta mogą zgarnąć Sony Xperia J i robić nim artystyczne zdjęcia szynki i pieczarek na Instagrama.

Oczywiście, jeśli jedliście w Krakowie pizzę na dowóz z równie dobrego lokalu, co wymienione we wpisie, albo i lepszego, to mogę posprzeczać się z Wami w komentarzach, że to nieprawda.

---> SKOMENTUJ