Close
Close

Jak dotrzymywać noworocznych postanowień?

Skip to entry content
Jak dotrzymywać postanowień noworocznych
autorem zdjęcia jest Serge Melki

Kończy się 4-ty tydzień stycznia. Co to znaczy? Że wszystkie Wasze plany związane z wczesnym wstawaniem, nieobżeraniem się i regularną nauką koreańskiego z kursów w sieci są już historią. Ani nie rzuciliście palenia, ani nie ograniczyliście siedzenia na Fejsie. Wróciliście do złych nawyków, zanim na dobre zszedł Wam kac po sylwestrowej nocy.

Co zrobić, żeby noworoczne postanowienia nie były tylko mętna marą podgryzającą sumienie?

1. Ustal motywację – zastanów się czemu chcesz schudnąć. Czy faktycznie jest Ci źle ze swoim ciałem, czy tylko za dużo naoglądałaś się kolorowych gazet? Jeśli wcale nie czujesz, żebyś potrzebowała mieścić się w rozmiarze XS, to odpuść sobie. Bez przekonania, że utrata wagi jest Ci faktycznie potrzebna, nie ma sensu brać się za ćwiczenia.

2. Spisz postanowienia na kartce – bardziej ulotna od pamięci jest tylko kasa, a i tu wielu by polemizowało. To co wpada Ci do głowy rozmyślając o istocie bytu tuż przed snem, wypada szybciej, niż powiesz „elf układał kufle” od tyłu. Spisz swoje postanowienia na papierze i powieś nad łóżkiem, przyklej na lodówce lub noś w portfelu. Byleby był po nich materialny ślad.

3. Pochwal się znajomym – jeśli wszystkim naopowiadasz, że od jutra codziennie wstajesz o 7:00, to będzie Ci głupio kimać do 10:00. Presja zachowania twarzy w towarzystwie powinna pomóc Ci budzić się przed budzikiem.

4. Zdefiniuj cel – bo co to znaczy „nauczę się koreańskiego”? Nauczysz się odmiany 15 kluczowych czasowników? Zapamiętasz tłumaczenie 6 najczęściej używanych słówek? Napiszesz sobie na karteczce jak jest w języku Kim Dzong Una „cześć”? Ta nauka musi być wymiernie określona. „Zdam egzamin z koreańskiego na poziomie podstawowym” brzmi sensownie.

5. Działaj po kroczku – palenie rzadko kiedy da się rzucić z dnia na dzień. Jeśli chcesz zerwać z uzależnieniem nie rób tego gwałtownie, to szok zarówno dla umysłu, jak i organizmu. Ograniczaj nałóg metodą małych kroków. W tym miesiącu będziesz palił tylko 6 dziennie, w następnym 5, a dopiero w lipcu w ogóle. Nie od jutra.

6. Zaznaczaj postępy – najlepiej na wykresie. Jeśli postanowiłeś, że codziennie będziesz biegał przez 20 minut, to każdego dnia zaznaczaj sobie, choćby na kartce z zeszytu, odległość jaką pokonałeś. Po miesiącu połącz wartości linią i z dumą popatrz jak dystanse się zwiększają i jaki postęp zrobiłeś! Nic tak nie motywuje jak zobrazowana tendencja zwyżkowa.

7. Nie rezygnuj po pierwszej przeszkodzie – jeśli coś wybije Cię z rytmu, pamiętaj, że możesz do niego wrócić. Obiecałeś sobie, że będziesz kładł się przed północą, ale wczoraj Twojego współlokatora zaatakowała butelka i rozcięła mu rękę podczas nieumiejętnego otwierania wina? Musiałeś zawieźć go na pogotowie i czekać, aż zszyją, przez co poszedłeś spać dopiero nad ranem? Okej, to była wyjątkowa sytuacja, ale nie pozwól, by takie wyjątki zdarzały się częściej, niż raz w miesiącu. Po jednym niepowodzeniu, wróć z powrotem na właściwe tory.

8. Znajdź kogoś z tym samym postanowieniem – bo razem raźniej, jak to mawiają kibice Arki Gdynia przed ustawką. Nie ma to jak znaleźć sobie parę i wzajemnie się nakręcać do zrealizowania celu. A jeszcze lepiej całą grupę ludzi, którzy chcą osiągnąć to samo.

To co, jedziemy z tym?

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

28 komentarzy do "Jak dotrzymywać noworocznych postanowień?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jan Favre
Gość

Codziennie przez 15 minut będę robił poranną gimnastykę, bo dodaje mi to energii, pobudza umysł i czuję się rześki po takich ćwiczeniach. Punkt 1, 2 i 3 odhaczone! Kto mi pomoże skreślić 8?

Mania
Gość

Poranne ćwiczeni, to coś dla mnie! Jestem z Tobą ;)

LISU
Gość

nawet 7 to już jest fajna sprawa, o ile codzienna :)
http://www.7-min.com/ – a dobry motywator nie jest zły. Może pomoże :)

kot Justyna
Gość

Ech, znaleźć czas na 40 stron czytania dziennie. Dobrze, że chociaż egzamin z podstawowego koreańskiego już zdany!

Jan Favre
Gość

Ej, 40 stron to nie jest wcale dużo, poza tym są audiobooki, których możesz słuchać jadać do lub z pracy!

kot Justyna
Gość

ok, punkt 3. działa, bo właśnie skończyłam czytać! A co do audiobooków, to jakoś nie mogę się przekonać, no bo jak to tak, nie słuchać muzyki rano?

Jan Favre
Gość

To turbo miks kulturowy – audiobook i muzyka instrumentalna ;)

Asia
Gość
Najgorzej jest ustalić sobie kilka „wielkich” postanowień. Nie jestem już zwolenniczką noworocznych zmian – człowiek, napędzany myślą „nowego” odcinka w życiu, wymyśla dziesiątki działań, które mają spowodować, że wraz z kolejnym rokiem stanie się lepszy. Wszystko fajnie, ale wydaje mi się, że jeżeli nasze postanowienia są naprawdę ważne i faktycznie ich potrzebujemy – pojawią się niezależnie od tego czy to początek roku, czy środek, a przede wszystkim – będą pojawiały się stopniowo, a nie wszystkie naraz. I nie będzie problemu z wprowadzeniem ich w życie, jeśli naprawdę nam na nich zależy. Nie, żebym ja była mistrzem dotrzymywania złożonych sobie obietnic.… Czytaj więcej »
Jan Favre
Gość

„jak się człowiekowi nie chce i tak naprawdę nie widzi sensu’ – patrz punkt pierwszy ;)

Asia
Gość

Tak, tak – zwróciłam na to uwagę i w pełni się zgadzam :) chodzi mi tylko o to, że z „nowym rokiem” budzą się w nas niespotykane ambicje i ciężko ocenić co jest naprawdę ważne. Wydaje nam się, że możemy wszystko – przy czym w tym nadmiarze zazwyczaj nie realizujemy niczego – a najgorsze jest to, że wtedy te istotne postanowienia też są odkładane.
Podsumowując: punkt pierwszy jest wg mnie najważniejszy :)

LISU
Gość

ad.5 – sam nie palę, ale z relacji znajomych, ex-palaczy, to własnie metoda ‚TERAZ, JUŻ, NAGLE!’ jest najlepsza i najskuteczniejsza. Obniżanie dawki to takie oszukiwanie samego siebie, że można ją odstawić jak się chce i nie jest się niewolnikiem tego syfu.
Nie chcesz palić? To po prostu nie palisz :) Chyba, że jesteś słaby. Wtedy palisz i dalej oszukujesz się, że to lubisz i jak tylko zechcesz, to znów rzucisz.. ;)

Basia
Gość
kiedyś oglądałam program dla grubasów (LOL) na TVP1 i mundra pani prowadząca też stwierdziła, że jeśli chce się z czegoś zrezygnować, nie należy „ograniczać”, tylko zrezygnować raz a porządnie. uzasadnieniem miał być fakt, że ograniczanie jest mniej motywacyjne. przykładowo, zamiast jedzenia 6 bułek na śniadanie przez 1 miesiąc będę jadła tylko 5. ale między 5 a 6 nie ma wielkiej różnicy, więc co mi tam zaszkodzi. i tak codziennie (w końcu siła przyzwyczajeń), aż w końcu się okaże, że właściwie przez cały miesiąc jadłam 6 bułek zamiast postanowionych 5 i w sumie… to po co miałabym ich jeść tylko 5… Czytaj więcej »
anoriell
Gość

Pamiętaj, że CEL powinien być SMART (Simple, Measurable, Achievable, Relevant, Timely defined), a więc „Zdam egzamin z koreańskiego na poziomie podstawowym” to jeszcze nie do końca cel! Brakuje mu określenia czasu. Takie postanowienie można równie dobrze zacząć realizować za 4 lata i też będzie dobrze, a przecież nie o to chodzi w noworocznych postanowieniach ;)

Jan Favre
Gość

Potwierdzam! Widzę, że studia nie poszły na marne ;)

anoriell
Gość

Tak. Niniejszym pierwszy (i coś czuję, że jeden z ostatnich) raz, kiedy miałam okazję napomknąć o tej wiedzy w prawdziwym życiu ;)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

„Pod mocnym aniołem” lepiej obejrzeć w domu

Skip to entry content

W weekend byłem na „Pod Mocnym Aniołem” i z kina wyszedłem wstrząśnięty. I zmieszany. Nie z powodu filmu. Był dobry. Nie rewelacyjny jak „Drogówka”, ale dobry. Zresztą, po co ja to piszę, Smarzowski nie robi słabych filmów. Tak, czy inaczej, wracałem do domu poruszony ze względu na publiczność. Współoglądający dostarczyli mi więcej tematów do przemyśleń, niż Więckiewicz trwoniący fortunę i talent w szaleńczym alko-transie.

To, co uderzyło mnie jak gęsty grad w ciepły letni dzień, to brak zrozumienia, jak można być dorosłym człowiekiem i śmiać się z przekleństw?

Niezależnie od kontekstu.

Jak byłem w podstawówce, przeklinanie było oznaką dorosłości. Tak jak papierosy – dzieciaki tego nie robiły. W gimnazjum każda „kurwa” rzucona głośniej niż szeptem budziła euforię, a narysowanie kutasa w zeszycie było lepszym żartem, niż hasło, że rozmiar nie ma znaczenia. W liceum wulgaryzmy tak spowszechniały, że na nikim nie robiły wrażenia, a na studiach czułem, że przeklinanie bez sensownie uzasadnionej potrzeby, to siara.

I tak zostało.

Jeśli przeklinam, to w wymagających tego sytuacjach, aby dodać wypowiedzi emfazy. A nie z powodu ubogiego słownictwa, problemów z interpunkcją, czy – nie daj boże! – by komuś zaimponować. A okazuje się, że publiczne miotanie „chujami” ludziom imponuje. I śmieszy ich. I 20-latków, i 30-latków, i 50-latków też.

Siedzę na tej sali, wczuwam się w dramat pisarza nałogowca, oswajam się z jego postacią, szukam cech wspólnych, zastanawiam się, czy też mógłbym doprowadzić do takiego stanu, czuję podmywającą mnie falę alkoholizmu, porywającą legiony nieuważnych… i nagle J-E-B! Jakby mi ktoś przyłożył żeliwną patelnią w tył głowy. Sala ryczy. Drze ryja jak chłop sprzedający ziemniaki z Żuka, bo jeden z bohaterów powiedział „kurwa”.

Tyle.

Ani nie zrobił tego w komicznej sytuacji, ani w wyjątkowo śmieszny sposób. Wręcz przeciwnie. Zabrzmiało to tak dekadencko i posępnie, na ile jest to możliwe. Ale to wystarczyło, by tłum zareagował śmiechem. I to nie jeden raz, a przy większości okazji, gdy z ust aktorów padały wulgaryzmy. Dorosłych ludzi, z dowodami w portfelach od dobrych kilku lat, rajcowało, że postać z ekranu na głos posługuje się podwórkową gwarą. Zresztą, gdy filmowi bohaterowie oddawali  mocz, stolec lub wymiotowali, reakcja była ta sama. Śmiech. W końcu nic tak nie śmieszy, jak surowo podany życiowy dramat.

Dawno nie czułem się tak zażenowany. zniszczyli mi seans „Pod Mocnym Aniołem”. Zniszczyli mi dobry film.

wpis jest wynikiem współpracy z PizzaPortal.pl

Jak wiecie (lub też nie), przeprowadzałem się 15 razy, mieszkałem w wielu dzielnicach Krakowa i zamawiałem pizzę z większości lokali, które świadczą usługę dostawy. W jednych na jedzenie czekało się całą wieczność i przyjeżdżało zimne. W drugich jeszcze dłużej i zjawiało się z innymi składnikami niż w zamówieniu. W trzecich w ogóle nie docierało lub nie nadawało się do pogryzienia, nie mówiąc już o połykaniu. Na szczęście był (i wciąż jest!) czwarty typ  lokali z pizzą na dowóz, gdzie wszystko gra jak na Wembley.

Jako, że co jakiś czas dostaję pytania ogólnokrakowskie, w tym jedzeniowe („skąd zmawiać pizzę w Krakowie?” jest jednym z popularniejszych), to poniżej wrzucam 4 pizzerie, z których wielokrotnie zamawiałem szamę. Bez uszczerbku na zdrowiu i podniebieniu. Innymi słowy, polecam…

 

Banolli

restauracja banolli kraków

Przez to, że to mała (no dobra, nawet spora) sieciówka, nie ma problemu z dowozem. Dojeżdża zasadniczo do każdego rejonu Krakowa, także gdzie byś nie mieszkał, możesz dzwonić. Nie wątpliwym plusem jest także to, że w „Banolli” realizują nocne zamówienia, także nie raz ratowało mi to skórę, a w zasadzie żołądek, gdy w okolicach północy przypominałem sobie, że nie jadłem śniadania.

Co do samej pizzy, to faktycznie, nie jest tania, ale nie dają też tańszych zamienników, tylko wszystkie składniki po bożemu. Jeśli chodzi o typ, to jest to odmiana polska z aspiracjami na włoską. W sensie, że ciasto nie jest jeszcze tak cienkie, jak w tej „prawdziwej”, ale z pewnością to nie nadmuchany placek. Mocne 5.0.

 

Zapałki

Kraków pizzeria zapałkiNajbardziej włoska ze wszystkich. Mają pizzę i z szynką parmeńską, i z rukolą, i z bakłażanem, i z ricottą. I nie jest to rzucone na placek, jak brudne ciuchy po pracy, jak to bywa w innych pizzeriach, które chcą być „original italiano”. Żeby zbalansować śródziemnomorskość z polskością, jest też opcja z oscypkiem i żurawiną, ale tej akurat nie polecam. Za to warto sprawdzić Tricolore i Say Cheese! (jak lubisz roztopioną gorgonzolę, to zwłaszcza tę drugą). I jeszcze akcent humorystyczny: raz się zdarzyło, ze spóźnili się z zamówieniem, już ich chciałem powyklinać od aktorów z „Miłości na bogato”, a tu pan kierowca przychodzi, przeprasza z miną zbitego psiaka i wręcza mi elegancko zapakowane jabłuszka przewiązane wstążeczką. No to, to rozumiem.

[emaillocker]

Franco

Pizzeria franco KrakówKnajpa w stu procentach dzienna i ostatnio najczęstsza, z której zamawiam. Ma tak brzydkie logo, że trudno na nie patrzeć bez mrużenia oczu, ale za to na pizzę nie trzeba wylewać chochli sosu, żeby dało się zjeść. Tym razem jest to odmiana, tak zwana, polsko-umiarkowana, czyli pulchniejsze ciasto, ale nie napompowane jak Robert Burneika po treningu. Dowozowy standard. Moja ulubiona to Scudetto. Ceny również przyzwoite i dowożą od 15zł (o, tak!).

 

Pizza w nocy

pizza w nocy KrakówMało odkrywcza nazwa, ale to mój zdecydowany faworyt, numero uno i czarny koń na liście włoskich placków na zamówienie w Krakowie. Po pierwsze sensowne ceny – duża Capriciosa 24zł (ze zniżką 22zł).

Po drugie sensowny dowóz – jeszcze mi się nie zdarzyło, by deklarowany czas oczekiwania przekraczał 45 minut. A i tak zazwyczaj są po połowie godziny (raz zamawiałem z autobusu, dojeżdżając do domu, i byli przede mną).

Po trzecie smak – cienkie, chrupiące ciasto i dobre gatunkowo składniki. Ta pizza to w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zapychacz, który wrzucasz w siebie po pijaku na imprezie, tylko bardzo dobre jedzenie. Minus jest taki, że (jak sama nazwa skazuje) otwarte mają tylko w nocy – od 20:00 do 4:00.

 

Jest okazja!

pizza portal pizza week kraków

Jeśli chcecie sprawdzić, czy te pizze faktycznie takie dobre, albo po prostu jesteście głodni i bez mojego wpisu też byście zamówili jedzenie, to wpadajcie na PizzaPortal.pl. Od dzisiaj zaczyna się tam „Pizza Week” i potrwa do 26-go stycznia. W trakcie pizzowego tygodnia, we wszystkich restauracjach udostępniających płatność online, macie 20% zniżki na placki (klikając tutaj albo w obrazek). Oprócz rabatu, w ramach „Pizza Weeku” jest jeszcze akcja pod tytułem „Bitwa miast”, w której zamawiający z najaktywniejszego miasta mogą zgarnąć Sony Xperia J i robić nim artystyczne zdjęcia szynki i pieczarek na Instagrama.

Oczywiście, jeśli jedliście w Krakowie pizzę na dowóz z równie dobrego lokalu, co wymienione we wpisie, albo i lepszego, to mogę posprzeczać się z Wami w komentarzach, że to nieprawda.

[/emaillocker]