Close
Close

11 powodów, dla których nie warto iść na „Nimfomankę”

Skip to entry content

Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek. „Nimfomanka” jest jedną z takich śmierdzących niespodzianek, po obejrzeniu których część widzów boi się przyznać, że król jest nagi. Mocno się wczoraj zastanawiałem, czy iść na premierę, czy wyszorować sedes i odkurzyć dywany. I żałuję, że wybrałem jednak to pierwsze.

Czemu „Nimfomanka” jest słabsza, niż życzenia prezydenta dla facebookowiczów?

 

#1 – Tandeta, tandeta

Film zaczyna się pseudo-poetycko – czarny ekran, dźwięk padającego deszczu, nostalgia, melancholia i najazd na nieprzytomną, poobijaną i zakrwawioną kobietę na dziedzińcu starej, zapuszczonej kamienicy – po czym zaczyna grać Rammstein. Tak, Rammstein, ten hiper popularny niemiecki zespół metalowy bazujący na kiczu. Po takim wstępie nie da się dalszej części traktować poważnie.

 

#2 – Ambitne kino na siłę

Reżyser za wszelką cenę chciał usprawiedliwić kobiety z nieustannie wilgotną pochwą i odnieść ich palącą potrzebę stosunku płciowego do innych zjawisk. Wszelkie porównania są tak wymuszone, że ani nie ciekawią, ani nawet nie śmieszą, tylko żenują. To raz. Dwa, że wprowadzenie postaci dziadeczka, który z rozdziawioną japą słucha o obciąganiu przypadkowym kolesiom w środkach publicznej komunikacji i usilnie chce nadawać temu sens, obraża mnie jako widza.

 

#3 – Traktowanie wątków po łebkach

Główna bohaterka rżnie się jak świnie w ubojni. To motyw przewodni. Super.

Niestety wszystkie czynniki, które mogłyby mieć na to RACJONALNY wpływ i odciskać na Joe jakieś piętno, zostają potraktowane bardziej po macoszemu, niż Kopciuszek. Relacja z matką zostaje spłycona tak bardzo, że jestem zaskoczony, że jej postać w ogóle pojawia się w filmie. Ojciec też wiemy, że jest i nawet wiemy, że umiera, ale nie ma ani słowa z jakiego powodu. I czy rodzice mieli jakikolwiek stosunek do permanentnej rozwiązłości córki. Zasadniczo, to większość postaci pojawia się tylko jako pretekst, do pokazania pochwy na ekranie.

 

#4 – Nieudolność reżysera

W połowie filmu oprócz weny, Larsa opuszcza również zdolność do samokrytyki i nie wiedząc jak przejść od jednego miałkiego porównania do drugiego, stosuje rozwiązanie na poziomie szkółki aktorskiej dla niewidomych. Żeby móc powiązać nimfomanię z polifonią, reżyser wprowadza do rozmowy głównych bohaterów temat muzyki. Robi to tak topornie, jak tylko możesz sobie wyobrazić.

Joe po kilku godzinach przebywania w tym samym pomieszczeniu i gapienia się we wszystkie możliwe kąty, ni z tego, ni z owego, rezolutnie zagaja:

O, masz magnetofon. Słuchasz muzyki?

To stwierdzenie na poziomie „o, masz cycki. Jesteś kobietą?” lub „o, jeździsz na wózku inwalidzkim i nie masz nóg. Jesteś kaleką?”. „O, masz kibel. Zdarza ci się srać?” jest równie finezyjnym sposobem zmiany tematu rozmowy.

 

#5 – Ciśnienie na kasę

Larsowi widać ostatnio hajs się nie zgadza, bo nie dość, że porusza temat oklepany jak tyłek Sashy Grey, ale o niegasnącym potencjale komercyjnym, to jeszcze rozbija film na dwie części. I pod koniec tej pierwszej, w trakcie napisów końcowych, daje nachalną zapowiedź drugiej, która jest jedną wielką kanonadą wagin, penisów i jęków. Jeśli RedTube dałby możliwość kręcenia vlogów, to tak by właśnie wyglądały.

 

#6, 7, 8, 9, 10, 11 – N-U-D-A!

Pomimo tych wszystkich cycków, stosunków i orgazmów, „Nimfomanka” jest niewiarygodnie nuuużąca. Ostatni raz tak się wymęczyłem na „Tylko bóg wybacza” i wyszedłem po 25-ciu minutach. Już bardziej fascynujące jest czekanie w kolejce do lekarza. Serdecznie nie polecam.

Jak znacie coś równie nudnego, to dawajcie do komentarzy. Nie chciałbym się tak nadziać kolejny raz.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: 19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film "Smoleńsk"()

  • Izabela Folga

    Chciałam coś napisać, bo byłam na dwóch częściach, ale kiedy zobaczyłam jaki ten blog jest poczytny, odechciało mi się. Teraz uwaga. Odechciało mi się napisać czegokolwiek tak jak na końcu drugiej części filmu, odechciało się Seligmanowi być przyjacielem Joe. Ktoś uronił łzę? Czy robię dobrze porównania? Chcę być jak Lars.

  • Amaktor

    Uwielbiam takie gniotące recenzje. :)

  • Mjichał Zet

    Dobra, byłem, zobaczyłem, i niestety w ogóle się nie zgadzam z Twoją recenzją, co jest przyjkre,bo czytając Twoje teksty zwykle dostrzegam pewne podobieństwa konstrukcji łba.
    1. trzeba zobaczyć drugą część,
    2. ten film to podwójna, przebiegła pułapka-> marketing za pomocą charakterystycznej postaci reżysera oraz w związku z nim takie a nie inne postrzeganie plakatów i zwiastunów. Wszyscy spodziewali się kontrolwersji i naturalistycznych lub nawet i wulgarnych scen seksu. A tego nie ma, więc ludzie nie wiedzą, co jest w sumie innego. Bo żadnej moralizatorskiej anty pornosowskiej głębi też w tym nie ma. Te wszystkie wstawki z filmów przyrodniczych, wyliczenia, odwołania do wędkarstwa, literatury itd, według mnie maja ZA GŁÓWNE ZADANIE jeszcze bardziej rozproszyć uwagę widzę zrobić mu jeszcze większy mindfuck, może tam nic nie ma?
    Może po prostu sensem i siłą tego filmu jest wprowadzanie ludzi w błędne poszukiwanie sensu którego nie ma? To też sztuka. Poza tym, nie ma to jak zrobić film do multipleksu,ale tak, żeby ucieszyła się z niego tylko nieliczna grupa odbiorców. Pozostała reszta, pójdzie z marszu,a hajs się będzie zgadzał. Wiesz jak zabawnie się obserwowało podczas wczorajszego seansu, te oburzone parki, które na widok serii kutasów odstawiały zniesmaczone wielkie cole i popcorny ?:)
    Tak czy siak uważam, że jako kreator opinii, powinieneś obejrzeć drugą część, może nie w kinie, ale zrobić to, choćby z ciekawości, czy będziesz miał IDENTYCZNE wrażenia i spostrzeżenia jak po części 1.

  • Joanna

    Miarą filmów Larsa von Triera jest ich przewrotność i podburzanie stereotypowego podejścia widza do kina w ogóle. Nie zamierza on serwować filmów „zrobionych poprawnie”, takich, które „maja się podobać”, ani NIGDY nie daje możliwości ich interpretowania w jeden tylko sposób. Powiem wręcz – jeśli Ci się nie podobała „Nimfomanka” to znaczy, że reżyserowi się udało:)) Byłeś nastawiony na ciekawy seks na wielkim ekranie (oczywiście większość ludzi się nie przyzna, że z tego powodu poszła do kina:P), tymczasem dostałeś najbardziej „naukowy” z
    filmów autorstwa von Triera (w żadnym jego filmie nie ma tyle zapodanej wiedzy:)
    Seks był, ale taki… dziwny. Nie ma scen gry wstępnej, a widz jest najczęściej wrzucony na kilka sekund w najbardziej intensywną część aktuJ Nie ma jednak czasu, żeby się do niego przygotować, czy podniecić. Seks jest mechaniczny i krótki.Każdy, kto liczył na flirtującą „cycatą blondynę” i „fajne rżnięcie”, zawiedzie się.

    Szkoda, że film został podzielony na dwie części. Nie masz racji, że to Lars potrzebuje kasy – on właśnie protestował przeciwko podziałowi. Chciał, żeby film był pokazany w całości. To producenci się nie zgodzili…. szkoda.

    Skoro masz pretensje o to, że relacje bohaterki z matką są płytkie, widocznie naoglądałeś się tyle już filmów, że „wiesz, jak powinny być zrobione”. Nastawiłeś się na obraz, który spełni twoje oczekiwania, a tymczasem Lars zadrwił z Ciebie. Gdybyś miał wszystko podane na tacy – wyjaśnienie postaci matki, stosunku rodziców do poczynań córki itp. – faktycznie byłby to tak zwany „dobry film”. No bo mógłbyś sobie wszystko pięknie wytłumaczyć. Tymczasem von Trier
    nie zamierza Cię zadowalać (sic!). Jesteś wkurzony, bo obraz który zobaczyłeś
    nijak miał się do filmów, które zazwyczaj oglądasz. I oto właśnie chodzi w twórczości tego reżysera. Poszedłeś na „Nimfomankę” licząc na kontrowersyjne sceny, ale one są
    kontrowersyjne w inny sposób.

    Tak, ten film wydaje się momentami nudny, bo historie o wędkarstwie są zestawione… ze scenami seksu. Raz jesteśmy we wspomnieniach bohaterki, a raz w starym domku, gdzie za oknem pada śnieg, jest leniwie… Czyż to nie paradoks zrobić film o seksie, który może być chwilami nudny?? Czy nuda nie byłaby przeciwwagą dla pornosa (pasywność a aktywność)? No właśnie! I to przypuszczam jeden z uknutych planów Larsa:)) Nudy pornos to wyzwanie:)

    Czyli się udało:) gdyby ten film rzeczywiście nie robił wrażenia i był typowo nudny, nie powstałaby ani Twoja recenzja, ani nie byłbyś w niej taki wkurzony. Lars nie lubi spełniać
    oczekiwań widzów, którzy wygodnie siedzą sobie w fotelu i popijają colę. Drwi z ich nastawienia i burzy tradycyjne sposoby odbioru obrazu filmowego. Za to zwraca uwagę na samą jego materię oraz pokazuje rzeczy, o których inni nie chcą mówić (np. podcieranie ojca w szpitalu – powiedz jak często zdarza Ci się obejrzeć coś takiego w „dobrym filmie”?).

    Filmy Larsa von Triera nie mają zadowalać. Oglądanie nich
    wkurza, a nawet wręcz boli (oczywiście szkoda, jeśli za tym nie idą żadne wnioski, ani pytania, tylko stwierdzamy, że „nie podobało się i już”). Na próbę zostaje wystawione nasze identyfikowanie się z bohaterem, estetyczne granice, przyzwyczajenia odnośnie konstruowania filmu i jego technik (np. to Lars von Trier na szeroką skalę wprowadził „kręcenie z
    ręki”, które było wbrew zasadom robienia profesjonalnego filmu. Jego filmy
    często podzielone są na rozdziały, co ma przypominać „ej, jesteście w kinie” –
    i zaburza nasze wciąganie się w fabułę, której mimo wszystko dajemy „się wrobić”).
    Jeśli przychodzisz na jego filmy z dozą odpowiedzi, a nie pytań – rzeczywiście
    nie ma sensu kupować biletu.

    • „Lars zadrwił z Ciebie” tym mnie rozbawiłaś. Nie chcę powtarzać tego, co już powiedziałem wcześniej, więc napiszę tylko, że zupełnie nie zgadzam się z Twoją linią obrony, ale tak czy inaczej, miło, że chciałaś się udzielić i tak mocno się zaangażowałaś. Dzięki.

    • Mjichał Zet

      miałem nie czytać całej tej wypowiedzi bo …długa ;) ale trafnośc niektórych spostrzeżeń przekonały mnie do czytania dalej, zrobiłaś bardzo ładny i przystępny poradnik „jak oglądać von triera” Obejrzałem narazie nie wiele filmów von triera i tymbardziej utiwerdzam się w przekonaniu, że to jeden z tych autorskich autorów, których trzeba zrozumieć, poprzez jego filmy. Ale nie należy próbować zrozumieć filmu.
      po wczorajszym seansie wyszedłem właśnie skonsternowany i z bardzo mieszanymi uczuciami, wiele rzeczy załapałem ale żeby się o tym przekonać musiałem na nie spojrzeć z innej strony. Taki anty film trochę jak wspomniany wcześniej ‚tylko bóg wybacza” .
      Mój kolega ‚filmowiec’ zapytany przeze mnie,co to jest dobry film, odpowiedział, że taki, który nie znika z głowy po wyjściu z kina. I nie jest problemem, czy interpetujesz film dobrze czy źle, sam fakt podjęcia się takiej próby, świadczy, że film był dobry,bo zmusza Cię do myślenia i kombinowania, oraz często gęsto użycia wyobraźni.

    • Zu

      Joanno, Twoj wywod sprowadza sie do „film ci sie nie spodobal, bo go nie zrozumiales, a w ogole to rezyser przewidzial, z beda ludzie, ktorym film sie nie spodoba i sprowokowanie ich niecheci tez bylo zabiegiem celowym”. Czyli ogolnie widz nie ma nic do powiedzenia, bo i tak przegrywa intelektualnie z uberwyrafinowanym rezyserem. Brak tu logiki i przede wszystkim szacunku do widza jako odbiorcy sztuki, ktory zawsze ma prawo powiedziec ‚krol jest nagi a ten film/obraz/utwor to szmira’. Postawa, jaka prezentujesz, przypomina mi z wygladu arogancje. ;)

      • Twój komentarz wywodu za to przenosi nas przed wysoką ścianę. A postawa, jaką prezentujesz przypomina z wyglądu ograniczenie, zbyt szybką reakcję i niechęć do głębszego myślenia, być może zbyt dla Ciebie męczącego. Czytamy co piszesz i widzimy, że nic nie widzimy i że mamy nic nie widzieć. Racja – A B C 1 2 3 – schemat się zgadza, brzmi prosto, prosto to luźno, prosto to łatwo, prosto to przyjemnie, niech będzie, nie myślmy, film ble, głupi, a fe!

        Komentarz Joanny z kolei przywołuje nas do refleksji. Jeśli nie udało nam się jej podjąć po seansie, jako ludzie pragnący się wciąż rozwijać powinniśmy po przeczytaniu tego /wywodu/ jak najszybciej zdjąć klapki z oczu (które przyćmiły nas w momencie, gdy chcieliśmy zbyt szybko ocenić film jako fajny lub głupi) i po prostu ruszyć myślenie. Może popaść w miesięczną zadumę? Może zadawać pytania „dlaczego?”, „dlaczego?”, „dlaczego?”. Pięknie by było, gdyby dopiero wtedy, po otwarciu umysłu, widz mógł mieć coś do powiedzenia – bo wtedy miałby co powiedzieć.

    • Podpisuję się obiema rękoma i nogoma! Pod prawie wszystkim… Dopuszczam możliwość, że motywacje do obejrzenia filmu mogły być różne. Naiwnie wierzę, że jednak większość nie szła na POORNOOO, bo chyba fakt seansu w dużej sali z pewną ilością osób nie przyświeca głównemu celowi konsumowania pornoli.

      Ja sama poszłam ze względu na chłopaka, który po obejrzeniu miał najdziwniejsze w świecie wnioski i przemyślenia dotyczące świata kobiet i mężczyzn. Były one na tyle intrygujące i sprzeczne z ogólnymi opiniami o filmie, z którymi się spotkałam, że byłam ciekawa JAK on doszedł do tego wszystkiego. Super było o tym porozmawiać później.

      I fajnie było pójść razem na dwójkę. Koniec filmu, a w nas: romantyzmu – 0, pożądanie – mniejsze niż przed seansem – minusowe, natłok pytań i myśli w głowie – 400% i u niego, i u mnie. Najlepsza rzecz, jaką mogliśmy zrobić.

    • Patrycja Mucha

      Niestety, ja muszę się nie zgodzić. Tak jak autorowi tekstu nie podobał mi się film i na pewno nie dla tego, że tak bardzo chciałam obejrzeć pornosa. Jeżeli ktoś idzie na film sygnowany nazwiskiem „von Tier” to wie, że nie może liczyć na coś tak prostego. Potrafię docenić pewną stylistykę charakterystyczną dla reżysera, ale ten film wypada słabo przy innych jego dziełach. Nie podoba mi się natomiast Twoja linia obrony, bo negujesz zasadność cudzych refleksji mówiąc „nie rozumiesz, przyszedłeś pooglądać seks”. „Nimfomanka” jest przeestetyzowana i przeintelektualizowana. W dodatku odwołuje się do mega uproszczonej wiedzy o Freudzie czy ikonach, czego von Tierowi wybaczyć nie mogę. Porównania wykorzystane w filmie są bezzasadne i niczym nieumotywowane, więc nie robi potencjalnie różnicy to, że reżyser mówi o wędkarstwie a mógłby mówić kolarstwie. A to duży zarzut. przepiękne zdjęcia w zamkniętej przestrzeni i jak zwykle bardzo dobra rola Skarsgarda to plusy, ale banały w stylu „miałaś tylu kochanków i dalej jesteś samotna” rozkładają mnie na łopatki tak bardzo, że po wyjściu z kina o filmie zapomniałam i przypomniałam sobie o nim teraz. Odpowiadam jednak na Twoją wypowiedź, bo jest dla autora, i chyba dla wszystkich osób, którym film się nie podobał, krzywdząca.

  • WFrydrych

    Mam wrażenie, że te wypociny zostały stworzone przez ucznia liceum piszącego recenzje do szkolnej gazetki. Jak już stosujesz tą drażniącą mnie „wzorową stylistykę” postaraj się jeszcze, żeby to co piszesz miało jakikolwiek sens. PS „Chodzę z głową w chmurach nie patrząc pod nogi. Każdego dnia potykam się o worek doświadczeń i kontener marzeń” HE HEHE Dawno takiego chłamu nie czytałam.

  • Heh, czyżby: sztuka wysoka
    prosto
    z rynsztoka

  • jim bustard

    Autor tej recenzji nie rozumie kina Larsa von Triera i próbuje się wypromować na tak żałosnej krytyce tego filmu. Warto pójść na ten film. Warto iść na ten film a nie ulegać tego typu szajsowatym tekstom. Skoro dla autora bardziej fascynujące jest czekanie w kolejce do lekarza powinien udać się do psychiatry

  • Mateusz Buksa

    Miało być 10 powodów. Co od nr 6 do 10 brakło ci już pomysłów jak pojechać ten film?? Jakie to przykre, że w Hollywood robią filmy gdzie wszystko jest złe i do d*py, a nie ma ani jednego dobrego elementu. Ci aktorzy tam występujący to chyba są bez mózgu, jeśli się zgodzili wystąpić w filmie, który nie ma nic dobrego w sobie. Dobrze przynajmniej, że mamy takich dobrych krytyków, którzy pomogą nam dokonać wyboru, żeby nie iść na ten film, bo w końcu to sama NUDA!!!
    Jeśli ktoś nie zauważa ironii to informuję, TAK to jest IRONIA. :)

  • Czyli wyszedł nudny erotyk dla pseudo ambitnych?

  • Wczoraj zobaczyłam tytuł wpisu i myślę sobie: „e tam, pewnie kłamie. I tak pójdę i najwyżej potem sobie to przeczytam”. Poza tym uwielbiam Charlotte jako wokalistkę i głównie dla niej zdecydowałam się na ten film. Bałam się, że ze względu na jej główną rolę zmienię orientację seksualną!
    Wracam i jestem na nią obrażona. Nie pokazała cycków, to raz. Dwa, że po obejrzeniu filmu nie mam już takiej pewności, że jestem hetero, ale bynajmniej nie homo. I po trzecie, jak nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy wychodzą z kina w trakcie seansu, tak dziś czuję, że zmarnowałam swój czas (nawet mam wątpliwości, czy nie lepiej by było uczyć się na kolosa).
    Po przeczytaniu tego wpisu zgadzam się z każdym słowem. Fascynacja dziadka opowieścią Joe wydawała mi się obrzydliwa. Miałam wrażenie, że chce ją przelecieć.
    Następnym razem zaufam twojej ocenie i zaoszczędzę hajs.
    Dodam tylko, że oglądanie filmu w kinie Agrafka wzmaga efekt zażenowania filmem.
    Nerdom się podobało, dziwnie wiercili się podczas rozbieranych scen.

    • Ja oglądałem w ARSie i reakcje były podobne. Miałem wrażenie, że znaczna część widowni przyszła tylko po do, żeby zobaczyć gołą laskę poza internetem.

      • w ogóle towarzystwo w ARSie to obiekt moich kpin ilekroć tam idę.

  • Venegoor

    Janie, strasznie populistycznie podchodzisz do tematu. Von Trier jest zbzikowanym człowiekiem, i u niego to co jest na wierzchu to zawsze jest pozór. Z filmu zapamiętałeś tylko nagie pornosceny a nie dostrzegłeś sedna, i nie dostrzegłeś że film jest podzielony, tak jak ktoś wcześniej wspominał. To tak jakbyś objeżdżał LOTR: Drużyna Pierścienia za to że tam tylko podróżują i idą, nie zważając że to tylko wstęp. To był tylko przykład, nie porównuje Jacksona do von Triera. Reagujesz podobnie tak jak „widzowie” Starego Teatru i reszta nowych znawców teatru, którzy dopieprzają się teraz do Klaty, widząc w jego przedstawieniach tylko kopulacje, całkowicie zapominając co działo się w reszcie spektaktu. To nie ten kierunek. Dostrzeż drugie dno, zinterpretuj. von Trier właśnie taki jest. Zawsze piszesz fajne teksty ale ten zdecydowanie poniżej normy. Zajadę trochę ciętą ripostą, podobał Ci się Iron Man którego przyczynami powstania były kwestie zarobienia. Ja takich filmów nie oglądam bo robią siano z mózgu, a amerykańskim kinom napędzają sprzedaż popcornu i Coli. No to nie dziwmy się że nie podoba ci się Nimfomanka która zrobiona była w celach sztuki. Sztuka wymaga zrozumienia. Cytując z Nietykalnych: ” Dlaczego ludzie interesują się sztuką? Bo to ostatni ślad naszego istnienia na ziemi”

  • Wszystkie filmy z Clintem Eastwoodem – gorąco nie polecam :)

    Po Twojej recenzji mam jeszcze bardziej ochotę zobaczyć „Nimfomankę”. Ale to raczej dla porównania poglądów i wrażeń. Szczerze mówiąc, Lars się skończył już kilka lat temu. A szkoda, bo to jednak wielki reżyser BYŁ. Wystarczy wspomnieć „Idiotów”, „Królestwo” czy „Dogville”.

  • Hahahaha :)) Padłam! „o, jeździsz na wózku inwalidzkim i nie masz nóg. Jesteś kaleką?”. „O, masz kibel. Zdarza ci się srać?” – uwielbiam Cię czytać za to właśnie :))
    A o tym, co mówią aktorzy, nie decyduje reżyser, tylko scenarzysta, więc widzę, że nie tylko sam Lars jest winien efektowi końcowemu :)

  • Maja Sieńkowska

    Czemu tak kategorycznie oceniłeś coś, co przecież jeszcze się nie skończyło? Jeszcze dwie godziny filmu przed nami, znając von Triera może jeszcze przywalić.

    • Nie rozumiem pytania. Przecież to nie serial, tylko film, który autor postanowił rozdzielić na dwie odrębne części. Czy „Kill Billa” też można oceniać tylko jako zbitkę dwóch filmów?

      • Maja Sieńkowska

        Nieee, te części stanowią całość. Film w pierwotnej wersji ma 5 godzin, w kinach jest wersja skrócona do 4 godzin i podzielona na dwie części, które nie są odrębne tak jak w przypadku „Kill Billa”. Druga część ma być pod koniec stycznia.

  • Ja mimo wszystko zaryzykuję i obejrzę, choć po Twojej recenzji od razu nasuwa mi się skojarzenie z filmem „Jęk czarnego węża” (z Samuelem L. Jacksonem i Niną Ricci), który wywarł na mnie podobne wrażenie jak na Tobie „Nifomanka”. Dziękuję za podlinkowanie życzeń pana prezydenta, jeszcze ich nie widziałam i czuję się wzruszona ;)

    • „Jęk czarnego węża” momentami faktycznie był przeciągnięty i „przeduchowiony” i początkujący Justin Timberlake też nie wniósł jakiejś wartości dodanej, ale mimo wszystko dobrze się oglądało i chętnie bym go zobaczył jeszcze raz.

  • TomaszJaroszek

    Dobrze, że wpadłem na ten tekst. Zamiast do kina na ten film pójdę na burgera i spodziewam się znacznie lepszych wrażeń :

  • Sądzę, że nie chodzi o kasę, bo von Trier nigdy nie robił kina masowego – a i tutaj wydaje mi ię logiczne, że część z tych, których zachęci tytuł i opis pełen gołych dup, zniechęci nazwisko reżysera. Bo wiadomo, że jak von Trier, to trzeba się będzie upodlić, ubrudzić, będzie bolało i w ogóle – o to tu chodzi, nie o fabułę i sens. Bardziej logiczne wydaje mi się, że ostatecznie całkowicie zwariował, ale jeszcze nie oglądałam, więc nie wiem. Już w „Antychryście” był zbyt patetyczny i łopatologiczny zarazem, ale „Melancholia” była moim zdaniem genialna, więc nie skreślam go jako twórcy. Chociaż nie sądzę też, żeby zrobił kiedykolwiek drugie „Dogville”.

    Dobry film von Triera to nie taki, który się podoba, a który daje w mordę i boli przez około 2 tygodnie. ;] Na żaden film od lat nie czekałam tak jak na „Nimfomankę”, więc nie mogę się doczekać, aż będę mogła sama zająć stanowisko ;]

    btw podobno istnieje specjalna, 5,5-godzinna wersja „NImfomanki”, którą będzie można obejrzeć tylko na festiwalu w Berlinie :D

    • Saga Sachnik

      No właśnie problem w tym, że ten film nawet jedwabną chusteczką nie pacnie. Nie zachęca do własnej refleksji, bo nie ma na nią miejsca – poczciwy staruszek jak stary belfer mówi poobijanej Joe i widzowi, jak ma interpretować opowiadane przez bohaterkę wydarzenia.

      Odnośnie skakania po wątkach – wyszorowana z emocji bohaterka powinna w jakiś sposób poruszać, a zamiast tego rusza tylko tyłkiem.

  • Mjichał Zet

    Czy widziałeś Melancholię ? Jeśli tak,to co sądzisz, o tym z kolei filmie ?

    • Nie, nie widziałem, także nie mogę nic powiedzieć.

      • Mjichał Zet

        to obczaj, bo może po prostu nie lubisz von triera a nie nimfomanka jest słaba :) jak obejrzę to skontrastuje z Twoimi spostrzeżeniami,
        antychrysta nie widziałem a słyszałem że jest średni
        melancholie z kolei polecam obejrzeć na lekko niespokojnym kacu ew. delikatnej zwale. w depresji stanowczo odradzam, ten film ma w sobie coś, co spowodowało, że odczuwałem lęki i niepokój,dziwne, ale ciekawe.

        • a lepszym próbnikiem sympatii do von Triera nie będzie „Dogville”? :) „Melancholia” wydaje mi się jego najłagodniejszym obrazem.

          • Mjichał Zet

            Nie czuje się specjalistą ani od von Triera ani od duńskiego kina na tyle, żeby dyskutować tak, jakbym chciał :)
            Melancholia wywołała we mnie bardzo dziwny stan emocji, co mnie zaciekawiło, ale trochę też zryło. Nie jestem w stanie tego jednoznacznie nazwać, ale podchodziło pewien rodzaj niepokoju, jaki towarzyszy mi czasami wieczorem gdy.. przegnę z wódeczką dnia poprzedniego :) nie mylić z fizjologicznym kacem czy bólem głowy.
            więc jeśli nazywasz ten film „najłagodniejszym obrazem” Duńczyka , to ja właśnie dodałem Dogville do must see filmwebu :)
            Ostatnio również niezłe wrażenie zrobiło na mnie „Polowanie”, kto wie, może przekonam się do skandynawii.

        • Ok, sprawdzę „Melancholię”, ale żeby nie było, nie mam nic do von Triera.

  • disqus_Ft4m6qzsFo

    „Tylko bóg wybacza” – jeśli jest bardziej męczący i ryjący mózg film to nie chce na niego nigdy trafić o.O

    • Mniej, bo na „Tylko bóg wybacza” nie byłem w stanie wysiedzieć nawet do połowy, a na „Nimfomance” udało mi się.

      • disqus_Ft4m6qzsFo

        To powinnam dostać medal za wytrwałość, wysiedziałam do samego końca, ale żałuje każdej minuty.

  • Dla mnie już Antychryst był dużym rozczarowaniem. Po Nimfomance też nie spodziewałem się czegoś wielkiego, nie oglądałem, pewnie nie obejrzę. Dzięki za głos w sprawie :).

  • Łukasz Pilarski

    Odnośnie punktu pierwszego – który kawałek Rammsteina puszczono?

  • ann

    „Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek.” rozbroiłeś mnie już pierwszy zdaniem!

  • Wojciech Kopeć

    Odniosę się tylko do pkt nr 5 – oglądałem Nimfomankę poza Polską, i obie części były naraz, tj. z 15 minutową przerwą, w cenie normalnego biletu – także to chyba raczej wina dystrybutora (?) niż reżysera.

    • Jeśli tak jest, to i tak wciąż „wina” reżysera, że podpisał umowę, która pozwala dystrybutorowi na takie rzeczy.

      • Wojciech Kopeć

        Jeżeli miał do wyboru albo w ten sposób, albo w ogóle (bo może publiczność nie wysiedzi ;) to ciężko go winić ;) (oczywiście tylko hipotetyzuję)

        • Jeśli miał wątpliwości, czy publiczność wysiedzi, to znaczy, że nie był przekonany do tego co zrobił, więc mógł albo go nie puszczać w świat albo skrócić. Ja nie wrzucam tekstu na bloga, jeśli uważam, że jest za długi, aby czytelnicy byli w stanie dotrwać do końca ;)

          • Wojciech Kopeć

            Znowu – to czy publiczność wysiedzi czy nie może w dużej mierze zależeć od kraju w którym puszczany jest dany film i stąd ten cały szkopuł. Generalnie nie wydaje mi się, aby akurat von Trier łapał się takich zagrań żeby więcej zarobić ;DD

    • Saga Sachnik

      A co sądzisz o filmie?

      • Wojciech Kopeć

        Jak dla mnie film broni się dość mocną końcówką (drugiej części). Kilkakrotnie się autentycznie śmiałem, mając wrażenie, że reżyser puszcza oko do widza. Tym niemniej film jest w moim odczuciu mocno przerysowany – ot, ciekawostka, nic ponadto. No i jeśli miałbym oceniać tylko pierwszą część, to faktycznie czułbym się rozczarowany.

  • Jestem Ninją

    „temat oklepany jak tyłek Sashy Grey” boskie ;)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

„Rolowanie” – tłumaczenie na język polski

Skip to entry content

Wszyscy się śmieją z „Rolowania” Nataszy Urbańskiej, a nikt nie wie o czym jest. Po części przez naganną dykcję, po części przez lawinę ordynarnych anglojęzycznych wtrąceń. Faktycznie, nie ma możliwości, żeby cokolwiek zrozumieć po pierwszym przesłuchaniu. Po drugim zresztą też. Kluchy w ustach mieszają się z makaronizmami, z czego wychodzi jeden wielki zakalec.

Ale, że jestem masochistą i staram się za wszelką cenę wdrażać ideę „jesteśmy Polakami, mówmy po polsku”, przesłuchałem ten „utwór” kilkukrotnie, spisałem słowa, przetłumaczyłem na języki polski i nawet wytłumaczyłem ich znaczenie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, oto jest…

 

„Rolowanie” po polsku

Podmiot liryczny to osoba pracująca w szeroko rozumianej branży reklamowej. Najprawdopodobniej jest to content designer działający na własny rachunek, bądź jeden z przedstawicieli agencji. W piosence opowiada o trudach prowadzenia profilu marki na Facebooku.

Wielki mi big deal = wielka mi duża sprawa

After czy before = przed czy po

Podniósł mi się flow = poprawił mi się nastrój

Face demolation = demolka na Facebooku

Pierwsze 4 wersy odnoszą się do propozycji płatnego wywołania kryzysu w mediach społecznościowych. Mówi, że taki kryzys na stronie fanowskiej, to żadna duża sprawa, po czym pyta, czy płatność będzie przed, czy po zleceniu. Następnie słowami „podniósł mi się flow” oznajmia, że jest już gotowy, aby zrobić „demolation” na Fejsie.

 

Weź mnie na dancefloor = weź mnie na taneczną podłogę

Zrobię ci hardcore = zrobię ci twardy rdzeń

Tamten to asshole = tamten to otwór w odbycie

Zero temptation = bez kuszenia

W kolejnych 4 wersach przedstawia nieciekawe skutki spędzenia codziennie wielu godzin przed komputerem. Prosi swojego rozmówcę, aby zabrał go do miejsca, w którym można się rozerwać. Na przykład do klubu tanecznego. W zamian oferuje własnoręcznie zrobiony solidny rdzeń do twardego dysku. Od prośby, przechodzi do ofensywy, atakując konkurencję. Na celownik bierze inną osobę, która również własnoręcznie tworzy rdzenie komputerowe. Nazywa ją otworem w odbycie, przy czym zachowuje pozory nienachalnego – zaznacza, że wcale nie kusi swojego rozmówcy.

 

Mam „like it” na Fejsie = mam polubienia na Facebooku

W realu gubię się = w rzeczywistości gubię się

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Podmiot liryczny zachwala swoje umiejętności w angażowaniu fanów na prowadzonych przez siebie profilach. Deklaruje, że jego posty mają polubienia. W stwierdzeniu „w realu gubię się” widać przełom w postawie Nataszy. Publicznie przyznaje, że jest obszar w planowaniu strategii marketingowej, w którym sobie nie radzi. Nie wie jakim algorytmem rządzi się widoczność billboardów przy ulicach i plakatów na przystankach, przez co, doznaje swoistego zagubienia. Jednak już w następnym zdaniu wraca do pierwotnej pozy, w której podtrzymuje, że jest najlepsza w tym co robi, niczym królowa z bajki. Na koniec dodaje „grandmatka truje mnie” żaląc się na kobiecą personifikację edge ranku. Mimo, że wstawia świetne posty, wielka matka (edge rank) „truje” ją, ucinając im zasięg.

 

Dziary że ho ho = dobre tatuaże

Oldschoolowy Joe = zabawka z dzieciństwa (G.I. Joe)

O co kaman? No? = co się dzieje?

Nie rób tragetion = nie jest tak źle

W tej zwrotce następuje szybkie omówienie najnowszych trendów na portalu Marcka Zuckerberga. Po kotach i psach, wróciła moda na zdjęcia tatuaży (często w głupich miejscach) i wszystkich akcesoriów z dzieciństwa typu: gumy Turbo, kartridże do Pegazusa, czy właśnie figurki G.I. Joe. Najczęściej z hashtagiem „#gimbynieznajo”. Urbańska jest tym trochę zdziwiona, bo wszyscy branżowcy zapowiadali, że treść będzie szła w stronę jakości, ale ostatecznie sugeruje aby nie robić „tragetion”. Przeżyła żebrolajki, to i temu podoła.

 

Chce zresetować się = chcę zacząć od początku

Chce exit’eować się = chcę wyjść

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Urbańska boi się, że prze kupowanie fanów na Allegro z krajów arabskich, edge rank zupełnie wyrzuci jej posty z tablic użytkowników, przez co chciałaby zacząć wszystko od początku. Wyjść z portalu i utworzyć stronę fanowską jeszcze raz od zera, z czystym kontem. Na koniec powtarza afirmację osobistą „jestem królową balu” i żalenie się na facebookowy algorytm. Powtórzenie tych dwóch wersów w kontekście poprzednich, ukazuje podmiot liryczny jako człowieka z krwi i kości – z zaletami, ale i wadami. Mimo, że jest najlepszy w tym co robi, zdarza mu się popełnić błąd, od którego chciałby uciec.

 

Rolowanie blanta na backstage’u = naginanie wyników przez zmiany w kodzie

Jakaś soda, jakiś juice = trochę rozproszenia danych wyjściowych, trochę skoncentrowania danych wejściowych

Refren jest swoisty hymnem ku pokrzepieniu serc wszystkich social media specialistów. Jeśli prowadzenie profilu idzie słabiej, niż było to zakładane w umowie z klientem, zawsze można coś pomieszać w kodzie narzędzia do zliczania statystyk. Tu się zaokrągli, tu się poda wartości absolutne, a nie względne, i już liczby wyglądają dużo lepiej.

Kto z branży nigdy nie rolował blanta na backstage’u, pod koniec miesiąca, niech pierwszy rzuci kamieniem!

---> SKOMENTUJ

Przejmuję się losem ludzi. Mniej losem psów

Skip to entry content

Zazwyczaj odmawiam udziału w akcjach charytatywnych, ale Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieram odkąd miałem pierwsze kieszonkowe. W tym roku także wrzucam pieniążka do puchy. Pokazałem twarz, ujawniłem nazwisko i ściąłem włosy, żeby przekonać Cię do tego samego.

Jeśli chcesz dać dychę albo dwie, kliknij na wirtualną puszkę.

---> SKOMENTUJ