Close
Close

11 powodów, dla których nie warto iść na „Nimfomankę”

Skip to entry content

Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek. „Nimfomanka” jest jedną z takich śmierdzących niespodzianek, po obejrzeniu których część widzów boi się przyznać, że król jest nagi. Mocno się wczoraj zastanawiałem, czy iść na premierę, czy wyszorować sedes i odkurzyć dywany. I żałuję, że wybrałem jednak to pierwsze.

Czemu „Nimfomanka” jest słabsza, niż życzenia prezydenta dla facebookowiczów?

 

#1 – Tandeta, tandeta

Film zaczyna się pseudo-poetycko – czarny ekran, dźwięk padającego deszczu, nostalgia, melancholia i najazd na nieprzytomną, poobijaną i zakrwawioną kobietę na dziedzińcu starej, zapuszczonej kamienicy – po czym zaczyna grać Rammstein. Tak, Rammstein, ten hiper popularny niemiecki zespół metalowy bazujący na kiczu. Po takim wstępie nie da się dalszej części traktować poważnie.

 

#2 – Ambitne kino na siłę

Reżyser za wszelką cenę chciał usprawiedliwić kobiety z nieustannie wilgotną pochwą i odnieść ich palącą potrzebę stosunku płciowego do innych zjawisk. Wszelkie porównania są tak wymuszone, że ani nie ciekawią, ani nawet nie śmieszą, tylko żenują. To raz. Dwa, że wprowadzenie postaci dziadeczka, który z rozdziawioną japą słucha o obciąganiu przypadkowym kolesiom w środkach publicznej komunikacji i usilnie chce nadawać temu sens, obraża mnie jako widza.

 

#3 – Traktowanie wątków po łebkach

Główna bohaterka rżnie się jak świnie w ubojni. To motyw przewodni. Super.

Niestety wszystkie czynniki, które mogłyby mieć na to RACJONALNY wpływ i odciskać na Joe jakieś piętno, zostają potraktowane bardziej po macoszemu, niż Kopciuszek. Relacja z matką zostaje spłycona tak bardzo, że jestem zaskoczony, że jej postać w ogóle pojawia się w filmie. Ojciec też wiemy, że jest i nawet wiemy, że umiera, ale nie ma ani słowa z jakiego powodu. I czy rodzice mieli jakikolwiek stosunek do permanentnej rozwiązłości córki. Zasadniczo, to większość postaci pojawia się tylko jako pretekst, do pokazania pochwy na ekranie.

 

#4 – Nieudolność reżysera

W połowie filmu oprócz weny, Larsa opuszcza również zdolność do samokrytyki i nie wiedząc jak przejść od jednego miałkiego porównania do drugiego, stosuje rozwiązanie na poziomie szkółki aktorskiej dla niewidomych. Żeby móc powiązać nimfomanię z polifonią, reżyser wprowadza do rozmowy głównych bohaterów temat muzyki. Robi to tak topornie, jak tylko możesz sobie wyobrazić.

Joe po kilku godzinach przebywania w tym samym pomieszczeniu i gapienia się we wszystkie możliwe kąty, ni z tego, ni z owego, rezolutnie zagaja:

O, masz magnetofon. Słuchasz muzyki?

To stwierdzenie na poziomie „o, masz cycki. Jesteś kobietą?” lub „o, jeździsz na wózku inwalidzkim i nie masz nóg. Jesteś kaleką?”. „O, masz kibel. Zdarza ci się srać?” jest równie finezyjnym sposobem zmiany tematu rozmowy.

 

#5 – Ciśnienie na kasę

Larsowi widać ostatnio hajs się nie zgadza, bo nie dość, że porusza temat oklepany jak tyłek Sashy Grey, ale o niegasnącym potencjale komercyjnym, to jeszcze rozbija film na dwie części. I pod koniec tej pierwszej, w trakcie napisów końcowych, daje nachalną zapowiedź drugiej, która jest jedną wielką kanonadą wagin, penisów i jęków. Jeśli RedTube dałby możliwość kręcenia vlogów, to tak by właśnie wyglądały.

 

#6, 7, 8, 9, 10, 11 – N-U-D-A!

Pomimo tych wszystkich cycków, stosunków i orgazmów, „Nimfomanka” jest niewiarygodnie nuuużąca. Ostatni raz tak się wymęczyłem na „Tylko bóg wybacza” i wyszedłem po 25-ciu minutach. Już bardziej fascynujące jest czekanie w kolejce do lekarza. Serdecznie nie polecam.

Jak znacie coś równie nudnego, to dawajcie do komentarzy. Nie chciałbym się tak nadziać kolejny raz.

(niżej jest kolejny tekst)

57
Dodaj komentarz

avatar
25 Comment threads
32 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
30 Comment authors
19 rzeczy, które całkowicie ośmieszają film "Smoleńsk"Patrycja MuchaNesarahIzabela FolgaAmaktor Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Jestem Ninją
Gość
Jestem Ninją

„temat oklepany jak tyłek Sashy Grey” boskie ;)

Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

Odniosę się tylko do pkt nr 5 – oglądałem Nimfomankę poza Polską, i obie części były naraz, tj. z 15 minutową przerwą, w cenie normalnego biletu – także to chyba raczej wina dystrybutora (?) niż reżysera.

Jan Favre
Gość

Jeśli tak jest, to i tak wciąż „wina” reżysera, że podpisał umowę, która pozwala dystrybutorowi na takie rzeczy.

Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

Jeżeli miał do wyboru albo w ten sposób, albo w ogóle (bo może publiczność nie wysiedzi ;) to ciężko go winić ;) (oczywiście tylko hipotetyzuję)

Jan Favre
Gość

Jeśli miał wątpliwości, czy publiczność wysiedzi, to znaczy, że nie był przekonany do tego co zrobił, więc mógł albo go nie puszczać w świat albo skrócić. Ja nie wrzucam tekstu na bloga, jeśli uważam, że jest za długi, aby czytelnicy byli w stanie dotrwać do końca ;)

Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

Znowu – to czy publiczność wysiedzi czy nie może w dużej mierze zależeć od kraju w którym puszczany jest dany film i stąd ten cały szkopuł. Generalnie nie wydaje mi się, aby akurat von Trier łapał się takich zagrań żeby więcej zarobić ;DD

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

A co sądzisz o filmie?

Wojciech Kopeć
Gość
Wojciech Kopeć

Jak dla mnie film broni się dość mocną końcówką (drugiej części). Kilkakrotnie się autentycznie śmiałem, mając wrażenie, że reżyser puszcza oko do widza. Tym niemniej film jest w moim odczuciu mocno przerysowany – ot, ciekawostka, nic ponadto. No i jeśli miałbym oceniać tylko pierwszą część, to faktycznie czułbym się rozczarowany.

ann
Gość
ann

„Z Larsem von Trierem jest jak z dzieckiem księcia Williama – nawet jak ma zrobić kupę ludzie spodziewają się, że to będzie cukierek.” rozbroiłeś mnie już pierwszy zdaniem!

Łukasz Pilarski
Gość
Łukasz Pilarski

Odnośnie punktu pierwszego – który kawałek Rammsteina puszczono?

Jan Favre
Gość

Nie mam pojęcia.

Iga Socik
Gość
Iga Socik
Łukasz Pilarski
Gość
Łukasz Pilarski

Welp, patrząc po tłumaczeniu jest to piosenka o miłości… Z drugiej strony von Trier zawsze mógł wybrać Mein Teil :P

Wieslawowna
Gość
Wieslawowna
Nesarah
Gość
Nesarah

mówi się odnośnie DO

Andrzej Kozdęba
Gość

Dla mnie już Antychryst był dużym rozczarowaniem. Po Nimfomance też nie spodziewałem się czegoś wielkiego, nie oglądałem, pewnie nie obejrzę. Dzięki za głos w sprawie :).

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

„Rolowanie” – tłumaczenie na język polski

Skip to entry content

Wszyscy się śmieją z „Rolowania” Nataszy Urbańskiej, a nikt nie wie o czym jest. Po części przez naganną dykcję, po części przez lawinę ordynarnych anglojęzycznych wtrąceń. Faktycznie, nie ma możliwości, żeby cokolwiek zrozumieć po pierwszym przesłuchaniu. Po drugim zresztą też. Kluchy w ustach mieszają się z makaronizmami, z czego wychodzi jeden wielki zakalec.

Ale, że jestem masochistą i staram się za wszelką cenę wdrażać ideę „jesteśmy Polakami, mówmy po polsku”, przesłuchałem ten „utwór” kilkukrotnie, spisałem słowa, przetłumaczyłem na języki polski i nawet wytłumaczyłem ich znaczenie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, oto jest…

 

„Rolowanie” po polsku

Podmiot liryczny to osoba pracująca w szeroko rozumianej branży reklamowej. Najprawdopodobniej jest to content designer działający na własny rachunek, bądź jeden z przedstawicieli agencji. W piosence opowiada o trudach prowadzenia profilu marki na Facebooku.

Wielki mi big deal = wielka mi duża sprawa

After czy before = przed czy po

Podniósł mi się flow = poprawił mi się nastrój

Face demolation = demolka na Facebooku

Pierwsze 4 wersy odnoszą się do propozycji płatnego wywołania kryzysu w mediach społecznościowych. Mówi, że taki kryzys na stronie fanowskiej, to żadna duża sprawa, po czym pyta, czy płatność będzie przed, czy po zleceniu. Następnie słowami „podniósł mi się flow” oznajmia, że jest już gotowy, aby zrobić „demolation” na Fejsie.

 

Weź mnie na dancefloor = weź mnie na taneczną podłogę

Zrobię ci hardcore = zrobię ci twardy rdzeń

Tamten to asshole = tamten to otwór w odbycie

Zero temptation = bez kuszenia

W kolejnych 4 wersach przedstawia nieciekawe skutki spędzenia codziennie wielu godzin przed komputerem. Prosi swojego rozmówcę, aby zabrał go do miejsca, w którym można się rozerwać. Na przykład do klubu tanecznego. W zamian oferuje własnoręcznie zrobiony solidny rdzeń do twardego dysku. Od prośby, przechodzi do ofensywy, atakując konkurencję. Na celownik bierze inną osobę, która również własnoręcznie tworzy rdzenie komputerowe. Nazywa ją otworem w odbycie, przy czym zachowuje pozory nienachalnego – zaznacza, że wcale nie kusi swojego rozmówcy.

 

Mam „like it” na Fejsie = mam polubienia na Facebooku

W realu gubię się = w rzeczywistości gubię się

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Podmiot liryczny zachwala swoje umiejętności w angażowaniu fanów na prowadzonych przez siebie profilach. Deklaruje, że jego posty mają polubienia. W stwierdzeniu „w realu gubię się” widać przełom w postawie Nataszy. Publicznie przyznaje, że jest obszar w planowaniu strategii marketingowej, w którym sobie nie radzi. Nie wie jakim algorytmem rządzi się widoczność billboardów przy ulicach i plakatów na przystankach, przez co, doznaje swoistego zagubienia. Jednak już w następnym zdaniu wraca do pierwotnej pozy, w której podtrzymuje, że jest najlepsza w tym co robi, niczym królowa z bajki. Na koniec dodaje „grandmatka truje mnie” żaląc się na kobiecą personifikację edge ranku. Mimo, że wstawia świetne posty, wielka matka (edge rank) „truje” ją, ucinając im zasięg.

 

Dziary że ho ho = dobre tatuaże

Oldschoolowy Joe = zabawka z dzieciństwa (G.I. Joe)

O co kaman? No? = co się dzieje?

Nie rób tragetion = nie jest tak źle

W tej zwrotce następuje szybkie omówienie najnowszych trendów na portalu Marcka Zuckerberga. Po kotach i psach, wróciła moda na zdjęcia tatuaży (często w głupich miejscach) i wszystkich akcesoriów z dzieciństwa typu: gumy Turbo, kartridże do Pegazusa, czy właśnie figurki G.I. Joe. Najczęściej z hashtagiem „#gimbynieznajo”. Urbańska jest tym trochę zdziwiona, bo wszyscy branżowcy zapowiadali, że treść będzie szła w stronę jakości, ale ostatecznie sugeruje aby nie robić „tragetion”. Przeżyła żebrolajki, to i temu podoła.

 

Chce zresetować się = chcę zacząć od początku

Chce exit’eować się = chcę wyjść

Jestem królową z bajki = jestem królową z bajki

Grandmatka truje mnie = wielka matka truje mnie

Urbańska boi się, że prze kupowanie fanów na Allegro z krajów arabskich, edge rank zupełnie wyrzuci jej posty z tablic użytkowników, przez co chciałaby zacząć wszystko od początku. Wyjść z portalu i utworzyć stronę fanowską jeszcze raz od zera, z czystym kontem. Na koniec powtarza afirmację osobistą „jestem królową balu” i żalenie się na facebookowy algorytm. Powtórzenie tych dwóch wersów w kontekście poprzednich, ukazuje podmiot liryczny jako człowieka z krwi i kości – z zaletami, ale i wadami. Mimo, że jest najlepszy w tym co robi, zdarza mu się popełnić błąd, od którego chciałby uciec.

 

Rolowanie blanta na backstage’u = naginanie wyników przez zmiany w kodzie

Jakaś soda, jakiś juice = trochę rozproszenia danych wyjściowych, trochę skoncentrowania danych wejściowych

Refren jest swoisty hymnem ku pokrzepieniu serc wszystkich social media specialistów. Jeśli prowadzenie profilu idzie słabiej, niż było to zakładane w umowie z klientem, zawsze można coś pomieszać w kodzie narzędzia do zliczania statystyk. Tu się zaokrągli, tu się poda wartości absolutne, a nie względne, i już liczby wyglądają dużo lepiej.

Kto z branży nigdy nie rolował blanta na backstage’u, pod koniec miesiąca, niech pierwszy rzuci kamieniem!

Przejmuję się losem ludzi. Mniej losem psów

Skip to entry content

Zazwyczaj odmawiam udziału w akcjach charytatywnych, ale Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy wspieram odkąd miałem pierwsze kieszonkowe. W tym roku także wrzucam pieniążka do puchy. Pokazałem twarz, ujawniłem nazwisko i ściąłem włosy, żeby przekonać Cię do tego samego.

Jeśli chcesz dać dychę albo dwie, kliknij na wirtualną puszkę.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!