Close
Close

Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?

Skip to entry content
Pierwszy odcinek pogotowia życiowego wyszedł świetnie! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak zaangażowaliście się w sprawę M. i szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że tak bardzo będziecie starali się jej pomóc. Wielkie dzięki, że potraktowaliście jej problem serio i merytorycznie debatowaliście w komentarzach nad tym, co można zrobić w tej sytuacji. A wszystko w atmosferze wzorowej kultury. Główna zainteresowana również była wdzięczna, a ja osobiście jestem dumny, że mam takich ludzi na blogu.

W drugim odcinku również mamy kwestię natury związkowej, a w zasadzie po-związkowej. Czytelniczce, która napisała do mnie z tym problemem, wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia i że w jej przypadku już nic się nie zmieni. Jest to oczywiście nieprawdą, jednak wiele osób, a zwłaszcza dziewczyn, po pierwszym poważnym związku reaguje w ten sposób, dlatego właśnie chciałem poruszyć z Wami ten temat w ramach cyklu „Pogotowie Życiowe”.

 

Było miło, ale się skończyło

Ponad rok temu zostawił mnie facet (po kilku latach,nie podając mi właściwie żadnego powodu – jakże oryginalne:)). Wydawało mi się,że już mi przeszło, że wszystko super, żyję mam dużo zajęć, hobby, pracę itp. ale mimo,że chciałabym kogoś poznać, to na samą myśl o tym mam ochotę się schować i boję się nawet pomyśleć o związku. Ostatnio dowiedziałam się,że mój były ma już nową dziewczynę i poczułam się tak,jakby mnie ktoś przejechał walcem, aż mi się niedobrze zrobiło, oczywiście się poryczałam, bo to przecież niesprawiedliwe:P (co z tą karmą?!) i niestety okazało się,że najwidoczniej cały czas się oszukiwałam,że już nic nie czuję i kompletnie mnie to wszystko nie rusza.

I tak się teraz zastanawiam właśnie, czy to jest w ogóle możliwe, żeby zapomnieć kiedyś o tym wszystkim i żyć od nowa z kimś innym, że nadejdzie taki dzień, że jak zobaczę byłego, albo, że kiedy znowu do mnie dzwoni, to nie będę miała rozstroju żołądka i ochoty zapadnięcia się pod ziemię? Nie umiem sobie nawet wyobrazić,żeby znaleźć kogoś jak on, poprzeczkę ustawił bardzo wysoko. A przede wszystkim – czy to możliwe ,że przestanę się bać nowego związku? To był mój pierwszy facet i pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Wszyscy moi przyjaciele mi wmawiają, że będzie okej, że poznam jeszcze swoje wielkie love i będę szczęśliwa, tylko,że każde z nich jest w szczęśliwym związku i nie mają pojęcia jak to jest. Mam tylko jedną koleżankę, która jest sama ponad 2 lata i mówi,że czuje się kompletnie „damaged” i nie da rady się z nikim związać.

Paula

Tak jak poprzednio, pierwsze 24 godziny należą do Was. Wrzucacie swoje spojrzenie na sytuację Pauli i piszecie co może zrobić, żeby odmulić się z poprzedniego związku i ruszyć do przodu. Jak ktoś wybitnie ciężko przeżywał rozstanie po pierwszej wielkiej miłości, to też śmiało może podzielić się doświadczeniami, a jutro ja dorzucam swoje 3 grosze.

Cytując najsławniejszy utwór jednego z najmniej utalentowanych zespołów, którego nazwa nawiązuje do pojemności flaszek wódki: jak zapomnieć?

 

Nie powiem nic odkrywczego, ale rozstania po poważnych związkach (a takim bez wątpienie można nazwać relację, która trwała kilka lat) zawsze są ciężkie. Zwłaszcza jeśli kończą się nagle i bez podania wyraźnego powodu. Fakt, że był to Twój pierwszy facet, potęguje sytuację, jednak biorąc pod uwagę jak młoda jesteś, to z pewnością nie będzie Twój ostatni. Jeśli oczywiście nie zostaniesz zakonnicą.

Najprawdopodobniej nie możesz się ogarnąć z życiem i pójść do przodu, bo idealizujesz swojego byłego. W Twojej pamięci jest rycerzem w lśniącej zbroi, który zawsze myje ręce po sikaniu, jednak coś musiało być na rzeczy, skoro się rozstaliście. Nigdy nie jest tak, że między parą jest idealnie i bez powodu kończy współpracę. Jeśli związek się rozlatuje, to musiało coś się nie zazębiać między obiema stronami, tyle, że jedna z nich mogła tego nie zauważać.

Myślenie o wadach Twojego byłego raczej jest bez sensu, bo dopóki nie zauważysz ich na realnym przykładzie, nie przyjmiesz ich na poziomie emocjonalnym. Nie jestem wyznawcą idei, że kaca trzeba zapijać klinem, ale im szybciej zaczniesz spotykać się z innymi facetami, tym szybciej urealnisz obraz poprzedniego i wyrzucisz go z głowy. Nie randkuj z nimi, po to żeby kogoś znaleźć, ale żeby mieć jakikolwiek porównanie. Na luzie, bez ciśnienia na cokolwiek. Dla zabawy.

Do tej pory jadłaś tylko bułkę z polędwicą sopocką, a nie zdajesz sobie sprawy, że jest jeszcze szynka parmeńska, czy choćby chorizo, które może Ci dużo bardziej smakować. Naprawdę chciałabyś jeść całe życie schabowego, nie próbując nigdy de volaille’a? Im więcej innych mężczyzn poznasz, zobaczysz jacy są, jak się z nimi spędza czas, jaki mają stosunek do Ciebie, tym więcej zachowań ocenisz jako irytujące u swojego byłego.

Nie zdziwiłbym się, gdybyś po pewnym czasie stwierdziła, że był beznadziejny i w sumie to nie masz pojęcia jak mogłaś z nim wytrzymać tyle czasu.

Abstrahując od tego, społeczeństwo i komedie romantyczne lansują taki model, w którym spotyka się tego jednego jedynego, płodzi się pół drużyny piłkarskiej i jest się z nim, aż wypadną wszystkie zęby. Ludzie czytają o tym w gazetach, oglądają to w telewizorach i myślą, że tak MUSI być. A tak logicznie rzecz biorąc, to aż nienaturalne, żeby dwie osoby, które są odrębnymi bytami, reagują na bodźce ze świata, zmieniają się pod wpływem tego co ich spotyka, były ze sobą całe życie równie szczęśliwe.

Dużo lepiej przyjąć, że spotykasz kogoś, jest Ci z nim dobrze, ale do pewnego momentu. Po jakimś czasie zmieniacie się na tyle, że Wasze oczekiwania się rozmijają i idziecie dalej osobno. A potem spotykasz kogoś innego i sytuacja się powtarza. Dla mnie to zdrowsze, niż wmawianie sobie, że jeśli nie będzie się z jedną osobą, aż do śmierci, to życie jest nieudane.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Zawsze gdy jestem śmiertelnie chory myślę o lajkach

Skip to entry content

Byłeś kiedyś chory na coś, czego współczesna medycyna nie potrafi jeszcze wyleczyć? Skoro to czytasz, to podejrzewam, że nie, ale spróbuj sobie wyobrazić taką sytuację.

Jesteś dzieciakiem. W podstawówce. Wszyscy Twoi koledzy spędzają dnie na grze w piłę, oglądaniu „Drużyny A” i podciąganiu spódniczek koleżankom z klasy, a Ty leżysz w łóżku. W szpitalu. Z kroplówką w ręce. Sala, na której leżysz jest obskurna, łóżko ma zdartą farbę, sufit jest pożółkły, a z kibla z daleka wali moczem. Jak w większości szpitali.

W przerwie między jednym pobytem w szpitalu, a drugim, masz indywidualny tok nauczania. Starasz się brać udział w tych lekcjach, ale ból kończyn od ciągłego brania sterydów i biegunki od faszerowania się wszystkimi innymi lekami, skutecznie Ci utrudniają przyswojenie czegokolwiek. Zresztą, wiesz, że to i tak bez sensu, bo zanim będziesz miał okazję wykorzystać cokolwiek czego się nauczyłeś najprawdopodobniej będziesz już martwy.

Odsiadujesz wyrok zamknięty w klatce szpitala i marzysz o tym, żeby móc choć raz w życiu pojechać z rówieśnikami na wycieczkę rowerową.  Albo chociaż zrobić wyścigi międzyosiedlowe. W zasadzie to jak byście się przejechali 3 razy wokół bloku, to też było by zajebiście. Fantazjujesz, że może stanie się cud. Że szaleni amerykańscy naukowcy, którzy stwierdzają obecność wodoru w wodzie, tym razem wynajdą coś sensownego. Na przykład lek na Twoją chorobę.

I będziesz mógł żyć.

Co prawda nie jak normalny człowiek, bo choroba i regularne przyjmowanie sterydów nieodwracalnie spustoszyły Twój organizm, ale na tyle swobodnie, by pójść na szkolną dyskotekę. Albo pojechać na kolonie wakacyjne. Budować zamki z piasku i puszczać latawce. Z kolegami. Jak normalne dziecko. Niestety jesteś z tym problemem już tyle czasu, że powoli dochodzi do Ciebie, że to nie przejdzie. Że tak już będzie zawsze, aż do śmierci, która, z tego też zaczynasz zdawać sobie sprawę, przyjdzie szybciej niż później.

Budzisz się i zasypiasz z myślą o tym, jak gówniany jest Twój los, zastanawiając się jaką zbrodnię popełniłeś w poprzednim życiu, aż tu nagle niespodzianka! Internauci założyli profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym jest Twoje zdjęcie i można napisać, że się to lubi. Nie szukają metody, która mogłaby Cię uzdrowić, nie zbierają pieniędzy na Twoje leczenie, nawet zabawek, żebyś mniej boleśnie znosił pobyt w szpitalu. Zbierają polubienia profilu w internecie.

Pomocne, prawda?

---> SKOMENTUJ

Tekst z emotikonami jest jak seks na viagrze

Skip to entry content

Miałaś zostać w domu, bo świat jest zły i tylko paczka Carte d’Or przepijana Kadarką Cię rozumie, ale dałaś się namówić. Wariatki z pracy wyciągnęły Cię na miasto. Najpierw kilka shotów w Pijalni Wódki, potem jedno małe w Bombie i ruszacie na polowanie na Szewską.

14-centymetrowe szpilki sprawiają, że każdy śmielszy ruch graniczy z upadkiem, ale wiesz że wyglądasz w nich jak playmate roku, więc wchodzisz do klubu krokiem modelki Victoria’s Secret. Poza tym to Louboutiny, więc nawet gdybyś miała grubą dupę i słaniała się między stolikami, wszyscy i tak patrzyliby na Ciebie jak na gwiazdę.

Stojąc przy barze jakiś studencina chce Ci postawić Kasztelana, ale Ty nie jesteś żoną pastora żeby polecieć na piwo. Spławiasz go uśmiechem politowania i zamawiasz Martini ze Spirtem, nachylając się do barmana na tyle, by sam wpadł na to, że ma tam też dolać wódki. Bierzesz łyka i idąc w stronę parkietu czujesz na pośladkach wzrok wszystkich facetów, którzy nie stoją do Ciebie przodem. Jest dobrze, ta noc będzie Twoja.

Tańce, hulanki, swawole i jakiś kilkunastu kolesi, którym musiałaś wmówić, że jesteś lesbijką, żeby przestali Cię katować tekstami o „niebiańskich oczach”. Erazmusy, metroseksy i informatycy, aż nagle, jak czynny spożywczy w pierwszy dzień świąt, przy wejściu do sali dla palących pojawia się on  – wysoki, dobrze zbudowany, z lekkim zarostem. Już od samego patrzenia na jego kark robi Ci się mokro. Wyciągasz paczkę mentolowych Vogue’ów i biegniesz zagadać o ogień.

Łyka haczyk, pyta Cię o imię i trzyma za rękę ciut mocniej, niż powinien, gdy idziecie na parkiet. Tańce, hulanki, swawole i twarde sutki, gdy dotyka dekoltu na Twoich plecach. Jeszcze raz otrze się o Ciebie biodrami i eksplodujesz. Chcesz go mieć! Teraz! Przy sobie! W łóżku! W sobie!

Gładzisz go po potylicy przyciągając ku sobie i mówisz, że chciałabyś pójść w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie wiesz czy źle Cię zrozumiał, czy zostawił mleko na gazie, ale z niedowierzaniem słuchasz jak mówi, że mieszka niedaleko i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby, jak wychodzicie z klubu. Tak, to dzieje się naprawdę. Idziecie do niego. Do turbo-zabójczo-przystojnego bruneta przypominającego we wszystkim Ryana Goslinga, poza akcentem i kolorem włosów. Wyrwałaś najlepsze ciacho na imprezie. Jesteś niezła, naprawdę. Co prawda, gdyby nie kumpele, leżałabyś w brudnych dresach na kanapie i obżerała się lodami oglądając „How I met your mother”, ale teraz zaliczysz seks kwartału.

Jak tylko wejdziecie do jego mieszkania będziecie się rżnąć do nieprzytomności!

Wchodzicie. Meble z IKEI, świeże owoce na stole i żadnych pustych butelek przy kanapie, ani brudnych naczyń w zlewie. Cholera, jest czyściej, niż u Ciebie. Bierze kieliszki na nóżce, wyciąga z lodówki coś, co ani nie wygląda na Fresco, ani na Sophię i puszcza Pink Floydów. Albo ten koleś jest ideałem albo masz halucynacje od nowego lakieru do paznokci. Gdy kołyszecie się w podejrzanie bliskiej odległości od kanapy, mruczy Ci do ucha, że świetnie wyglądasz w tej akwamarynowej sukience, ale jeszcze bardziej do twarzy będzie Ci w samych Palmersach.

W przypływie trzeźwości robisz to, co robi każda kobieta, gdy ma za dużo czasu na myślenie – zastanawiasz czy wyglądasz idealnie. A przynajmniej na tyle perfekcyjnie, żeby po zrzuceniu kiecki nie stać się żabą w oczach tego księcia z bajki.

Biegniesz do łazienki pod pretekstem, pod którym laski zawsze wymykają się do kibla, i zaczynasz gapić się w lustro. Gapisz się, gapisz, i gapisz, i widzisz na swojej twarzy więcej niedociągnięć, niż retuszer zdjęć Madonny. Gapisz się dalej i okazuje się, że masz krzywe nogi, grube uda, asymetryczne wcięcia w talii, nienaturalnie wypukłe nadgarstki i przeraźliwie nijakie łopatki, co z pewnością zauważył każdy w klubie, łącznie z niedowidzącym didżejem. A już na pewno Twój książę.

Pewność siebie spadła Ci do -15. W wariackim transie poprawiasz makijaż, płuczesz usta, spryskujesz stopy perfumami i modlisz się, żeby nie wyrzucił Cię z sypialni, gdy już będziesz naga.

Chcesz to zrobić. Wizualizujesz jak bierze Cię od tyłu odkąd zobaczyłaś go przy palarni, ale paraliżuje Cię lęk, że jesteś za mało atrakcyjna. Przeraża Cię, że możesz nie być na tyle pociągająca, żeby go podniecić. Że gdy zaczniecie się miziać, lizać i gryźć, coś nie zatrybi. Boisz się, że mu się nie spodobasz. Nie na tyle, żeby jego ciało zareagowało, tak jak byś chciała. Twoje feromony, Twoja gra wstępna, Twoje zdolności uwodzicielki, Twoje łóżkowe umiejętności będą za słabe, żeby mu stanął.

Masz dwa wyjścia. Pierwsze – uwierzyć w to, że jesteś laską z kalendarza Pirelli, którą byłaś jeszcze godzinę temu w klubie, i dać mu grę wstępną, po której dojdzie bez wyciągania go ze spodni. Drugie – wrzucić mu viagrę do wina i cieszyć się, że po niebieskiej tabletce na pewno stanie. Nawet jeśli miałabyś makijaż jak Andrzej Gołota po walce, krzywe zęby, najbardziej wypukłe nadgarstki na świecie i zero pojęcia o tym, co zrobić, żeby postawić go do pionu.

Niby oba sposoby dają zbliżony efekt, ale przy drugim czujesz, że to nie tak powinno być. Że sama powinnaś doprowadzić do tej reakcji, a nie ją wymuszać. Że to dzieje się sztucznie. Że to lekkie oszustwo. Że to jak gra na kodach. Że satysfakcja z tego jest dużo mniejsza.

Tak samo jest emotikonami w tekście. Mogę się starać jak maniak, rzeźbić kolejne zdania, pieczołowicie dobierając każde słowo i wierząc, że po którymś porównaniu z kolei zaplujesz monitor herbatą. Mogę też wstawić dwukropek-nawias i mieć pewność, że również uniesiesz kąciki ust ku górze. Przy czym to drugie będzie pójściem na skróty, oznaką braku wiary we własne umiejętności. Dlatego nigdy tego nie robię.

Jeśli chcę Cię rozśmieszyć, to piszę tak abyś dostała skurczu brzucha i nabawiła się zmarszczek mimicznych. Nie wstawiam emotikonek.

---> SKOMENTUJ