Close
Close

Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?

Skip to entry content
Pierwszy odcinek pogotowia życiowego wyszedł świetnie! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak zaangażowaliście się w sprawę M. i szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że tak bardzo będziecie starali się jej pomóc. Wielkie dzięki, że potraktowaliście jej problem serio i merytorycznie debatowaliście w komentarzach nad tym, co można zrobić w tej sytuacji. A wszystko w atmosferze wzorowej kultury. Główna zainteresowana również była wdzięczna, a ja osobiście jestem dumny, że mam takich ludzi na blogu.

W drugim odcinku również mamy kwestię natury związkowej, a w zasadzie po-związkowej. Czytelniczce, która napisała do mnie z tym problemem, wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia i że w jej przypadku już nic się nie zmieni. Jest to oczywiście nieprawdą, jednak wiele osób, a zwłaszcza dziewczyn, po pierwszym poważnym związku reaguje w ten sposób, dlatego właśnie chciałem poruszyć z Wami ten temat w ramach cyklu „Pogotowie Życiowe”.

 

Było miło, ale się skończyło

Ponad rok temu zostawił mnie facet (po kilku latach,nie podając mi właściwie żadnego powodu – jakże oryginalne:)). Wydawało mi się,że już mi przeszło, że wszystko super, żyję mam dużo zajęć, hobby, pracę itp. ale mimo,że chciałabym kogoś poznać, to na samą myśl o tym mam ochotę się schować i boję się nawet pomyśleć o związku. Ostatnio dowiedziałam się,że mój były ma już nową dziewczynę i poczułam się tak,jakby mnie ktoś przejechał walcem, aż mi się niedobrze zrobiło, oczywiście się poryczałam, bo to przecież niesprawiedliwe:P (co z tą karmą?!) i niestety okazało się,że najwidoczniej cały czas się oszukiwałam,że już nic nie czuję i kompletnie mnie to wszystko nie rusza.

I tak się teraz zastanawiam właśnie, czy to jest w ogóle możliwe, żeby zapomnieć kiedyś o tym wszystkim i żyć od nowa z kimś innym, że nadejdzie taki dzień, że jak zobaczę byłego, albo, że kiedy znowu do mnie dzwoni, to nie będę miała rozstroju żołądka i ochoty zapadnięcia się pod ziemię? Nie umiem sobie nawet wyobrazić,żeby znaleźć kogoś jak on, poprzeczkę ustawił bardzo wysoko. A przede wszystkim – czy to możliwe ,że przestanę się bać nowego związku? To był mój pierwszy facet i pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Wszyscy moi przyjaciele mi wmawiają, że będzie okej, że poznam jeszcze swoje wielkie love i będę szczęśliwa, tylko,że każde z nich jest w szczęśliwym związku i nie mają pojęcia jak to jest. Mam tylko jedną koleżankę, która jest sama ponad 2 lata i mówi,że czuje się kompletnie „damaged” i nie da rady się z nikim związać.

Paula

Tak jak poprzednio, pierwsze 24 godziny należą do Was. Wrzucacie swoje spojrzenie na sytuację Pauli i piszecie co może zrobić, żeby odmulić się z poprzedniego związku i ruszyć do przodu. Jak ktoś wybitnie ciężko przeżywał rozstanie po pierwszej wielkiej miłości, to też śmiało może podzielić się doświadczeniami, a jutro ja dorzucam swoje 3 grosze.

Cytując najsławniejszy utwór jednego z najmniej utalentowanych zespołów, którego nazwa nawiązuje do pojemności flaszek wódki: jak zapomnieć?

 

Nie powiem nic odkrywczego, ale rozstania po poważnych związkach (a takim bez wątpienie można nazwać relację, która trwała kilka lat) zawsze są ciężkie. Zwłaszcza jeśli kończą się nagle i bez podania wyraźnego powodu. Fakt, że był to Twój pierwszy facet, potęguje sytuację, jednak biorąc pod uwagę jak młoda jesteś, to z pewnością nie będzie Twój ostatni. Jeśli oczywiście nie zostaniesz zakonnicą.

Najprawdopodobniej nie możesz się ogarnąć z życiem i pójść do przodu, bo idealizujesz swojego byłego. W Twojej pamięci jest rycerzem w lśniącej zbroi, który zawsze myje ręce po sikaniu, jednak coś musiało być na rzeczy, skoro się rozstaliście. Nigdy nie jest tak, że między parą jest idealnie i bez powodu kończy współpracę. Jeśli związek się rozlatuje, to musiało coś się nie zazębiać między obiema stronami, tyle, że jedna z nich mogła tego nie zauważać.

Myślenie o wadach Twojego byłego raczej jest bez sensu, bo dopóki nie zauważysz ich na realnym przykładzie, nie przyjmiesz ich na poziomie emocjonalnym. Nie jestem wyznawcą idei, że kaca trzeba zapijać klinem, ale im szybciej zaczniesz spotykać się z innymi facetami, tym szybciej urealnisz obraz poprzedniego i wyrzucisz go z głowy. Nie randkuj z nimi, po to żeby kogoś znaleźć, ale żeby mieć jakikolwiek porównanie. Na luzie, bez ciśnienia na cokolwiek. Dla zabawy.

Do tej pory jadłaś tylko bułkę z polędwicą sopocką, a nie zdajesz sobie sprawy, że jest jeszcze szynka parmeńska, czy choćby chorizo, które może Ci dużo bardziej smakować. Naprawdę chciałabyś jeść całe życie schabowego, nie próbując nigdy de volaille’a? Im więcej innych mężczyzn poznasz, zobaczysz jacy są, jak się z nimi spędza czas, jaki mają stosunek do Ciebie, tym więcej zachowań ocenisz jako irytujące u swojego byłego.

Nie zdziwiłbym się, gdybyś po pewnym czasie stwierdziła, że był beznadziejny i w sumie to nie masz pojęcia jak mogłaś z nim wytrzymać tyle czasu.

Abstrahując od tego, społeczeństwo i komedie romantyczne lansują taki model, w którym spotyka się tego jednego jedynego, płodzi się pół drużyny piłkarskiej i jest się z nim, aż wypadną wszystkie zęby. Ludzie czytają o tym w gazetach, oglądają to w telewizorach i myślą, że tak MUSI być. A tak logicznie rzecz biorąc, to aż nienaturalne, żeby dwie osoby, które są odrębnymi bytami, reagują na bodźce ze świata, zmieniają się pod wpływem tego co ich spotyka, były ze sobą całe życie równie szczęśliwe.

Dużo lepiej przyjąć, że spotykasz kogoś, jest Ci z nim dobrze, ale do pewnego momentu. Po jakimś czasie zmieniacie się na tyle, że Wasze oczekiwania się rozmijają i idziecie dalej osobno. A potem spotykasz kogoś innego i sytuacja się powtarza. Dla mnie to zdrowsze, niż wmawianie sobie, że jeśli nie będzie się z jedną osobą, aż do śmierci, to życie jest nieudane.

(niżej jest kolejny tekst)

40
Dodaj komentarz

avatar
26 Comment threads
14 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
30 Comment authors
sandrinyMariola WronaWartoszJan FavreMarcin Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Erillsstsyle
Gość

Jeśli Cię to pocieszy Paulo to mi z krwiobiegu ostatni ex wychodził cztery lata. Wydaje mi się, źe czas wypłukiwania takich jednostej jest zależny od tego jak bardzo było się w związek zaangażowanym. Im intensywniejsza i typowo motylowa miłośc tym cięzej ją strawić. Ale to nie znaczy źe się nie sa. Najgorsze co można w tej sytuacji zrobić to myśleć o tym dkaczego on kogos ma a ja nie i pławić się w uczuciu niesprawiedliwości i tego, że ktos kto nas skrzywdził jest szczesliwy. Wiem, ze mowi się zawsze łatwo a robi trudniej. Ale mozesz mi wierzyć na słowo, ze… Czytaj więcej »

Caroline
Gość

Zastanawiam się ile masz lat, ale tak sobie wywnioskowałam, że skoro piszesz tutaj maila to pewnie ok 20. Jesteś młoda i zapewne atrakcyjna, więc nie martw się – jeszcze będziesz miała przewagę nad nim! Jak zobaczy Cię szczęśliwą i uśmiechniętą z innym facetem. A Ty nie myśl, że jest jeden facet na świecie. Skoro Cię rzucił, to znaczy, że jest w grupie „faceci dupki”.
Pozdrawiam i trzymam kciuki! :)

Boomer
Gość
Boomer

Karolina, to że rzucił, nie musi oznaczać z automatu, że jest dupkiem :)

Dominika Polok
Gość
Dominika Polok

Popieram, nie ma nic gorszego niż wrzucanie wszystkich do jednego worka ;)

Caroline
Gość

Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka i nie mam takiego zamiaru. Sklasyfikowałam do „facetem-dupkiem” dlatego, że nie podał powodu rozstania, co powinno mieć miejsce. Zrozumiałabym, jeśli powiedziałby, że się dusi w związku, chce czegoś nowego – cokolwiek. Dziewczyna byłaby załamana, ale przynajmniej wiedziałaby o co chodzi. A tak to nie wie nic.

Dominika Polok
Gość
Dominika Polok

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że ja też kończąc związek nie wyjaśniłam dlaczego właściwie to robię – głowy nie dam, bo niewiele z tego pamiętam (emocje mode: on), ale to całkiem możliwe. Teraz się tego cholernie wstydzę, ale wtedy po prostu nie umiałam wyjaśnić o co chodzi i co kłębi się w mojej głowie. Sama zrozumiałam to dopiero po jakimś czasie. Nie którzy są dupkami, a niektórzy nie radzą sobie z własnymi uczuciami…

Asia
Gość
Asia

Ale czy to chodzi o jakąkolwiek „przewagę”? Dziewczyny po rozstaniu mają taką głupią zasadę – „muszę poznać kogoś i sprawić, żeby on zobaczył, jaka jestem szczęśliwa. To sprawi, że będę lepsza od niego.”
W niczym to nie pomaga. Wiem, bo niestety sama tak zrobiłam.
Ludzie się ze sobą rozstają i to jest ciężkie. Ale szukanie sposobów na bycie „lepszym od ex” jest straszne.

iamperzyk
Gość
iamperzyk

Zdecydowanie popieram to co napisała Erillsstsyle, czas to jedyne lekarstwo, które faktycznie działa w takich przypadkach. Szukanie kogoś, bo nie chce się być samym/samą przynosi zupełnie odwrotne i niepożądane efekty. Krzywdzimy i siebie, i tą drugą osobę. Najlepiej właśnie zapełnić sobie czas zajęciami, które będą trzymały nas z dala od myślenia o „głupotach”. Więc głowa do góry, a z biegiem czasu wszystko się poukłada w najlepsze :)

Monika
Gość

Jedyne do Ci mogę pomóc to…zaakceptuj to. Cierp, mniej rozstrój żołądka, nie umawiaj się na randki, porównuj wszystkich z nim, nie daj sobie wmówić, że musisz kogoś mieć i przede wszystkim nie słuchaj koleżanek. Zajmij się sobą, z wkurzenia pracuj jeszcze lepiej, awansuj, jedź na wakacje do Chin. Nie myśl o tym czy kiedyś przestaniesz się bać kolejnego związku. Nie staraj się z tym na siłę walczyć. Po prostu to zaakceptuj, a wtedy samo przejdzie.

Boomer
Gość
Boomer

Monika powiedziała wszystko w tym temacie :)

Martyna Kubicka
Gość
Martyna Kubicka

chciałam coś mądrego napisać, ale tu Monika mi wyczerpała prawie stanowisko. dodałabym tylko jedno: nie miej wyrzutów sumienia, że tak reagujesz. pozwól sobie na to. nie zastanawiaj się, czy to za długo trwa, czy już nie powinnaś być dawno ogarnięta. widocznie tyle czasu Ci potrzebne

grejfrut
Gość

Przede wszystkim przestań zadawać sobie pytania typu: czy ja ponzam jeszcze kogoś takiego / czy poznam w ogóle kogoś/ czy spotkam miłość swojego życia. Tak, na pewno tak będzie ale tylko pod warunkiem, że przestaniesz się nad tym zastanawiać. Miłości się nie szuka, ona po prostu pojawia się któregoś dnia i tyle. A to, że były ma już kogoś to nic takiego – powodów może być wiele. Sa osoby, które nie potrafią być same i po prostu ta nowa osoba jest tylko wypełniaczem bez większego zaczenia. Może też być tak, ze dla niego ty wcale nie byłaś tą jedyna i… Czytaj więcej »

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Zawsze gdy jestem śmiertelnie chory myślę o lajkach

Skip to entry content

Byłeś kiedyś chory na coś, czego współczesna medycyna nie potrafi jeszcze wyleczyć? Skoro to czytasz, to podejrzewam, że nie, ale spróbuj sobie wyobrazić taką sytuację.

Jesteś dzieciakiem. W podstawówce. Wszyscy Twoi koledzy spędzają dnie na grze w piłę, oglądaniu „Drużyny A” i podciąganiu spódniczek koleżankom z klasy, a Ty leżysz w łóżku. W szpitalu. Z kroplówką w ręce. Sala, na której leżysz jest obskurna, łóżko ma zdartą farbę, sufit jest pożółkły, a z kibla z daleka wali moczem. Jak w większości szpitali.

W przerwie między jednym pobytem w szpitalu, a drugim, masz indywidualny tok nauczania. Starasz się brać udział w tych lekcjach, ale ból kończyn od ciągłego brania sterydów i biegunki od faszerowania się wszystkimi innymi lekami, skutecznie Ci utrudniają przyswojenie czegokolwiek. Zresztą, wiesz, że to i tak bez sensu, bo zanim będziesz miał okazję wykorzystać cokolwiek czego się nauczyłeś najprawdopodobniej będziesz już martwy.

Odsiadujesz wyrok zamknięty w klatce szpitala i marzysz o tym, żeby móc choć raz w życiu pojechać z rówieśnikami na wycieczkę rowerową.  Albo chociaż zrobić wyścigi międzyosiedlowe. W zasadzie to jak byście się przejechali 3 razy wokół bloku, to też było by zajebiście. Fantazjujesz, że może stanie się cud. Że szaleni amerykańscy naukowcy, którzy stwierdzają obecność wodoru w wodzie, tym razem wynajdą coś sensownego. Na przykład lek na Twoją chorobę.

I będziesz mógł żyć.

Co prawda nie jak normalny człowiek, bo choroba i regularne przyjmowanie sterydów nieodwracalnie spustoszyły Twój organizm, ale na tyle swobodnie, by pójść na szkolną dyskotekę. Albo pojechać na kolonie wakacyjne. Budować zamki z piasku i puszczać latawce. Z kolegami. Jak normalne dziecko. Niestety jesteś z tym problemem już tyle czasu, że powoli dochodzi do Ciebie, że to nie przejdzie. Że tak już będzie zawsze, aż do śmierci, która, z tego też zaczynasz zdawać sobie sprawę, przyjdzie szybciej niż później.

Budzisz się i zasypiasz z myślą o tym, jak gówniany jest Twój los, zastanawiając się jaką zbrodnię popełniłeś w poprzednim życiu, aż tu nagle niespodzianka! Internauci założyli profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym jest Twoje zdjęcie i można napisać, że się to lubi. Nie szukają metody, która mogłaby Cię uzdrowić, nie zbierają pieniędzy na Twoje leczenie, nawet zabawek, żebyś mniej boleśnie znosił pobyt w szpitalu. Zbierają polubienia profilu w internecie.

Pomocne, prawda?

Tekst z emotikonami jest jak seks na viagrze

Skip to entry content

Miałaś zostać w domu, bo świat jest zły i tylko paczka Carte d’Or przepijana Kadarką Cię rozumie, ale dałaś się namówić. Wariatki z pracy wyciągnęły Cię na miasto. Najpierw kilka shotów w Pijalni Wódki, potem jedno małe w Bombie i ruszacie na polowanie na Szewską.

14-centymetrowe szpilki sprawiają, że każdy śmielszy ruch graniczy z upadkiem, ale wiesz że wyglądasz w nich jak playmate roku, więc wchodzisz do klubu krokiem modelki Victoria’s Secret. Poza tym to Louboutiny, więc nawet gdybyś miała grubą dupę i słaniała się między stolikami, wszyscy i tak patrzyliby na Ciebie jak na gwiazdę.

Stojąc przy barze jakiś studencina chce Ci postawić Kasztelana, ale Ty nie jesteś żoną pastora żeby polecieć na piwo. Spławiasz go uśmiechem politowania i zamawiasz Martini ze Spirtem, nachylając się do barmana na tyle, by sam wpadł na to, że ma tam też dolać wódki. Bierzesz łyka i idąc w stronę parkietu czujesz na pośladkach wzrok wszystkich facetów, którzy nie stoją do Ciebie przodem. Jest dobrze, ta noc będzie Twoja.

Tańce, hulanki, swawole i jakiś kilkunastu kolesi, którym musiałaś wmówić, że jesteś lesbijką, żeby przestali Cię katować tekstami o „niebiańskich oczach”. Erazmusy, metroseksy i informatycy, aż nagle, jak czynny spożywczy w pierwszy dzień świąt, przy wejściu do sali dla palących pojawia się on  – wysoki, dobrze zbudowany, z lekkim zarostem. Już od samego patrzenia na jego kark robi Ci się mokro. Wyciągasz paczkę mentolowych Vogue’ów i biegniesz zagadać o ogień.

Łyka haczyk, pyta Cię o imię i trzyma za rękę ciut mocniej, niż powinien, gdy idziecie na parkiet. Tańce, hulanki, swawole i twarde sutki, gdy dotyka dekoltu na Twoich plecach. Jeszcze raz otrze się o Ciebie biodrami i eksplodujesz. Chcesz go mieć! Teraz! Przy sobie! W łóżku! W sobie!

Gładzisz go po potylicy przyciągając ku sobie i mówisz, że chciałabyś pójść w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie wiesz czy źle Cię zrozumiał, czy zostawił mleko na gazie, ale z niedowierzaniem słuchasz jak mówi, że mieszka niedaleko i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby, jak wychodzicie z klubu. Tak, to dzieje się naprawdę. Idziecie do niego. Do turbo-zabójczo-przystojnego bruneta przypominającego we wszystkim Ryana Goslinga, poza akcentem i kolorem włosów. Wyrwałaś najlepsze ciacho na imprezie. Jesteś niezła, naprawdę. Co prawda, gdyby nie kumpele, leżałabyś w brudnych dresach na kanapie i obżerała się lodami oglądając „How I met your mother”, ale teraz zaliczysz seks kwartału.

Jak tylko wejdziecie do jego mieszkania będziecie się rżnąć do nieprzytomności!

Wchodzicie. Meble z IKEI, świeże owoce na stole i żadnych pustych butelek przy kanapie, ani brudnych naczyń w zlewie. Cholera, jest czyściej, niż u Ciebie. Bierze kieliszki na nóżce, wyciąga z lodówki coś, co ani nie wygląda na Fresco, ani na Sophię i puszcza Pink Floydów. Albo ten koleś jest ideałem albo masz halucynacje od nowego lakieru do paznokci. Gdy kołyszecie się w podejrzanie bliskiej odległości od kanapy, mruczy Ci do ucha, że świetnie wyglądasz w tej akwamarynowej sukience, ale jeszcze bardziej do twarzy będzie Ci w samych Palmersach.

W przypływie trzeźwości robisz to, co robi każda kobieta, gdy ma za dużo czasu na myślenie – zastanawiasz czy wyglądasz idealnie. A przynajmniej na tyle perfekcyjnie, żeby po zrzuceniu kiecki nie stać się żabą w oczach tego księcia z bajki.

Biegniesz do łazienki pod pretekstem, pod którym laski zawsze wymykają się do kibla, i zaczynasz gapić się w lustro. Gapisz się, gapisz, i gapisz, i widzisz na swojej twarzy więcej niedociągnięć, niż retuszer zdjęć Madonny. Gapisz się dalej i okazuje się, że masz krzywe nogi, grube uda, asymetryczne wcięcia w talii, nienaturalnie wypukłe nadgarstki i przeraźliwie nijakie łopatki, co z pewnością zauważył każdy w klubie, łącznie z niedowidzącym didżejem. A już na pewno Twój książę.

Pewność siebie spadła Ci do -15. W wariackim transie poprawiasz makijaż, płuczesz usta, spryskujesz stopy perfumami i modlisz się, żeby nie wyrzucił Cię z sypialni, gdy już będziesz naga.

Chcesz to zrobić. Wizualizujesz jak bierze Cię od tyłu odkąd zobaczyłaś go przy palarni, ale paraliżuje Cię lęk, że jesteś za mało atrakcyjna. Przeraża Cię, że możesz nie być na tyle pociągająca, żeby go podniecić. Że gdy zaczniecie się miziać, lizać i gryźć, coś nie zatrybi. Boisz się, że mu się nie spodobasz. Nie na tyle, żeby jego ciało zareagowało, tak jak byś chciała. Twoje feromony, Twoja gra wstępna, Twoje zdolności uwodzicielki, Twoje łóżkowe umiejętności będą za słabe, żeby mu stanął.

Masz dwa wyjścia. Pierwsze – uwierzyć w to, że jesteś laską z kalendarza Pirelli, którą byłaś jeszcze godzinę temu w klubie, i dać mu grę wstępną, po której dojdzie bez wyciągania go ze spodni. Drugie – wrzucić mu viagrę do wina i cieszyć się, że po niebieskiej tabletce na pewno stanie. Nawet jeśli miałabyś makijaż jak Andrzej Gołota po walce, krzywe zęby, najbardziej wypukłe nadgarstki na świecie i zero pojęcia o tym, co zrobić, żeby postawić go do pionu.

Niby oba sposoby dają zbliżony efekt, ale przy drugim czujesz, że to nie tak powinno być. Że sama powinnaś doprowadzić do tej reakcji, a nie ją wymuszać. Że to dzieje się sztucznie. Że to lekkie oszustwo. Że to jak gra na kodach. Że satysfakcja z tego jest dużo mniejsza.

Tak samo jest emotikonami w tekście. Mogę się starać jak maniak, rzeźbić kolejne zdania, pieczołowicie dobierając każde słowo i wierząc, że po którymś porównaniu z kolei zaplujesz monitor herbatą. Mogę też wstawić dwukropek-nawias i mieć pewność, że również uniesiesz kąciki ust ku górze. Przy czym to drugie będzie pójściem na skróty, oznaką braku wiary we własne umiejętności. Dlatego nigdy tego nie robię.

Jeśli chcę Cię rozśmieszyć, to piszę tak abyś dostała skurczu brzucha i nabawiła się zmarszczek mimicznych. Nie wstawiam emotikonek.