Close
Close

Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?

Skip to entry content
Pierwszy odcinek pogotowia życiowego wyszedł świetnie! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak zaangażowaliście się w sprawę M. i szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że tak bardzo będziecie starali się jej pomóc. Wielkie dzięki, że potraktowaliście jej problem serio i merytorycznie debatowaliście w komentarzach nad tym, co można zrobić w tej sytuacji. A wszystko w atmosferze wzorowej kultury. Główna zainteresowana również była wdzięczna, a ja osobiście jestem dumny, że mam takich ludzi na blogu.

W drugim odcinku również mamy kwestię natury związkowej, a w zasadzie po-związkowej. Czytelniczce, która napisała do mnie z tym problemem, wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia i że w jej przypadku już nic się nie zmieni. Jest to oczywiście nieprawdą, jednak wiele osób, a zwłaszcza dziewczyn, po pierwszym poważnym związku reaguje w ten sposób, dlatego właśnie chciałem poruszyć z Wami ten temat w ramach cyklu „Pogotowie Życiowe”.

 

Było miło, ale się skończyło

Ponad rok temu zostawił mnie facet (po kilku latach,nie podając mi właściwie żadnego powodu – jakże oryginalne:)). Wydawało mi się,że już mi przeszło, że wszystko super, żyję mam dużo zajęć, hobby, pracę itp. ale mimo,że chciałabym kogoś poznać, to na samą myśl o tym mam ochotę się schować i boję się nawet pomyśleć o związku. Ostatnio dowiedziałam się,że mój były ma już nową dziewczynę i poczułam się tak,jakby mnie ktoś przejechał walcem, aż mi się niedobrze zrobiło, oczywiście się poryczałam, bo to przecież niesprawiedliwe:P (co z tą karmą?!) i niestety okazało się,że najwidoczniej cały czas się oszukiwałam,że już nic nie czuję i kompletnie mnie to wszystko nie rusza.

I tak się teraz zastanawiam właśnie, czy to jest w ogóle możliwe, żeby zapomnieć kiedyś o tym wszystkim i żyć od nowa z kimś innym, że nadejdzie taki dzień, że jak zobaczę byłego, albo, że kiedy znowu do mnie dzwoni, to nie będę miała rozstroju żołądka i ochoty zapadnięcia się pod ziemię? Nie umiem sobie nawet wyobrazić,żeby znaleźć kogoś jak on, poprzeczkę ustawił bardzo wysoko. A przede wszystkim – czy to możliwe ,że przestanę się bać nowego związku? To był mój pierwszy facet i pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Wszyscy moi przyjaciele mi wmawiają, że będzie okej, że poznam jeszcze swoje wielkie love i będę szczęśliwa, tylko,że każde z nich jest w szczęśliwym związku i nie mają pojęcia jak to jest. Mam tylko jedną koleżankę, która jest sama ponad 2 lata i mówi,że czuje się kompletnie „damaged” i nie da rady się z nikim związać.

Paula

Tak jak poprzednio, pierwsze 24 godziny należą do Was. Wrzucacie swoje spojrzenie na sytuację Pauli i piszecie co może zrobić, żeby odmulić się z poprzedniego związku i ruszyć do przodu. Jak ktoś wybitnie ciężko przeżywał rozstanie po pierwszej wielkiej miłości, to też śmiało może podzielić się doświadczeniami, a jutro ja dorzucam swoje 3 grosze.

Cytując najsławniejszy utwór jednego z najmniej utalentowanych zespołów, którego nazwa nawiązuje do pojemności flaszek wódki: jak zapomnieć?

 

Nie powiem nic odkrywczego, ale rozstania po poważnych związkach (a takim bez wątpienie można nazwać relację, która trwała kilka lat) zawsze są ciężkie. Zwłaszcza jeśli kończą się nagle i bez podania wyraźnego powodu. Fakt, że był to Twój pierwszy facet, potęguje sytuację, jednak biorąc pod uwagę jak młoda jesteś, to z pewnością nie będzie Twój ostatni. Jeśli oczywiście nie zostaniesz zakonnicą.

Najprawdopodobniej nie możesz się ogarnąć z życiem i pójść do przodu, bo idealizujesz swojego byłego. W Twojej pamięci jest rycerzem w lśniącej zbroi, który zawsze myje ręce po sikaniu, jednak coś musiało być na rzeczy, skoro się rozstaliście. Nigdy nie jest tak, że między parą jest idealnie i bez powodu kończy współpracę. Jeśli związek się rozlatuje, to musiało coś się nie zazębiać między obiema stronami, tyle, że jedna z nich mogła tego nie zauważać.

Myślenie o wadach Twojego byłego raczej jest bez sensu, bo dopóki nie zauważysz ich na realnym przykładzie, nie przyjmiesz ich na poziomie emocjonalnym. Nie jestem wyznawcą idei, że kaca trzeba zapijać klinem, ale im szybciej zaczniesz spotykać się z innymi facetami, tym szybciej urealnisz obraz poprzedniego i wyrzucisz go z głowy. Nie randkuj z nimi, po to żeby kogoś znaleźć, ale żeby mieć jakikolwiek porównanie. Na luzie, bez ciśnienia na cokolwiek. Dla zabawy.

Do tej pory jadłaś tylko bułkę z polędwicą sopocką, a nie zdajesz sobie sprawy, że jest jeszcze szynka parmeńska, czy choćby chorizo, które może Ci dużo bardziej smakować. Naprawdę chciałabyś jeść całe życie schabowego, nie próbując nigdy de volaille’a? Im więcej innych mężczyzn poznasz, zobaczysz jacy są, jak się z nimi spędza czas, jaki mają stosunek do Ciebie, tym więcej zachowań ocenisz jako irytujące u swojego byłego.

Nie zdziwiłbym się, gdybyś po pewnym czasie stwierdziła, że był beznadziejny i w sumie to nie masz pojęcia jak mogłaś z nim wytrzymać tyle czasu.

Abstrahując od tego, społeczeństwo i komedie romantyczne lansują taki model, w którym spotyka się tego jednego jedynego, płodzi się pół drużyny piłkarskiej i jest się z nim, aż wypadną wszystkie zęby. Ludzie czytają o tym w gazetach, oglądają to w telewizorach i myślą, że tak MUSI być. A tak logicznie rzecz biorąc, to aż nienaturalne, żeby dwie osoby, które są odrębnymi bytami, reagują na bodźce ze świata, zmieniają się pod wpływem tego co ich spotyka, były ze sobą całe życie równie szczęśliwe.

Dużo lepiej przyjąć, że spotykasz kogoś, jest Ci z nim dobrze, ale do pewnego momentu. Po jakimś czasie zmieniacie się na tyle, że Wasze oczekiwania się rozmijają i idziecie dalej osobno. A potem spotykasz kogoś innego i sytuacja się powtarza. Dla mnie to zdrowsze, niż wmawianie sobie, że jeśli nie będzie się z jedną osobą, aż do śmierci, to życie jest nieudane.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • sandriny

    Dla emocjonalnego powrotu swojego ex
    Oto moja historia, to było osiem miesięcy widziałem ją ponownie. Byłem w stanie dość przygnębiony, po prostu będę cierpiał ogromnie z powodu jego nieobecności nawet nie myśleć o swojej córce i mnie. Zawsze lubiłem, bo jest to człowiek o życiu i mam wszystko
    Nie chcesz zacząć od zera, za każdym razem płaczę do punktu, gdzie mogłem wytrzymać. Zdecydowałem się odzyskać, ale jak? bo nie wiem, co robić w sam raz, ja zawsze powtarzała, że ​​w mediach
    nie działać na tym, aby doprowadzić człowieka, ale myliłem się, bo po świadectwo kobiety na jednym z forów, że mistrz bogów Voodoo przywiózł swojego mężczyznę w 7 dni potem została uruchomiona w tej przygodzie, aby odzyskać moją ex. Potwierdzam, że dziś to mistrz bóstw voodoo oddzielone moja była i ta kobieta mnie wrócić. Noszę to świadectwo dla ciebie chcąc otrzymać ex na kontakt mistrza bóstw voodoo, tak że przynosi satysfakcję, jak zrobił dla mnie. wierz mi i spróbuj.
    Oto adres e-mail tego mistrza bóstw voodoo: v.legba@live.fr

    od Sandriny

  • Mariola Wrona

    Jest w Kraku taka sieciowa
    restauracja z kuchnią indyjską jak Ganesh. Warto sobie tam
    stolik zarezerwować. Absolutnie cudowne miejsce jeśli chodzi o
    wystrój, ale też kuchnię mają rewelacyjną – robioną przez
    prawdziwego Hindusa. Wszystko świeże, smaczne, dobrze przyprawione,
    dokładnie tak jak lubię. Porcje są konkretne, można się najeść
    nie wydając całej wypłaty.

  • Bardzo mądrze prawisz. Im więcej osób będzie czytać takie teksty, tym lepiej dla społeczeństwa. :)

  • Marcin

    „Kto nie doznał goryczy ni razu,
    Ten nie dozna słodyczy w niebie.”

    Będzie dobrze, Paula.

  • Monika Pohl

    Okej, jasne, wszystko, co napisałeś to prawda i z pewnością „spotykanie się z innymi facetami” mogłoby być poniekąd lekiem, ale… Nie jest trudno trafić na skończonego frajera, powiem, więcej, bardzo łatwo jest trafić na skończonego frajera. Jak wtedy wypadnie w oczach Pauli jej były? Naprawdę, to nie takie proste „wyrywać” i spotykać się z samymi „super facetami”, który swym urokiem i błyskotliwością przyćmią wszelkie blaski (i uwydatnią cienie) ex.

    • Marcin

      Bo wpierw mogła być szynka parmeńska.

    • Ale tu nie chodzi o wyrywanie i sypianie z nimi, tylko spotykanie się i poznawanie, żeby miała jakiekolwiek porównanie. Co do złych ludzi, to może ich spotkać wszędzie – w pracy, na uczelni itd. To znaczy, że ma nie wychodzić z domu?

      • Monika Pohl

        MA wychodzić z domu, jak najwięcej (siedzenie w czterech ścianach to chyba najgorsze, co można zrobić), ale bez parcia na cokolwiek, bez nastawienia „muszę spotkać kogoś super”. Niech wszystko dzieje się samo, tylko mijający czas może coś tu zdziałać. Umawianie się na cztery randki w tygodniu (chyba?) nie przyniesie niczego dobrego.

        • Monika, przeczytaj proszę jeszcze raz to co napisałem, bo nie ma tam nic o robieniu czegoś na siłę, a tym bardziej o randkowaniu 4 razy w tygodniu.

  • Dominika

    Zdaje się , że jedyną receptą jest nauczyć się kochać tak, jakby się nigdy nie było zranionym. I ja też się do tego muszę dostosować… ;) Trzymam kciuki :)!

  • agat

    wiem jak to jest. ja sie dowiedziałam, ze się ożenił. zadzwoniłam do koleżanki, a ona powiedziała, że dla mnie jest ktos 100* lepszy od X. Ja na to, ze nie, to niemożliwe. a teraz widzę, że jednak tak :)

  • Agishonka Kishon

    niestety na złamane serce nie ma lekarstwa. ja przechodziłam to kilka razy. ostatni był najgorszy, bo mimo, że zerwliśmy przez kilka miesięcy musieliśmy jeszcze mieszkać pod jednym dachem. poznałam empirycznie znaczenie słów: od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. jedyne, co mogę powiedzieć Tobie na pocieszenie, to, że każdy kolejny facet jest lepszy od poprzedniego. nieważne jak wysoko jest poprzeczka.

  • Ten dylemat jest podobny do pierwszego z tym, że widzimy go od tej drugiej strony. Paula nie jest gotowa na związek po tym, jak złamano jej serce. Na moje oko, to kwestia odpowiedniej osoby, którą prędzej czy później spotka.
    Paulo, jeśli masz obawy przed związaniem się z kimś nowym – nie spiesz się. Wykorzystaj ten czas, naucz się być szczęśliwa niezależnie od tego, czy jesteś z kimś, czy nie. Zregeneruj się, zabaw, zrób to, czego nie mogłabyś robić będąc w związku. Wielu ludzi mogłoby ci pozazdrościć tego, że jesteś wolna i nie masz ciśnienia na nowe miłosne podboje. To może podziałać na twoją korzyść – nie „bierz” pierwszego lepszego, który pojawi się w twoim życiu byleby tylko „wrócić do gry” tylko poczekaj na faceta, który zwali cię z nóg.
    Powodzenia!

  • Teskilon

    Nie będę już powtarzał tego wszystkiego, co zostało napisane :) Sam niedawno przechodziłem przez coś takiego. Ale chciałbym się podzielić moją autorską PRZYPOWIEŚCIĄ O JABŁKACH, która moim zdaniem dobrze oddaje takie sytuacje kończenia pierwszych miłości.
    * * *
    Mama pokazuje małemu dziecku piękny czerwony owoc, mówiąc że jest to jabłko. Dziecko zapamiętuje to, lubi jego smak, bez problemu wskazuje jabłko pośród innych przedmiotów. Lecz pewnego dnia coś się zmienia. Mama przynosi ze sklepu cały kosz zielonych jabłek. Małemu dziecku na początku trudno jest pojąć, że coś, co wygląda przecież zupełnie inaczej (ma inny kolor) to ten sam owoc! Co więcej – że zielone jabłka mogą być o wiele smaczniejsze od tych czerwonych. Dopiero wraz z upływem czasu i rozwojem zdolności poznawczych będzie to w stanie pojąć.
    * * *
    Uczyłaś się pierwszej miłości, poznawałaś to uczucie przez pryzmat jednego człowieka. Wszystko było takie bajkowe i cudowne. Lecz coś się zmieniło. I trochę czasu musi upłynąć, zanim uświadomisz sobie, że wszystkie te same uczucia (a nawet jeszcze piękniejsze!) możesz przeżywać z kimś innym, że kiedyś spotka Cię w życiu inna miłość (być może zupełnie różna od tego schematu, który masz w głowie po pierwszym związku) i że odkrycie jej w innej formie, może być jak zielone jabłko – jeszcze smaczniejsze, dawać jeszcze więcej radości i przyjemności w życiu :) To normalne, że pierwsze relacje po rozstaniu mogą być podświadomym poszukiwaniem cech poprzedniego partnera. Ale pamiętaj, że to tak jak z małym dzieckiem: niczego nie przyśpieszysz, wszystko wymaga czasu. Nie ma zasady ile będziesz go potrzebować. Czekaj a sama to poczujesz :))

  • Judyta

    Opowiem może jak to było kiedyś ze mną. Mam nadzieję, że moja historia pomoże Ci odnaleźć się w tej sytuacji.

    Z T. Byłam w fajnym związku. Trwało to ponad dwa lata. Ja miałam niecałe 18 lat jak zaczynaliśmy chodzić, a on był o 2 starszy. Lubił opowiadać jakieś bajki o ślubie, małym fiacie i ładnym mieszkaniu w bloku… Ja wcale nie czułam blusa. Było po prostu fajnie i chciałam cieszyć się tym, co jest tu i teraz. Ale stwierdziłam, że skoro jego tak to rajcuje, to niech sobie snuje te marzenia… T. był we mnie zakochany po uszy. Potem zaczęło być gorzej. Zaczął molestować mnie seksualnie. Ale ja byłam zbyt zakochana, za młoda i na tyle głupia, że zamiast od niego uciekać, tłumaczyłam sobie w głowie, że to tylko chwilowe, bo T. ma teraz dużo problemów na głowie, bo coś tam, i że on mnie przecież kocha… i tak się to ciągnęło przez kilka miesięcy. Aż pewnego dnia, jakoś na tydzień przed moimi urodzinami, dostałam jakiś kiczowaty prezent i usłyszałam „zostańmy przyjaciółmi”. Zależało mi na nim, więc bardzo mnie to zabolało. Ale niestety chyba zbyt dosłownie zrozumiałam słowo „przyjaciółmi”. Bo już po trzech dniach dowiedziałam się, że mam nie odzywać się do niego, zniknąć z jego życia i nie zadawać z jego znajomymi. T. zaczął opisywać na swoim blogu jakieś bzdury na mój temat, że jestem pokręconą famme fatalle, która go uwiodła, wykorzystała i skrzywdziła i że jest wdzięczny przyjaciółkom(!!!??), które pomogły mi podjąć decyzję o zerwaniu ze mną (wtf!?). Do dziś można to znaleźć w sieci (na szczęście T. był na tyle miły, że nie podał mojego imienia i nazwiska).

    Czułam się po tym wszystkim strasznie.

    Potem (jakoś rok później) pojawił się J. Był megasłodkim facetem i zabiegał o mnie tak wieloma, uroczymi sposobami, że koleżanki zazdrościły mi niesamowicie takiego amanta. Ale ja panicznie bałam się związać z mężczyzną. A już o jakiekolwiek bliskości fizycznej nie było mowy. Wszystkie bolesne wspomnienia wracały, bałam się, panikowałam i uciekałam. Kręciłam z J. przez dwa miesiące, ale w końcu on dał sobie spokój, kiedy zobaczył, że tylko bawimy się w kotka i myszkę. Podobnie jak Twój chłopak, J. z dnia na dzień zniknął zupełnie bez słowa. Czułam, że już nigdy z nikim nie uda mi się związać.

    Później pojawił się M. Bardzo mu na mnie zależało. Ale ja znów nie byłam w stanie się związać. M. był bardzo cierpliwy i bardzo się o mnie starał. Nie zrażało go nawet to, że uciekam. W sumie, prawie przez 2 lata „byliśmy” ze sobą. Ale to nie był związek – to była jego walka o bycie ze mną. Okazało się potem, że M. był chory psychicznie i miał na moim punkcie obsesję. Śledził mnie od dawna, zanim jeszcze zaczęliśmy się spotykać. Jak się rozeszliśmy, to okazało się, że potrafił odnaleźć mnie w mojej rodzinnej miejscowości, na drugim końcu polski, że zdobył numery telefonów do moich rodziców i dzwonił do nich, żeby się ze mną skontaktować. Po rozstaniu jeszcze na kolejny rok zmienił moje życie w piekło. Bałam się nawet wyjść z domu, bojąc się, że go spotkam.

    Droga Paulo, jesteś sobie w stanie wyobrazić przez co przeszłam i jak mogłam się czuć? Też nie miałam odwagi związać się z nikim. Nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że kiedykolwiek będę z kimkolwiek.

    Aż pewnego razu, zupełnie przypadkiem pojawił się w moim życiu S. Wszystko wyszło samo, tak zupełnie naturalnie. Czułam się tak, jakbym po raz pierwszy była zakochana, jakby przed nim nie było nikogo innego. Przy nim odkryłam, że miłość jest bardzo prosta. Że nie ma prostszego i bardziej oczywistego uczucia, niż miłość. Ona wychodzi nam sama, ona po prostu w nas jest.
    Dziś jestem szczęśliwą żoną S., już od prawie 2 lat, a nasze pierwsze dziecko właśnie jest w drodze :-) Jestem megaszczęśliwa, cieszę się z tego co mam i nie żałuję ani jednej chwili, nawet tych które były na prawdę ciężkie, przykre i bolesne. Czy wiążąc się z S. miałam jakieś obawy i zahamowania? Żadnych! Czułam się czysta jak kartka papieru. To po prostu wyszło samo :-) To, co było kiedyś, poprzednie związki, bolesne rozstania i przykre sytuacje po prostu przestały istnieć. Czułam (i dalej tak czuję), że mnie to po prostu nie dotyczy. Tak, jakby to wszystko, co się działo wcześniej, to były dla mnie po prostu jak jakieś „urban legends”, które wydarzyły się siostrze kolegi znajomego mojej funfeli z kursu językowego ;-)

    Paulo, nie bój się, że to ciężkie rozstanie przekreśli Twoje przyszłe życie i związki. Od rozstania z T. byłam sama (lub w pokręconym „związku” z M.) przez ponad 4 lata. To bardzo długo. Wcale nie było mi z tym łatwo. Przyznaję. Ale nie żałuję, że tak się stało. I teraz „nie rusza” mnie w żaden sposób, jeśli spotykam któregoś z moich byłych. Z niektórymi do dziś mam świetny kontakt (na przykład z J., albo z niewymienionym tutaj K., z którym flirtowałam w międzyczasie). To nie była nawet kwestia czasu, żeby pogodzić się z przeszłością. Po prostu zostawiłam sprawy swojemu biegowi i nie przejmowałam się tym. Cieszyłam się możliwościami, które miałam. Byłam singielką, więc do woli flirtowałam z różnymi facetami przez te kilka lat, nie zakładając, że z którymkolwiek się zwiążę. Wiadomo, nie od razu mi to wychodziło, ale po pewnym czasie już tak :-) Bawiłam się, spędzałam czas z przyjaciółmi. To był świetny czas. Chwilami było ciężko. Jak na przykład pojawiałam się na imprezie, gdzie przychodziły prawie same pary. To było przykre. Ale wolałam bycie samą (nie samotną! Miałam przecież rodzinę, przyjaciół, znajomych), niż kolejny związek, który by mnie męczył.

    Uszy do góry. Jesteś fajną i wrażliwą dziewczyną i na pewno jest gdzieś facet, który został stworzony właśnie dla Ciebie. Przestań go szukać i ciesz się życiem – on sam Cię znajdzie ;-)

    Powodzenia! :-)

    • Judyta

      Uf, rozpisałam się strasznie. I pewnie na dodatek jest tam mnóstwo literówek i błędów. Ale mam nadzieję, że ta historia pomoże choć trochę ;-)

  • Paulo, brzmisz, jakbyś ciągle była zakochana w tym pierwszym.

    To chyba wygląda tak:

    On Cię zostawił, on ułożył sobie życie. Ty zostałaś w takim stanie, jakby on wyjechał i miał wrócić. Układałaś sobie życie, ale cały czas na niego czekałaś. Cały czas chcesz jego przy sobie. I nagle okazało się, że on już nie jest „Twój” tylko „jakiejś innej” – i to Cię miotnęło i obudziło z tego czekania. Tak?

    Szkoda, że nie rozstaliście się wspólnie, bo byłoby Ci łatwiej, gdyby to była obopólna decyzja i gdybyś rozumiała jego powody – dlaczego on nie widzi dalej bycia z Tobą, dlaczego woli być sam niż budować z Tobą coś. Coś u Was nie grało. Możliwe, że Ty tego nie widziałaś i nie chciałaś widzieć, ale on nie uważał Ciebie za kobietę swojego życia, więc nie był mężczyzną Twojego życia. Nie mieliście szans. I to nie jest Twoja wina. To niczyja wina. Po prostu coś między Wami nie grało.

    To, co Ci pomoże, to rozstanie się z nim. Mentalne. Zrób wszystko, czego Ty potrzebujesz, żeby zrozumieć i zaakceptować, że to nie był On, że nie z nim chcesz spędzić swoje życie. Że wcale nie był taki super ekstra jak Ci się wydawało (nie mam na myśli, że był złym facetem, tylko że był nieodpowiednim facetem: coś jak sukienka, która jest piękna, ale lepiej leży na Twojej koleżance niż na Tobie, więc z chęcią ją oddajesz, żeby zrobić miejsce na tę, która leży najlepiej na Tobie).
    Podejmij decyzję, że nie chcesz być „jego, porzuconą, byłą, nieistotną i przegraną, która leży na ulicy i czeka aż on wróci i ją podniesie” tylko chcesz być sama dla siebie, niezależna i szczęśliwa. I przestań tłumić swój ból. Daj mu wybrzmieć, wsłuchaj się w niego – bo tam masz dużo wskazówek.
    Słowem: rzuć go.

    Kiedy odzyskasz poczucie własnej wartości w tej sferze, w której jest zależne od exa, kiedy przestaniesz się bać, że spotkasz kogoś Innego Niż On / że o nim zapomnisz / że ten nowy Cię też porzuci… będziesz dalej. I wtedy, być może, będziesz chciała kogoś poznać.

  • figofago

    Mnie w identycznej sytuacji pomógł mój przyjaciel, a właściwie jeszcze wtedy znajomy, z którym zaczęłam spędzać praktycznie każdą wolną chwilę, bo wiedział, że tego właśnie potrzebuje – „niesamotności”, towarzystwa. Potrafił mnie rozśmieszyć nawet sekundę po tym jak płakałam, że „to wszystko moja wina”. Następnie ta znajomość przerodziła się w głęboką przyjaźń, a końcem końców jesteśmy w związku od ponad pół roku i mogę przyznać, że naprawdę jestem szczęśliwa i widocznie tak musiało być, żebyśmy teraz mogli być razem. Owszem, czasem wracam myślami do tych wszystkich pierwszych razów z moim ex (to z nim byłam w moim pierwszym, poważnym związku), ale zaraz łapię się na tym i powtarzam w myślach: „nie ma co się rozczulać nad tym co było, a trzeba się skupić na tym co jest i co może być w przyszłości”. To my sami budujemy to kim jesteśmy, budujemy swoją przyszłość. Naprawdę nie warto się rozczulać nad tym co minęło i nigdy nie powróci. Wiem, że łatwo się mówi, a trudniej robi. W najgorszych momentach pomagał mi spacer nad Wisłę i wpatrywanie się w łabędzie. Tak, to było to, co mnie odprężało i odciągało myśli od niego. Też powinnaś znaleźć sobie taką rzecz, czynność, osobę, która odciągnie Twoje myśli od byłego do czasu, aż zrozumiesz, że to był tylko kolejny etap w Twoim życiu, a nie katastrofa je kończąca.

  • Asia

    Jakbym czytałam siebie, jeszcze całkiem niedawno.

    Nie będę oceniać Twojego sposobu postępowania, bo mimo wszystko niewiele napisałaś, więc zrobię to z perspektywy mojej historii.

    Osoba porzucona bardzo często widzi swojego byłego partnera jako uosobienie wszelkich cnót, no po prostu ideał. Oczywiście nie chodzi o to, aby go znienawidzić, ale też warto nieco szerzej otworzyć oczy. To „ustawianie wysoko poprzeczki” często wynika tylko i wyłącznie z tego, że tęsknimy. Że nam go brakuje. Że żywimy uczucia głębsze niż byśmy sami tego chcieli. Uczucia potrafią nieźle namieszać w głowie. Jak sobie człowiek wmówi, że NIKT nie będzie lepszy od byłego, to rzeczywiście tak zaczniemy postrzegać wszystkich, którzy będą chcieli się do nas zbliżyć. Nie dlatego, że są w czymś gorsi. Tylko dlatego, że nie są NIM. I nigdy nie będą. Dlatego też NIGDY nie sprostają temu zadaniu. Jeżeli tak nadal widzisz, to po prostu nie jesteś jeszcze gotowa na żaden związek.

    Życia nie da się zaplanować odgórnymi regułami. Uczucia nie kierują się zasadą – „miesiąc i zapomnę”. Daj sobie czas.Broń Boże nie słuchaj „cennych” uwag: „jak możesz ciągle o nim myśleć?”, „chyba coś jest z Tobą nie-tak”, „ja już po tygodniu spotykałam się z kimś innym”. Nie dość, że to w niczym nie pomoże, to jeszcze skutecznie obniży Twoje poczucie wartości. No bo, halo?, jak można tak długo cierpieć po facecie, który Cię rzucił? MOŻNA! I to w dużej mierze wynika z Twojego zaangażowania w związek, z siły uczuć.

    Nie rób niczego na siłę. Jeżeli nie jesteś w stanie z nikim się związać, to najlepszy znak, że nie powinnaś tego robić MIMO WSZYSTKO. Unieszczęśliwisz i jego, i siebie. Dobrze wiem, że utarte słowa: „potrzebujesz czasu”, „jeszcze poznasz idealnego mężczyznę” można spokojnie wyrzucić do kosza, to nigdy nie pomaga. Ale z tym czasem to jednak prawda. To po prostu musi minąć samo.

    Nie jestem zwolenniczką szukania ukojenia w „złotych myślach”, ale kiedy byłam w takim stanie w jakim jesteś teraz Ty, czytałam książkę, w której moją uwagę zwrócił fragment: „Każdy człowiek ma swój sposób chodzenia i tak samo ma swój sposób odczuwania, sposób myślenia, patrzenia na świat i niełatwo je od razu zmienić. Jeżeli robi się to na siłę, gdzieś indziej coś się może popsuć”. I to jest cholerna prawda – NIC NA SIŁĘ. Żyj tak jak żyjesz. I tak świetnie sobie radzisz. Ja na przykład zawaliłam większość najważniejszych rzeczy w moim życiu – nie od razu po rozstaniu, a dzień po dniu, miesiąc po miesiącu przez rok. Patrząc teraz z perspektywy czasu – nie było warto. Mimo wszystkich pozytywnych wspomnieć z nim, nie było warto robić tego dla człowieka, który zostawił mnie właśnie „bez powodu”, bez wyjaśnienia. Bardzo dobrze sobie radzisz :) i rób tak dalej. Miej przyjaciół, swoje pasje, hobby, pracę. Ale też rób to dla siebie, w takim stopniu, który Cię uszczęśliwia. Uważam, że praca ponad siły i robienie wszystkiego ze zwielokrotnioną siłą po rozstaniu – jest bezsensowne. Ja skorzystałam z takiej rady, żeby „udowodnić swoją wartość, żeby pokazać, że jesteś świetna”. Jesteś i bez tego. To, że ktoś nas porzuca, nie znaczy, że straciliśmy cokolwiek na własnej wartości. Rób to co kochasz, ale w takiej ilości, która daje Ci szczęście. Nie na poziomie pt. „muszę udowodnić sobie i innym, że radzę sobie w każdej sytuacji”. Radzisz sobie i bez tego.

    Bądź cierpliwa. Otacza nas mnóstwo ludzi, którzy sięgają ponad postawioną wysoko poprzeczkę. Nie dostrzegasz ich, bo nie jesteś gotowa. Serce wcale nie jest takie głupie jakby mogło się wydawać :) jak się uleczy, to da o sobie znać. Może powoli, dzień po dniu, a może właśnie niespodziewanie, w jednym momencie. Nigdy nie wiadomo. Zrobi to w takim momencie, który będzie idealny :)

    I jeszcze jedno – nie wiem od jak dawna czytasz tego bloga, ale mnie mocno kopnął w tyłek ten tekst: http://stayfly.pl/2012/12/bez-ciebie-moje-zycie-nie-ma-sensu/

    I naprawdę sporo zmienił :)

    Pozdrawiam

    • maniak

      brawo BRAWO brawo

  • maniak

    Żeby nie było, nie tylko kobiety przez to przechodzą. U mnie było i jest toczka w toczkę TO SAMO. Byłem z kimś 4 lata, wszystko cacy (przynajmniej tak mi się wydawało) i nagle w niespełna miesiąc wszystko się jej odmieniło, wszystko stało się bez sensu, ja się stałem niepotrzebny etc. Tylko dlatego, że zakręcił się obok już mojej byłej jakiś koleś z pracy i zrobił to na tyle skutecznie, że w zasadzie z dnia na dzień legło w gruzach to, co budowałem przez tak długi okres czasu. U mnie jest to co prawda dopiero 4 miesiące po tym wszystkim, ale lekko nie jest, odczuwa się niesamowitą pustkę, ma się wyrzuty do siebie, że coś można było zrobić inaczej, o coś sie bardziej postarać etc. Napiszę Ci to co usłyszałem od kilku osób na przestrzeni ostatnich kilkunastu tygodni: nikt nie zbudował swojego szczęścia na czyimś nieszczęściu. Tego też się trzymam i Tobie również polecam przyjąć takie myślenie. Karma zazwyczaj wraca, prędzej czy później ale wraca. Dodatkowo przez ten czas nasłuchałem się o wiele gorszych historii moich znajomych i znajomych znajomych, gdzie dochodziło do oddawania pierścionków zaręczynowych, gdzie trzeba było się rozwodzić, gdzie było już mieszkanie i dziecko. Także spójrz też na to z tej strony, że lepiej, że stało się to, zanim podjęliście konkretniejsze życiowe kroki. I tak jak piszą poniżej – skup się na sobie, wiem że jest ciężko, ale podejdź do tego w ten sposób, że nikt Cię teraz nie ogranicza, możesz robić co tylko zechcesz, a dobre czasy przyjdą… z czasem. Trzymaj się!

  • Paulina Sufa

    Ta pierwsza miłość chyba zawsze pozostaje tam gdzieś bardzo głęboko w sercu, z czasem wywołuje tylko uśmiech na twarzy na myśl o miłych chwilach i głupstwach, które się mówiło/ robiło. Kiedy ta nasza „druga połówka” znajdzie kogoś innego to i po 5,6 latach może lekko ukłuć :) Ważne jest, żeby faktycznie skupić się na sobie, swoich pasjach, samorozwoju, żeby dać przyjaciołom i znajomym dać się wyciągnąć z tego doła, a nie kopać go coraz głębiej. Wychodzić do ludzi, próbować się uśmiechać, ciągle wierzyć w siebie. Ja jestem zdania, że nic nie dzieje się bez powodu, czasami nawet to, co jest dla nas złe i bolesne, prowadzi do lepszego wyboru i do prawdziwego spełnienia. Kiedy mnie rzucił mój pierwszy chłopak, to świat mi się walił, ale byli wokół mnie ludzie, którzy… no cóż, po prostu byli. Może nie mogli wypełnić mi czasu, tak jak On, ale dawali mnóstwo powodów do śmiechu i pokazywali, że jestem fajna, niezależnie od tego czy jestem w związku czy nie. Jak patrzę na to z perspektywy kilku lat to zostaje może tylko trochę żalu po straconym kontakcie z jakimś człowiekiem, ale jestem teraz z kimś, w szczęśliwym związku, mimo, że wydawało mi się wtedy, że świat się zawalił i skończył. W każdym razie nie ma co sobie wkręcać, że już nic dobrego w życiu Cię nie czeka oraz nie ma co sobie wmawiać strachu przed kolejnym związkiem czy szukać kogoś na siłę. Szczęście przychodzi niespodziewanie i wpada się na niego idąc ulicą, serio. Kiedyś sama się o tym przekonasz :)

  • S.

    Czytając komentarze powyżej, jestem w totalnym szoku, ile dziewczyn przechodzi dokładnie to samo, co ja (i jeszcze używa na opisanie tego dokładnie tych samych słów!). Mam ten sam problem, ale zauważyłam (jak ktoś mądry już wspomniał), że pomaga ruszenie tyłka. Np. na jakiś koncert czy do kina – trzeba sobie uświadomić, że jesteś w stanie wszystkie te rzeczy robić sama. I, co więcej, możesz być wtedy szczęśliwa, nawet bez faceta przy boku. Nie sprawdza się tylko przy otwieraniu słoików, z tym zawsze jest problem.

    • Saga Sachnik

      Zawsze można poprosić przystojnego sąsiada o pomoc ;)

  • Saga Sachnik

    Zgadzam się z Moniką – masz teraz dużo czasu, możesz go poświęcić na siebie, trochę się porozpieszczać, ale przede wszystkim, popracować. Na pewno jesteś fantastyczną dziewczyną, która poradzi sobie solo, jak i w duecie, musisz tylko w to uwierzyć. Pamiętaj o dobrych momentach swojego związku, wyciągnij z niego jak najwięcej nauki na przyszłość – takie rozstanie boli jak cholera, zastanawiasz się, jak sobie poradzisz sama. A to jest możliwe! Na pewno nie szukaj kolejnego związku tylko dlatego, żeby kogoś mieć – to do niczego nie prowadzi. Poznawaj ludzi, spędzaj z nimi wspaniałe chwile albo płacz w poduszkę, to już ryzyko życia w społeczeństwie.
    Nie zapominaj, że sama jesteś kowalem swojego losu – nie uzależniaj się od drugiej osoby.

  • Sandra

    Droga Paulo.

    Mówiąc, że boisz się nowego związku, tak naprawdę nie bierzesz pod uwagę tego, że zakochasz się w kimś innym niż twój były. Nawet nie próbujesz zacząć się bać, tylko ciągle wspominasz to co minęło. Z twojego maila wynika, że każdego nowo poznanego faceta porównujesz do Niego i wydaje Ci się, że nie jest wystarczająco dobry. Życie jest brutalne i nie wmówię Ci, że zapomnisz.
    Przynajmniej nie od razu. Jednak zawsze jest jakiś sposób żeby Ci wybić tego frajera z głowy. Przyjdzie czas, że pokochasz kogoś i wszystkie rzeczy związane z Twoim ex będą po Tobie spływały. Mówią, że na zagojenie ran po starej miłości, najlepsza jest nowa. I ja się z tym w pełni zgadzam, jednak do tego potrzeba czasu, dużo czasu. Nie szukaj na
    siłę. To samo przyjdzie. Życzę Ci abyś poznała kogoś przy kim będziesz się czuła wyjątkowa i abyś na tyle ufała tej osobie aby czuć się przy niej bezpiecznie.

  • Aleksandra Muszyńska

    Wydaje mi się,że takie sytuacje mają w sobie coś z żałoby-każdy przeżywa ją na swój sposób,w swoim tempie i swoimi środkami stara się z tym poradzić.Ty też chyba musisz.Zrób voodoo i dźgaj go po jajkach,spal zdjęcie,albo przeciwnie-nie rób nic.Po prostu rób to,co uważasz.Nie rozszczepię atomu stwierdzeniem,że czas leczy rany,ale to jest jedno z genialniejszych i bardziej prawdziwych stwierdzeń.Naprawdę,przejdzie ci.I nie sugeruj się wysoko postawioną poprzeczką-zamiast wypatrywać brunetów grających w szachy i czytających Whartona,być może spróbuj dopuścić do siebie blondyna-sportowca,malującego na jedwabiu.Czy na czymś równie zastanawiającym.
    Z tego się wychodzi.Powodzenia!

  • Trzeba nauczyć się żyć z myślą, że pierwsza miłość nie musi być ostatnia. Ale rozczarowanie po tej pierwszej przeważnie jest bardzo silne. Trudno sobie z tym poradzić, nie ma co się czarować. Nie oznacza to jednak, żeby stać w miejscu, zamartwiać się i rezygnować z siebie. Ja po rozstaniu wpadłam w depresję, z którą walczyłam dwa lata. Z nerwicą walczę już trzeci rok. Gdybym wcześniej zaangażowała się w siebie mogłoby to wyglądać inaczej. Samotności trzeba się nauczyć. Też myślałam że nie jestem w stanie pokochać nikogo innego, bo ten poprzedni był taaaki wspaniały, że nic lepszego w życiu nie może mnie spotkać. Jednak po tym czasie ‚żałoby’ teraz wiem, że miłość jest w nas i wszędzie w okół, trzeba się tylko na nią otworzyć. Pozdrawiam i życzę wiele siły na zaangażowanie się na nowo we własne wspaniałe życie.

  • Przede wszystkim przestań zadawać sobie pytania typu: czy ja ponzam jeszcze kogoś takiego / czy poznam w ogóle kogoś/ czy spotkam miłość swojego życia. Tak, na pewno tak będzie ale tylko pod warunkiem, że przestaniesz się nad tym zastanawiać. Miłości się nie szuka, ona po prostu pojawia się któregoś dnia i tyle. A to, że były ma już kogoś to nic takiego – powodów może być wiele. Sa osoby, które nie potrafią być same i po prostu ta nowa osoba jest tylko wypełniaczem bez większego zaczenia. Może też być tak, ze dla niego ty wcale nie byłaś tą jedyna i idealną i dlatego tak szybko znalazł się ktoś na Twoje miesce. Ale cóż, terz szkoda się tym zadreczać, on to on, Ty to Ty. Nie szukaj nikogo takiego jak on i nie miej go zapisanego jak wzorzec, z którym będziesz porównywac każdą kolejna osobę. A jeśli chodzi o całkowite wymazanie go z pamięci, hmm bywa różnie. Niektórzy ludzie kochają na całe życie także nie chciałabym napisać, że tan, na 100% przestaniesz kiedyś o nim myśleć bo jeśli to była t prawdziwa jedyna miłość może tak nie być, ale sądzę, że to raczej nie była ta jedyna (przeczucie?) więc prędzej czy później przestaniesz o nim myśleć. Moga to być 2 tygodnie, mogą być długie lata. Ale najważniejsze to żyć dalej i realizować siebie, jak będziesz dumna z siebie samej i pokochasz siebie to na pewno przy okazji kolejnego ziwązku będziesz mogła dac o wiele więcej i o wiele więcej czerpać z relacji z drugą osobą (: Pozdrawiam i trzymaj się.

  • Jedyne do Ci mogę pomóc to…zaakceptuj to. Cierp, mniej rozstrój żołądka, nie umawiaj się na randki, porównuj wszystkich z nim, nie daj sobie wmówić, że musisz kogoś mieć i przede wszystkim nie słuchaj koleżanek. Zajmij się sobą, z wkurzenia pracuj jeszcze lepiej, awansuj, jedź na wakacje do Chin. Nie myśl o tym czy kiedyś przestaniesz się bać kolejnego związku. Nie staraj się z tym na siłę walczyć. Po prostu to zaakceptuj, a wtedy samo przejdzie.

    • Boomer

      Monika powiedziała wszystko w tym temacie :)

    • Martyna Kubicka

      chciałam coś mądrego napisać, ale tu Monika mi wyczerpała prawie stanowisko. dodałabym tylko jedno: nie miej wyrzutów sumienia, że tak reagujesz. pozwól sobie na to. nie zastanawiaj się, czy to za długo trwa, czy już nie powinnaś być dawno ogarnięta. widocznie tyle czasu Ci potrzebne

  • iamperzyk

    Zdecydowanie popieram to co napisała Erillsstsyle, czas to jedyne lekarstwo, które faktycznie działa w takich przypadkach. Szukanie kogoś, bo nie chce się być samym/samą przynosi zupełnie odwrotne i niepożądane efekty. Krzywdzimy i siebie, i tą drugą osobę. Najlepiej właśnie zapełnić sobie czas zajęciami, które będą trzymały nas z dala od myślenia o „głupotach”. Więc głowa do góry, a z biegiem czasu wszystko się poukłada w najlepsze :)

  • Zastanawiam się ile masz lat, ale tak sobie wywnioskowałam, że skoro piszesz tutaj maila to pewnie ok 20. Jesteś młoda i zapewne atrakcyjna, więc nie martw się – jeszcze będziesz miała przewagę nad nim! Jak zobaczy Cię szczęśliwą i uśmiechniętą z innym facetem. A Ty nie myśl, że jest jeden facet na świecie. Skoro Cię rzucił, to znaczy, że jest w grupie „faceci dupki”.
    Pozdrawiam i trzymam kciuki! :)

    • Boomer

      Karolina, to że rzucił, nie musi oznaczać z automatu, że jest dupkiem :)

      • Dominika Polok

        Popieram, nie ma nic gorszego niż wrzucanie wszystkich do jednego worka ;)

        • Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka i nie mam takiego zamiaru. Sklasyfikowałam do „facetem-dupkiem” dlatego, że nie podał powodu rozstania, co powinno mieć miejsce. Zrozumiałabym, jeśli powiedziałby, że się dusi w związku, chce czegoś nowego – cokolwiek. Dziewczyna byłaby załamana, ale przynajmniej wiedziałaby o co chodzi. A tak to nie wie nic.

          • Dominika Polok

            Z perspektywy czasu wydaje mi się, że ja też kończąc związek nie wyjaśniłam dlaczego właściwie to robię – głowy nie dam, bo niewiele z tego pamiętam (emocje mode: on), ale to całkiem możliwe. Teraz się tego cholernie wstydzę, ale wtedy po prostu nie umiałam wyjaśnić o co chodzi i co kłębi się w mojej głowie. Sama zrozumiałam to dopiero po jakimś czasie. Nie którzy są dupkami, a niektórzy nie radzą sobie z własnymi uczuciami…

    • Asia

      Ale czy to chodzi o jakąkolwiek „przewagę”? Dziewczyny po rozstaniu mają taką głupią zasadę – „muszę poznać kogoś i sprawić, żeby on zobaczył, jaka jestem szczęśliwa. To sprawi, że będę lepsza od niego.”
      W niczym to nie pomaga. Wiem, bo niestety sama tak zrobiłam.
      Ludzie się ze sobą rozstają i to jest ciężkie. Ale szukanie sposobów na bycie „lepszym od ex” jest straszne.

  • Jeśli Cię to pocieszy Paulo to mi z krwiobiegu ostatni ex wychodził cztery lata. Wydaje mi się, źe czas wypłukiwania takich jednostej jest zależny od tego jak bardzo było się w związek zaangażowanym. Im intensywniejsza i typowo motylowa miłośc tym cięzej ją strawić. Ale to nie znaczy źe się nie sa. Najgorsze co można w tej sytuacji zrobić to myśleć o tym dkaczego on kogos ma a ja nie i pławić się w uczuciu niesprawiedliwości i tego, że ktos kto nas skrzywdził jest szczesliwy. Wiem, ze mowi się zawsze łatwo a robi trudniej. Ale mozesz mi wierzyć na słowo, ze im bardziej zaangazujesz uwage w swoje zycie i sprawienie by bylo absorbujace – sporty, znajomi, angazujaca praca czy inwestowanie energii w cos co cie kreci – tym szybciej przestaniesz myslec o szczesciu swojego bylego. I nagle wiadomosci o nim i wszelkie wzmianki przestana robic na Tobie wrazenie. W kwestii poznania kogos. To banal, ale przy odpowiednim czlowieku twoj lek bedzie malał az zniknie całkiem. Trudno na takiego trafic gdy sie go szuka. Lepiej zajac sie tym na co masz realny wpkyw a moze sie okazac ze ow czlowiek nagle bedzie szedl obok Ciebie. Wazne jest tez to zeby sie samej nienaoedzac myskami „boje sie zwiazku, znow mnie ktos skrzywdzi. Umysl to podstepna bestia i naszych modlow slucha. Dkatego trzeba uwazac o czym myslimy”. Pomocnym moze sie okazac rozlozenie i porzadne przetrawuenie tego co dokladnie lezy u podstaw slow ‚boje sie zwiazku’. Mnie samoswiadomosc zawsze pomagala ogarnac mysli i nastawienie do meczacych zoladek tematow :) powodzenia :)

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Zawsze gdy jestem śmiertelnie chory myślę o lajkach

Skip to entry content

Byłeś kiedyś chory na coś, czego współczesna medycyna nie potrafi jeszcze wyleczyć? Skoro to czytasz, to podejrzewam, że nie, ale spróbuj sobie wyobrazić taką sytuację.

Jesteś dzieciakiem. W podstawówce. Wszyscy Twoi koledzy spędzają dnie na grze w piłę, oglądaniu „Drużyny A” i podciąganiu spódniczek koleżankom z klasy, a Ty leżysz w łóżku. W szpitalu. Z kroplówką w ręce. Sala, na której leżysz jest obskurna, łóżko ma zdartą farbę, sufit jest pożółkły, a z kibla z daleka wali moczem. Jak w większości szpitali.

W przerwie między jednym pobytem w szpitalu, a drugim, masz indywidualny tok nauczania. Starasz się brać udział w tych lekcjach, ale ból kończyn od ciągłego brania sterydów i biegunki od faszerowania się wszystkimi innymi lekami, skutecznie Ci utrudniają przyswojenie czegokolwiek. Zresztą, wiesz, że to i tak bez sensu, bo zanim będziesz miał okazję wykorzystać cokolwiek czego się nauczyłeś najprawdopodobniej będziesz już martwy.

Odsiadujesz wyrok zamknięty w klatce szpitala i marzysz o tym, żeby móc choć raz w życiu pojechać z rówieśnikami na wycieczkę rowerową.  Albo chociaż zrobić wyścigi międzyosiedlowe. W zasadzie to jak byście się przejechali 3 razy wokół bloku, to też było by zajebiście. Fantazjujesz, że może stanie się cud. Że szaleni amerykańscy naukowcy, którzy stwierdzają obecność wodoru w wodzie, tym razem wynajdą coś sensownego. Na przykład lek na Twoją chorobę.

I będziesz mógł żyć.

Co prawda nie jak normalny człowiek, bo choroba i regularne przyjmowanie sterydów nieodwracalnie spustoszyły Twój organizm, ale na tyle swobodnie, by pójść na szkolną dyskotekę. Albo pojechać na kolonie wakacyjne. Budować zamki z piasku i puszczać latawce. Z kolegami. Jak normalne dziecko. Niestety jesteś z tym problemem już tyle czasu, że powoli dochodzi do Ciebie, że to nie przejdzie. Że tak już będzie zawsze, aż do śmierci, która, z tego też zaczynasz zdawać sobie sprawę, przyjdzie szybciej niż później.

Budzisz się i zasypiasz z myślą o tym, jak gówniany jest Twój los, zastanawiając się jaką zbrodnię popełniłeś w poprzednim życiu, aż tu nagle niespodzianka! Internauci założyli profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym jest Twoje zdjęcie i można napisać, że się to lubi. Nie szukają metody, która mogłaby Cię uzdrowić, nie zbierają pieniędzy na Twoje leczenie, nawet zabawek, żebyś mniej boleśnie znosił pobyt w szpitalu. Zbierają polubienia profilu w internecie.

Pomocne, prawda?

---> SKOMENTUJ

Tekst z emotikonami jest jak seks na viagrze

Skip to entry content

Miałaś zostać w domu, bo świat jest zły i tylko paczka Carte d’Or przepijana Kadarką Cię rozumie, ale dałaś się namówić. Wariatki z pracy wyciągnęły Cię na miasto. Najpierw kilka shotów w Pijalni Wódki, potem jedno małe w Bombie i ruszacie na polowanie na Szewską.

14-centymetrowe szpilki sprawiają, że każdy śmielszy ruch graniczy z upadkiem, ale wiesz że wyglądasz w nich jak playmate roku, więc wchodzisz do klubu krokiem modelki Victoria’s Secret. Poza tym to Louboutiny, więc nawet gdybyś miała grubą dupę i słaniała się między stolikami, wszyscy i tak patrzyliby na Ciebie jak na gwiazdę.

Stojąc przy barze jakiś studencina chce Ci postawić Kasztelana, ale Ty nie jesteś żoną pastora żeby polecieć na piwo. Spławiasz go uśmiechem politowania i zamawiasz Martini ze Spirtem, nachylając się do barmana na tyle, by sam wpadł na to, że ma tam też dolać wódki. Bierzesz łyka i idąc w stronę parkietu czujesz na pośladkach wzrok wszystkich facetów, którzy nie stoją do Ciebie przodem. Jest dobrze, ta noc będzie Twoja.

Tańce, hulanki, swawole i jakiś kilkunastu kolesi, którym musiałaś wmówić, że jesteś lesbijką, żeby przestali Cię katować tekstami o „niebiańskich oczach”. Erazmusy, metroseksy i informatycy, aż nagle, jak czynny spożywczy w pierwszy dzień świąt, przy wejściu do sali dla palących pojawia się on  – wysoki, dobrze zbudowany, z lekkim zarostem. Już od samego patrzenia na jego kark robi Ci się mokro. Wyciągasz paczkę mentolowych Vogue’ów i biegniesz zagadać o ogień.

Łyka haczyk, pyta Cię o imię i trzyma za rękę ciut mocniej, niż powinien, gdy idziecie na parkiet. Tańce, hulanki, swawole i twarde sutki, gdy dotyka dekoltu na Twoich plecach. Jeszcze raz otrze się o Ciebie biodrami i eksplodujesz. Chcesz go mieć! Teraz! Przy sobie! W łóżku! W sobie!

Gładzisz go po potylicy przyciągając ku sobie i mówisz, że chciałabyś pójść w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie wiesz czy źle Cię zrozumiał, czy zostawił mleko na gazie, ale z niedowierzaniem słuchasz jak mówi, że mieszka niedaleko i obserwujesz z perspektywy trzeciej osoby, jak wychodzicie z klubu. Tak, to dzieje się naprawdę. Idziecie do niego. Do turbo-zabójczo-przystojnego bruneta przypominającego we wszystkim Ryana Goslinga, poza akcentem i kolorem włosów. Wyrwałaś najlepsze ciacho na imprezie. Jesteś niezła, naprawdę. Co prawda, gdyby nie kumpele, leżałabyś w brudnych dresach na kanapie i obżerała się lodami oglądając „How I met your mother”, ale teraz zaliczysz seks kwartału.

Jak tylko wejdziecie do jego mieszkania będziecie się rżnąć do nieprzytomności!

Wchodzicie. Meble z IKEI, świeże owoce na stole i żadnych pustych butelek przy kanapie, ani brudnych naczyń w zlewie. Cholera, jest czyściej, niż u Ciebie. Bierze kieliszki na nóżce, wyciąga z lodówki coś, co ani nie wygląda na Fresco, ani na Sophię i puszcza Pink Floydów. Albo ten koleś jest ideałem albo masz halucynacje od nowego lakieru do paznokci. Gdy kołyszecie się w podejrzanie bliskiej odległości od kanapy, mruczy Ci do ucha, że świetnie wyglądasz w tej akwamarynowej sukience, ale jeszcze bardziej do twarzy będzie Ci w samych Palmersach.

W przypływie trzeźwości robisz to, co robi każda kobieta, gdy ma za dużo czasu na myślenie – zastanawiasz czy wyglądasz idealnie. A przynajmniej na tyle perfekcyjnie, żeby po zrzuceniu kiecki nie stać się żabą w oczach tego księcia z bajki.

Biegniesz do łazienki pod pretekstem, pod którym laski zawsze wymykają się do kibla, i zaczynasz gapić się w lustro. Gapisz się, gapisz, i gapisz, i widzisz na swojej twarzy więcej niedociągnięć, niż retuszer zdjęć Madonny. Gapisz się dalej i okazuje się, że masz krzywe nogi, grube uda, asymetryczne wcięcia w talii, nienaturalnie wypukłe nadgarstki i przeraźliwie nijakie łopatki, co z pewnością zauważył każdy w klubie, łącznie z niedowidzącym didżejem. A już na pewno Twój książę.

Pewność siebie spadła Ci do -15. W wariackim transie poprawiasz makijaż, płuczesz usta, spryskujesz stopy perfumami i modlisz się, żeby nie wyrzucił Cię z sypialni, gdy już będziesz naga.

Chcesz to zrobić. Wizualizujesz jak bierze Cię od tyłu odkąd zobaczyłaś go przy palarni, ale paraliżuje Cię lęk, że jesteś za mało atrakcyjna. Przeraża Cię, że możesz nie być na tyle pociągająca, żeby go podniecić. Że gdy zaczniecie się miziać, lizać i gryźć, coś nie zatrybi. Boisz się, że mu się nie spodobasz. Nie na tyle, żeby jego ciało zareagowało, tak jak byś chciała. Twoje feromony, Twoja gra wstępna, Twoje zdolności uwodzicielki, Twoje łóżkowe umiejętności będą za słabe, żeby mu stanął.

Masz dwa wyjścia. Pierwsze – uwierzyć w to, że jesteś laską z kalendarza Pirelli, którą byłaś jeszcze godzinę temu w klubie, i dać mu grę wstępną, po której dojdzie bez wyciągania go ze spodni. Drugie – wrzucić mu viagrę do wina i cieszyć się, że po niebieskiej tabletce na pewno stanie. Nawet jeśli miałabyś makijaż jak Andrzej Gołota po walce, krzywe zęby, najbardziej wypukłe nadgarstki na świecie i zero pojęcia o tym, co zrobić, żeby postawić go do pionu.

Niby oba sposoby dają zbliżony efekt, ale przy drugim czujesz, że to nie tak powinno być. Że sama powinnaś doprowadzić do tej reakcji, a nie ją wymuszać. Że to dzieje się sztucznie. Że to lekkie oszustwo. Że to jak gra na kodach. Że satysfakcja z tego jest dużo mniejsza.

Tak samo jest emotikonami w tekście. Mogę się starać jak maniak, rzeźbić kolejne zdania, pieczołowicie dobierając każde słowo i wierząc, że po którymś porównaniu z kolei zaplujesz monitor herbatą. Mogę też wstawić dwukropek-nawias i mieć pewność, że również uniesiesz kąciki ust ku górze. Przy czym to drugie będzie pójściem na skróty, oznaką braku wiary we własne umiejętności. Dlatego nigdy tego nie robię.

Jeśli chcę Cię rozśmieszyć, to piszę tak abyś dostała skurczu brzucha i nabawiła się zmarszczek mimicznych. Nie wstawiam emotikonek.

---> SKOMENTUJ