Close
Close

Pogotowie Życiowe: związki, praca, motywacja

Skip to entry content

Regularnie dostaję od Was maile z pytaniami o Kraków, muzykę, filmy i blogowanie, ale coraz częściej z problemami ogólnożyciowymi i prośbą o poradę. Za każdy razem, gdy czytam list, w którym opisujecie sytuację w związku, rodzinie, czy pracy, jestem w szoku, że darzycie mnie, aż takim zaufaniem. I szczerze mówiąc, miewam obawy przed odpowiadaniem, bo kim ja jestem, żeby radzić Wam jak żyć i sugerować jakieś konkretne rozwiązania? Ale rozumiem, że tyle czasu spędzamy ze sobą na blogu, że traktujecie mnie jak kumpla, a wiadomo, że łatwiej poprosić o pomoc znajomego, niż zupełnie obcą osobę.

I tak też będzie wyglądało „Pogotowie Życiowe”. W tym cyklu będę publikował listy od czytelników, w których zwracają się z jakimś problemem i po kumpelsku będziemy starali się pomóc. Rzucić światło na sprawę z innej perspektywy i proponować alternatywne rozwiązania. I piszę „my”, bo Was też chcę w to zaangażować. Po pierwsze, sądzę, że nie raz znajdziecie lepszą odpowiedź na stawiane pytane, niż ja. Po drugie, jesteście istotną częścią tego bloga i nie mógłbym Was pominąć w takiej sprawie.

Akcja wygląda prosto:

  1. Wrzucam list od czytelnika z konkretnym problemem.
  2. Piszecie w komentarzach, jak sprawa wygląda z Waszego punktu widzenia i co w takiej sytuacji można zrobić.
  3. Po 24 godzinach wrzucam swoje przemyślenia na dany temat i możliwość wybrnięcia z danej sytuacji.

Ze względu na to, że większość maili będzie dotyczyła delikatnych spraw, proszę o wyjątkową kulturę w komentarzach. Piszemy rzeczowo ze stonowanymi opiniami, a już pod żadnym pozorem nie jest dopuszczalne obrażanie osoby proszącej o pomoc, czy jakiekolwiek personalne wycieczki w jej stronę. Staramy się pomóc, a nie dopiec, nawet jeśli sytuacja wydaje się absurdalna. Atmosfera ma być miła i kumpelska. Czyli dokładnie taka, jak przy innych postach na blogu.

Dobra, to jedziemy z pierwszą sprawą!

 

Ona chce, a on nie do końca

Zachowano oryginalną pisownię czytelniczki.

Cześć!
Trochę wahałam się, czy pisać do Ciebie, prosząc o poradę. Być może nie będziesz miał czasu odpisać, czy nawet przeczytać i nie będę miała Ci tego za złe. Ale piszę tę wiadomość też trochę dla siebie, może pomoże mi poukładać ten chaos w głowie.

A to moja historia.Poznaliśmy się na początku stycznia tego roku, przedstawił mi go moj kuzyn na jednym z wypadów do klubu. Na początku koleżeńskie spotkania, wiadomo, nikt niczego sobie nie wyobrażał, nie oczekiwał, tym bardziej, że i ja i on niedawno zakończyliśmy związki i mamy za sobą trudne przeżycia. Ale z czasem zwykłe spędzanie ze sobą czasu przerodziło się w „coś więcej”: pocałunki,randki, przytulanie, koncerty, kino, chodzenie za rękę. Zawsze świetnie mnie traktował, nawet na imprezach czy u znajomych. Deklaracje nie padały, jednak oboje daliśmy po prostu płynąć czasowi. W takim stanie trwamy już jakoś trzy-cztery miesiące.  Parę dni przed moimi urodzinami po kinie i romantycznej kolacji zaproponowałam, żeby mnie kiedyś odwiedził (oznaczało to spotkanie z moimi rodzicami, ani ja ani on nie poznaliśmy jeszcze rodzin). Zrobiłam to delikatnie, zaznaczyłam, że spotkanie to będzie miało luźny charakter, a rodzice potraktują go raczej jak mojego kolegę. Po jego reakcji stwierdziłam, że chyba nie jest gotowy na ten krok. Wtedy pojawiło się mnóstwo wątpliwości co do mojej roli w jego życiu i jego zamiarów. Zapytałam go jaki ma stosunek do tego co jest między nami, kim jestem dla niego i czy mu zależy, wszystko delikatnie,bez naciskania… Powiedział, że jestem bardzo ważną osobą w jego życiu. Że uwielbia spędzać ze mną czas, cieszą go rozmowy ze mną i jestem wyjątkowa.  ALE…no właśnie. Przeraża go wizja związku i boi się w pełni zaangażować, jednak bardzo boi się mnie stracić. Postanowiliśmy dać sobie czas. Obiecał, że pomyśli o nas.

Nie wiem co mam robić, myśleć. Chciałabym poznać Twoje zdanie, spojrzenie z męskiego punktu widzenia… Ktoś doradził mi, żebym nie psuła tego co mam i cieszyła się wspólnymi chwilami. A nóż coś się z jego strony narodzi. Myślisz, że jest to możliwe? Czy po roku znajomości uczucie może jeszcze się odezwać? I następna sprawa- skoro cały czas zachowywaliśmy się jak para, ludzie wokół tak nas traktowali, nie mieliśmy nikogo innego, nie zdradzaliśmy, a to co było między nami nie można nazwać inaczej niż związek, czego on może się bać?
Skoro tak bardzo boi się, że mnie straci i nie chce rozstania, może coś czuje, tylko nie chce się do tego przed samym sobą przyznać?

Zależy mi na nim.

M.

To jak, co M. może zrobić, żeby pchnąć związek dalej i żeby faktycznie byli razem? Jest jakieś wyjście z tej sytuacji, czy trzeba to zakończyć? Wrzucajcie swoje przemyślenia, a ja mój punkt widzenia i możliwe rozwiązanie umieszczę jutro, żeby póki co nic nie sugerować.

 

Co ja na to?

Z tego, co opisałaś wynika, że wygodnie mu z Tobą. Odpowiada mu, że jesteś, może z Tobą wspólnie spędzić czas, uprawiać seks, poprzytulać się, ale mimo wszystko jest to niedookreślone i w każdej chwili może się z tego wypisać. Bierze to co mu potrzebne, umywając ręce od zobowiązań i konsekwencji. Najprawdopodobniej boi się zaangażować w związek, przez to co się działo z jego byłą. Pewnie boi się wejść w relację głębiej, ze względu na to, że w poprzednią był mocny wkręcony i mimo to nie wypaliło, a z entuzjazmu i oczekiwań zostało tylko rozczarowanie. Dostał po dupie i ogarnia go strach, że znów będzie tak samo.

Rozumiem, że zależy Ci na związku i byciu razem. Jeśli Wasza relacja ma pójść dalej, „coś” musi się stać, bo inaczej będziesz stała w miejscu. Możesz z nim otwarcie porozmawiać i powiedzieć czego oczekujesz, bo szczera rozmowa, to zawsze najlepsze rozwiązanie. Podejrzewam jednak, że jeśli przyprzesz go do muru i postawisz jakieś ultimatum, na 80% wystraszy się i powie, że rezygnuje lub będzie Cię namawiał, żebyście zostali przy tym, przy czym jesteście. Zapewne padną argumenty „po co coś zmieniać skoro działa?” i „przecież tak jest dobrze”.

Zakładając, że chłopak faktycznie boi się nowego poważnego związku, a traktuje tylko jako koleżanki do łózka, lepszym rozwiązaniem będzie naturalne pogłębienie Waszej relacji. Róbcie jak najwięcej rzeczy razem – gotujcie, chodźcie na zakupy, na basen, na ściankę wspinaczkową, lepcie bałwany, jeździjcie na rowerach, jedzcie wspólne śniadania/obiady/kolacje, a najlepiej wyjedźcie gdzieś razem. Znajdźcie jakąś pasję/hobby/rytuał, który będzie Was łączył. Im więcej rzeczy będzie Was cementować, tym bliższa mu będziesz, tym lepiej będzie Cię znał i miał mniejsze obawy przed bycie razem na serio.

Jeśli po 2-3 miesiącach dalej będzie unikał deklaracji i określenia się, daj sobie spokój i zakończ znajomość. Szkoda Twojego czasu i nerwów. Albo potrzebuje terapii, żeby wyjść ze swoich problemów, albo innej dziewczyny, żeby się zakochać.

(niżej jest kolejny tekst)

44
Dodaj komentarz

avatar
22 Comment threads
22 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
27 Comment authors
Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?Dagna ParynowAleksandraAleksandra LipaM. Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Weronika Nowak
Gość
Weronika Nowak

najgorzej. nic z tego nie będzie, a taki typ „boje się” i „niezdecydowany” potrafi człowieka wykończyć psychicznie. Dziewczyno ratuj się i uciekaj od niego :)

Monika Pohl
Gość
Monika Pohl

Tak właśnie.

Ania Łudzik
Gość
Ania Łudzik

a ja myślę że powinni po prostu pogadać, może dla niego określenie „związek” kojarzy się z samymi obowiązkami i zobowiązaniami

Oleandrra
Gość

no z pewnością z tym właśnie mu się kojarzy. i pewnie dlatego woli związek w wersji lajt. szkoda, że nie wie, że paradoksalnie to właśnie w ten sposób może zranić i stracić drugą osobę.

Grassja
Gość
Grassja

Jezu, sama byłam… Mam nadzieję, że byłam. Byłam, byłam, byłam, NIE jestem… W prawie że identycznej sytuacji. A znamy się od końcówki sierpnia 2011, więc trochę to wszystko trwało. Tyle, że „ona chciała, on nie” przez baaardzo długo, a tak kolorowo zrobiło się dopiero jakieś 2-3 miesiące temu. Uwierzyłam, że można. Że to uczucie może się obudzić…

Oleandrra
Gość

Ona chce, a on… nie chce. Wiadomo, ile ludzi, tyle konkretnych, odosobnionych przypadków i nie ma jednej uniwersalnej zasady, ale ja już setki razy (również z autopsji) widziałam, jak kończyły się takie niby-związki. Facet, który mówi że nie jest gotowy, po prostu nie chce związku z tą konkretną osobą. Naprawdę zakochany facet wie czego chce. Chce kobiety, chce ryzykować, nie widzi powodu, dla którego miałby nie spróbować. Na moje oko chłopak, o którym mowa traktuje bohaterkę tego maila jak przyjaciółkę, przy okazji zaspokajając swoją potrzebę bliskości, ale nawet gdyby miało dojść do poważnego związku między nimi, zawsze będzie się migać,… Czytaj więcej »

Oleandrra
Gość

zapomniałam napisać, że bardzo podoba mi się ten cykl i pewnie często będę się w nim udzielać.

Grzeczny Chłopiec
Gość

Super, bardzo się cieszę, mam nadzieję, że stworzy nam się tu taka serdeczna grupa wsparcia.

Marcin Rzeczkowski
Gość

„Naprawdę zakochany facet wie czego chce. Chce kobiety, chce ryzykować, nie widzi powodu, dla którego miałby nie spróbować. ” Niekoniecznie. Nie mówię, że może być tak w tej konkretnie sytuacji, ale widywałem ludzi bardzo głęboko zakochanych, którzy za bardzo się bali siebie, własnej przeszłości, świata, odrzucenia, żeby zaryzykować. Można być zakochanym człowiekiem z bagażem doświadczeń, które w takich sytuacjach paraliżują. To może być niepełnosprawność, DDA, doświadczenie przemocy, ukrywana przed otoczeniem choroba, nieporadność w poprzednich związkach – itd., itp. Nie każdy chce się wiązać z osobą mającą taki bagaż, ale kwestionowanie szczerości uczucia nie jest uzasadnione, bo – wbrew obiegowej opinii… Czytaj więcej »

Guest
Gość
Guest

Idąc tym tropem można uznać, ze ci którzy sa w związkach (mniej lub bardziej udanych) to badassy. Zupełnie, jakby samo wkroczenie w związek było jakims nie lada wyczynem. Sztuka jest stworzyć dobra relacje. Podtrzymuje ze jeśli ci na kims zależy, znajdziesz sposób by być z ta osoba.
W przypadku, o którym mowa juz na samym poczatku widać postawę „nie mogę, boje się”. Jeśli powodem jest sparzenie się w poprzednim związku, to co najmniej dziwne, ze minął rok a gość stoi w miejscu.

Oleandrra
Gość

to byłam ja we własnej osobie ;) nie dokończyłam jeszcze i niechcący mi się wysłało.
kontynuując, jeśli już na początku są takie problemy, to ja osobiście, na miejscu tej dziewczyny rzeczywiście bałabym się wejść w związek z osobą, którą co chwilę trzeba by było przekonywać, że warto zrobić następny krok.

Marcin Rzeczkowski
Gość

Hm, powiedziałbym, że uważam za sztukę obydwa osiągnięcia – oraz jeszcze utrzymywanie zdrowej relacji, i wychodzenie z kryzysów, i zdrowe rozstanie wtedy, kiedy już jest konieczne, a jeszcze ma szanse być zdrowe. Dla różnych ludzi różne etapy relacji są najtrudniejsze, potrzebują też różnego czasu by dojść do siebie po sparzeniu się. Ale, bez względu na powód, ja bym w relację z kimś, kto się boi, tak jak Ty nie wchodził. Lub bym się z niej wycofał. Bo znam siebie na tyle, by widzieć, że byłby to niezdrowy związek; zacząłbym go terapeutyzować, oswajać… i im bardziej by mi zależało, tym bardziej… Czytaj więcej »

Oleandrra
Gość

wiążąc się z kimś tak naprawdę też nie do końca znamy jego potrzeby, czy możliwości. ba, czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy ze swoich własnych. gdzieś tu pisałeś o tym, że nie było między nimi szczerej rozmowy. to też może być jakieś wyjście. aczkolwiek ubrałeś to w takie słowa, że skojarzyło mi się to z jakimiś negocjacjami przed zawarciem bezterminowej umowy. gdzie tu jest miejsce na spontaniczność?

co do reszty, chyba się zgadzamy.

Marcin Rzeczkowski
Gość

Mhm, zgadzam się w pełni co do tego nieznania :) W kwestii umowy… całkiem trafnie Ci się skojarzyło. Związek jest umową, aczkolwiek najczęściej niepisaną. Zasady związku dla każdej pary są różne i można je negocjować (od „zmywamy naczynia na zmianę”, poprzez „nocowanie u kumpla na kanapie to dla nas nie zdrada”, po „wychowujemy dzieci tak i tak”). Większość par w ogóle nie ma pojęcia, że ma jakieś zasady. I albo je ustalają spontanicznie i nawet tego nie zauważaja, bo wszystko im gra, albo ustalają spontanicznie i mają ciągłe konflikty, bo nigdy o nich nie porozmawiali i jedyną formą jest dla… Czytaj więcej »

Agnieszka Zelek
Gość
Agnieszka Zelek

Masz rację, oczywiście jest możliwa taka sytuacja, że ktoś „chce, a nie może”. Ale mówisz tutaj o skrajnych przypadkach. Każdy z nas ma jakiś bagaż doświadczeń, problemy, ograniczenia, ułomności. Ale mimo wszystko jednak nie doszukiwałabym się w- w miarę normalnym facecie, który lubi sobie czasem spędzić miło czas z dziewczyną, ale nie chce się angażować, jakiś głęboko zakorzenionych ran z przeszłości, które pomimo wielkiej miłości do niej nie pozwalają mu na wejście w związek. Najprawdopodobniejszy scenariusz jest taki, że uważa laskę za atrakcyjną, lubi ją, ale nie kocha i nie uważa, by ta relacja była czymś, w co warto zainwestować… Czytaj więcej »

Marcin Rzeczkowski
Gość

Agnieszko, rozumiem. Dlatego na samym początku swojej wypowiedzi posłużyłem się cytatem i frazą „Nie mówię, że może być tak w tej konkretnie sytuacji, ale” :)
Oraz, uzupełniając: nie uważam tego za przypadek skrajny – przeciwnie, bardzo często widuję taką postawę (nawet jeśli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a także od perspektywy wyostrzonej na symptomy ran – lub blizn – z przeszłości).

Aleksandra Lipa
Gość
Aleksandra Lipa

Myślę, że jestem takim skrajnym przypadkiem, a jednak po wielu latach się przemogłam. Kwestia czasu i trafienia na odpowiednią osobę. A problemy będą zawsze. Nie ma co demonizować. Istnieją terapeuci.

Saga Sachnik
Gość
Saga Sachnik

Wydaje mi się, że dobrym krokiem jest odczekanie chwili, niech chłopak sobie poukłada wszystko w głowie, a potem niech jeszcze raz porozmawiają szczerze na ten temat. Odpowiedzialny mężczyzna, który boi się nomenklatury? To mi akurat nie pasuje w opisanym dżentelmenie.

Niech Panna M. poważnie się zastanowi, czy chce stąpać po niepewnym gruncie, podczas gdy sama pragnie czegoś zupełnie innego. Ale przede wszystkim, radziłabym szczerze pogadać.

Aleksandra Muszyńska
Gość
Aleksandra Muszyńska

Mimo wszystko poczekałabym.Gdyby chciał dziewczynę zrzucić po schodach,to by to już zrobił.A skoro utrzymuje tę relację,to może są powody,dla których chwilowo nie kula jej do przodu-może przejechał się kilka razy i trochę się obawia,że znowu dostanie kopa w dupę?Może długo (od zawsze?) był sam i jest mu wygodnie trzymać to na takim etapie,bo potrzebuje trochę więcej czasu do zrobienia kolejnego levela?Dałabym mu kilka miesięcy,od czasu do czasu nawiązując do naszego statusu.Jeżeli jest porządnym facetem,to albo rozwinie skrzydła,albo grzecznie podziękuje za współpracę.Jeśli na wysokości kwietnia-maja dalej będzie się „bał,przerażony,buu,dziewczyna,rodzice,buu”,to dałabym sobie spokój.Poboli,podpiecze,podołuje i przestanie.Szkoda młodości na kogoś,kto widząc,jak wpędza drugą osobę… Czytaj więcej »

kasia
Gość
kasia

Może i są jakieś powody wyższe ;) jednak w większości podobnych przypadków Faceci po prostu szukają ciekawszej alternatywy, a aktualną „zdobycz” traktują jako zabezpieczenie przed samotnością. Zgadzam się z Oleandrrą – mężczyzna zakochany, to mężczyzna zdecydowany.
Ps. Ja jestem ciekawa, jakie zdanie o swoim Koledze, ma Kuzyn Panny M. :) Może On byłby w stanie rozjaśnić mrok panujący w głowie? Może zna go dłużej…?
Ps 2. Pannie M. życzę z całego serca dużo szczęścia i miłości :)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Urodziłeś się wolny. Ubabrany krwią, śluzem i potem, ale wolny.

Twoi rodzice nie byli wtedy dużo bogatsi, niż przeciętni posiadacze malucha cisnący się w 25-metrowym M2, ale nie była to skrajna bieda. Nie musiałeś wygrzebywać resztek po śmietnikach, ani tułać się po pustostanach. Miałeś zapewniony wikt, opierunek i pewnie nawet Pampersy. Ani po narodzinach, ani gdy już zacząłeś raczkować, nie przyszedł do Ciebie nikt z Urzędu Planowania Życia, żeby w rubryce z Twoim peselem wpisać zawód i ściśle określony rodzaj prac jakie możesz wykonywać.

Byłeś wolny. Pozbawiony ograniczeń, bo nieświadomy ich istnienia.

Pamiętasz jak wracałeś z babcią z przedszkola? Mijając kolesi grających na podwórku w nogę zatrzymywałeś się na chwilę i mówiłeś, że będziesz piłkarzem. Jak dorośniesz oczywiście. Jadąc z mamą autobusem stawałeś za kabiną kierowcy tak, by móc widzieć jak steruje tym wielkim autem i oznajmiałeś, że też w przyszłości będziesz prowadził autobusy. Oglądając z dziadkiem wiadomości pytałeś jak się nazywa taki pan, który chodzi po księżycu. Bo Ty też byś się przeszedł. I przejdziesz, jak tylko skończysz szkołę!

Będąc dzieckiem miałeś bujną wyobraźnię. I nikomu to nie przeszkadzało.

Tata nie negował tego, że chcesz być maszynistą. Ciocia nie śmiała się z opowiadań o karierze koszykarza. Wujek utwierdzał Cię w przekonaniu, że możesz zostać piosenkarzem. Nawet ta bezzębną stara bryndza z 4-go piętra nie próbowała Ci wybić z głowy pomysłów o lotach w kosmos. Mogłeś marzyć, mogłeś planować, mogłeś puszczać wodze fantazji. Nikt nie szydził z Twoich aspiracji. Nie próbował ich zrównać z ziemią, zmieszać z błotem, a potem na nie nasrać i zasypać żwirkiem.

Mogłeś chcieć! Aż do końca podstawówki.

Idąc do gimnazjum dowiadywałeś się, że tylko pedały mają marzenia o aktorstwie. Poza tym z takim ryjem i tak nikt nie będzie chciał Cię kamerować. Co z tego, że czułeś się w tym dobry i od 5-tej klasy chodziłeś do ogniska artystycznego po szkole. To, że odgrywanie ról na scenie sprawiało Ci niebywałą przyjemność, a oklaski z widowni kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia. Wyróżnienie w wojewódzkim przeglądzie szkolnych przedstawień teatralnych było nieistotne. Gra w filmach to zły pomysł. Chujowy. A już na pewno nie dla Ciebie.

Zaczęto Ci mówić, że czegoś nie możesz. Zacząłeś się z tym zgadzać.

Musiałeś schować do skarpety część swoich przekonań, żeby być akceptowanym przez grupę rówieśniczą. Żaden nastolatek nie chce być wyrzutkiem. Każdy już-prawie-prawie-jeszcze-tylko-trochę dorosły chce mieć swoją paczkę, a paczki mają to do siebie, że trzeba się dostosować. Kto za bardzo odstaje, wylatuje. No chyba, że byłeś liderem? Tyle, że bycie liderem ma to do siebie, że w każdej grupie jest dokładnie jeden. Wybacz, że Cię zmartwię, ale korzystając z bezlitosnej statystyki wiem, że nie byłeś.

Trochę Cię to uwierało, ale dostosowałeś się. I dostosowywałeś dalej.

Kończąc liceum starzy postawili sprawę jasno – żadnego pierdolenia o aktorstwie na PWST. Albo będziesz inżynierem albo już dzisiaj zaczynasz przygodę życia z łopatą. Kilka lat spędzonych z ludźmi wycierającymi sobie buty o Twoje marzenia, skutecznie osłabiło wiarę w nie, więc nagiąłeś się do ultimatum rodziców. Poza tym, liczyłeś, że w trakcie studiów sytuacja się zmieni. Mimo wszystko poznasz jakieś artystyczne dusze, założycie kabaret na wzór „Łowców .B” i rozwiniesz skrzydła.

Nie rozwinąłeś. Nawet nie udało Ci się nimi zatrzepotać.

Kolesie z polibudy chętnie naśladowali swoich wykładowców po pijaku. Świetnie karykaturyzowali ich style wypowiedzi i gesty, ale o żadnym teatrzyku nie było mowy. Gdzie typy, które na trzeźwo spinają się zaczepieniem nieznajomej z pytaniem o godzinę, będą występować przed kimś więcej, niż lustrem? Maksimum ekspresji ich wewnętrznych przeżyć, to bazgroły w zeszycie na „Podstawach organizacji i zarządzania” przypominające krowie placki. Zresztą, pod koniec czwartego roku, Ty sam wracałeś myślami do kariery filmowej już tylko wtedy, gdy solidnie się upaliłeś. Kończyłeś studia, starzy przestawali przesyłać hajs i musiałeś zacząć się rozglądać za jakąś tyrką.

Słodkie fantazje zlizała gorzka rzeczywistość. Poszedłeś do pracy.

Odkąd zacząłeś budzić się na rozkaz budzika i spędzać połowę czasu, w którym nie spałeś, w miejscu, które traktowałeś jak zło konieczne, nikt nie musiał Ci mówić, że czegoś nie możesz. Nie miałeś kiedy, nie miałeś jak, nie miałeś gdzie. Nie mogłeś. A odkąd Kasia powiedziała Ci, że okres spóźnia jej się już 4-ty miesiąc nie mogłeś podwójnie. Nie mogłeś jej zostawić. Nie mogłeś jej zostawić z dzieckiem. Nawet nie chodzi o to, czy chciałeś, ale nie mogłeś. Z czasem nawet to polubiłeś, ale ugrzązłeś.

Świat stojący otworem zamknął się jak drzwi odjeżdżającego autobusu.

Wszystko co Cię otacza ma na Ciebie wpływ, ale największy mają ludzie, z którymi przebywasz. To oni podważają Twoje przekonania, negują plany i kwestionują cele. To oni wywołują w Tobie uczucie niepewności i przekonanie, że to co robisz nie ma sensu. Mogą być wsparciem i największą ostoją na wyboistej drodze po marzenia, ale równie prawdopodobne, a nawet bardziej, że staną się Twoimi butami z betonu.

Jeśli ich nie zrzucisz, nie dotkniesz nieba.

autorem zdjęcie jest taylor levy
muzyczne hity 2013
autorem zdjęcia jest Kheel Center, Cornell University

O tym jak ważna jest dla mnie muzyka pisałem na blogu ze 100 razy, jak nie 101. Jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Wpływa na moje myślenie, postrzeganie świata i samopoczucie. Wydałem na nią furmankę pieniędzy i gdybym miał, wydałbym drugą. Trudno mi sobie przypomnieć dzień, w którym nie przesłuchałem ani jednego utworu lub chociaż, nie nuciłem jakiegoś tekstu pod nosem. Traktuję ją wybitnie priorytetowo.

W zeszłym roku i w jeszcze poprzednim, tuż przed sylwestrem wrzucałem swój subiektywny ranking 10 hitów, które rządziły w mijających 12-stu miesiącach. W tym roku pomyślałem, że pójdę dalej i do swojego spojrzenia na muzykę dodam również Wasze, żeby pełniej oddać to jak brzmiał 2013, a przy okazji skonfrontować te dwie perspektywy i zobaczyć jak bardzo nasze gusta się pokrywają. Bo co do tego, że nasze preferencje kulturowe są zbieżne nie mam wątpliwości. Po pierwsze, widać to po utworach, które podrzuciliście mi na parapetówkę. Po drugie, gdyby tak nie było, to nie zaglądalibyście tu tak często.

Nie przedłużając, ogłaszam największy w blogosferze plebiscyt na muzyczne hity 2013 roku! Swoich faworytów typować będziemy 5-ciu kategoriach:

1. Singiel roku – szlagier domówek, klubówek i bezsennych nocy, który pojawiał się na każdej imprezie, niezależnie od wieku uczestników i ilości alkoholu we krwi.

2. Teledysk roku – klip, który z miejsca poleciał do ulubiony na YouTube i nie znudził Was nawet po godzinnym zapętleniu.

3. Ścieżka dźwiękowa roku – tło muzyczne, które było równie dobre co film lub nawet przyćmiło obraz, a Waszym pierwszym odruchem po wyjściu z kina było wpisanie w Google „nazwa_filmu + soundtrack”.

4. Album roku – kompletna płyta-klasyk, do której będziecie wracać równie chętnie za rok jak i za 10 lat, mając ciary na plecach.

5. Muzyk roku – wokalista, producent, skrzypek, dj, raper, klawiszowiec, bądź organista, który zdominował mijający rok kradnąc Wasze serca, czas antenowy i miejsce na blogach.

Głosujemy w komentarzach podając kolejne numerki i odpowiednio tytuł singla/klipu/ścieżki dźwiękowej/albumu i ksywki muzyka. Wrzucamy zarówno polskie, amerykańskie, jak i urugwajskie propozycje, byleby premiera proponowanych kawałków mieściła się między 01.01.2013 a 31.12.2013. Nie trzeba typować wszystkich kategorii, można 4, 3, 2 lub tylko jedną, ale umawiamy się, że brak udziału nie wchodzi w grę i wszyscy się bawią.

Plebiscyt trwa do 4-go stycznia włącznie. Po tym terminie moje niezawodne oko absolwenta informatyki i ekonometrii sumuje, potęguje, pierwiastkuje i mnoży wyniki zliczając tytuły i ksywki. 6-go stycznia dowiadujemy się, co królowało przez cały poprzedni rok w słuchawkach czytelników Stay Fly, i rzecz jasna w moich, pijemy Moët i obrzucamy się kawiorem z bieługi.  Nie wiem, kto się bardziej zdziwi, czy ja czy Wy, ale głęboko wierzę, że jednak nikt nawet dla żartu nie wrzuci „She dances for me”. „My Słowianie” jeszcze będę w stanie przeżyć, a widząc coś z polskiego podziemia serduszko szybciej mi zabije.

No to jedziemy, losy muzycznych hitów 2013 roku są w Waszych rękach!