Close
Close

Pogotowie Życiowe: związki, praca, motywacja

Skip to entry content

Regularnie dostaję od Was maile z pytaniami o Kraków, muzykę, filmy i blogowanie, ale coraz częściej z problemami ogólnożyciowymi i prośbą o poradę. Za każdy razem, gdy czytam list, w którym opisujecie sytuację w związku, rodzinie, czy pracy, jestem w szoku, że darzycie mnie, aż takim zaufaniem. I szczerze mówiąc, miewam obawy przed odpowiadaniem, bo kim ja jestem, żeby radzić Wam jak żyć i sugerować jakieś konkretne rozwiązania? Ale rozumiem, że tyle czasu spędzamy ze sobą na blogu, że traktujecie mnie jak kumpla, a wiadomo, że łatwiej poprosić o pomoc znajomego, niż zupełnie obcą osobę.

I tak też będzie wyglądało „Pogotowie Życiowe”. W tym cyklu będę publikował listy od czytelników, w których zwracają się z jakimś problemem i po kumpelsku będziemy starali się pomóc. Rzucić światło na sprawę z innej perspektywy i proponować alternatywne rozwiązania. I piszę „my”, bo Was też chcę w to zaangażować. Po pierwsze, sądzę, że nie raz znajdziecie lepszą odpowiedź na stawiane pytane, niż ja. Po drugie, jesteście istotną częścią tego bloga i nie mógłbym Was pominąć w takiej sprawie.

Akcja wygląda prosto:

  1. Wrzucam list od czytelnika z konkretnym problemem.
  2. Piszecie w komentarzach, jak sprawa wygląda z Waszego punktu widzenia i co w takiej sytuacji można zrobić.
  3. Po 24 godzinach wrzucam swoje przemyślenia na dany temat i możliwość wybrnięcia z danej sytuacji.

Ze względu na to, że większość maili będzie dotyczyła delikatnych spraw, proszę o wyjątkową kulturę w komentarzach. Piszemy rzeczowo ze stonowanymi opiniami, a już pod żadnym pozorem nie jest dopuszczalne obrażanie osoby proszącej o pomoc, czy jakiekolwiek personalne wycieczki w jej stronę. Staramy się pomóc, a nie dopiec, nawet jeśli sytuacja wydaje się absurdalna. Atmosfera ma być miła i kumpelska. Czyli dokładnie taka, jak przy innych postach na blogu.

Dobra, to jedziemy z pierwszą sprawą!

 

Ona chce, a on nie do końca

Zachowano oryginalną pisownię czytelniczki.

Cześć!
Trochę wahałam się, czy pisać do Ciebie, prosząc o poradę. Być może nie będziesz miał czasu odpisać, czy nawet przeczytać i nie będę miała Ci tego za złe. Ale piszę tę wiadomość też trochę dla siebie, może pomoże mi poukładać ten chaos w głowie.

A to moja historia.Poznaliśmy się na początku stycznia tego roku, przedstawił mi go moj kuzyn na jednym z wypadów do klubu. Na początku koleżeńskie spotkania, wiadomo, nikt niczego sobie nie wyobrażał, nie oczekiwał, tym bardziej, że i ja i on niedawno zakończyliśmy związki i mamy za sobą trudne przeżycia. Ale z czasem zwykłe spędzanie ze sobą czasu przerodziło się w „coś więcej”: pocałunki,randki, przytulanie, koncerty, kino, chodzenie za rękę. Zawsze świetnie mnie traktował, nawet na imprezach czy u znajomych. Deklaracje nie padały, jednak oboje daliśmy po prostu płynąć czasowi. W takim stanie trwamy już jakoś trzy-cztery miesiące.  Parę dni przed moimi urodzinami po kinie i romantycznej kolacji zaproponowałam, żeby mnie kiedyś odwiedził (oznaczało to spotkanie z moimi rodzicami, ani ja ani on nie poznaliśmy jeszcze rodzin). Zrobiłam to delikatnie, zaznaczyłam, że spotkanie to będzie miało luźny charakter, a rodzice potraktują go raczej jak mojego kolegę. Po jego reakcji stwierdziłam, że chyba nie jest gotowy na ten krok. Wtedy pojawiło się mnóstwo wątpliwości co do mojej roli w jego życiu i jego zamiarów. Zapytałam go jaki ma stosunek do tego co jest między nami, kim jestem dla niego i czy mu zależy, wszystko delikatnie,bez naciskania… Powiedział, że jestem bardzo ważną osobą w jego życiu. Że uwielbia spędzać ze mną czas, cieszą go rozmowy ze mną i jestem wyjątkowa.  ALE…no właśnie. Przeraża go wizja związku i boi się w pełni zaangażować, jednak bardzo boi się mnie stracić. Postanowiliśmy dać sobie czas. Obiecał, że pomyśli o nas.

Nie wiem co mam robić, myśleć. Chciałabym poznać Twoje zdanie, spojrzenie z męskiego punktu widzenia… Ktoś doradził mi, żebym nie psuła tego co mam i cieszyła się wspólnymi chwilami. A nóż coś się z jego strony narodzi. Myślisz, że jest to możliwe? Czy po roku znajomości uczucie może jeszcze się odezwać? I następna sprawa- skoro cały czas zachowywaliśmy się jak para, ludzie wokół tak nas traktowali, nie mieliśmy nikogo innego, nie zdradzaliśmy, a to co było między nami nie można nazwać inaczej niż związek, czego on może się bać?
Skoro tak bardzo boi się, że mnie straci i nie chce rozstania, może coś czuje, tylko nie chce się do tego przed samym sobą przyznać?

Zależy mi na nim.

M.

To jak, co M. może zrobić, żeby pchnąć związek dalej i żeby faktycznie byli razem? Jest jakieś wyjście z tej sytuacji, czy trzeba to zakończyć? Wrzucajcie swoje przemyślenia, a ja mój punkt widzenia i możliwe rozwiązanie umieszczę jutro, żeby póki co nic nie sugerować.

 

Co ja na to?

Z tego, co opisałaś wynika, że wygodnie mu z Tobą. Odpowiada mu, że jesteś, może z Tobą wspólnie spędzić czas, uprawiać seks, poprzytulać się, ale mimo wszystko jest to niedookreślone i w każdej chwili może się z tego wypisać. Bierze to co mu potrzebne, umywając ręce od zobowiązań i konsekwencji. Najprawdopodobniej boi się zaangażować w związek, przez to co się działo z jego byłą. Pewnie boi się wejść w relację głębiej, ze względu na to, że w poprzednią był mocny wkręcony i mimo to nie wypaliło, a z entuzjazmu i oczekiwań zostało tylko rozczarowanie. Dostał po dupie i ogarnia go strach, że znów będzie tak samo.

Rozumiem, że zależy Ci na związku i byciu razem. Jeśli Wasza relacja ma pójść dalej, „coś” musi się stać, bo inaczej będziesz stała w miejscu. Możesz z nim otwarcie porozmawiać i powiedzieć czego oczekujesz, bo szczera rozmowa, to zawsze najlepsze rozwiązanie. Podejrzewam jednak, że jeśli przyprzesz go do muru i postawisz jakieś ultimatum, na 80% wystraszy się i powie, że rezygnuje lub będzie Cię namawiał, żebyście zostali przy tym, przy czym jesteście. Zapewne padną argumenty „po co coś zmieniać skoro działa?” i „przecież tak jest dobrze”.

Zakładając, że chłopak faktycznie boi się nowego poważnego związku, a traktuje tylko jako koleżanki do łózka, lepszym rozwiązaniem będzie naturalne pogłębienie Waszej relacji. Róbcie jak najwięcej rzeczy razem – gotujcie, chodźcie na zakupy, na basen, na ściankę wspinaczkową, lepcie bałwany, jeździjcie na rowerach, jedzcie wspólne śniadania/obiady/kolacje, a najlepiej wyjedźcie gdzieś razem. Znajdźcie jakąś pasję/hobby/rytuał, który będzie Was łączył. Im więcej rzeczy będzie Was cementować, tym bliższa mu będziesz, tym lepiej będzie Cię znał i miał mniejsze obawy przed bycie razem na serio.

Jeśli po 2-3 miesiącach dalej będzie unikał deklaracji i określenia się, daj sobie spokój i zakończ znajomość. Szkoda Twojego czasu i nerwów. Albo potrzebuje terapii, żeby wyjść ze swoich problemów, albo innej dziewczyny, żeby się zakochać.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

Urodziłeś się wolny. Ubabrany krwią, śluzem i potem, ale wolny.

Twoi rodzice nie byli wtedy dużo bogatsi, niż przeciętni posiadacze malucha cisnący się w 25-metrowym M2, ale nie była to skrajna bieda. Nie musiałeś wygrzebywać resztek po śmietnikach, ani tułać się po pustostanach. Miałeś zapewniony wikt, opierunek i pewnie nawet Pampersy. Ani po narodzinach, ani gdy już zacząłeś raczkować, nie przyszedł do Ciebie nikt z Urzędu Planowania Życia, żeby w rubryce z Twoim peselem wpisać zawód i ściśle określony rodzaj prac jakie możesz wykonywać.

Byłeś wolny. Pozbawiony ograniczeń, bo nieświadomy ich istnienia.

Pamiętasz jak wracałeś z babcią z przedszkola? Mijając kolesi grających na podwórku w nogę zatrzymywałeś się na chwilę i mówiłeś, że będziesz piłkarzem. Jak dorośniesz oczywiście. Jadąc z mamą autobusem stawałeś za kabiną kierowcy tak, by móc widzieć jak steruje tym wielkim autem i oznajmiałeś, że też w przyszłości będziesz prowadził autobusy. Oglądając z dziadkiem wiadomości pytałeś jak się nazywa taki pan, który chodzi po księżycu. Bo Ty też byś się przeszedł. I przejdziesz, jak tylko skończysz szkołę!

Będąc dzieckiem miałeś bujną wyobraźnię. I nikomu to nie przeszkadzało.

Tata nie negował tego, że chcesz być maszynistą. Ciocia nie śmiała się z opowiadań o karierze koszykarza. Wujek utwierdzał Cię w przekonaniu, że możesz zostać piosenkarzem. Nawet ta bezzębną stara bryndza z 4-go piętra nie próbowała Ci wybić z głowy pomysłów o lotach w kosmos. Mogłeś marzyć, mogłeś planować, mogłeś puszczać wodze fantazji. Nikt nie szydził z Twoich aspiracji. Nie próbował ich zrównać z ziemią, zmieszać z błotem, a potem na nie nasrać i zasypać żwirkiem.

Mogłeś chcieć! Aż do końca podstawówki.

Idąc do gimnazjum dowiadywałeś się, że tylko pedały mają marzenia o aktorstwie. Poza tym z takim ryjem i tak nikt nie będzie chciał Cię kamerować. Co z tego, że czułeś się w tym dobry i od 5-tej klasy chodziłeś do ogniska artystycznego po szkole. To, że odgrywanie ról na scenie sprawiało Ci niebywałą przyjemność, a oklaski z widowni kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia. Wyróżnienie w wojewódzkim przeglądzie szkolnych przedstawień teatralnych było nieistotne. Gra w filmach to zły pomysł. Chujowy. A już na pewno nie dla Ciebie.

Zaczęto Ci mówić, że czegoś nie możesz. Zacząłeś się z tym zgadzać.

Musiałeś schować do skarpety część swoich przekonań, żeby być akceptowanym przez grupę rówieśniczą. Żaden nastolatek nie chce być wyrzutkiem. Każdy już-prawie-prawie-jeszcze-tylko-trochę dorosły chce mieć swoją paczkę, a paczki mają to do siebie, że trzeba się dostosować. Kto za bardzo odstaje, wylatuje. No chyba, że byłeś liderem? Tyle, że bycie liderem ma to do siebie, że w każdej grupie jest dokładnie jeden. Wybacz, że Cię zmartwię, ale korzystając z bezlitosnej statystyki wiem, że nie byłeś.

Trochę Cię to uwierało, ale dostosowałeś się. I dostosowywałeś dalej.

Kończąc liceum starzy postawili sprawę jasno – żadnego pierdolenia o aktorstwie na PWST. Albo będziesz inżynierem albo już dzisiaj zaczynasz przygodę życia z łopatą. Kilka lat spędzonych z ludźmi wycierającymi sobie buty o Twoje marzenia, skutecznie osłabiło wiarę w nie, więc nagiąłeś się do ultimatum rodziców. Poza tym, liczyłeś, że w trakcie studiów sytuacja się zmieni. Mimo wszystko poznasz jakieś artystyczne dusze, założycie kabaret na wzór „Łowców .B” i rozwiniesz skrzydła.

Nie rozwinąłeś. Nawet nie udało Ci się nimi zatrzepotać.

Kolesie z polibudy chętnie naśladowali swoich wykładowców po pijaku. Świetnie karykaturyzowali ich style wypowiedzi i gesty, ale o żadnym teatrzyku nie było mowy. Gdzie typy, które na trzeźwo spinają się zaczepieniem nieznajomej z pytaniem o godzinę, będą występować przed kimś więcej, niż lustrem? Maksimum ekspresji ich wewnętrznych przeżyć, to bazgroły w zeszycie na „Podstawach organizacji i zarządzania” przypominające krowie placki. Zresztą, pod koniec czwartego roku, Ty sam wracałeś myślami do kariery filmowej już tylko wtedy, gdy solidnie się upaliłeś. Kończyłeś studia, starzy przestawali przesyłać hajs i musiałeś zacząć się rozglądać za jakąś tyrką.

Słodkie fantazje zlizała gorzka rzeczywistość. Poszedłeś do pracy.

Odkąd zacząłeś budzić się na rozkaz budzika i spędzać połowę czasu, w którym nie spałeś, w miejscu, które traktowałeś jak zło konieczne, nikt nie musiał Ci mówić, że czegoś nie możesz. Nie miałeś kiedy, nie miałeś jak, nie miałeś gdzie. Nie mogłeś. A odkąd Kasia powiedziała Ci, że okres spóźnia jej się już 4-ty miesiąc nie mogłeś podwójnie. Nie mogłeś jej zostawić. Nie mogłeś jej zostawić z dzieckiem. Nawet nie chodzi o to, czy chciałeś, ale nie mogłeś. Z czasem nawet to polubiłeś, ale ugrzązłeś.

Świat stojący otworem zamknął się jak drzwi odjeżdżającego autobusu.

Wszystko co Cię otacza ma na Ciebie wpływ, ale największy mają ludzie, z którymi przebywasz. To oni podważają Twoje przekonania, negują plany i kwestionują cele. To oni wywołują w Tobie uczucie niepewności i przekonanie, że to co robisz nie ma sensu. Mogą być wsparciem i największą ostoją na wyboistej drodze po marzenia, ale równie prawdopodobne, a nawet bardziej, że staną się Twoimi butami z betonu.

Jeśli ich nie zrzucisz, nie dotkniesz nieba.

autorem zdjęcie jest taylor levy

---> SKOMENTUJ
muzyczne hity 2013
autorem zdjęcia jest Kheel Center, Cornell University

O tym jak ważna jest dla mnie muzyka pisałem na blogu ze 100 razy, jak nie 101. Jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Wpływa na moje myślenie, postrzeganie świata i samopoczucie. Wydałem na nią furmankę pieniędzy i gdybym miał, wydałbym drugą. Trudno mi sobie przypomnieć dzień, w którym nie przesłuchałem ani jednego utworu lub chociaż, nie nuciłem jakiegoś tekstu pod nosem. Traktuję ją wybitnie priorytetowo.

W zeszłym roku i w jeszcze poprzednim, tuż przed sylwestrem wrzucałem swój subiektywny ranking 10 hitów, które rządziły w mijających 12-stu miesiącach. W tym roku pomyślałem, że pójdę dalej i do swojego spojrzenia na muzykę dodam również Wasze, żeby pełniej oddać to jak brzmiał 2013, a przy okazji skonfrontować te dwie perspektywy i zobaczyć jak bardzo nasze gusta się pokrywają. Bo co do tego, że nasze preferencje kulturowe są zbieżne nie mam wątpliwości. Po pierwsze, widać to po utworach, które podrzuciliście mi na parapetówkę. Po drugie, gdyby tak nie było, to nie zaglądalibyście tu tak często.

Nie przedłużając, ogłaszam największy w blogosferze plebiscyt na muzyczne hity 2013 roku! Swoich faworytów typować będziemy 5-ciu kategoriach:

1. Singiel roku – szlagier domówek, klubówek i bezsennych nocy, który pojawiał się na każdej imprezie, niezależnie od wieku uczestników i ilości alkoholu we krwi.

2. Teledysk roku – klip, który z miejsca poleciał do ulubiony na YouTube i nie znudził Was nawet po godzinnym zapętleniu.

3. Ścieżka dźwiękowa roku – tło muzyczne, które było równie dobre co film lub nawet przyćmiło obraz, a Waszym pierwszym odruchem po wyjściu z kina było wpisanie w Google „nazwa_filmu + soundtrack”.

4. Album roku – kompletna płyta-klasyk, do której będziecie wracać równie chętnie za rok jak i za 10 lat, mając ciary na plecach.

5. Muzyk roku – wokalista, producent, skrzypek, dj, raper, klawiszowiec, bądź organista, który zdominował mijający rok kradnąc Wasze serca, czas antenowy i miejsce na blogach.

Głosujemy w komentarzach podając kolejne numerki i odpowiednio tytuł singla/klipu/ścieżki dźwiękowej/albumu i ksywki muzyka. Wrzucamy zarówno polskie, amerykańskie, jak i urugwajskie propozycje, byleby premiera proponowanych kawałków mieściła się między 01.01.2013 a 31.12.2013. Nie trzeba typować wszystkich kategorii, można 4, 3, 2 lub tylko jedną, ale umawiamy się, że brak udziału nie wchodzi w grę i wszyscy się bawią.

Plebiscyt trwa do 4-go stycznia włącznie. Po tym terminie moje niezawodne oko absolwenta informatyki i ekonometrii sumuje, potęguje, pierwiastkuje i mnoży wyniki zliczając tytuły i ksywki. 6-go stycznia dowiadujemy się, co królowało przez cały poprzedni rok w słuchawkach czytelników Stay Fly, i rzecz jasna w moich, pijemy Moët i obrzucamy się kawiorem z bieługi.  Nie wiem, kto się bardziej zdziwi, czy ja czy Wy, ale głęboko wierzę, że jednak nikt nawet dla żartu nie wrzuci „She dances for me”. „My Słowianie” jeszcze będę w stanie przeżyć, a widząc coś z polskiego podziemia serduszko szybciej mi zabije.

No to jedziemy, losy muzycznych hitów 2013 roku są w Waszych rękach!

---> SKOMENTUJ