Close
Close

Pogotowie Życiowe: związki, praca, motywacja

Skip to entry content

Regularnie dostaję od Was maile z pytaniami o Kraków, muzykę, filmy i blogowanie, ale coraz częściej z problemami ogólnożyciowymi i prośbą o poradę. Za każdy razem, gdy czytam list, w którym opisujecie sytuację w związku, rodzinie, czy pracy, jestem w szoku, że darzycie mnie, aż takim zaufaniem. I szczerze mówiąc, miewam obawy przed odpowiadaniem, bo kim ja jestem, żeby radzić Wam jak żyć i sugerować jakieś konkretne rozwiązania? Ale rozumiem, że tyle czasu spędzamy ze sobą na blogu, że traktujecie mnie jak kumpla, a wiadomo, że łatwiej poprosić o pomoc znajomego, niż zupełnie obcą osobę.

I tak też będzie wyglądało „Pogotowie Życiowe”. W tym cyklu będę publikował listy od czytelników, w których zwracają się z jakimś problemem i po kumpelsku będziemy starali się pomóc. Rzucić światło na sprawę z innej perspektywy i proponować alternatywne rozwiązania. I piszę „my”, bo Was też chcę w to zaangażować. Po pierwsze, sądzę, że nie raz znajdziecie lepszą odpowiedź na stawiane pytane, niż ja. Po drugie, jesteście istotną częścią tego bloga i nie mógłbym Was pominąć w takiej sprawie.

Akcja wygląda prosto:

  1. Wrzucam list od czytelnika z konkretnym problemem.
  2. Piszecie w komentarzach, jak sprawa wygląda z Waszego punktu widzenia i co w takiej sytuacji można zrobić.
  3. Po 24 godzinach wrzucam swoje przemyślenia na dany temat i możliwość wybrnięcia z danej sytuacji.

Ze względu na to, że większość maili będzie dotyczyła delikatnych spraw, proszę o wyjątkową kulturę w komentarzach. Piszemy rzeczowo ze stonowanymi opiniami, a już pod żadnym pozorem nie jest dopuszczalne obrażanie osoby proszącej o pomoc, czy jakiekolwiek personalne wycieczki w jej stronę. Staramy się pomóc, a nie dopiec, nawet jeśli sytuacja wydaje się absurdalna. Atmosfera ma być miła i kumpelska. Czyli dokładnie taka, jak przy innych postach na blogu.

Dobra, to jedziemy z pierwszą sprawą!

 

Ona chce, a on nie do końca

Zachowano oryginalną pisownię czytelniczki.

Cześć!
Trochę wahałam się, czy pisać do Ciebie, prosząc o poradę. Być może nie będziesz miał czasu odpisać, czy nawet przeczytać i nie będę miała Ci tego za złe. Ale piszę tę wiadomość też trochę dla siebie, może pomoże mi poukładać ten chaos w głowie.

A to moja historia.Poznaliśmy się na początku stycznia tego roku, przedstawił mi go moj kuzyn na jednym z wypadów do klubu. Na początku koleżeńskie spotkania, wiadomo, nikt niczego sobie nie wyobrażał, nie oczekiwał, tym bardziej, że i ja i on niedawno zakończyliśmy związki i mamy za sobą trudne przeżycia. Ale z czasem zwykłe spędzanie ze sobą czasu przerodziło się w „coś więcej”: pocałunki,randki, przytulanie, koncerty, kino, chodzenie za rękę. Zawsze świetnie mnie traktował, nawet na imprezach czy u znajomych. Deklaracje nie padały, jednak oboje daliśmy po prostu płynąć czasowi. W takim stanie trwamy już jakoś trzy-cztery miesiące.  Parę dni przed moimi urodzinami po kinie i romantycznej kolacji zaproponowałam, żeby mnie kiedyś odwiedził (oznaczało to spotkanie z moimi rodzicami, ani ja ani on nie poznaliśmy jeszcze rodzin). Zrobiłam to delikatnie, zaznaczyłam, że spotkanie to będzie miało luźny charakter, a rodzice potraktują go raczej jak mojego kolegę. Po jego reakcji stwierdziłam, że chyba nie jest gotowy na ten krok. Wtedy pojawiło się mnóstwo wątpliwości co do mojej roli w jego życiu i jego zamiarów. Zapytałam go jaki ma stosunek do tego co jest między nami, kim jestem dla niego i czy mu zależy, wszystko delikatnie,bez naciskania… Powiedział, że jestem bardzo ważną osobą w jego życiu. Że uwielbia spędzać ze mną czas, cieszą go rozmowy ze mną i jestem wyjątkowa.  ALE…no właśnie. Przeraża go wizja związku i boi się w pełni zaangażować, jednak bardzo boi się mnie stracić. Postanowiliśmy dać sobie czas. Obiecał, że pomyśli o nas.

Nie wiem co mam robić, myśleć. Chciałabym poznać Twoje zdanie, spojrzenie z męskiego punktu widzenia… Ktoś doradził mi, żebym nie psuła tego co mam i cieszyła się wspólnymi chwilami. A nóż coś się z jego strony narodzi. Myślisz, że jest to możliwe? Czy po roku znajomości uczucie może jeszcze się odezwać? I następna sprawa- skoro cały czas zachowywaliśmy się jak para, ludzie wokół tak nas traktowali, nie mieliśmy nikogo innego, nie zdradzaliśmy, a to co było między nami nie można nazwać inaczej niż związek, czego on może się bać?
Skoro tak bardzo boi się, że mnie straci i nie chce rozstania, może coś czuje, tylko nie chce się do tego przed samym sobą przyznać?

Zależy mi na nim.

M.

To jak, co M. może zrobić, żeby pchnąć związek dalej i żeby faktycznie byli razem? Jest jakieś wyjście z tej sytuacji, czy trzeba to zakończyć? Wrzucajcie swoje przemyślenia, a ja mój punkt widzenia i możliwe rozwiązanie umieszczę jutro, żeby póki co nic nie sugerować.

 

Co ja na to?

Z tego, co opisałaś wynika, że wygodnie mu z Tobą. Odpowiada mu, że jesteś, może z Tobą wspólnie spędzić czas, uprawiać seks, poprzytulać się, ale mimo wszystko jest to niedookreślone i w każdej chwili może się z tego wypisać. Bierze to co mu potrzebne, umywając ręce od zobowiązań i konsekwencji. Najprawdopodobniej boi się zaangażować w związek, przez to co się działo z jego byłą. Pewnie boi się wejść w relację głębiej, ze względu na to, że w poprzednią był mocny wkręcony i mimo to nie wypaliło, a z entuzjazmu i oczekiwań zostało tylko rozczarowanie. Dostał po dupie i ogarnia go strach, że znów będzie tak samo.

Rozumiem, że zależy Ci na związku i byciu razem. Jeśli Wasza relacja ma pójść dalej, „coś” musi się stać, bo inaczej będziesz stała w miejscu. Możesz z nim otwarcie porozmawiać i powiedzieć czego oczekujesz, bo szczera rozmowa, to zawsze najlepsze rozwiązanie. Podejrzewam jednak, że jeśli przyprzesz go do muru i postawisz jakieś ultimatum, na 80% wystraszy się i powie, że rezygnuje lub będzie Cię namawiał, żebyście zostali przy tym, przy czym jesteście. Zapewne padną argumenty „po co coś zmieniać skoro działa?” i „przecież tak jest dobrze”.

Zakładając, że chłopak faktycznie boi się nowego poważnego związku, a traktuje tylko jako koleżanki do łózka, lepszym rozwiązaniem będzie naturalne pogłębienie Waszej relacji. Róbcie jak najwięcej rzeczy razem – gotujcie, chodźcie na zakupy, na basen, na ściankę wspinaczkową, lepcie bałwany, jeździjcie na rowerach, jedzcie wspólne śniadania/obiady/kolacje, a najlepiej wyjedźcie gdzieś razem. Znajdźcie jakąś pasję/hobby/rytuał, który będzie Was łączył. Im więcej rzeczy będzie Was cementować, tym bliższa mu będziesz, tym lepiej będzie Cię znał i miał mniejsze obawy przed bycie razem na serio.

Jeśli po 2-3 miesiącach dalej będzie unikał deklaracji i określenia się, daj sobie spokój i zakończ znajomość. Szkoda Twojego czasu i nerwów. Albo potrzebuje terapii, żeby wyjść ze swoich problemów, albo innej dziewczyny, żeby się zakochać.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?()

  • Aleksandra

    O matko, kącik porad sercowych? Jak w bravo ;)

  • Aleksandra Lipa

    Jeśli miłość ma się tu wydarzyć, to i tak się wydarzy. To będzie ciężkie, ale skoro chcesz czegoś innego, niż jest teraz, a on nie, to znaczy, że któreś z was lub oboje, potrzebujecie czasu na zyskanie pewnej perspektywy. Zakończ to po „kumpelsku” i nie kontaktuj się z nim, a przynajmniej staraj się nie widywac. Mail czy telefon raz na długi czas już będzie lepszy. Ty będziesz miała czas na spojrzenie na niego i waszą relację, on bedzie miał czas ewentualnie zatęsknić, odsunąć się i zobaczyć, że mu czegoś brak. Jeśli tak się nie stanie, to znaczy, że było to uczucie bez przyszłości. Taka moja opinia i trochę wynika z osobistych doświadczeń, aczkolwiek były one nie całkiem takie, jak Twoje.

  • M.

    Miałam zamiar nie udzielać się tutaj, jednak chciałam Wam podziękować za zaangażowanie w sprawę. Powinnam także wspomnieć, że chyba coś „ruszyło”. Ostatnio trochę zdystansowałam się do sprawy. Po jakimś czasie sam zaproponował wypad w góry w celu zapoznania się z moją rodziną…I w ogóle, ostatnio jakby lepiej się układa. Myślicie, że to dobry znak?

    • Dagna Parynow

      Tak, mysle ze to jak najbardziej dobry znak :) przynajmniej poki co.

  • Mimi

    Według mnie powinnaś dać sobie spokój. Sprawa jest skomplikowana i delikatna, jak każda sercowa sprawa. Jest to też bardzo indywidualna kwestia. Aaaale… dla mnie jeżeli chce, to będzie z Tobą, bez zastanawiania się. W związku wiele spraw powinno wychodzić naturalnie, pewnie że fajnie się starać i pracować nad sobą dla tego kogoś, szczególnie to widoczne na początku związku/znajomości, ale to początkowe uniesienie w końcu minie i wtedy jeżeli coś nie wyszło naturalnie to już nie wyjdzie. Związek powinien naturalnie iść do przodu, pod warunkiem oczywiście, że obie strony tego chcą. Nie zmusisz nikogo do niczego, nie da się po prostu. Prędzej czy później któreś z Was da sobie spokój i to dopiero będzie bolało. Nie ma sensu próbować, trzymać się za ręce, spędzać razem czas i po tym wszystkim się rozstać, bo jednak to nie jest to. Lepiej od razu odchorować i nie tracić czasu.

    Trzymaj się M. będzie dobrze :)
    PS. cały pomysł zacny i niewąski :) popieram :)

  • Vredota

    W miażdzącej większości przypadków, tekst ‚nie jestem gotowy/gotowa na związek’ ma drugą, niewypowiedzianą część: ‚z Tobą’. Być może wytrzymasz w takim stanie kolejne miesiące. Może nawet lata. Ale któregoś dnia usłyszysz ‚wiesz, poznałem kogoś’, co przecież teoretycznie nie będzie niczym niezwykłym, bo przecież nie jesteście w związku, prawda? Każdy z nas ma jakieś demony przeszłości (jak chociażby nieudane związki), z którymi musi sobie radzić, ale nie kosztem innych ludzi, zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą uczucia. Takie zachowanie to żadna dojrzałość. Moja rada – odpuść, bo tu nie ma dla kogo walczyć.

  • Teskilon

    Ciężka sytuacja. Pewnie wiele osób się z tym nie zgodzi, ale podobno faceci bardziej angażagują się w związki (mowa o tych, którzy faktycznie chcą zbudować coś fajnego). I potem, po rozstaniu, trudniej im budować coś nowego, zaufać, zaagnażować się i dopuścić znowu kogoś tak blisko do swojego życia. Jaki to ma związek z mailem? Taki, że facet o którym mowa może być jednym z tych zranionych.

    I niestety pierwsze lub nawet kolejne związki po rozstaniu tak wyglądają – zwłaszcza, gdy to facet został „rzucony”. Jest fajnie, świetnie ale jest ten strach. Najgorsze jest to, że ta druga osoba, która angażuje się w nową relacje, zazwyczaj bardzo przez to cierpi. A dla chłopaka jest to bardziej lub mniej świadome przekonywanie się, że można być szcześliwym z kimś innym, że jednak ma się wartość a poprzednie niepowodzenie było winą obu stron (ludzie często obwiniają siebie samych po rozstaniach).

    Budowanie i pielegnowanie relacji to jedna z najtrudniejszych ale i zarazem najpiekniejszych rzeczy w zyciu. Bo ktoś pokocha nas takimi, jakimi jestesmy a nie takimi jak czesto o sobie myslimy zanizajac swoja samoocene. To cos, co jest wylacznie nasza zasluga.

    Bohaterowie z maila moim zdaniem pojawili sie w swoim zyciu w zlym czasie. Na cos jest za wczesnie, istnieje jakis powod. Ale to juz prywatne sprawy.

  • Martyna Kubicka

    było fajnie, miło, sympatycznie. luz. z doświadczenia wiem, że wbrew pozorom dla dziewczyny taka lżejsza gatunkowo relacja też jest pod pewnymi względami wygodna. tyle, że przez ten rok znajomości przynajmniej od kilku miesięcy trwa coś, co zaczyna się załapywać pod związek pełną gębą. o ile mam wrażenie, że on nie chce wskakiwać na głęboką wodę, to tak się zastanawiam, czy M. tego chce. jak widzi rozwój tej znajomości, czy koniecznie chce być z nim, czy też już jest gotowa na związek. z nim. bym zaproponowała dać sobie czas właśnie. osobno. czy ona chce kogoś tak niezdecydowanego. bo jeżeli ona już dojrzała do budowania czegoś solidnego i oficjalnego, a on nie, to z nim większej przyszłości nie widzę. różnica oczekiwań

  • ana2213

    To nie będzie miłe, ale prawda jest taka, że jeżeli on przez rok nic nie zrobił konkretnego, to już nie zrobi. Życie w takim związku-nie związku jest wygodne, bo właściwie, to bierze wszystko co najlepsze jest w „byciu w związku”, jednocześnie bez brania trudności – czyli zobowiązań, konsekwencji, odpowiedzialności. Według mnie to on bardzo lubi tą dziewczynę, ale po prostu nie ma tego istotne pierwiastka „wow” i on też trochę dla siebie to na siłę ciągnie. Może nawet z braku laku, bo są osoby, które po prostu muszą być w „jakimś związku”.
    Przykro mi to mówić, ale znam dwie takie sytuacje i żadna się nie skończyła dobrze. Dlatego trzeba mu powiedzieć jasno, co się czuje i myśli, ona też ma prawo czuć się pewnie, a nie tkwić w czymś niewiadomym.

  • Jeśli gość przez rok nie zrobił żadnego kroku w kierunku skonkretyzowania sytuacji między nim a Tobą to oznacza, że nie chce tego zrobić. Ja rozumiem, że swobodne bujanie się z czasem jest fajne, miłe, przyjemne i nie wymaga większego zaangażowania. Ale płynięcie tak przez rok oznacza, że obecny kształt układu mu odpowiada i nie zamierza go w ogóle zmieniać. W tej sytuacji jedyne co można zrobić to szczerze mu powiedzieć o tym jak się czujesz w tej relacji. Co istotne ważne są sformułowania użyte w trakcie tej rozmowy. Zamiast używać „myśle, że.. uważam że, wydaje mi się, że..” trzeba mówić „czuję się, czuje że, przykro mi ponieważ”. Masz prawo czuć się zawiedziona takim obrotem spraw. Masz prawo oczekiwać konkretnych deklaracji wobec jego zachowania wobec Ciebie. Masz prawo wiedzieć na czym stoisz. I masz prawo o tym mówić z komfortem, że powie Ci „to nie tak jak myślisz” bo sorry ale tak właśnie czujesz i co najwyżej może zacząć pracować nad zmianą tych uczuć a nie wyargumentować Ci, że się mylisz. Wiesz co czujesz. Z tym się nie walczy i tego się nie podważa. Gadanie „bo ja się boję związków” jest zapchajdziurą po której udaje mi sie po raz kolejny nie powiedzieć nic konkretnego. W wersji mocno pesymistycznej, mieć więcej czasu na poznanie laski w którą zaangażuje się w ciągu tygodnia. Powiedz mu wprost co do niego czujesz i zapytaj czy te uczucia odwzajemnia. Musisz być również przygotowana na mało przyjemną odpowiedź na to pytanie. Oraz świadomość, że gość odpuści. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że nie angażując bardziej się w jednostronną relacje poznasz kogoś kto zaangażuje się tak samo mocno jak Ty i nie będzie cię wodził za nos rok czasu.

  • Dominika Polok

    Ja bym dała czas obojgu. Jestem w stanie uwierzyć, że on nie jest gotowy na kolejny krok – niekoniecznie z wygody, a rzeczywiście mając jakieś ku temu powody. Zwłaszcza jeśli faktycznie oboje zakończyli niedawno związki. Nie znam szczegółów, nie wiem co on przeżył i jaki jest. M. zna go jednak lepiej niż każde z nas, widzi jakie są między nimi relacje i jak on ją traktuje. Jeśli wszystko jest w porządku tak jak pisze to powinna dać mu czas. Powiedzieć mu, że ona jest gotowa na rozwijanie tej znajomości już teraz i czego by w związku z tym oczekiwała, jak widzi ten związek, ale wyraźnie powiedzieć, że daje mu czas, jeśli go potrzebuje. Będzie miał większe poczucie hmm… bezpieczeństwa? Facet mimo wszystko też człowiek. Nie widzę sensu kończenia miłej i fajnej znajomości/związku tylko dlatego, że on nie chce jeszcze poznać jej rodziny. Bo gdzie tu kompromis..?

  • nahe

    Miałam podobnie. W wakacje rok temu zakończyłam ponad 6 letni związek, w
    październiku wróciłam na studia. Poznałam faceta, zamieszkaliśmy obok
    siebie w akademiku i tak jakoś wyszło… On też w wakacje zakończył
    długi związek, więc byliśmy w podobnej sytuacji. Fajnie nam się gadało,
    mieliśmy dużo wspólnych tematów. Bez wahania mogę stwierdzić, że to dużo
    mi pomogło, jemu również. Ale potem jedna impreza, druga… może trochę
    za dużo alkoholu i stało się. Na początku nie wiedziałam co mam robić,
    ale dość szybko sobie wszystko wytłumaczyliśmy, że ok, że wcale nie jest
    tak źle, że taki luźny związek przyda się i mi i jemu, bez zobowiązań. I
    tak wszystko powoli leciało…. W lutym wyjechałam na pół roku za
    granicę. Kontakt utrzymywaliśmy cały czas, „tęsknię”
    „chciałbym/chciałabym Cie przytulić/pocałować”. Gdy wróciłam do kraju,
    wiedziałam, że czeka, bardzo pragnęłam tego, żeby ten „luźny związek”
    zmienił się w coś prawdziwego. On też tego chciał. Niestety – mimo, że
    byłam już w kraju znów się mijaliśmy… On zaczynał nową pracę, ja
    wróciłam do starej, pracując po 14 godzin dziennie żeby odrobić
    półroczną imprezę zagraniczną. W ogóle nie mieliśmy dla siebie czasu,
    mimo że mieszkaliśmy 3 km od siebie (a na Krk to naprawdę mało). Wtedy
    on dostał propozycję przeniesienia do innego miasta. Gdy zapytał, co ma
    zrobić, powiedziała, że jeśli tylko chce, to niech jedzie. Wiedziałam,
    że nie mam prawa mu tego zabronić, przecież to wielka szansa a my tak
    naprawdę nie jesteśmy parą. Miesiąc przed jego wyprowadzką miałam
    wypadek, uszkodzony kręgosłup. Nie mogłam sama chodzić, więc musiałam
    wrócić do rodziców. On ogarnięty awansem, przeprowadzką, szukaniem
    mieszkania w ogóle nie miał dla mnie czasu. Ja za to czasu miałam
    mnóstwo. Przemyślałam sobie to wszystko, Nie chciałam takiego półśrodka.
    W końcu udało nam się pogadać. Ale on nie chciał związku, chciał mieć
    czyste konto na nowy start.Odpuściłam, trochę bolało, ale przyjaciele
    znów pomogli. W ostatnim czasie byliśmy na kilku wspólnych imprezach,
    spotkaniach z paczką znajomych. Starałam się traktować go jak normalnego
    kolegę i nie uszło to jego uwadze. Gdy zobaczył, że nie jest już dla
    mnie tak ważny, że mam inne życie, bez niego, że rozmawiam z innymi
    facetami wzięło go na nowo. Nagle zaczął dzwonić, pisać… Że tęskni,
    żałuje itd.

    to jest idealny przykład tego, że jak facet poczuje,
    że traci coś, na czym niby mu nie zależy, to jednak to przemyśli. W
    Twoim przypadku też tak może być – zatęskni, zrozumie i się zdeklaruje.
    Tylko musisz sobie zadać pytanie czy chcesz tego?
    Ja teraz wiem, że nie chcę, że to już nie to samo.

  • maniak

    słuchaj, sama na początku wspomniałaś, że mieliście za sobą nieudane związki i przeżyliście ciężkie chwile, nie wiem jak to jest z intensywnością Waszych obecnych uczuć do siebie, ale rzucenie się na głęboką wodę jaką jest ponowne zaufanie i zakochanie się nie jest sprawą prostą – również dla faceta, serio wiem co mówię. Sam jestem od niedawna wolny, po 4 latach kobieta za którą dałbym się pokroić, za którą skoczyłbym w ogień i oddał co tylko mam w zasadzie z dnia na dzień zostawiła mnie dla innego gościa (oczywiście wiem, że to się nie stało z dnia na dzień i kombinowała coś wcześniej wyczekując na odpowiedni moment, ale chodzi o sam fakt). Nie wiem jaką przeszłość konkretnie macie za sobą, jak bardzo się na kimś zawiedliście, jakie plany snuliście z kimś innym. Skoro on – Twój obecny partner jest z Tobą, szanuje Cię, darzy Cię ponadprzeciętnym uczuciem i widzi Was w przyszłości razem, to daj mu po prostu czas. Wiem, że wy kobiety bardzo często oczekujecie jasnych klarownych deklaracji, choćby w postaci zaręczyn, jednak nie wiem jak on ale wiem po sobie i kilku znajomych, że słowa częściej znaczą więcej niż złoty krążek, wspólne obiady u rodziców i tym podobne akcje. Wytłumaczenie może być też z goła inne… może po prostu sprowokuj szczerą rozmowę, nawet jak nie będzie chciał odpowiadać na wszystko od razu, to z pewnością sprowokujesz go do myślenia. Powodzenia!

  • Proponowane przez kogoś tam rozwiązanie „ciesz się wspólnymi chwilami” ma sens, jeśli one naprawdę są cieszące. Nie można od siebie wymusić cieszenia się, jeśli chce się czegoś więcej. To znaczy można, ale to jest nieuczciwe i pozbawione szacunku względem siebie.

    Brakuje mi jednej rzeczy w tym liście, i zapewne także w relacji M. z tym chłopakiem. Rozmowy jej i jego. Szczerej, tak jak już pisała Saga. Nie w tonie „zrób dla mnie to” czy wręcz „czemu tego dla mnie nie robisz” albo „czy nie widzisz, że…” tylko wzajemnego opowiedzenia sobie o własnych potrzebach, lękach (dlaczego ludzie z internetu mieliby wiedzieć, czego ON się boi?), nadziejach, rzeczach na które teraz nie jest się gotowym (ale może kiedyś się do nich dojrzeje), rzeczach, których na pewno się nie chce (i nigdy się ich nikomu nie da) i rzeczach, których na pewno się chce (i bez nich za 20 lat będzie się miało poczucie, że zmarnowało się życie).

    Warto to spisać, niezależnie (żeby nie ulegać wpływom drugiej strony), dając sobie duuużo czasu, a potem wspólnie porównać wersje i przedyskutować wnioski.

    Taka rozmowa może bardzo boleć. W jej wyniku może się okazać, że nie ma szans ani na wspólną przyszłość, ani na kontynuowanie tego co jest. Można też znaleźć dużo trupów w szafach – swoich i tej drugiej osoby. Można wreszcie dojść do tego, że chce się być ze sobą. Słowem – jest ryzykowna. Jednak jest mniej ryzykowna niż ciągnięcie tego co jest, ze słabą komunikacją, ze zgadywaniem co myśli druga strona, z pytaniem internetu czego druga strona się boi, z przerzucaniem między sobą poświęcania siebie i własnych potrzeb… i odkryciem po dekadzie czy dwóch, że można było tego wszystkiego uniknąć.

  • Misia

    Jasno postaw warunek – ale rzeczywiście warunek, a nie sugestię, nie licz na to, że się domyśli. I postaw ten warunek z uśmiechem na ustach, bez dramatyzmu, daj mu czas do zastanowienia, żeby mógł się do tego warunku ustosunkować. Później, po 2-4 miesiącach (czy ile uznasz za stosowne), jeśli on nic nie zrobi zacznij się oddalać od niego. Ale nadal bez dramatu, bez ciągłego przypominania o Twoim warunku. Jeśli nie zareaguje – znasz odpowiedź, jeśli zareaguje (oczywiście odpowiednio) – masz go. Takie związki, że jedno chce i czuje, że drugie nie chce chyba nigdy nie kończą się dobrze – zaraz wejdzie zazdrość, obwinianie, manipulacje – nawet jak uważamy się za kulturalnych, miłych ludzi. Miłość to potwór.
    Wierzę, że znajdziesz w sobie tyle zdrowego egoizmu.

  • Milka

    Do M:
    Szczerze Ci współczuję dziewczyno. Większa część zeszłego juz roku upłyneła mi pod znakiem takich męczarni. Oddałam facetowi praktycznie bez walki zdolność do decydowania o mojej teraźniejszości i przyszłości…
    Co straciłam?
    Przede wszystkim czas, ale oprócz tego niestety poczucie własnej wartości i szacunek do siebie.
    Co zyskałam?
    Zszargane nerwy i dodatkowe kilogramy.
    Moja rada?
    Napisałabym: „uciekaj dziewczyno i nie oglądaj się za siebie!”, ale wydaje mi się (i mam nadzieję), że Twoja sytuacja nie jest tak dramatyczna jak moja, dlatego zaproś go gdzieś gdzie nikt nie będzie wam przeszkadzał i powiedz mu co czujesz, czego oczekujesz. Nie duś tego w sobie. Nie warto. Jeżeli chłopak nie zdecyduje się na poważniejszy krok – ukróć tą znajomość.
    Może po jakimś czasie, jeżeli mu na Tobie zależy, spróbuje odnowić waszą znajomość…
    Jeżeli nie to pamiętaj:
    „Skoro szczęście jeszcze do Ciebie nie przyszło, to znaczy, że jest duże i idzie małymi kroczkami”
    (wiem, ze to zdanie jest infantylne i wymyślił je pewnie jakiś Paulo Kotelio, ale poprawia mi humor ;)
    Dużo ciepłych myśli w Twoją stronę M.! :)

  • Agnieszka Zelek

    Nie chcę nikogo pochopnie oceniać, ale nie wydaję mi się, żeby chłopak po „przemyśleniu sobie” spraw miał cokolwiek zmieniać. Bo niby dlaczego? Jemu ten układ odpowiada, jest wygodny -z jednej strony ma z kim spędzać czas, do kogo się zwrócić i z kim dobrze bawić, z 2 nie musi się angażować, czyli omijają go wszystkie problemy i dramaciki związane z byciem w związku.

    Wydaję mi się, że póki chłopak jest w 100% pewien, że dziewczyna jest przy nim, to nic sobie nie będzie robił z jej oczekiwań co do stałego związku i w praktyce nic się nie zmieni. Gdyby dziewczyna mu pokazała, że nie będzie siedzieć w relacji na nie-jej warunkach i marnować czasu i jak się chłop nie postara to odejdzie -wtedy możliwy byłby jakiś zaskok. A gdyby nie nastąpił, gdyby chłop nie zareagował, nawet w obliczu stracenia dziewczyny całkowicie, no to cóż…. i tak już od samego początku było po ptokach, bo albo komuś zależy, albo nie.

    Takie niestety życie, że wszystko trzeba sobie wywalczyć i w tej sytuacji, zdystansowanie się i uświadomienie, że nie gra się na nie swoich zasadach, jest chyba jedynym wyjściem.

    • Myślę tak samo. Jeśli komuś zależy na drugiej osobie, będzie umiał się „poświęcić”, dlatego chłopak może powinien wiedzieć, że M nie będzie na niego wiecznie czekała. Poczuć stratę, zagrożenie. Póki co jest to dla niego układ idealny – dziewczyna zgodzi się na wszystko, byleby nie stracić cienia nadziei, że coś z tego będzie. W takiej sytuacji pokazałabym, że „nie bejbe, albo chcesz mnie w całości, albo w ogóle”. Jeśli po tym, jak ona się odsunie gość nie ogarnie się, nie zorientuje się w swoich uczuciach do niej – innymi słowy – jeśli nie postara się o nią, to znak że należy iść dalej i nie oglądać się za siebie.
      Swoją drogą, powstrzymuję się od oceny, ale jeśli trzeba posuwać się do podobnych gierek, to wydaje mi się strasznie szczeniackie. Facet powinien umieć wziąć sprawy w swoje ręce, być tym który nie boi się wyzwań. Jeśli kocha. Więc albo kocha, albo niech idzie być dzieciakiem gdzie indziej.

      • Niech on sobie idzie być dzieciakiem, kiedy to ona ma stosować gierki? Um, ok…

        Ogólnie relacje powinny być na wspólnych warunkach (nie jej ani nie jego, chyba że ustalą wzajemnie, że lubią, jak jedno nad drugim dominuje). Na razie to relacja na jego warunkach, ale może się to odwrócić.
        Dopóki jedna osoba poświęca swoje warunki dla drugiej (na przykład rezygnuje z większej bliskości niż potrzebuje, ale także angażuje się bardziej niż by chciała w danym momencie swojego życia), żeby tej osoby nie stracić, to traci szansę przeżycia życia po swojemu, być może z bardziej kompatybilną osobą.

        • gierki są efektem tego, że jedna strona myśli jak szczeniak. przy czym gierką jest postawienie sprawy jasno, skłonienie do podjęcia jakiejś decyzji, więc bynajmniej nie uważam, by było w tym coś dziecinnego.

          • Możliwe, że mamy po prostu inne definicje słów, którymi się posługujemy :)

            Dla mnie postawienie sprawy jasno jest dojrzałe, ale dojrzałe jest też podejmowanie swoich własnych decyzji oraz zakomunikowanie jej w formie „skoro robisz A, kiedy ja potrzebuję B, wybieram C”.

            Kiedy natomiast demonstruje się jakieś zachowanie po to, żeby zobaczyć, co zrobi druga osoba lub skłonić ją do zrobienia czegoś – tak Cię zrozumiałem, możliwe, że błędnie? – to wcale nie jest fajne.
            Nie jest też sprawianiem sprawy jasno, szczególnie jeśli facet nie za bardzo rozumie kobiety. Bo wtedy na 90% zinterpretuje całość totalnie inaczej i zrobi coś od czapy.

            Poza tym intryguje mnie jedno: dlaczego ON ma decydować o życiu dorosłej kobiety…? Po co przerzucać odpowiedzialność za swoje życie na kokolwiek (poza rodzicem, wychowawcą szkolnym, systemem prawnym itd.). Po co skłaniać faceta do podjęcia decyzji, zwłaszcza jeżeli on problemu, a ona ma, i to o jej komfort życia chodzi? To bez sensu.

          • fakt, trochę źle mnie zrozumiałeś. Panna M. (przy czym rozmawiamy tutaj teraz bardziej teoretycznie, więc raczej prędzej „kobieta w takiej sytuacji”) powinna sama podjąć decyzję. gdybym była na jej miejscu, odpuściłabym bo już dawno zorientowałabym się, że to nie to, czego oczekuję. ale teoretycznie wówczas mogłoby dojść do cudu, olśnienia, magicznej przemiany i ten facet jednak przejrzałby na oczy. przypuszczam, że gdyby to było wiarygodne, dałabym nam szansę.
            ale w momencie podejmowania decyzji, że się odsuwam, idę dalej. nie liczę na żaden obrót spraw i prawdopodobnie ostatecznie okazuje się, że lepiej na tym wychodzę.

          • Dzięki za wyjaśnienie :) I chyba zrobiłbym tak samo (plus komunikat, dlaczego tak robię).

  • Aleksandra Muszyńska

    Mimo wszystko poczekałabym.Gdyby chciał dziewczynę zrzucić po schodach,to by to już zrobił.A skoro utrzymuje tę relację,to może są powody,dla których chwilowo nie kula jej do przodu-może przejechał się kilka razy i trochę się obawia,że znowu dostanie kopa w dupę?Może długo (od zawsze?) był sam i jest mu wygodnie trzymać to na takim etapie,bo potrzebuje trochę więcej czasu do zrobienia kolejnego levela?Dałabym mu kilka miesięcy,od czasu do czasu nawiązując do naszego statusu.Jeżeli jest porządnym facetem,to albo rozwinie skrzydła,albo grzecznie podziękuje za współpracę.Jeśli na wysokości kwietnia-maja dalej będzie się „bał,przerażony,buu,dziewczyna,rodzice,buu”,to dałabym sobie spokój.Poboli,podpiecze,podołuje i przestanie.Szkoda młodości na kogoś,kto widząc,jak wpędza drugą osobę w stan niepewności,z rozmysłem to kontynuuje.

    • kasia

      Może i są jakieś powody wyższe ;) jednak w większości podobnych przypadków Faceci po prostu szukają ciekawszej alternatywy, a aktualną „zdobycz” traktują jako zabezpieczenie przed samotnością. Zgadzam się z Oleandrrą – mężczyzna zakochany, to mężczyzna zdecydowany.
      Ps. Ja jestem ciekawa, jakie zdanie o swoim Koledze, ma Kuzyn Panny M. :) Może On byłby w stanie rozjaśnić mrok panujący w głowie? Może zna go dłużej…?
      Ps 2. Pannie M. życzę z całego serca dużo szczęścia i miłości :)

  • Saga Sachnik

    Wydaje mi się, że dobrym krokiem jest odczekanie chwili, niech chłopak sobie poukłada wszystko w głowie, a potem niech jeszcze raz porozmawiają szczerze na ten temat. Odpowiedzialny mężczyzna, który boi się nomenklatury? To mi akurat nie pasuje w opisanym dżentelmenie.

    Niech Panna M. poważnie się zastanowi, czy chce stąpać po niepewnym gruncie, podczas gdy sama pragnie czegoś zupełnie innego. Ale przede wszystkim, radziłabym szczerze pogadać.

  • Ona chce, a on… nie chce. Wiadomo, ile ludzi, tyle konkretnych, odosobnionych przypadków i nie ma jednej uniwersalnej zasady, ale ja już setki razy (również z autopsji) widziałam, jak kończyły się takie niby-związki. Facet, który mówi że nie jest gotowy, po prostu nie chce związku z tą konkretną osobą. Naprawdę zakochany facet wie czego chce. Chce kobiety, chce ryzykować, nie widzi powodu, dla którego miałby nie spróbować. Na moje oko chłopak, o którym mowa traktuje bohaterkę tego maila jak przyjaciółkę, przy okazji zaspokajając swoją potrzebę bliskości, ale nawet gdyby miało dojść do poważnego związku między nimi, zawsze będzie się migać, mieć wątpliwości i nie zaangażuje się do końca. Na tę okoliczność wymyślono jakże ciekawe sformułowanie – „jedna osoba kocha bardziej”. Sęk w tym, że ta druga… nie kocha.
    Ludzie czasem niepotrzebnie komplikują pewne sprawy, zwłaszcza jeśli chodzi o miłość. A w większości sprawa jest prosta – albo kochasz i cieszymy się miłością, albo gramy w kotka i myszkę.

    • zapomniałam napisać, że bardzo podoba mi się ten cykl i pewnie często będę się w nim udzielać.

      • Super, bardzo się cieszę, mam nadzieję, że stworzy nam się tu taka serdeczna grupa wsparcia.

    • „Naprawdę zakochany facet wie czego chce. Chce kobiety, chce ryzykować, nie widzi powodu, dla którego miałby nie spróbować. ”

      Niekoniecznie. Nie mówię, że może być tak w tej konkretnie sytuacji, ale widywałem ludzi bardzo głęboko zakochanych, którzy za bardzo się bali siebie, własnej przeszłości, świata, odrzucenia, żeby zaryzykować. Można być zakochanym człowiekiem z bagażem doświadczeń, które w takich sytuacjach paraliżują. To może być niepełnosprawność, DDA, doświadczenie przemocy, ukrywana przed otoczeniem choroba, nieporadność w poprzednich związkach – itd., itp.
      Nie każdy chce się wiązać z osobą mającą taki bagaż, ale kwestionowanie szczerości uczucia nie jest uzasadnione, bo – wbrew obiegowej opinii – sama miłość nie wyleczy człowieka z bycia nim samym. Czasami można też chcieć związku z konkretną osobą i bać się być właśnie z nią, bo wymagałoby to zmierzenia się z tym, na co nie jest się gotowym.

      Miłość JEST skomplikowana, bo ludzie są skomplikowani. Bardzo często bycie ze sobą w zdrowej relacji wymaga nie tylko uczucia, ale także rozwiniętych umiejętności – komunikowania się, rozpoznawania, przeżywania i wyrażania emocji, ustalania priorytetów, dotrzymywania zobowiązań, dbania o siebie ORAZ o drugą osobę, itd… Jeśli ktoś tego nie potrafi, będzie, jak to fajnie ujęłaś, grał w kotka i myszkę. Mimo że kocha.

      • Guest

        Idąc tym tropem można uznać, ze ci którzy sa w związkach (mniej lub bardziej udanych) to badassy. Zupełnie, jakby samo wkroczenie w związek było jakims nie lada wyczynem. Sztuka jest stworzyć dobra relacje. Podtrzymuje ze jeśli ci na kims zależy, znajdziesz sposób by być z ta osoba.
        W przypadku, o którym mowa juz na samym poczatku widać postawę „nie mogę, boje się”. Jeśli powodem jest sparzenie się w poprzednim związku, to co najmniej dziwne, ze minął rok a gość stoi w miejscu.

        • to byłam ja we własnej osobie ;) nie dokończyłam jeszcze i niechcący mi się wysłało.
          kontynuując, jeśli już na początku są takie problemy, to ja osobiście, na miejscu tej dziewczyny rzeczywiście bałabym się wejść w związek z osobą, którą co chwilę trzeba by było przekonywać, że warto zrobić następny krok.

          • Hm, powiedziałbym, że uważam za sztukę obydwa osiągnięcia – oraz jeszcze utrzymywanie zdrowej relacji, i wychodzenie z kryzysów, i zdrowe rozstanie wtedy, kiedy już jest konieczne, a jeszcze ma szanse być zdrowe. Dla różnych ludzi różne etapy relacji są najtrudniejsze, potrzebują też różnego czasu by dojść do siebie po sparzeniu się.

            Ale, bez względu na powód, ja bym w relację z kimś, kto się boi, tak jak Ty nie wchodził. Lub bym się z niej wycofał. Bo znam siebie na tyle, by widzieć, że byłby to niezdrowy związek; zacząłbym go terapeutyzować, oswajać… i im bardziej by mi zależało, tym bardziej bym to robił… a to nie jest rola partnera, to rola psychologa. M, być może, dałaby sobie radę, choć nadal w swojej opowieści, nie brzmi jak ktoś, kto dostanie to, czego potrzebuje.

            Naprawdę, ludzie są niezwykle różnorodni, a tego chłopaka znamy tylko z opowieści, nie znamy też w sumie potrzeb, możliwości oraz ograniczeń samej M.

          • wiążąc się z kimś tak naprawdę też nie do końca znamy jego potrzeby, czy możliwości. ba, czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy ze swoich własnych. gdzieś tu pisałeś o tym, że nie było między nimi szczerej rozmowy. to też może być jakieś wyjście. aczkolwiek ubrałeś to w takie słowa, że skojarzyło mi się to z jakimiś negocjacjami przed zawarciem bezterminowej umowy. gdzie tu jest miejsce na spontaniczność?

            co do reszty, chyba się zgadzamy.

          • Mhm, zgadzam się w pełni co do tego nieznania :)

            W kwestii umowy… całkiem trafnie Ci się skojarzyło.

            Związek jest umową, aczkolwiek najczęściej niepisaną. Zasady związku dla każdej pary są różne i można je negocjować (od „zmywamy naczynia na zmianę”, poprzez „nocowanie u kumpla na kanapie to dla nas nie zdrada”, po „wychowujemy dzieci tak i tak”).
            Większość par w ogóle nie ma pojęcia, że ma jakieś zasady. I albo je ustalają spontanicznie i nawet tego nie zauważaja, bo wszystko im gra, albo ustalają spontanicznie i mają ciągłe konflikty, bo nigdy o nich nie porozmawiali i jedyną formą jest dla nich kłótnia… Tylko część negocjuje zasady świadomie (aczkolwiek na co dzień to TEZ można robić spontanicznie!). Przeważnie są to osoby świadome możliwości nieporozumień – zainteresowane rozwojem osobistym, pochodzące z różnych (sub)kultur, wyciągające wnioski z poprzednich związków…

            Aha, kwestia tej niepisanej umowy, nazywanej bardziej fachowo „umową małżeńską” – odkrycie jej i przedyskutowanie szczegółów – jest podstawą terapii par. To, co zaproponowałem, było zadaniem, nad którym np. pracują wieloletnie małżeństwa pod okiem terapeuty, kiedy mają problem i nie wiedzą, czy być ze sobą czy nie. Jak pisałem – wychodzę z założenia, że lepiej zrobić to po roku niż po wielu latach, zwłaszcza że sam robię to na bieżąco i wiem, że działa :)

      • Agnieszka Zelek

        Masz rację, oczywiście jest możliwa taka sytuacja, że ktoś „chce, a nie może”. Ale mówisz tutaj o skrajnych przypadkach. Każdy z nas ma jakiś bagaż doświadczeń, problemy, ograniczenia, ułomności. Ale mimo wszystko jednak nie doszukiwałabym się w- w miarę normalnym facecie, który lubi sobie czasem spędzić miło czas z dziewczyną, ale nie chce się angażować, jakiś głęboko zakorzenionych ran z przeszłości, które pomimo wielkiej miłości do niej nie pozwalają mu na wejście w związek. Najprawdopodobniejszy scenariusz jest taki, że uważa laskę za atrakcyjną, lubi ją, ale nie kocha i nie uważa, by ta relacja była czymś, w co warto zainwestować na przyszłość.

        To tak jakbyś po mocno zakrapianej imprezie obudził się z mega bólem głowy i obawiał się guza mózgu. No, jasne, że możliwe, ale chyba rozumiesz, że na 99,99 % to po prostu kac….

        • Agnieszko, rozumiem. Dlatego na samym początku swojej wypowiedzi posłużyłem się cytatem i frazą „Nie mówię, że może być tak w tej konkretnie sytuacji, ale” :)
          Oraz, uzupełniając: nie uważam tego za przypadek skrajny – przeciwnie, bardzo często widuję taką postawę (nawet jeśli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a także od perspektywy wyostrzonej na symptomy ran – lub blizn – z przeszłości).

          • Aleksandra Lipa

            Myślę, że jestem takim skrajnym przypadkiem, a jednak po wielu latach się przemogłam. Kwestia czasu i trafienia na odpowiednią osobę. A problemy będą zawsze. Nie ma co demonizować. Istnieją terapeuci.

  • Grassja

    Jezu, sama byłam… Mam nadzieję, że byłam. Byłam, byłam, byłam, NIE jestem… W prawie że identycznej sytuacji. A znamy się od końcówki sierpnia 2011, więc trochę to wszystko trwało. Tyle, że „ona chciała, on nie” przez baaardzo długo, a tak kolorowo zrobiło się dopiero jakieś 2-3 miesiące temu. Uwierzyłam, że można. Że to uczucie może się obudzić…

  • Weronika Nowak

    najgorzej. nic z tego nie będzie, a taki typ „boje się” i „niezdecydowany” potrafi człowieka wykończyć psychicznie. Dziewczyno ratuj się i uciekaj od niego :)

    • Monika Pohl

      Tak właśnie.

    • Ania Łudzik

      a ja myślę że powinni po prostu pogadać, może dla niego określenie „związek” kojarzy się z samymi obowiązkami i zobowiązaniami

      • no z pewnością z tym właśnie mu się kojarzy. i pewnie dlatego woli związek w wersji lajt. szkoda, że nie wie, że paradoksalnie to właśnie w ten sposób może zranić i stracić drugą osobę.

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Urodziłeś się wolny. Ubabrany krwią, śluzem i potem, ale wolny.

Twoi rodzice nie byli wtedy dużo bogatsi, niż przeciętni posiadacze malucha cisnący się w 25-metrowym M2, ale nie była to skrajna bieda. Nie musiałeś wygrzebywać resztek po śmietnikach, ani tułać się po pustostanach. Miałeś zapewniony wikt, opierunek i pewnie nawet Pampersy. Ani po narodzinach, ani gdy już zacząłeś raczkować, nie przyszedł do Ciebie nikt z Urzędu Planowania Życia, żeby w rubryce z Twoim peselem wpisać zawód i ściśle określony rodzaj prac jakie możesz wykonywać.

Byłeś wolny. Pozbawiony ograniczeń, bo nieświadomy ich istnienia.

Pamiętasz jak wracałeś z babcią z przedszkola? Mijając kolesi grających na podwórku w nogę zatrzymywałeś się na chwilę i mówiłeś, że będziesz piłkarzem. Jak dorośniesz oczywiście. Jadąc z mamą autobusem stawałeś za kabiną kierowcy tak, by móc widzieć jak steruje tym wielkim autem i oznajmiałeś, że też w przyszłości będziesz prowadził autobusy. Oglądając z dziadkiem wiadomości pytałeś jak się nazywa taki pan, który chodzi po księżycu. Bo Ty też byś się przeszedł. I przejdziesz, jak tylko skończysz szkołę!

Będąc dzieckiem miałeś bujną wyobraźnię. I nikomu to nie przeszkadzało.

Tata nie negował tego, że chcesz być maszynistą. Ciocia nie śmiała się z opowiadań o karierze koszykarza. Wujek utwierdzał Cię w przekonaniu, że możesz zostać piosenkarzem. Nawet ta bezzębną stara bryndza z 4-go piętra nie próbowała Ci wybić z głowy pomysłów o lotach w kosmos. Mogłeś marzyć, mogłeś planować, mogłeś puszczać wodze fantazji. Nikt nie szydził z Twoich aspiracji. Nie próbował ich zrównać z ziemią, zmieszać z błotem, a potem na nie nasrać i zasypać żwirkiem.

Mogłeś chcieć! Aż do końca podstawówki.

Idąc do gimnazjum dowiadywałeś się, że tylko pedały mają marzenia o aktorstwie. Poza tym z takim ryjem i tak nikt nie będzie chciał Cię kamerować. Co z tego, że czułeś się w tym dobry i od 5-tej klasy chodziłeś do ogniska artystycznego po szkole. To, że odgrywanie ról na scenie sprawiało Ci niebywałą przyjemność, a oklaski z widowni kręciły Cię bardziej, niż podglądanie dziewczyn w szatni po wuefie, nie miało znaczenia. Wyróżnienie w wojewódzkim przeglądzie szkolnych przedstawień teatralnych było nieistotne. Gra w filmach to zły pomysł. Chujowy. A już na pewno nie dla Ciebie.

Zaczęto Ci mówić, że czegoś nie możesz. Zacząłeś się z tym zgadzać.

Musiałeś schować do skarpety część swoich przekonań, żeby być akceptowanym przez grupę rówieśniczą. Żaden nastolatek nie chce być wyrzutkiem. Każdy już-prawie-prawie-jeszcze-tylko-trochę dorosły chce mieć swoją paczkę, a paczki mają to do siebie, że trzeba się dostosować. Kto za bardzo odstaje, wylatuje. No chyba, że byłeś liderem? Tyle, że bycie liderem ma to do siebie, że w każdej grupie jest dokładnie jeden. Wybacz, że Cię zmartwię, ale korzystając z bezlitosnej statystyki wiem, że nie byłeś.

Trochę Cię to uwierało, ale dostosowałeś się. I dostosowywałeś dalej.

Kończąc liceum starzy postawili sprawę jasno – żadnego pierdolenia o aktorstwie na PWST. Albo będziesz inżynierem albo już dzisiaj zaczynasz przygodę życia z łopatą. Kilka lat spędzonych z ludźmi wycierającymi sobie buty o Twoje marzenia, skutecznie osłabiło wiarę w nie, więc nagiąłeś się do ultimatum rodziców. Poza tym, liczyłeś, że w trakcie studiów sytuacja się zmieni. Mimo wszystko poznasz jakieś artystyczne dusze, założycie kabaret na wzór „Łowców .B” i rozwiniesz skrzydła.

Nie rozwinąłeś. Nawet nie udało Ci się nimi zatrzepotać.

Kolesie z polibudy chętnie naśladowali swoich wykładowców po pijaku. Świetnie karykaturyzowali ich style wypowiedzi i gesty, ale o żadnym teatrzyku nie było mowy. Gdzie typy, które na trzeźwo spinają się zaczepieniem nieznajomej z pytaniem o godzinę, będą występować przed kimś więcej, niż lustrem? Maksimum ekspresji ich wewnętrznych przeżyć, to bazgroły w zeszycie na „Podstawach organizacji i zarządzania” przypominające krowie placki. Zresztą, pod koniec czwartego roku, Ty sam wracałeś myślami do kariery filmowej już tylko wtedy, gdy solidnie się upaliłeś. Kończyłeś studia, starzy przestawali przesyłać hajs i musiałeś zacząć się rozglądać za jakąś tyrką.

Słodkie fantazje zlizała gorzka rzeczywistość. Poszedłeś do pracy.

Odkąd zacząłeś budzić się na rozkaz budzika i spędzać połowę czasu, w którym nie spałeś, w miejscu, które traktowałeś jak zło konieczne, nikt nie musiał Ci mówić, że czegoś nie możesz. Nie miałeś kiedy, nie miałeś jak, nie miałeś gdzie. Nie mogłeś. A odkąd Kasia powiedziała Ci, że okres spóźnia jej się już 4-ty miesiąc nie mogłeś podwójnie. Nie mogłeś jej zostawić. Nie mogłeś jej zostawić z dzieckiem. Nawet nie chodzi o to, czy chciałeś, ale nie mogłeś. Z czasem nawet to polubiłeś, ale ugrzązłeś.

Świat stojący otworem zamknął się jak drzwi odjeżdżającego autobusu.

Wszystko co Cię otacza ma na Ciebie wpływ, ale największy mają ludzie, z którymi przebywasz. To oni podważają Twoje przekonania, negują plany i kwestionują cele. To oni wywołują w Tobie uczucie niepewności i przekonanie, że to co robisz nie ma sensu. Mogą być wsparciem i największą ostoją na wyboistej drodze po marzenia, ale równie prawdopodobne, a nawet bardziej, że staną się Twoimi butami z betonu.

Jeśli ich nie zrzucisz, nie dotkniesz nieba.

autorem zdjęcie jest taylor levy

---> SKOMENTUJ
muzyczne hity 2013
autorem zdjęcia jest Kheel Center, Cornell University

O tym jak ważna jest dla mnie muzyka pisałem na blogu ze 100 razy, jak nie 101. Jest jednym z najważniejszych elementów mojego życia. Wpływa na moje myślenie, postrzeganie świata i samopoczucie. Wydałem na nią furmankę pieniędzy i gdybym miał, wydałbym drugą. Trudno mi sobie przypomnieć dzień, w którym nie przesłuchałem ani jednego utworu lub chociaż, nie nuciłem jakiegoś tekstu pod nosem. Traktuję ją wybitnie priorytetowo.

W zeszłym roku i w jeszcze poprzednim, tuż przed sylwestrem wrzucałem swój subiektywny ranking 10 hitów, które rządziły w mijających 12-stu miesiącach. W tym roku pomyślałem, że pójdę dalej i do swojego spojrzenia na muzykę dodam również Wasze, żeby pełniej oddać to jak brzmiał 2013, a przy okazji skonfrontować te dwie perspektywy i zobaczyć jak bardzo nasze gusta się pokrywają. Bo co do tego, że nasze preferencje kulturowe są zbieżne nie mam wątpliwości. Po pierwsze, widać to po utworach, które podrzuciliście mi na parapetówkę. Po drugie, gdyby tak nie było, to nie zaglądalibyście tu tak często.

Nie przedłużając, ogłaszam największy w blogosferze plebiscyt na muzyczne hity 2013 roku! Swoich faworytów typować będziemy 5-ciu kategoriach:

1. Singiel roku – szlagier domówek, klubówek i bezsennych nocy, który pojawiał się na każdej imprezie, niezależnie od wieku uczestników i ilości alkoholu we krwi.

2. Teledysk roku – klip, który z miejsca poleciał do ulubiony na YouTube i nie znudził Was nawet po godzinnym zapętleniu.

3. Ścieżka dźwiękowa roku – tło muzyczne, które było równie dobre co film lub nawet przyćmiło obraz, a Waszym pierwszym odruchem po wyjściu z kina było wpisanie w Google „nazwa_filmu + soundtrack”.

4. Album roku – kompletna płyta-klasyk, do której będziecie wracać równie chętnie za rok jak i za 10 lat, mając ciary na plecach.

5. Muzyk roku – wokalista, producent, skrzypek, dj, raper, klawiszowiec, bądź organista, który zdominował mijający rok kradnąc Wasze serca, czas antenowy i miejsce na blogach.

Głosujemy w komentarzach podając kolejne numerki i odpowiednio tytuł singla/klipu/ścieżki dźwiękowej/albumu i ksywki muzyka. Wrzucamy zarówno polskie, amerykańskie, jak i urugwajskie propozycje, byleby premiera proponowanych kawałków mieściła się między 01.01.2013 a 31.12.2013. Nie trzeba typować wszystkich kategorii, można 4, 3, 2 lub tylko jedną, ale umawiamy się, że brak udziału nie wchodzi w grę i wszyscy się bawią.

Plebiscyt trwa do 4-go stycznia włącznie. Po tym terminie moje niezawodne oko absolwenta informatyki i ekonometrii sumuje, potęguje, pierwiastkuje i mnoży wyniki zliczając tytuły i ksywki. 6-go stycznia dowiadujemy się, co królowało przez cały poprzedni rok w słuchawkach czytelników Stay Fly, i rzecz jasna w moich, pijemy Moët i obrzucamy się kawiorem z bieługi.  Nie wiem, kto się bardziej zdziwi, czy ja czy Wy, ale głęboko wierzę, że jednak nikt nawet dla żartu nie wrzuci „She dances for me”. „My Słowianie” jeszcze będę w stanie przeżyć, a widząc coś z polskiego podziemia serduszko szybciej mi zabije.

No to jedziemy, losy muzycznych hitów 2013 roku są w Waszych rękach!

---> SKOMENTUJ