Close
Close

wpis jest wynikiem współpracy z PizzaPortal.pl

Jak wiecie (lub też nie), przeprowadzałem się 15 razy, mieszkałem w wielu dzielnicach Krakowa i zamawiałem pizzę z większości lokali, które świadczą usługę dostawy. W jednych na jedzenie czekało się całą wieczność i przyjeżdżało zimne. W drugich jeszcze dłużej i zjawiało się z innymi składnikami niż w zamówieniu. W trzecich w ogóle nie docierało lub nie nadawało się do pogryzienia, nie mówiąc już o połykaniu. Na szczęście był (i wciąż jest!) czwarty typ  lokali z pizzą na dowóz, gdzie wszystko gra jak na Wembley.

Jako, że co jakiś czas dostaję pytania ogólnokrakowskie, w tym jedzeniowe („skąd zmawiać pizzę w Krakowie?” jest jednym z popularniejszych), to poniżej wrzucam 4 pizzerie, z których wielokrotnie zamawiałem szamę. Bez uszczerbku na zdrowiu i podniebieniu. Innymi słowy, polecam…

 

Banolli

restauracja banolli kraków

Przez to, że to mała (no dobra, nawet spora) sieciówka, nie ma problemu z dowozem. Dojeżdża zasadniczo do każdego rejonu Krakowa, także gdzie byś nie mieszkał, możesz dzwonić. Nie wątpliwym plusem jest także to, że w „Banolli” realizują nocne zamówienia, także nie raz ratowało mi to skórę, a w zasadzie żołądek, gdy w okolicach północy przypominałem sobie, że nie jadłem śniadania.

Co do samej pizzy, to faktycznie, nie jest tania, ale nie dają też tańszych zamienników, tylko wszystkie składniki po bożemu. Jeśli chodzi o typ, to jest to odmiana polska z aspiracjami na włoską. W sensie, że ciasto nie jest jeszcze tak cienkie, jak w tej „prawdziwej”, ale z pewnością to nie nadmuchany placek. Mocne 5.0.

 

Zapałki

Kraków pizzeria zapałkiNajbardziej włoska ze wszystkich. Mają pizzę i z szynką parmeńską, i z rukolą, i z bakłażanem, i z ricottą. I nie jest to rzucone na placek, jak brudne ciuchy po pracy, jak to bywa w innych pizzeriach, które chcą być „original italiano”. Żeby zbalansować śródziemnomorskość z polskością, jest też opcja z oscypkiem i żurawiną, ale tej akurat nie polecam. Za to warto sprawdzić Tricolore i Say Cheese! (jak lubisz roztopioną gorgonzolę, to zwłaszcza tę drugą). I jeszcze akcent humorystyczny: raz się zdarzyło, ze spóźnili się z zamówieniem, już ich chciałem powyklinać od aktorów z „Miłości na bogato”, a tu pan kierowca przychodzi, przeprasza z miną zbitego psiaka i wręcza mi elegancko zapakowane jabłuszka przewiązane wstążeczką. No to, to rozumiem.

[emaillocker]

Franco

Pizzeria franco KrakówKnajpa w stu procentach dzienna i ostatnio najczęstsza, z której zamawiam. Ma tak brzydkie logo, że trudno na nie patrzeć bez mrużenia oczu, ale za to na pizzę nie trzeba wylewać chochli sosu, żeby dało się zjeść. Tym razem jest to odmiana, tak zwana, polsko-umiarkowana, czyli pulchniejsze ciasto, ale nie napompowane jak Robert Burneika po treningu. Dowozowy standard. Moja ulubiona to Scudetto. Ceny również przyzwoite i dowożą od 15zł (o, tak!).

 

Pizza w nocy

pizza w nocy KrakówMało odkrywcza nazwa, ale to mój zdecydowany faworyt, numero uno i czarny koń na liście włoskich placków na zamówienie w Krakowie. Po pierwsze sensowne ceny – duża Capriciosa 24zł (ze zniżką 22zł).

Po drugie sensowny dowóz – jeszcze mi się nie zdarzyło, by deklarowany czas oczekiwania przekraczał 45 minut. A i tak zazwyczaj są po połowie godziny (raz zamawiałem z autobusu, dojeżdżając do domu, i byli przede mną).

Po trzecie smak – cienkie, chrupiące ciasto i dobre gatunkowo składniki. Ta pizza to w żadnym, ale to w żadnym wypadku nie zapychacz, który wrzucasz w siebie po pijaku na imprezie, tylko bardzo dobre jedzenie. Minus jest taki, że (jak sama nazwa skazuje) otwarte mają tylko w nocy – od 20:00 do 4:00.

 

Jest okazja!

pizza portal pizza week kraków

Jeśli chcecie sprawdzić, czy te pizze faktycznie takie dobre, albo po prostu jesteście głodni i bez mojego wpisu też byście zamówili jedzenie, to wpadajcie na PizzaPortal.pl. Od dzisiaj zaczyna się tam „Pizza Week” i potrwa do 26-go stycznia. W trakcie pizzowego tygodnia, we wszystkich restauracjach udostępniających płatność online, macie 20% zniżki na placki (klikając tutaj albo w obrazek). Oprócz rabatu, w ramach „Pizza Weeku” jest jeszcze akcja pod tytułem „Bitwa miast”, w której zamawiający z najaktywniejszego miasta mogą zgarnąć Sony Xperia J i robić nim artystyczne zdjęcia szynki i pieczarek na Instagrama.

Oczywiście, jeśli jedliście w Krakowie pizzę na dowóz z równie dobrego lokalu, co wymienione we wpisie, albo i lepszego, to mogę posprzeczać się z Wami w komentarzach, że to nieprawda.

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

59
Dodaj komentarz

avatar
30 Comment threads
29 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
35 Comment authors
Marek MTEDEWojciechtommmymarek kupisz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kendrick
Gość
Kendrick

Pizza w nocy najlepsza, mają bardzo dobry własnoręcznie robiony sos czosnkowy i dają prawdziwą mozzarelę.

ann
Gość
ann

Mnie akurat smakuje góralska w Zapałkach, ale jak lubię rózne popieprzone smaki ;)

Kendrick
Gość
Kendrick

Jak lubisz „popieprzone smaki”, to spróbuj sobie Dolce w Pizzy w nocy z czekoladą, ananasem i wiórkami kokosowymi ;)

figofago
Gość
figofago

Raz w zapałkach spóźniali się ponad godzinę z dowozem, a czas oczekiwania i tak był około 80 minut. Więc w sumie ponad dwie godziny czekania. w żołądku bitwa na głosy, więc dzwonie oburzona, że nie zapłacę i w nosie to mam nawet jak przyjedzie za sekundę, a babka mówi „Daj pani jeszcze 5 minut, a obiecuję, że będzie dobrze”. Mija minuta, dwie, trzy. W końcu odliczam ostatnie sekundy i dalej nic. Pomyślałam dam im jeszcze jedną ostatnią minutę, a potem robię cyrk. A tu słyszę dzwonek do drzwi. Pani przez telefon widocznie usłyszała, że jest nas więcej niż dwie osoby… Czytaj więcej »

Kendrick
Gość
Kendrick

Szacun, że tak się zachowali. Jak kiedyś zamawiałem z telepizzy i się spóźnili godzinę, to ani be, ani me, tylko jeszcze obrażeni i mówią, że jak nie chcę to mogę zabrać, nie mówiąc oczywiście o jakiejkolwiek zniżce.

olszanka
Gość
olszanka

W Telepizzy i w Dagrasso w dostawie same buraki, jak ci przywożą pizzę to są obrażeni i powinieneś ich całować po rękach, że w ogóle pracują.

figofago
Gość
figofago

Telepizza? Nigdy tam nie jadłam, ale już same opinie, które słyszałam na ich temat (jedna bardziej negatywna od drugiej) odciągnęły mnie od tej pizzerii, a Twoja historia, jak wisienka na torcie, utwierdziła mnie, że jest cała masa lepszych lokali.

Jan Favre
Gość

Nie ładnie, że się tak spóźnili, ale miło, że starali się wynagrodzić, a nie olali sprawy. Abstrahując od sprawy jedzenia, to czytałem badania z których wynika, że jeśli klienta ma zastrzeżenia co do produktu i jego reklamacja zostanie pomyślnie rozpatrzona, to przywiązuje się do marki jeszcze mocniej, niż wcześniej.

figofago
Gość
figofago

No niestety mnie zapałki tą historią do siebie zraziły i już na pewno nie będę zamawiać tam pizzy późnym wieczorem. Może ewentualnie na jakiś obiad koło 15, jak tłum krakusów nie dobija się po placka na wieczorne gastro…

grejfrut
Gość

Rewelacja, zawsze mam problem z beznadziejną pizzą jak jestem w KRK, przy najbliższej okazji na pierwszy ogień idzie Pizza w Nocy.

Jan Favre
Gość

Jak już spróbujesz, daj znać, czy Ci smakowało ;)

Oleandrra
Gość

Zapałki to perełka wśród pizzerii. Naprawdę się starają, a ciasto tradycyjne mają mega wypaśne.
Polecam kompozycję własną: pieczarki, mozzarella, pomidor, salami i pesto bazyliowe <3. Niebo.

Zasadniczo każda pizzeria ma lepsze i gorsze propozycje, ale z takich "picc", które mogłabym jeszcze polecić to Dracula w Maxi Pizzy. Tłusto. Akurat na imprezę, albo żeby umilić sobie kaca następnego dnia

Jan Favre
Gość

Nie jestem w stanie jeść tego co dają w Maxi Pizzy, ciasto tragiczne i we wszystkim czuć chemię.

Oleandrra
Gość

To jest jedyna pizza, którą tam zamawiam, więc może masz rację. Nie mówię, że jest dobra, tylko że jest idealna na imprezę ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Pogotowie Życiowe #2: jak pójść dalej?

Skip to entry content
Pierwszy odcinek pogotowia życiowego wyszedł świetnie! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak zaangażowaliście się w sprawę M. i szczerze mówiąc, nawet nie spodziewałem się, że tak bardzo będziecie starali się jej pomóc. Wielkie dzięki, że potraktowaliście jej problem serio i merytorycznie debatowaliście w komentarzach nad tym, co można zrobić w tej sytuacji. A wszystko w atmosferze wzorowej kultury. Główna zainteresowana również była wdzięczna, a ja osobiście jestem dumny, że mam takich ludzi na blogu.

W drugim odcinku również mamy kwestię natury związkowej, a w zasadzie po-związkowej. Czytelniczce, która napisała do mnie z tym problemem, wydaje się, że sytuacja jest bez wyjścia i że w jej przypadku już nic się nie zmieni. Jest to oczywiście nieprawdą, jednak wiele osób, a zwłaszcza dziewczyn, po pierwszym poważnym związku reaguje w ten sposób, dlatego właśnie chciałem poruszyć z Wami ten temat w ramach cyklu „Pogotowie Życiowe”.

 

Było miło, ale się skończyło

Ponad rok temu zostawił mnie facet (po kilku latach,nie podając mi właściwie żadnego powodu – jakże oryginalne:)). Wydawało mi się,że już mi przeszło, że wszystko super, żyję mam dużo zajęć, hobby, pracę itp. ale mimo,że chciałabym kogoś poznać, to na samą myśl o tym mam ochotę się schować i boję się nawet pomyśleć o związku. Ostatnio dowiedziałam się,że mój były ma już nową dziewczynę i poczułam się tak,jakby mnie ktoś przejechał walcem, aż mi się niedobrze zrobiło, oczywiście się poryczałam, bo to przecież niesprawiedliwe:P (co z tą karmą?!) i niestety okazało się,że najwidoczniej cały czas się oszukiwałam,że już nic nie czuję i kompletnie mnie to wszystko nie rusza.

I tak się teraz zastanawiam właśnie, czy to jest w ogóle możliwe, żeby zapomnieć kiedyś o tym wszystkim i żyć od nowa z kimś innym, że nadejdzie taki dzień, że jak zobaczę byłego, albo, że kiedy znowu do mnie dzwoni, to nie będę miała rozstroju żołądka i ochoty zapadnięcia się pod ziemię? Nie umiem sobie nawet wyobrazić,żeby znaleźć kogoś jak on, poprzeczkę ustawił bardzo wysoko. A przede wszystkim – czy to możliwe ,że przestanę się bać nowego związku? To był mój pierwszy facet i pierwszy raz jestem w takiej sytuacji. Wszyscy moi przyjaciele mi wmawiają, że będzie okej, że poznam jeszcze swoje wielkie love i będę szczęśliwa, tylko,że każde z nich jest w szczęśliwym związku i nie mają pojęcia jak to jest. Mam tylko jedną koleżankę, która jest sama ponad 2 lata i mówi,że czuje się kompletnie „damaged” i nie da rady się z nikim związać.

Paula

Tak jak poprzednio, pierwsze 24 godziny należą do Was. Wrzucacie swoje spojrzenie na sytuację Pauli i piszecie co może zrobić, żeby odmulić się z poprzedniego związku i ruszyć do przodu. Jak ktoś wybitnie ciężko przeżywał rozstanie po pierwszej wielkiej miłości, to też śmiało może podzielić się doświadczeniami, a jutro ja dorzucam swoje 3 grosze.

Cytując najsławniejszy utwór jednego z najmniej utalentowanych zespołów, którego nazwa nawiązuje do pojemności flaszek wódki: jak zapomnieć?

 

Nie powiem nic odkrywczego, ale rozstania po poważnych związkach (a takim bez wątpienie można nazwać relację, która trwała kilka lat) zawsze są ciężkie. Zwłaszcza jeśli kończą się nagle i bez podania wyraźnego powodu. Fakt, że był to Twój pierwszy facet, potęguje sytuację, jednak biorąc pod uwagę jak młoda jesteś, to z pewnością nie będzie Twój ostatni. Jeśli oczywiście nie zostaniesz zakonnicą.

Najprawdopodobniej nie możesz się ogarnąć z życiem i pójść do przodu, bo idealizujesz swojego byłego. W Twojej pamięci jest rycerzem w lśniącej zbroi, który zawsze myje ręce po sikaniu, jednak coś musiało być na rzeczy, skoro się rozstaliście. Nigdy nie jest tak, że między parą jest idealnie i bez powodu kończy współpracę. Jeśli związek się rozlatuje, to musiało coś się nie zazębiać między obiema stronami, tyle, że jedna z nich mogła tego nie zauważać.

Myślenie o wadach Twojego byłego raczej jest bez sensu, bo dopóki nie zauważysz ich na realnym przykładzie, nie przyjmiesz ich na poziomie emocjonalnym. Nie jestem wyznawcą idei, że kaca trzeba zapijać klinem, ale im szybciej zaczniesz spotykać się z innymi facetami, tym szybciej urealnisz obraz poprzedniego i wyrzucisz go z głowy. Nie randkuj z nimi, po to żeby kogoś znaleźć, ale żeby mieć jakikolwiek porównanie. Na luzie, bez ciśnienia na cokolwiek. Dla zabawy.

Do tej pory jadłaś tylko bułkę z polędwicą sopocką, a nie zdajesz sobie sprawy, że jest jeszcze szynka parmeńska, czy choćby chorizo, które może Ci dużo bardziej smakować. Naprawdę chciałabyś jeść całe życie schabowego, nie próbując nigdy de volaille’a? Im więcej innych mężczyzn poznasz, zobaczysz jacy są, jak się z nimi spędza czas, jaki mają stosunek do Ciebie, tym więcej zachowań ocenisz jako irytujące u swojego byłego.

Nie zdziwiłbym się, gdybyś po pewnym czasie stwierdziła, że był beznadziejny i w sumie to nie masz pojęcia jak mogłaś z nim wytrzymać tyle czasu.

Abstrahując od tego, społeczeństwo i komedie romantyczne lansują taki model, w którym spotyka się tego jednego jedynego, płodzi się pół drużyny piłkarskiej i jest się z nim, aż wypadną wszystkie zęby. Ludzie czytają o tym w gazetach, oglądają to w telewizorach i myślą, że tak MUSI być. A tak logicznie rzecz biorąc, to aż nienaturalne, żeby dwie osoby, które są odrębnymi bytami, reagują na bodźce ze świata, zmieniają się pod wpływem tego co ich spotyka, były ze sobą całe życie równie szczęśliwe.

Dużo lepiej przyjąć, że spotykasz kogoś, jest Ci z nim dobrze, ale do pewnego momentu. Po jakimś czasie zmieniacie się na tyle, że Wasze oczekiwania się rozmijają i idziecie dalej osobno. A potem spotykasz kogoś innego i sytuacja się powtarza. Dla mnie to zdrowsze, niż wmawianie sobie, że jeśli nie będzie się z jedną osobą, aż do śmierci, to życie jest nieudane.

Zawsze gdy jestem śmiertelnie chory myślę o lajkach

Skip to entry content

Byłeś kiedyś chory na coś, czego współczesna medycyna nie potrafi jeszcze wyleczyć? Skoro to czytasz, to podejrzewam, że nie, ale spróbuj sobie wyobrazić taką sytuację.

Jesteś dzieciakiem. W podstawówce. Wszyscy Twoi koledzy spędzają dnie na grze w piłę, oglądaniu „Drużyny A” i podciąganiu spódniczek koleżankom z klasy, a Ty leżysz w łóżku. W szpitalu. Z kroplówką w ręce. Sala, na której leżysz jest obskurna, łóżko ma zdartą farbę, sufit jest pożółkły, a z kibla z daleka wali moczem. Jak w większości szpitali.

W przerwie między jednym pobytem w szpitalu, a drugim, masz indywidualny tok nauczania. Starasz się brać udział w tych lekcjach, ale ból kończyn od ciągłego brania sterydów i biegunki od faszerowania się wszystkimi innymi lekami, skutecznie Ci utrudniają przyswojenie czegokolwiek. Zresztą, wiesz, że to i tak bez sensu, bo zanim będziesz miał okazję wykorzystać cokolwiek czego się nauczyłeś najprawdopodobniej będziesz już martwy.

Odsiadujesz wyrok zamknięty w klatce szpitala i marzysz o tym, żeby móc choć raz w życiu pojechać z rówieśnikami na wycieczkę rowerową.  Albo chociaż zrobić wyścigi międzyosiedlowe. W zasadzie to jak byście się przejechali 3 razy wokół bloku, to też było by zajebiście. Fantazjujesz, że może stanie się cud. Że szaleni amerykańscy naukowcy, którzy stwierdzają obecność wodoru w wodzie, tym razem wynajdą coś sensownego. Na przykład lek na Twoją chorobę.

I będziesz mógł żyć.

Co prawda nie jak normalny człowiek, bo choroba i regularne przyjmowanie sterydów nieodwracalnie spustoszyły Twój organizm, ale na tyle swobodnie, by pójść na szkolną dyskotekę. Albo pojechać na kolonie wakacyjne. Budować zamki z piasku i puszczać latawce. Z kolegami. Jak normalne dziecko. Niestety jesteś z tym problemem już tyle czasu, że powoli dochodzi do Ciebie, że to nie przejdzie. Że tak już będzie zawsze, aż do śmierci, która, z tego też zaczynasz zdawać sobie sprawę, przyjdzie szybciej niż później.

Budzisz się i zasypiasz z myślą o tym, jak gówniany jest Twój los, zastanawiając się jaką zbrodnię popełniłeś w poprzednim życiu, aż tu nagle niespodzianka! Internauci założyli profil na jakimś portalu społecznościowym, na którym jest Twoje zdjęcie i można napisać, że się to lubi. Nie szukają metody, która mogłaby Cię uzdrowić, nie zbierają pieniędzy na Twoje leczenie, nawet zabawek, żebyś mniej boleśnie znosił pobyt w szpitalu. Zbierają polubienia profilu w internecie.

Pomocne, prawda?

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!