Close
Close

Ziemia za szybko się kręci, ludzie za głośno oddychają, a szary chodnik ma zbyt intensywny kolor, żeby dało się na niego patrzeć bez mrugania oczami. Jest niedziela. Mam większego kaca, niż Adaś Miauczyński pod koniec „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, bo wczoraj wyszedłem na jedno małe. I jeszcze nie zdążyłem wrócić. Idę zjeść śniadanio-obiad z koleżanką, dla której też aksamit jest zbyt szorstki i modlę się.

Modlę się, żeby nie spotkać żadnych starych znajomych, którzy będą próbowali nawiązać dłuższą rozmowę, niż „cześć-nara”. Wszystkie hasła z cyklu „nie widzieliśmy się od 1410, co u ciebie?” są ponad moje siły. Nie dam rady sklecić żadnych zdań złożonych. Dziś dzień monosylab. Mój umysł wpadł w limbo i jest mu tam bardzo dobrze. Zupełnie nie ma potrzeby, żeby ktoś go stamtąd wyciągał, a już na pewno nie szarpał jak lampart ranną antylopę.

Ale jednak.

Stej Flaj, Stej Flaj! – słyszę jakiś dziki ryk za plecami, ale ani Cracovia, ani Wisła dzisiaj nie gra. Mimo to, zaniepokojony obracam się sprawdzić, czy kogoś przypadkiem nie potrąciło. Mój błąd. – Stej Flaj, Stej Flaj, to ty? – hmm, biorąc pod uwagę wszystkie zaistniałe okoliczności, to czuję się bardziej nieswojo, niż Nicolas Cage w „Bez twarzy”, ale to chyba jednak ja.

– Tak.

– Aaa!!! Stej Flaj, Stej Flaj, zrób sobie ze mną zdjęcie!

– Nie.

– Co?!?!?! Ale z ciebie dupek! W internecie byłeś fajniejszy!

 

***

 

Budzik mnie nie obudził. Znowu. Spaliłem tosty. Znowu. Nie zdążyłem zadzwonić do lekarza, żeby przełożyć wizytę. Znowu. Syn sąsiadów spuścił mi powietrze z opon w rowerze. Znowu, kurwa mać, pieprzony gnojek!

Uciekł mi tramwaj, zapomniałem przedłużyć miesięczny, a gapiąc się w wyświetlacz rozładowanego telefonu, zobaczyłem, że mam rozmazaną pastę do zębów na prawym policzku. Tak, dzień jest zły. Ja też.

Jeśli światła na 5-ciu  skrzyżowaniach, które mijam jadąc do pracy, nie zgrają się, to się spóźnię. A nie lubię się spóźniać. Bardzo. Mój szef też. Bardzo.

Dobra, zbliżam się do swojego przystanku. Została minuta do godziny 0. Jeśli po otworzeniu drzwi zacznę biec jak po ogień, to możliwe, że zdążę. Przyjmuję pozycję startową, poprawiam sznurowadła, biorę głęboki wdech i… widzę jak blond piękność w połyskujących włosach do ramion, zielonej parce podkreślającej jej filigranowość i idealnie dopasowanych czarnych spodniach, podejrzanie jednoznacznie kieruje się w moją stronę. Patrząc jak niepewnie otwiera usta, jakby chciała mi powiedzieć coś bardzo istotnego, ale boi się jak to odbiorę, pierwszy inicjuję kontakt.

– Tak, wiem. Jestem brudny od pasty. Dzięki.

– Co? Nie, ja…

– Sorry, ale śpieszę się.

– …chciałam ci tylko powiedzieć, że bardzo lubię cię czytać.

– O… – zrobiłem minę głupszą, niż tekst „Rain over me” i widząc jak dla potencjalnej miłości mojego życia staję się bucem, chamem i gburem, błyskotliwie dodałem – Dz-dzięki. Bardzo mi miło, ale… i tak się śpieszę.

– W internecie byłeś fajniejszy…

 

***

 

Siedzę w Banialuce z kumplem, z którym widuję się raz na pół roku, bo tak często bywa w Polsce, i gadamy o wszystkich sprawach, których nie da się poruszyć przez Skype’a. Czyli o wszystkich istotnych. Związki, marzenia i przeszkody na drodze do nich. On mi opowiada jak to jest zacząć życie od początku na zachodzie, ja jemu o łapaniu byka za rogi i spaniu 5 godzin dziennie. Trochę tego jest. Między porównywaniem różnic w mentalności ludzi tu i tam, a wymienianiem książek, które powinniśmy przeczytać, czuję jak ktoś klepie mnie po plecach.

Średnio to lubię. Zwłaszcza, gdy jestem w środku rozmowy odkrywającej sedno życia i lek na AIDS.

Siemano, hehe. Widziałem twój filmik, hehe. „Panna filiżanka”, hehe. Dobre, hehe. Weź no się ze mnom napij, hehe.

– Dzięki, ale gadam z kumplem, a dawno się nie widzieliśmy, także innym razem, okej?

Eno gościu, nie bądź taki kołek. „Panna filiżanka”, hehe, dobre to było. Weź się napij ze mnom!

– Kolego, nie teraz. Jestem zajęty.

Zgadniesz, co odpowiedział?

 

***

 

Wiem, że w sieci jestem fajniejszy, to właśnie magia internetu. Ty na profilowym też wyglądasz lepiej, niż na żywo.

zdjęcie w nagłówku pochodzi z kampanii „Dziecko w sieci”
(niżej jest kolejny tekst)

54
Dodaj komentarz

avatar
27 Comment threads
27 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
30 Comment authors
Magdalena ŚpiewakKarnawał Blogowy #2 - BobrowniaAgata Chmielewska vel KurczakPSYCHODIETKAElaine Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika
Gość

No co Ty? A ostatnio ktoś mi powiedział, że gorzej :D

Jan Favre
Gość

To da się?

olszanka
Gość
olszanka

Tekst mistrz!

Michał Wójtowicz
Gość

Well, nie jesteśmy winni temu, jaki obraz nas samych malują ludzie, których spotykamy w internecie.

olszanka
Gość
olszanka

Ale tu chodziło chyba o coś innego, przynajmniej ja tak zrozumiałam.

Jan Favre
Gość

Tak, chodzi stricte o to, że każdy może mieć gorszy dzień lub trafić na zły moment. Nawet Krzysztof Ibisz czasem się nie uśmiecha.

aventia
Gość
aventia

Jak to nie?? Podważyłeś fundamenty mojej wiedzy :(

Jan Favre
Gość

I znowu coś nie tak ;(

aventia
Gość
aventia

No nie, nawet w Internecie… :P

Agata Gliniak
Gość

W to, że Krzysztof Ibisz się czasem nie uśmiecha to akurat nie uwierzę.

MiMi
Gość

Raczej: jesteśmy winni temu, jak się ma kreowany PRZEZ NAS wizerunek do tego, jak jest naprawdę.

Michał Wójtowicz
Gość

w przytoczonych przykładach w teksćie, ten argument nie ma sensu, ale rozumiem o co ci chodzi.

MiMi
Gość

Nie odnosiłam się do tekstu, tylko do Twojej wypowiedzi. Your argument is invalid.

Michał Wójtowicz
Gość

Rozumiem, ale wiesz – przecież możemy mieć słaby dzień, być w pośpiechu, czy coś – prawda? :)
Nie chodziło mi o kreowanie się na mecenasa sztuki, gdy tak naprawdę z ledwością potrafimy wymienić 5 obrazów Picassa, takie hadrcorowe przypadki, gdy faktycznie jest ogromna rozbieżność między tym co mówimy, a jest naprawdę pomijam.

MiMi
Gość

Toć ja wszystko rozumiem ;) Jak dla mnie rozbieżności są wszędzie – słabe dziewczynki udające silne, nieśmiałe udające śmiałe, fajne udające niefajne i na odwrót. I do tego nie trzeba Picassa. A wracając do samego początku – to na co zwróciłam uwagę – pragnęłam podkreślić iż kreowanie zaczyna się od blogera. Nie odpowiadamy za to, co sobie ktoś tam o nas domruczy, ale na pewno odpowiadamy za to, co im podpowiadamy, żeby zaczęli mruczeć.

Maryśka Organ
Gość

Przysięgam, że to pierwsze to nie ja, nie odważyłabym się!

Jan Favre
Gość

Wiem, że to nie Ty. Nie masz przecież telefonu z aparatem fotograficznym.

Maryśka Organ
Gość

Dlatego byłam z koleżanką!

aventia
Gość
aventia

Nie możesz być przecież tylko człowiekiem, no co Ty.

Magdalena Śpiewak
Gość

Jakim człowiekiem to bloger przecież ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Jak dotrzymywać noworocznych postanowień?

Skip to entry content
Jak dotrzymywać postanowień noworocznych
autorem zdjęcia jest Serge Melki

Kończy się 4-ty tydzień stycznia. Co to znaczy? Że wszystkie Wasze plany związane z wczesnym wstawaniem, nieobżeraniem się i regularną nauką koreańskiego z kursów w sieci są już historią. Ani nie rzuciliście palenia, ani nie ograniczyliście siedzenia na Fejsie. Wróciliście do złych nawyków, zanim na dobre zszedł Wam kac po sylwestrowej nocy.

Co zrobić, żeby noworoczne postanowienia nie były tylko mętna marą podgryzającą sumienie?

1. Ustal motywację – zastanów się czemu chcesz schudnąć. Czy faktycznie jest Ci źle ze swoim ciałem, czy tylko za dużo naoglądałaś się kolorowych gazet? Jeśli wcale nie czujesz, żebyś potrzebowała mieścić się w rozmiarze XS, to odpuść sobie. Bez przekonania, że utrata wagi jest Ci faktycznie potrzebna, nie ma sensu brać się za ćwiczenia.

2. Spisz postanowienia na kartce – bardziej ulotna od pamięci jest tylko kasa, a i tu wielu by polemizowało. To co wpada Ci do głowy rozmyślając o istocie bytu tuż przed snem, wypada szybciej, niż powiesz „elf układał kufle” od tyłu. Spisz swoje postanowienia na papierze i powieś nad łóżkiem, przyklej na lodówce lub noś w portfelu. Byleby był po nich materialny ślad.

3. Pochwal się znajomym – jeśli wszystkim naopowiadasz, że od jutra codziennie wstajesz o 7:00, to będzie Ci głupio kimać do 10:00. Presja zachowania twarzy w towarzystwie powinna pomóc Ci budzić się przed budzikiem.

4. Zdefiniuj cel – bo co to znaczy „nauczę się koreańskiego”? Nauczysz się odmiany 15 kluczowych czasowników? Zapamiętasz tłumaczenie 6 najczęściej używanych słówek? Napiszesz sobie na karteczce jak jest w języku Kim Dzong Una „cześć”? Ta nauka musi być wymiernie określona. „Zdam egzamin z koreańskiego na poziomie podstawowym” brzmi sensownie.

5. Działaj po kroczku – palenie rzadko kiedy da się rzucić z dnia na dzień. Jeśli chcesz zerwać z uzależnieniem nie rób tego gwałtownie, to szok zarówno dla umysłu, jak i organizmu. Ograniczaj nałóg metodą małych kroków. W tym miesiącu będziesz palił tylko 6 dziennie, w następnym 5, a dopiero w lipcu w ogóle. Nie od jutra.

6. Zaznaczaj postępy – najlepiej na wykresie. Jeśli postanowiłeś, że codziennie będziesz biegał przez 20 minut, to każdego dnia zaznaczaj sobie, choćby na kartce z zeszytu, odległość jaką pokonałeś. Po miesiącu połącz wartości linią i z dumą popatrz jak dystanse się zwiększają i jaki postęp zrobiłeś! Nic tak nie motywuje jak zobrazowana tendencja zwyżkowa.

7. Nie rezygnuj po pierwszej przeszkodzie – jeśli coś wybije Cię z rytmu, pamiętaj, że możesz do niego wrócić. Obiecałeś sobie, że będziesz kładł się przed północą, ale wczoraj Twojego współlokatora zaatakowała butelka i rozcięła mu rękę podczas nieumiejętnego otwierania wina? Musiałeś zawieźć go na pogotowie i czekać, aż zszyją, przez co poszedłeś spać dopiero nad ranem? Okej, to była wyjątkowa sytuacja, ale nie pozwól, by takie wyjątki zdarzały się częściej, niż raz w miesiącu. Po jednym niepowodzeniu, wróć z powrotem na właściwe tory.

8. Znajdź kogoś z tym samym postanowieniem – bo razem raźniej, jak to mawiają kibice Arki Gdynia przed ustawką. Nie ma to jak znaleźć sobie parę i wzajemnie się nakręcać do zrealizowania celu. A jeszcze lepiej całą grupę ludzi, którzy chcą osiągnąć to samo.

To co, jedziemy z tym?

„Pod mocnym aniołem” lepiej obejrzeć w domu

Skip to entry content

W weekend byłem na „Pod Mocnym Aniołem” i z kina wyszedłem wstrząśnięty. I zmieszany. Nie z powodu filmu. Był dobry. Nie rewelacyjny jak „Drogówka”, ale dobry. Zresztą, po co ja to piszę, Smarzowski nie robi słabych filmów. Tak, czy inaczej, wracałem do domu poruszony ze względu na publiczność. Współoglądający dostarczyli mi więcej tematów do przemyśleń, niż Więckiewicz trwoniący fortunę i talent w szaleńczym alko-transie.

To, co uderzyło mnie jak gęsty grad w ciepły letni dzień, to brak zrozumienia, jak można być dorosłym człowiekiem i śmiać się z przekleństw?

Niezależnie od kontekstu.

Jak byłem w podstawówce, przeklinanie było oznaką dorosłości. Tak jak papierosy – dzieciaki tego nie robiły. W gimnazjum każda „kurwa” rzucona głośniej niż szeptem budziła euforię, a narysowanie kutasa w zeszycie było lepszym żartem, niż hasło, że rozmiar nie ma znaczenia. W liceum wulgaryzmy tak spowszechniały, że na nikim nie robiły wrażenia, a na studiach czułem, że przeklinanie bez sensownie uzasadnionej potrzeby, to siara.

I tak zostało.

Jeśli przeklinam, to w wymagających tego sytuacjach, aby dodać wypowiedzi emfazy. A nie z powodu ubogiego słownictwa, problemów z interpunkcją, czy – nie daj boże! – by komuś zaimponować. A okazuje się, że publiczne miotanie „chujami” ludziom imponuje. I śmieszy ich. I 20-latków, i 30-latków, i 50-latków też.

Siedzę na tej sali, wczuwam się w dramat pisarza nałogowca, oswajam się z jego postacią, szukam cech wspólnych, zastanawiam się, czy też mógłbym doprowadzić do takiego stanu, czuję podmywającą mnie falę alkoholizmu, porywającą legiony nieuważnych… i nagle J-E-B! Jakby mi ktoś przyłożył żeliwną patelnią w tył głowy. Sala ryczy. Drze ryja jak chłop sprzedający ziemniaki z Żuka, bo jeden z bohaterów powiedział „kurwa”.

Tyle.

Ani nie zrobił tego w komicznej sytuacji, ani w wyjątkowo śmieszny sposób. Wręcz przeciwnie. Zabrzmiało to tak dekadencko i posępnie, na ile jest to możliwe. Ale to wystarczyło, by tłum zareagował śmiechem. I to nie jeden raz, a przy większości okazji, gdy z ust aktorów padały wulgaryzmy. Dorosłych ludzi, z dowodami w portfelach od dobrych kilku lat, rajcowało, że postać z ekranu na głos posługuje się podwórkową gwarą. Zresztą, gdy filmowi bohaterowie oddawali  mocz, stolec lub wymiotowali, reakcja była ta sama. Śmiech. W końcu nic tak nie śmieszy, jak surowo podany życiowy dramat.

Dawno nie czułem się tak zażenowany. zniszczyli mi seans „Pod Mocnym Aniołem”. Zniszczyli mi dobry film.