Close
Close

Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintage

Skip to entry content

Mieliśmy tak długą przerwę w ruszaniu tyłka, że nowi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą o co chodzi. Nie, nie otworzyłem kanału na YouTubie z kursem fitnessu. Chodzi o ruszenie się w szerszym ujęciu. Zmianę nastawienia do życia i pracy, odmulenie z letargu i poruszenie mentalne. Zresztą, dokładną ideę cyklu znajdziecie tu, a poprzednie części, z innymi blogerami, tu (z Macademian Girl), tu (z Kubą Jankowskim), tu (z Segrittą) i tu (z Kasią Gorol).

Tym razem rozmawiałem z Michałem Kędziorą z bloga Mr. Vintage, który nazywany jest profesorem Miodkiem mody męskiej i największym autorytetem, jeśli chodzi o tę część blogosfery. Dla mnie jednak, przede wszystkim jest dużą inspiracją, bo swoją historią i podjętymi decyzjami, złamał sporo stereotypów i wyszedł poza schemat. Mając żonę i dziecko postanowił zaryzykować i zrezygnować ze stabilnej pracy na rzecz swojego hobby.

Jak na tym wyszedł? Sprawdźcie poniżej.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage

Jan Favre: Kiedy zaczynałeś w 2009, był w Polsce jakiś blog poświęcony męskiej modzie?

Michał Kędziora: Było ich raptem kilka, dosłownie  3-4, w tym jeden trochę bardziej znany Macaroni Tomato, ale męska moda zasadniczo nie istniała w blogosferze.

Czułeś tremę/niepewność zaczynając coś, czego nikt dotąd jeszcze nie robił w naszym kraju?

Chyba nie, bo na początku nie spodziewałem się, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał. To raczej było pisanie dla siebie samego. Osoby, które teraz zaczynają, wiedzą mniej więcej czego można się spodziewać, a wtedy to była niewiadoma, trudno było przewidywać popularność.

A pamiętasz jakie miałeś oczekiwania względem bloga przy zakładaniu? Myślałeś co się stanie za rok, za dwa lata?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Traktowałem to jako ciekawostkę, blog to była dla mnie taka wirtualna zabawka. Myślałem, że za 2-3 lata się znudzi i nie spodziewałem się, że blogosfera tak się rozwinie.

Na samym początku bardzo asekuracyjnie dodawałeś wpisy z własnymi stylizacjami, ograniczały się do jednego zdjęcia. Dopiero po pół roku umieszczałeś całe sesje z fotkami wszystkich elementów. Potrzebowałeś czasu, żeby się przemóc?

Mała ilość zdjęć wynikała z ograniczeń technicznych. Głównie z tego, że zdjęcia robiłem sobie sam samowyzwalaczem, wiele z nich było słabych i nie nadawało się do publikacji. Poza tym wydawało mi się, że jedno zdjęcie danego zestawu wystarczy. Dopiero przeglądając zagraniczne blogi, podpatrzyłem, że są tam całe sesje i jeden wpis składa się z kilkunastu zdjęć w różnych pozach wraz z elementami.

Czyli to nie było tak, że od początku wiedziałeś, od a do z, jak ten blog ma wyglądać, tylko to ewoluowało?

Dokładnie. Blog się rozwijał metodą prób i błędów. Trochę było podglądania blogów zagranicznych, a trochę blogów pań, bo wtedy było już ich sporo i były one na dobrym poziomie wizualnym, ale generalnie działałem „na czuja”.

Mieszkasz w Kielcach, nie jest to małe miasteczko, ale też nie skupisko ludzi z różnych kultur jak Warszawa, czy Kraków. Jak ludzie reagowali na to, że stroisz się, pozujesz do obiektywu i robisz sobie zdjęcia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od zawsze robiłem zdjęcia w miejscach, w których nie kręcą się ludzie i jest raczej spokojnie, także nie mieli okazji jakoś reagować.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 2

A jaki stosunek do prowadzenia bloga o modzie mieli twoi bliscy? Dopingowali cię, czy mówili, że to głupi pomysł?

Przez długi czas moi przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy, nie wiedzieli o tym, że w ogóle prowadzę bloga. Dopiero po 3 latach, gdy blog z miesiąca na miesiąc zaczął zdobywać dużą popularność, dowiedzieli się o tym.

Przez 3 lata nikt z twojej rodziny nie wiedział, że masz bloga? Celowo to ukrywałeś?

Nie tyle ukrywałem, co nie miałem potrzeby się chwalić. Traktowałem to jako hobby, coś co robię w wolnym czasie.

Nieźle. Brzmi trochę jak Peter Parker i Spiderman. Wracając jeszcze do tych początkowych etapów, co cię najbardziej demotywowało? Co było dla ciebie największą przeszkodą w blogowaniu?

Głównie problemy techniczne związane z robieniem zdjęć. Nie miałem kogoś kto by mi pomógł, przez co musiałem fotografować się za pomocą samowyzwalacza. Najczęściej na balkonie albo na tle jakiejś ściany. Jak teraz na to patrzę, to wiem, że było to śmieszne i na żenującym poziomie. Po 3 latach zgłosił się do mnie czytelnik bloga z Kielc, młody chłopak, który miał już lepszy aparat i amatorsko zajmował się fotografią. Napisał do mnie, że chciałby mi robić zdjęcia i tak współpracowaliśmy przez pewien czas. Te zdjęcia był dużo lepsze jakościowo. Później zmieniłem miejsce pracy i tam poznałem człowieka, który zawodowo zajmował się fotografią prasową. Od tamtego momentu korzystam z jego usług i są to dobre zdjęcia, choć do ideału jeszcze trochę im brakuje. Cały czas się wzajemnie docieramy, bo on nie miał żadnego doświadczenia w fotografii modowej, bo przez kilkanaście lat zajmował się fotografią reportażową.

A ile czasu minęło, aż pojawiły się pierwsze pieniądze z bloga?

Pierwsze, minimalne pieniądze pojawiły się dość szybko, po 6 miesiącach. To był 2010 rok i to były dopiero początki blogosfery w ujęciu komercyjnym. Pamiętam, że to były jakieś śmieszne stawki – 100-200zł za baner, który wisiał miesiąc na blogu albo kilkusetzłotowe stawki za tekst komercyjny połączony z konkursem. Większe pieniądze zaczęły się dopiero po 3 latach pracy przy blogu.

A pierwsza myśl, żeby zrezygnować z pracy i żyć tylko z blogowania?

Na to się złożyło kilka rzeczy w jednym czasie. Po pierwsze, miałem kilka fajnych kampanii na blogu za sensowne stawki. Wcześniej niby te kampanie były, ale nieregularnie i za zbyt niskie stawki by myśleć o tym w kategoriach stałego dochodu. No ale pojawiło się wreszcie kilka niezłych propozycji z kwotami czterocyfrowymi i wiele wskazywało na to, że będą się pojawiać następne. Druga rzecz, która nastąpiła kilka tygodni później, to Blog Forum Gdańsk 2012, gdzie było kilka ciekawych wykładów, i dyskusji  o tym, że blog może być sposobem na życie. Dla mnie to były niezwykle motywujące spotkania. Po Blog Forum wróciłem do domu z przekonaniem, że wkrótce blog stanie się dla mnie podstawowym źródłem utrzymania. A trzecia rzecz, to propozycja wydania książki o modzie męskiej, sygnowanej moją osobą i moim blogiem. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale zrozumiałem też wtedy, że skoro tradycyjne wydawnictwo zwróciło się do mnie z takim pomysłem, to widocznie to, co przez kilka lat robiłem na blogu z pasji, jest dobre i opiniotwórcze.  I to wszystko złożyło się na to, że poczułem taki impuls, że blog faktycznie może być sposobem na życie i źródłem dochodu.

Ile miałeś lat kiedy ta myśl się pojawiła?

Równe 30.

Miałeś już wtedy żonę?

Tak.

Byłeś już zupełnie dorosłym człowiekiem. Nie nastolatkiem mieszkającym w domu, nie studentem na utrzymaniu rodziców. Pracującą osobą ze zobowiązaniami, osądzoną w realiach prawdziwego świata. Trudno było ci podjąć decyzję o zrezygnowaniu z etatu, stabilizacji i postawieniu wszystkiego na bloga?

Trudno, bo miałem tę świadomość, że muszę utrzymać żonę i dziecko. To było największą barierą. Gdybym był sam, byłoby mi dużo łatwiej i decyzję o porzuceniu etatu podjąłbym wcześniej. Wiedziałem, że jestem rozpoznawalny, blog jest znany, mam duże, lojalne grono czytelników, ale bałem się, że gdy zrezygnuję z pracy, będę musiał godzić się na kampanie, które nie do końca pasują do bloga, żeby mieć pieniądze na życie. Cierpliwie odczekałem kilka miesięcy aż miałem pewność, że dochody z bloga są regularne i w odpowiedniej wysokości. Z etatu zrezygnowałem w kwietniu 2013 roku.

Konsultowałeś z żoną tę decyzję?

Nie, to była własna decyzja. De facto to był impuls, bo tego dnia pokłóciłem się z moim przełożonym i od razu złożyłem wypowiedzenie. Gdyby to nie nastąpiło, to pewnie jeszcze kilka tygodni bym pracował na etacie wahając się czy to już jest dobry moment na przejście na swoje, czy jeszcze nie.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 4

Ile razy więcej zarabiasz teraz, niż na etacie z którego zrezygnowałeś?

Na chwilę obecną średnio 2-3 razy więcej.

A poza pieniędzmi, jakie są największe różnice, między tak zwaną “normalną pracą”, a życiem z blogowania?

Przede wszystkim nie mam nikogo nad sobą. Sam sobie jestem szefem i decyduję o tym co robię, kiedy pracuję, a kiedy nie. Aczkolwiek z wolnym czasem to też nie jest tak jak się wydaje, bo tak naprawdę to pracuję dużo więcej, niż wcześniej, ale mam świadomość, że realizuję swoją pasję i robię to dla siebie. Ale to jest największą różnicą, że nie siedzę jak na etacie codziennie 8 godzin, tylko sam decyduję, czy dzisiaj pracuję 15 godzin czy 3, czy siedzę w domu i piszę, czy robię jakieś sesje na zewnątrz, czy spędzam ten czas z córką.

Zmierzając ku końcowi, twój blog jest najbardziej wpływowym w Polsce w swojej tematyce, wydałeś książkę, która sprzedaje się prawie tak dobrze jak wódka, a dla facetów jesteś ikoną stylu. Jaki jest kolejny krok?

Będę dążył do tego by blog był jeszcze lepszy. Jest jeszcze wiele do zrobienia i nie osiadam na laurach. Chciałbym przede wszystkim utrzymać dobry poziom merytoryczny,  poprawić jeszcze poziom wizualny i wrócić do częstotliwości wpisów na blogu co dwa dni. Chcę także spróbować swoich sił w materiałach wideo, aczkolwiek to będzie raczej dodatek do bloga, a nie chęć podbicia YouTube’a. Chcę rozwinąć też swoje działania pośrednio związane z blogiem, czyli szkolenia z zasad ubioru i dres code’u, bo coraz więcej firm o to pyta i doradztwo indywidualne, czyli przegląd szafy i kompletowanie zestawów. Jest też propozycja napisania drugiej książki, ale jeszcze nie ustaliliśmy z wydawnictwem szczegółów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję w tym cyklu: jak profesor Miodek mody męskiej, zmotywowałby ludzi, którzy powpadali we wnyki codzienności, do wyrwania się ze strefy komfortu?

Trudne pytanie.

U mnie wyglądało to tak, że pasja była moim przewodnikiem. Starałem się robić to, co lubię najlepiej, a nie zwracałem uwagi na to, czy na tym zarobię i będą z tego pieniądze, czy nie. Pisałem o modzie, bo to mnie interesowało i też na bieżąco się tego uczyłem, bo jest samoukiem. Nie mam wykształcenia związanego z modą, ani tematyką zbieżną, więc do wszystkiego dochodziłem sam. To się działo stopniowo, powoli, aż w pewnym momencie zaskoczyło i przez pewien czas sam nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Reasumując, krok po kroku trzeba podążać za swoją pasją, starając się stopniowo łączyć to z zarabianiem. Podsumowałbym to takim zdaniem: „róbcie to, co kochacie, a poza przyjemnością znajdźcie w tym pieniądze”.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Słabo się orientuję w blogach modowych, a o tych męskich to już w ogóle nic nie słyszałam – ba, nie miałam pojęcia, że takowe posiadamy. Także w sumie miłe zaskoczenie;)

  • Dzięki za ten wywiad. Michał to świetny człowiek :)

  • To prawda, że choć prowadzenie bloga to ciężka praca, to połączenie w nim kilku pasji owocuje obficie i daje poczucie spełnienia.

  • Inspirujące :)

  • Świetny wybór! Mr Vintage ma ws obie coś niesamowicie motywującego.

  • Niewątpliwie Mr.Vintage zna się na tym co robi. Gratuluję mu odwagi i życzę dalszych sukcesów.
    http://balakier-style.pl/.

  • A tak się ostatnio zastanawiałem co z tą serią wpisów, dobrze że wróciła ;)
    Co do wpisu to najważniejsze jest chyba to, że Mr. Vintage jest kolejnym świetnym przykładem dojrzałego i dorosłego blogera, który z pasji zrobił pracę.

  • Martyna Kubicka

    załóż kanał z fitnessem na yt! proszę!
    Mr. Vintage jak zwykle, klasa

  • To jest naprawdę budujące, ze najlepsze blogi powstają z pasji.
    Mr. Vintage potwierdził, że całe blogowanie to jedna wielka niewiadoma i nieustanny rozwój.

    • Ja bym to odniósł do wszystkich rzeczy, łącznie z jedzeniem ;)

      • Uniwersalizm, mówisz? Niech Ci będzie. :)

        • No tak jest, że jeśli coś robisz z ochotą, to zawsze wychodzi lepiej, niż z musu.

  • Dobry kopniak nie jest zły:)

  • vividbats

    Takie ogólne pytanie do Ciebie i do innych blogerów: Dlaczego nie chcecie iść do pracy i czy nie wstydzicie się mówić, że jesteście blogerami, gdy pytają was o pracę?
    Znam odpowiedź, ale chcę poczytać, jak się unosicie :D

  • Gosza

    Mój tyłek został lekko pokopany, ale dziękuję ;)

  • Edith

    Nie spodziewałam się, że Mr Vintage jest taki porywczy, romantyczny i ułożony jednocześnie, ideał <3

Nie odniesiesz sukcesu, jeśli nie będziesz jak założyciel McDonald’s

Skip to entry content

W latach dwutysięcznych, kiedy miałem 13 lat i szedłem do gimnazjum, ukazała się „Kinematografia” Paktofoniki i nie dało się odpędzić od kawałka „Jestem Bogiem”, a Polska przeżywała pierwszy boom na hip-hop. Na każdym osiedlu było po 5 składów, a w każdej klatce był ktoś, kto pisał teksty, składał podkłady, freestyle’ował albo chociaż robił beatbox. W tych czasach na palcach połowy ręki mogłem policzyć znajomych, którzy nie chcieli być jak Magik, Fokus albo Rahim. Co nocy w głowach śnił się ten sam sen projektowany na wewnętrznych stronach powiek – zostać gwiazdą rapu.

Wielu moich kolegów było przekonanych do szpiku kości, że kariera muzyczna czeka na nich tuż za rogiem, ale zatrzymywali się na etapie odłożenia pieniędzy na mikrofon. Czy nauki programu do obróbki dźwięku. Albo popracowania trochę z emisją głosu. To nie były przeszkody nie do przejścia na „zasadzie nie mam nóg, ale chcę biegać w maratonach”. To były po prostu kolejne etapy, które każdy musiał przejść, jeśli faktycznie zależało mu na zajmowaniu się muzyką. Do ich pokonania potrzebny był tylko czas i praca. Tylko tyle. W świetle tych faktów zaskoczę Was, jeśli powiem, że większość z nich nigdy nie nagrała nawet pierwszej płyty demo?

W 2013 kiedy rzucałem studia, część moich znajomych z uczelni miała genialne pomysły na biznes. Swój biznes. Na którym mieli zarabiać miliony, wydawać miliardy i obracać bilionami. Do dzisiaj, z tych kilkunastu osób, do etapu założenia własnej działalności gospodarczej doszedł tylko jeden kumpel. Jeden. Reszta nawet nie spróbowała, odpadli na etapie zgooglowania frazy „jak założyć firmę”.

W tym samym roku internetowe pamiętniki przeżywały apogeum swojej popularności, a facjaty blogerów wisiały na billboardach w całym kraju. Polska dowiedziała się, że nie tylko nastolatki prowadzą swoje stronki w sieci, a ich czytelnicy, że NAPRAWDĘ da się na tym zarobić. Blogowałem wtedy drugi rok, i jeździłem po tylu konferencjach branżowych na ile pozwalało mi 1200zł, za które w tamtym czasie się utrzymywałem. Tłukłem się po kilkanaście godzin w jedną stronę śmierdzącym, nieogrzewanym PKP na drugi koniec kraju, żeby dowiedzieć się jak zrobić sobie pracę z hobby i spotykałem ludzi, którzy przyszli tam po to samo. Każdy z tych pod sceną, chciał być jak ci na scenie – zarabiać na swojej pasji. Żyć na własny rachunek, będąc samemu sobie szefem, a nie tylko trybem w machinie, chodząc do zakładu pracy.

Cześć z tych osób uprawiała odtwórczy recycling tego, co jakiś czas temu zdążyli już zrobić znani i lubiani, ale część miała naprawdę odkrywcze, nietuzinkowe pomysły i tematykę o niebo i piekło ciekawszą niż moja. Z obu tych grup, dzika liczba osób zrezygnował z planu podboju świata zaledwie po kilku, kilkunastu miesiącach.

Czemu? Bo pieniądze nie przyszły tak szybko jak się spodziewali. Bo brakowało im jednej cechy, którą miał założyciel McDonald’s.

Sylvester Stallone

Syn imigrantów, urodzony z częściowym paraliżem twarzy, wykrzywieniem dolnej wargi i  zaburzeniami mowy, które zostały mu na całe życie. Gość o ekspresji taboretu kuchennego i zdolnościach aktorskich paździerzowej półki, z sylwetki przypominający manekina w sklepie militarnym. Do 24-go roku życia jego najlepiej znaną światu umiejętnością było kasowanie biletów przy pomocy dziurkacza. Mimo to, postanowił, że zostanie aktorem. I to nie byle jakim. Oscarowym. Gwiazdą kina znaną na całym świecie.

Dziś chyba nie ma człowieka, który nie widziałbym „Rocky’ego” albo „Rambo”? Dopiął swego, mimo, że ze scenariuszem do filmu o bokserze musiał nachodzić się po studiach filmowych bardziej niż Robert Korzeniowski, bo wszyscy mówili mu, że to padaka, której nikt nie obejrzy.

Peja

A w zasadzie Ryszard Andrzejewski, urodzony w latach 80-tych na poznańskich Jeżycach. W epicentrum patologii i beznadziei, gdzie po zmroku nie zapuszcza się nawet policja. Gdy miał 12 lat zmarła jego mama, od tego momentu wychowywał go w pojedynkę ojciec alkoholik, którego nowotwór zabił 8 lat później. Mimo wszystkich przesłanek ku temu, by spędzić życie zbierając na wino w bramie, postanowił, że będzie muzykiem i zajmie się nieistniejącym wówczas w Polsce gatunkiem. Rapem.

Od 1995 do 2000 roku nagrał 4 albumy, które ukazały się jako legalne wydawnictwa dostępne w oficjalnej sprzedaży, jednak zupełnie nie przełożyły się na sukces komercyjny i popularność, przez co Peja dalej żył na skraju ubóstwa. Półtora roku później, cały czas dorabiając dorywczo w pracach fizycznych by mieć na podstawowe wydatki, nie poddając się, kolejny raz zmieniając wytwórnię i kolejny raz spędzając setki godzin przy tworzeniu muzyki, jako zespół Slums Attack nagrał płytę „Na legalu?”.

Płytę, która sprzedała się w ponad 100 000 egzemplarzy pokrywając się platyną i na stałe otwierając Peji drzwi do świata dobrobytu, spełnienia artystycznego i show-biznesu.

Założyciel McDonald’s

Choć jeśli miałbym być ultra dokładny, to powinienem napisać „populyzator McDonald’s”. Podwaliny pod globalną sieć barów szybkiej obsługi w rzeczywistości stworzyli dwaj bracia – Richarda i Maurice’a McDonald – zakładając mały bar w San Bernardino, ale to właśnie Ray Kroc sprawił, że ten lokalny biznes stał się globalny, rozprzestrzeniając BigMaca na cały świat.

Ray zanim stał się multimiliarderem, już na zawsze zmieniając najważniejszy punkt szkolnych wycieczek do Krakowa z Sukiennic na McDonald’s, pokonał kilka niepowodzeń i zawodów. Całe życie chciał stworzyć wielki, skalowalny interes, biznesowe imperium, które zapisze się na kartach historii, ale nie było nim ani sprzedawanie papierowych kubków, ani mleko w proszku, ani multimiksery. Żeby którymi móc handlować, jak najgorszy akwizytor z bagażnika, musiał zastawić dom i zainwestować wszystkie oszczędności.

Dopiero w wieku 52 lat, gdy większość osób bardziej myśli o emeryturze niż rozwoju zawodowym, trafił na mały lokal w Kalifornii – rewolucyjny jak na tamte czasy, bo nie było w nim kelnerek, a jedzenie podawano w papierowych torbach – który jawił mu się jako amerykański sen, będący korzeniem żyły złota. Kolejny raz, ryzykując finansowo, wywrócił swoje życie do góry nogami inwestując wszystko w rozwój McDonald’s. I tym razem trafił w dziesiątkę.

Mozolnie szukając franczyzobiorców, którzy otworzyliby kolejne lokale i walcząc z braćmi założycielami przy każdej próbie wprowadzenia zmian do interesu, nie poddając się ani razu, gdy jego pomysły były torpedowane, w końcu wepchał ten syzyfowy kamień na sam szczyt. Zamieniając nikomu nieznany, malusieńki McDonald’s w McImperium znane WSZYSTKIM.

Nie dokonałby tego, gdyby nie jedna cena cecha, o której wcielający się w niego Michael Keaton mówi pod koniec filmu.

Wytrwałość

Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości. Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów. Nie uczyni niczego sam geniusz – nie nagradzany geniusz to już prawie przysłowie. Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano. Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

To słowa Calvin Coolidge’a – 30-go prezydenta Stanów Zjednoczonych – które w „McImperium” powtarza Ray Kroc, a którymi kierował się i Sylwester Stallone, i Peja, i ja również podpisuję się pod nimi wszystkimi kończynami. Bo obserwując rzeczywistość i analizując życiorysy osób, które odniosły sukces, jakkolwiek byśmy go nie definiowali, nasuwa się jedna myśl.

Żeby odnieść sukces nie musisz być genialny, odkrywczy, ani nawet ładny. Wystarczy, że będziesz wytrwały.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Nate McBean

 

---> SKOMENTUJ

wpis powstał przy współpracy z marką Heineken

HEINEKEN MECZ ZA PIWO 2

Zanim wymyślono osobne maszynki do golenia dla kobiet i mężczyzn, w szeroko pojętej gospodarce funkcjonował barter. Miałeś za dużo iPadów, a brakowało Ci cichobiegów, to szedłeś do sąsiada i się wymieniałeś. To rozwiązanie miało jednak kilka wad. Po pierwsze, iPady relatywnie szybko się starzały i po roku już nikt nie chciał się wymieniać za 2-ki, tylko za 3-ki i 4-ki. Po drugie, sąsiad mógł mieć więcej iPadów od Ciebie i – jak to się mawiało w tych czasach – wyświetlacz zbity (a nie dupa). Musiałeś krążyć po osiedlu i nagabywać wszystkich po kolei, żeby je wzięli z łaski.

Między innymi dlatego Fenicjanie jakiś czas temu wymyślili monety. Żeby już nikt nie musiał biegać ze sprzętem elektronicznym i szukać chętny na wymiankę, tylko mógł pójść do obuwniczego i kupić sobie ciżemki za powszechnie akceptowane pieniążki. Mimo to, wciąż pojawiają się sytuacje, w których istnieje obrót bezgotówkowy i pożądaną walutą jest piwo. Czy to ze względu na delikatność sytuacji, którą chce się załatwić, czy na przyjęty zwyczaj kulturowy, czy jeszcze coś innego (o czym na końcu).

Co możesz mieć za piwo w dobie kart płatniczych i przelewów?

 

Notatki

Z wykładów, z ćwiczeń, raporty, sprawozdania, pytania na egzamin. Cała wiedza akademicka przy każdej sesji szła za piwko albo dwa. Czasem stawka rosła do całej zgrzewki, jeśli sępiłeś cały pakiet materiałów ze wszystkich przedmiotów z danego semestru. Albo byłeś w słabych stosunkach z jedyną notującą osobą z Twojej grupy.

 

Pomoc przy przeprowadzce

Testowane kilkanaście razy, zawsze działa. Wynajęcie ekipy przeprowadzkowej, to koszt rzędu kilku stówek, a i tak najczęściej będą obchodzić się z dobytkiem całego Twojego życia jak z zeszłoroczną choinką. Niedbale. Kumpel głębiej weźmie sobie do serca Twoje uwagi o sposobie transportu kolekcji winyli, a browar po skończonej robocie, będzie idealną okazją do pogadania.

 

Numer telefonu

Technika stosowana przez początkujących podrywaczy. Dosiadają się do przypadkowej dziewczyny w klubie/barze/pubie z dodatkowym kuflem i jeśli od razu ich nie spławi, meczą ją, aż złoży obietnicę spotkania. Nie pochwalam, ale sprawdza się w połowie przypadków.

 

Format dysku

To z kolei trik z repertuaru początkujących podrywaczek. Jest jakiś facet, który choć raz nie został zwabiony do mieszkania dziewczyny pod pretekstem problemów z komputerem i wizji piwka za fatygę? Kilka razy się na to nabrałem, a jeszcze więcej razy chciałem, żeby wyglądało jakbym się nabrał. Formatowanie poszło pomyślnie.

 

Szybszy remont

Pamiętam jak w jednym z mieszkań, które wynajmowałem trwał remont kuchni. Ciągnął się niemiłosiernie i utrudniał funkcjonowanie bardziej, niż brak prawej ręki. Nie żeby jakieś poważne rzeczy, ot zwykłe malowanie-kafelkowanie, ale kuchnia była nie do użytku. Ani prośbą, ani groźbą nie dało rady tego przyspieszyć. Dopiero pójście po 4-pak załatwiło sytuację. Panowie skończyli na drugi dzień.

 

Kiełbasę

Na wszelkich wyjazdach/wypadach/ustawkach grillowych funkcjonuje jeden model wymiany: piwo za mięso. Jeśli przychodzisz z dostatecznie dużą ilością puszek, możesz zapomnieć o odwiedzaniu spożywczego przed imprezą. Jeszcze nie byłem na grillu, na którym ktoś nie połasiłby się na jedno piwko więcej.

 

Mecz Ligi Mistrzów!

Od dziś rusza nowatorska akcja Heinekena „Mecz za piwo”.

HEINEKEN MECZ ZA PIWO

Kupując dowolną butelkę/puszkę Heńka, pod kapslem/zawleczką znajdziesz kod. Kod, który otwiera bramy do UEFA Champions League. Do tej pory za dostęp do wszystkich rozgrywek Ligi Mistrzów trzeba było płacić. Albo łamać prawo, oglądając nielegalny streaming i narażając się tym samym na interwencję CBŚ, CIA, KGB i dzielnicowego z „Rodziny zastępczej”. Teraz Twoje sumienie może spać spokojnie, a piłeczka antystresowa, która szła w ruch przy każdym zerwaniu łącza, wylegiwać tam gdzie nią ostatnio rzuciłeś. Na dedykowanej platformie www.liga.heineken.pl wszystkie mecze obejrzysz w HD, nie podpadając wymiarowi sprawiedliwości.

Przelicznik jest prosty: 1 kod z piwa = 1 mecz.

Do wymianki dochodzi jeszcze opcja zgarnięcia biletów do Lizbony na rozgrywki finałowe. Wycieczkę na stadion do Portugalii (a codziennie Playstation 4 i 5-litrowe beczułki Heinekena) możecie wygrać biorąc udział interaktywnej zabawie na powyższej platformie. U mnie też będzie można dostać co nieco, ale o tym na razie cicho sza.

Biorąc pod uwagę, że nie trzeba oddawać piwa, to chyba najsensowniejszy barter jaki spotkałem do tej pory. No chyba, że znasz lepszy?

---> SKOMENTUJ
gdy złapiesz króliczka
autorem zdjęcia jest Draconiansleet

Większość osób mając naście lat, chciała zostać albo znanym aktorem albo popularnym piosenkarzem. Kasować za jedną rolę w filmie równowartość miesięcznej pensji połowy swojego osiedla albo być w nieustającej trasie po Polsce, codziennie sypiając w innym hotelu z inną dziewczyną. Rozdawać autografy na spotkaniach z fanami lub mieć pod sceną kilkutysięczny tłum skandujący ich imię. Rzadko kiedy, choćby we własnym umyśle, rozwijała tę ideę dalej, najczęściej poprzestając na wyobrażeniach o podstawowych przymiotach z nią związanych.

Ten pomysł tlił się zazwyczaj do końca liceum. W bardziej niereformowalnych przypadkach do momentu odebrania dyplomu, pozwalającego stawiać „mgr” przed nazwiskiem. Kiedy zaczynała się normalna, regularna praca, jasne było, że to tylko młodzieńcze marzenia, które marzyło się po to, by ich koniec mógł wyznaczyć dorosłość. Czasem powracały oglądając „8-mą milę” czy „Slumdoga”, ale nie na dłużej, niż czas który zajmowała droga z kina do domu.

Tobie też z pewnością zdarzyło się fantazjować, że jesteś jak John Lenon, czy Jack Nicholson. Snułeś wizje, że w wyniku wyjątkowego zbiegu okoliczności trafiasz na pierwsze strony gazet, Jimmy Kimmel zaprasza Cię na swoją kanapę, a pieniędzy masz tyle, że zaczynasz dotować ginące gatunki ważek. Każdy miał tak przynajmniej raz, więc nawet nie próbuj się wypierać, że nigdy nie chciałeś być obrzydliwie bogatą mega-gwiazdą.

Zmieńmy teraz bieg wydarzeń. Pobiegnijmy za króliczkiem, dogońmy go, złapmy i sprawdźmy jakby to było.

Znów masz 17 lat. Jesteś na początku ogólniaka. Po spotkaniu z Jerzym Stuhrem w Miejskim Domu Kultury jesteś tak poruszony jego osobą, że zaczynasz nałogowo oglądać wszystkie filmy, w których pojawił się choćby jako statysta. Po pół roku dowolną kwestię z „Wodzireja” możesz cytować z pamięci, bezbłędnie naśladując akcent i pauzy. Po roku jesteś przewodniczącym kółka aktorskiego w swojej szkole i przynajmniej raz w miesiącu chodzisz na wagary, żeby wślizgiwać się na próby spektakli w pobliskim teatrze.

W klasie maturalnej każdego popołudnia albo idziesz dorabiać w Macu albo wychodzisz z siebie, próbując zagrać płaczącą wierzbę na prywatnych lekcjach. Nie jest to tania zabawa, a rodzice też nie chcą finansować Twoich irracjonalnych fanaberii, więc kasa znika błyskawicznie. Tak jak czas dzielący Cię od egzaminu dojrzałości. Ruszą Cię to tyle, co bezdomnych problem globalnego ocieplenia, bo żeby dostać się na PWST wystarczy, że maturę po prostu zdasz. A nie jesteś upośledzony, że nie mieć 30% z podstawowego polskiego i WOSu. Mimo to, rodzice, nauczyciele i znajomi próbują wywierać na Tobie presję.

Nie udaje im się, jesteś zbyt zorientowany na swój cel.

Mimo to, na wydział aktorski dostajesz się dopiero za trzecim razem. Poprzednie dwie próby zakończone porażką, przeżywasz bardziej, niż rozpad czteroletniego związku z dziewczyną, w której byłeś zakochany prawie tak bardzo jak w swoim marzeniu. Ale zrobiłeś to, jesteś studentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i na korytarzu mijasz się z tym samym Jerzy Stuhrem, który 5 lat temu uścisnął Ci dłoń i poklepał po plecach mówiąc, że też możesz być taki jak on. Uwierzyłeś. I wierzysz dalej, mimo, że nie jesteś jeszcze nawet w połowie drogi.

Popołudniami dalej chodzisz dorabiać, a raczej zarabiać, bo mniej niż przeciętne jedzenie i pół pokoju w obskurnej kamienicy trochę kosztuje. Trochę więcej, niż się spodziewałeś. Mimo to na zajęciach dajesz z siebie więcej niż inni. Tyle trudu kosztowało Cię znalezienie się na tej uczelni, że nie możesz przez nią po prostu przejść. Musisz ją roznieść!

Ćwiczysz. Nie dosypiasz, nie dojadasz, nie dożywasz. Ćwiczysz.

Na obronie dyplomu jesteś jak młody Al Pacino u progu kariery. Jak DiCaprio w „Co gryzie Gilberta Grape’a?”. Komisja egzaminacyjna jest oczarowana, zaklęcie, które na nich rzuciłeś nie puszcza do końca dnia. David Copperfield mógłby się od Ciebie uczyć. 5.0.

Talent, to jednak za mało. Żaden poważany teatr nie chce dać Ci etatu, a jedyne zaproszenie na castingi przychodzą od producentów gównianych komedii romantycznych. Czynsz za mieszkanie nie zaczyna płacić się sam i powoli rozważasz udział w nie-tak-bardzo-tandetnej produkcji TVNu. Łamiesz się. Bierzesz drugoplanową rolę w serialu o przygodach młodej fotografki i w końcu zaczynasz mieć na obiad na mieście. Na boku wciąż grywasz w ambitnych sztukach i po jednej z nich podchodzi do Ciebie gość pracujący dla Polańskiego. Tak, tego Polańskiego. To kompletnie luźna i niezobowiązująca rozmowa, ale już sam fakt, że zanotował Twoje istnienie, jest jak trafiony los na loterii.

Rok przed trzydziestką dostajesz epizod w naprawdę głośnej produkcji. Tak głośnej, że jej reżyser jest nominowany do Oscara. Pojawiasz się tam co prawda tylko przez 7 minut, ale ludzie Cię zauważają. I zapamiętują. Od tej pory agenci zaczynają błagać, żeby móc pracować dla Ciebie, a zaproszenia na castingi przychodzą częściej, niż newsletter z Groupona. Wszystko co sobie wyobrażałeś siedząc znudzony na biologii, zaczynasz dotykać własnymi dłońmi. Marzenie staje się rzeczywistością. Jest dobrze, zaczyna być świetnie.

To jedna strona medalu.

Druga jest taka, że na szczycie jest bardzo samotnie. Większość osób chce albo ogrzać się w Twoim blasku, ale na Tobie zarobić. Nie widzą w Tobie człowieka, widzą twarz z plakatu. Kobiety nie chcą się z Tobą spotykać ze względu na fascynującą osobowość i genialne poczucie humoru. Chcą przespać się z gościem, którego widziały na filmie. Nowi koledzy nie będą przyjaciółmi na dobre i na złe. Znikną, gdy poprosisz ich o przysługę, która nie będzie im się kalkulować. A jeszcze szybciej, gdy się potkniesz.

Twoi znajomi z dawnych lat, to wciąż dobrzy ludzie, ale poza sentymentem niewiele Was łączy. Docenieją Twój sukces, ale nie widzą drogi, którą przeszedłeś, nie pojmują życia, którym żyjesz. Słyszą co do nich mówisz, ale tego nie rozumieją. Kiedy Ty wszedłeś na samotną scieżkę kamikadze wdrapując się na K2, oni zapuszczali korzenie, dobierali się w pary i budowali rodziny. Rodzaje Waszych problemów są tak różne, jak niepodobny jest czarny do białego. Ty zastanawiasz się czy zdążysz polecieć na casting do Monako i wrócić na zdjęcia do Monachium w ciągu 24 godzin, a oni do jakiej podstawówki posłać dziecko. Wasze rzeczywistości zaczęły być równoległe.

Masz to. Złapałeś króliczka. Co teraz zrobisz?

---> SKOMENTUJ