Close
Close

jack strong main b1

Strzelali do nich, kurwa, strzelali!

Drżysz, gdy przełożony Ci o tym mówi. Myślałeś, że uda się temu zapobiec, ale się nie udało. Cała armia przeciwko nieuzbrojonym robotnikom. Nie mieli szans. Nie było jak. Stało się. Ulice owrzodzone zwłokami broczą krwią jak konające cielę. Nie miałeś w tym udziału, ale czujesz się winny. Winny, jakbyś to Ty trzymał ten karabin wycelowany w przerażonych ludzi, błagających spojrzeniem o Twoją łaskę. Próbujesz zapić wyrzuty sumienia, ale są zbyt gorzkie by je przełknąć.

Wiesz, że tak nie powinno być. Twoi rodacy nie powinni ginąć z rąk Twoich kolegów. Polacy nie powinni mordować Polaków. Ale to robią. I będą robić nadal, dopóki radziecka łapa trzyma ich za kark. Czujesz jak myśli się kłębią rozsadzając skronie, jak krew buzuje w żyłach podżegana poczuciem krzywdy.

Zmienisz to!

A przynajmniej chcesz to zmienić i Twoja motywacja nie kończy się na samym chceniu. Masz pomysł, masz plan, będziesz działać. Zrobisz wszystko, co konieczne aby wyrwać Polskę ze szpon ZSRR. Wszystko! Poświęcisz swoje dobre imię, siebie i życie, aby tak się stało.

Zwrócisz się o pomoc do amerykańskiego wywiadu.

Kiedy jak nie teraz? Za pół roku może być już za późno. Najdalej za rok rozpęta się piekło. Sowieci zrobią z Polski pole bitwy, oko cyklonu III wojny światowej. Warszawa, Kraków, Gdańsk, znikną z powierzchni ziemi. Martwe ciała będą zdobić każde miasto, a Ty powiększysz ich liczbę. Jeśli nie własnymi dłońmi, to własną głową. I głowami Twoich synów. I żony. Nie ma czasu. Trzeba działać.

Nawiązujesz kontakt.

Jesteś podekscytowany, że Ci się udało, że w ogóle odpowiedzieli, że jest szansa, że będziesz mógł coś zmienić, że może się uda. Przekazujesz pierwszą partię materiałów, a podniecenie unosi Cię 20 centymetrów ponad chodnikiem.  W końcu porozmawiasz o tym co robisz z kimś żywym i nie będzie to odbicie w lustrze. W końcu.

Mimo, że przynosisz w zębach Amerykanom istotniejsze informacje, niż mogli się spodziewać w najśmielszych wizjach, to Twój entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost. Masz być szczurem. Szczurem, prześlizgującym się nocą kanałami, po cichu węszącym za mięsem. Szczurem, śpiącym w ciemnym norach. Szczurem chowającym się przed światłem. Szczurem, a nie herosem z wypięta piersią, promieniującym z samozadowolenia.

Dostajesz zimny prysznic.

Chłód od Twojego łącznika ze Stanów każe Ci pochylić głowę, mimo, że duma usztywnia Ci kark. Jesteś zbity z tropu. Chcesz być bohaterem, ale dla CIA jesteś agentem, dla kolegów szpiegiem, dla żony kurwiarzem, dla synów obcym człowiekiem. Jesteś sam ze sobą i swoją tajemnicą. W każdej chwili możesz się wysypać, wpaść przez najdrobniejszy szczegół i zostać z miejsca odstrzelony jak bezpański kundel. Popadasz w paranoję. Jest za późno żeby się wycofać, a za wcześnie, żeby uciekać.

Musisz współpracować. Musisz przekazywać USA informacje o sowietach. Musisz być Jack Strong.

 

***

 

Tak, oglądając ten film czujesz to.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintage

Skip to entry content

Mieliśmy tak długą przerwę w ruszaniu tyłka, że nowi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą o co chodzi. Nie, nie otworzyłem kanału na YouTubie z kursem fitnessu. Chodzi o ruszenie się w szerszym ujęciu. Zmianę nastawienia do życia i pracy, odmulenie z letargu i poruszenie mentalne. Zresztą, dokładną ideę cyklu znajdziecie tu, a poprzednie części, z innymi blogerami, tu (z Macademian Girl), tu (z Kubą Jankowskim), tu (z Segrittą) i tu (z Kasią Gorol).

Tym razem rozmawiałem z Michałem Kędziorą z bloga Mr. Vintage, który nazywany jest profesorem Miodkiem mody męskiej i największym autorytetem, jeśli chodzi o tę część blogosfery. Dla mnie jednak, przede wszystkim jest dużą inspiracją, bo swoją historią i podjętymi decyzjami, złamał sporo stereotypów i wyszedł poza schemat. Mając żonę i dziecko postanowił zaryzykować i zrezygnować ze stabilnej pracy na rzecz swojego hobby.

Jak na tym wyszedł? Sprawdźcie poniżej.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage

Jan Favre: Kiedy zaczynałeś w 2009, był w Polsce jakiś blog poświęcony męskiej modzie?

Michał Kędziora: Było ich raptem kilka, dosłownie  3-4, w tym jeden trochę bardziej znany Macaroni Tomato, ale męska moda zasadniczo nie istniała w blogosferze.

Czułeś tremę/niepewność zaczynając coś, czego nikt dotąd jeszcze nie robił w naszym kraju?

Chyba nie, bo na początku nie spodziewałem się, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał. To raczej było pisanie dla siebie samego. Osoby, które teraz zaczynają, wiedzą mniej więcej czego można się spodziewać, a wtedy to była niewiadoma, trudno było przewidywać popularność.

A pamiętasz jakie miałeś oczekiwania względem bloga przy zakładaniu? Myślałeś co się stanie za rok, za dwa lata?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Traktowałem to jako ciekawostkę, blog to była dla mnie taka wirtualna zabawka. Myślałem, że za 2-3 lata się znudzi i nie spodziewałem się, że blogosfera tak się rozwinie.

Na samym początku bardzo asekuracyjnie dodawałeś wpisy z własnymi stylizacjami, ograniczały się do jednego zdjęcia. Dopiero po pół roku umieszczałeś całe sesje z fotkami wszystkich elementów. Potrzebowałeś czasu, żeby się przemóc?

Mała ilość zdjęć wynikała z ograniczeń technicznych. Głównie z tego, że zdjęcia robiłem sobie sam samowyzwalaczem, wiele z nich było słabych i nie nadawało się do publikacji. Poza tym wydawało mi się, że jedno zdjęcie danego zestawu wystarczy. Dopiero przeglądając zagraniczne blogi, podpatrzyłem, że są tam całe sesje i jeden wpis składa się z kilkunastu zdjęć w różnych pozach wraz z elementami.

Czyli to nie było tak, że od początku wiedziałeś, od a do z, jak ten blog ma wyglądać, tylko to ewoluowało?

Dokładnie. Blog się rozwijał metodą prób i błędów. Trochę było podglądania blogów zagranicznych, a trochę blogów pań, bo wtedy było już ich sporo i były one na dobrym poziomie wizualnym, ale generalnie działałem „na czuja”.

Mieszkasz w Kielcach, nie jest to małe miasteczko, ale też nie skupisko ludzi z różnych kultur jak Warszawa, czy Kraków. Jak ludzie reagowali na to, że stroisz się, pozujesz do obiektywu i robisz sobie zdjęcia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od zawsze robiłem zdjęcia w miejscach, w których nie kręcą się ludzie i jest raczej spokojnie, także nie mieli okazji jakoś reagować.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 2

A jaki stosunek do prowadzenia bloga o modzie mieli twoi bliscy? Dopingowali cię, czy mówili, że to głupi pomysł?

Przez długi czas moi przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy, nie wiedzieli o tym, że w ogóle prowadzę bloga. Dopiero po 3 latach, gdy blog z miesiąca na miesiąc zaczął zdobywać dużą popularność, dowiedzieli się o tym.

Przez 3 lata nikt z twojej rodziny nie wiedział, że masz bloga? Celowo to ukrywałeś?

Nie tyle ukrywałem, co nie miałem potrzeby się chwalić. Traktowałem to jako hobby, coś co robię w wolnym czasie.

Nieźle. Brzmi trochę jak Peter Parker i Spiderman. Wracając jeszcze do tych początkowych etapów, co cię najbardziej demotywowało? Co było dla ciebie największą przeszkodą w blogowaniu?

Głównie problemy techniczne związane z robieniem zdjęć. Nie miałem kogoś kto by mi pomógł, przez co musiałem fotografować się za pomocą samowyzwalacza. Najczęściej na balkonie albo na tle jakiejś ściany. Jak teraz na to patrzę, to wiem, że było to śmieszne i na żenującym poziomie. Po 3 latach zgłosił się do mnie czytelnik bloga z Kielc, młody chłopak, który miał już lepszy aparat i amatorsko zajmował się fotografią. Napisał do mnie, że chciałby mi robić zdjęcia i tak współpracowaliśmy przez pewien czas. Te zdjęcia był dużo lepsze jakościowo. Później zmieniłem miejsce pracy i tam poznałem człowieka, który zawodowo zajmował się fotografią prasową. Od tamtego momentu korzystam z jego usług i są to dobre zdjęcia, choć do ideału jeszcze trochę im brakuje. Cały czas się wzajemnie docieramy, bo on nie miał żadnego doświadczenia w fotografii modowej, bo przez kilkanaście lat zajmował się fotografią reportażową.

A ile czasu minęło, aż pojawiły się pierwsze pieniądze z bloga?

Pierwsze, minimalne pieniądze pojawiły się dość szybko, po 6 miesiącach. To był 2010 rok i to były dopiero początki blogosfery w ujęciu komercyjnym. Pamiętam, że to były jakieś śmieszne stawki – 100-200zł za baner, który wisiał miesiąc na blogu albo kilkusetzłotowe stawki za tekst komercyjny połączony z konkursem. Większe pieniądze zaczęły się dopiero po 3 latach pracy przy blogu.

A pierwsza myśl, żeby zrezygnować z pracy i żyć tylko z blogowania?

Na to się złożyło kilka rzeczy w jednym czasie. Po pierwsze, miałem kilka fajnych kampanii na blogu za sensowne stawki. Wcześniej niby te kampanie były, ale nieregularnie i za zbyt niskie stawki by myśleć o tym w kategoriach stałego dochodu. No ale pojawiło się wreszcie kilka niezłych propozycji z kwotami czterocyfrowymi i wiele wskazywało na to, że będą się pojawiać następne. Druga rzecz, która nastąpiła kilka tygodni później, to Blog Forum Gdańsk 2012, gdzie było kilka ciekawych wykładów, i dyskusji  o tym, że blog może być sposobem na życie. Dla mnie to były niezwykle motywujące spotkania. Po Blog Forum wróciłem do domu z przekonaniem, że wkrótce blog stanie się dla mnie podstawowym źródłem utrzymania. A trzecia rzecz, to propozycja wydania książki o modzie męskiej, sygnowanej moją osobą i moim blogiem. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale zrozumiałem też wtedy, że skoro tradycyjne wydawnictwo zwróciło się do mnie z takim pomysłem, to widocznie to, co przez kilka lat robiłem na blogu z pasji, jest dobre i opiniotwórcze.  I to wszystko złożyło się na to, że poczułem taki impuls, że blog faktycznie może być sposobem na życie i źródłem dochodu.

Ile miałeś lat kiedy ta myśl się pojawiła?

Równe 30.

Miałeś już wtedy żonę?

Tak.

Byłeś już zupełnie dorosłym człowiekiem. Nie nastolatkiem mieszkającym w domu, nie studentem na utrzymaniu rodziców. Pracującą osobą ze zobowiązaniami, osądzoną w realiach prawdziwego świata. Trudno było ci podjąć decyzję o zrezygnowaniu z etatu, stabilizacji i postawieniu wszystkiego na bloga?

Trudno, bo miałem tę świadomość, że muszę utrzymać żonę i dziecko. To było największą barierą. Gdybym był sam, byłoby mi dużo łatwiej i decyzję o porzuceniu etatu podjąłbym wcześniej. Wiedziałem, że jestem rozpoznawalny, blog jest znany, mam duże, lojalne grono czytelników, ale bałem się, że gdy zrezygnuję z pracy, będę musiał godzić się na kampanie, które nie do końca pasują do bloga, żeby mieć pieniądze na życie. Cierpliwie odczekałem kilka miesięcy aż miałem pewność, że dochody z bloga są regularne i w odpowiedniej wysokości. Z etatu zrezygnowałem w kwietniu 2013 roku.

Konsultowałeś z żoną tę decyzję?

Nie, to była własna decyzja. De facto to był impuls, bo tego dnia pokłóciłem się z moim przełożonym i od razu złożyłem wypowiedzenie. Gdyby to nie nastąpiło, to pewnie jeszcze kilka tygodni bym pracował na etacie wahając się czy to już jest dobry moment na przejście na swoje, czy jeszcze nie.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 4

Ile razy więcej zarabiasz teraz, niż na etacie z którego zrezygnowałeś?

Na chwilę obecną średnio 2-3 razy więcej.

A poza pieniędzmi, jakie są największe różnice, między tak zwaną “normalną pracą”, a życiem z blogowania?

Przede wszystkim nie mam nikogo nad sobą. Sam sobie jestem szefem i decyduję o tym co robię, kiedy pracuję, a kiedy nie. Aczkolwiek z wolnym czasem to też nie jest tak jak się wydaje, bo tak naprawdę to pracuję dużo więcej, niż wcześniej, ale mam świadomość, że realizuję swoją pasję i robię to dla siebie. Ale to jest największą różnicą, że nie siedzę jak na etacie codziennie 8 godzin, tylko sam decyduję, czy dzisiaj pracuję 15 godzin czy 3, czy siedzę w domu i piszę, czy robię jakieś sesje na zewnątrz, czy spędzam ten czas z córką.

Zmierzając ku końcowi, twój blog jest najbardziej wpływowym w Polsce w swojej tematyce, wydałeś książkę, która sprzedaje się prawie tak dobrze jak wódka, a dla facetów jesteś ikoną stylu. Jaki jest kolejny krok?

Będę dążył do tego by blog był jeszcze lepszy. Jest jeszcze wiele do zrobienia i nie osiadam na laurach. Chciałbym przede wszystkim utrzymać dobry poziom merytoryczny,  poprawić jeszcze poziom wizualny i wrócić do częstotliwości wpisów na blogu co dwa dni. Chcę także spróbować swoich sił w materiałach wideo, aczkolwiek to będzie raczej dodatek do bloga, a nie chęć podbicia YouTube’a. Chcę rozwinąć też swoje działania pośrednio związane z blogiem, czyli szkolenia z zasad ubioru i dres code’u, bo coraz więcej firm o to pyta i doradztwo indywidualne, czyli przegląd szafy i kompletowanie zestawów. Jest też propozycja napisania drugiej książki, ale jeszcze nie ustaliliśmy z wydawnictwem szczegółów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję w tym cyklu: jak profesor Miodek mody męskiej, zmotywowałby ludzi, którzy powpadali we wnyki codzienności, do wyrwania się ze strefy komfortu?

Trudne pytanie.

U mnie wyglądało to tak, że pasja była moim przewodnikiem. Starałem się robić to, co lubię najlepiej, a nie zwracałem uwagi na to, czy na tym zarobię i będą z tego pieniądze, czy nie. Pisałem o modzie, bo to mnie interesowało i też na bieżąco się tego uczyłem, bo jest samoukiem. Nie mam wykształcenia związanego z modą, ani tematyką zbieżną, więc do wszystkiego dochodziłem sam. To się działo stopniowo, powoli, aż w pewnym momencie zaskoczyło i przez pewien czas sam nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Reasumując, krok po kroku trzeba podążać za swoją pasją, starając się stopniowo łączyć to z zarabianiem. Podsumowałbym to takim zdaniem: „róbcie to, co kochacie, a poza przyjemnością znajdźcie w tym pieniądze”.

wpis powstał przy współpracy z marką Heineken

HEINEKEN MECZ ZA PIWO 2

Zanim wymyślono osobne maszynki do golenia dla kobiet i mężczyzn, w szeroko pojętej gospodarce funkcjonował barter. Miałeś za dużo iPadów, a brakowało Ci cichobiegów, to szedłeś do sąsiada i się wymieniałeś. To rozwiązanie miało jednak kilka wad. Po pierwsze, iPady relatywnie szybko się starzały i po roku już nikt nie chciał się wymieniać za 2-ki, tylko za 3-ki i 4-ki. Po drugie, sąsiad mógł mieć więcej iPadów od Ciebie i – jak to się mawiało w tych czasach – wyświetlacz zbity (a nie dupa). Musiałeś krążyć po osiedlu i nagabywać wszystkich po kolei, żeby je wzięli z łaski.

Między innymi dlatego Fenicjanie jakiś czas temu wymyślili monety. Żeby już nikt nie musiał biegać ze sprzętem elektronicznym i szukać chętny na wymiankę, tylko mógł pójść do obuwniczego i kupić sobie ciżemki za powszechnie akceptowane pieniążki. Mimo to, wciąż pojawiają się sytuacje, w których istnieje obrót bezgotówkowy i pożądaną walutą jest piwo. Czy to ze względu na delikatność sytuacji, którą chce się załatwić, czy na przyjęty zwyczaj kulturowy, czy jeszcze coś innego (o czym na końcu).

Co możesz mieć za piwo w dobie kart płatniczych i przelewów?

 

Notatki

Z wykładów, z ćwiczeń, raporty, sprawozdania, pytania na egzamin. Cała wiedza akademicka przy każdej sesji szła za piwko albo dwa. Czasem stawka rosła do całej zgrzewki, jeśli sępiłeś cały pakiet materiałów ze wszystkich przedmiotów z danego semestru. Albo byłeś w słabych stosunkach z jedyną notującą osobą z Twojej grupy.

 

Pomoc przy przeprowadzce

Testowane kilkanaście razy, zawsze działa. Wynajęcie ekipy przeprowadzkowej, to koszt rzędu kilku stówek, a i tak najczęściej będą obchodzić się z dobytkiem całego Twojego życia jak z zeszłoroczną choinką. Niedbale. Kumpel głębiej weźmie sobie do serca Twoje uwagi o sposobie transportu kolekcji winyli, a browar po skończonej robocie, będzie idealną okazją do pogadania.

 

Numer telefonu

Technika stosowana przez początkujących podrywaczy. Dosiadają się do przypadkowej dziewczyny w klubie/barze/pubie z dodatkowym kuflem i jeśli od razu ich nie spławi, meczą ją, aż złoży obietnicę spotkania. Nie pochwalam, ale sprawdza się w połowie przypadków.

 

Format dysku

To z kolei trik z repertuaru początkujących podrywaczek. Jest jakiś facet, który choć raz nie został zwabiony do mieszkania dziewczyny pod pretekstem problemów z komputerem i wizji piwka za fatygę? Kilka razy się na to nabrałem, a jeszcze więcej razy chciałem, żeby wyglądało jakbym się nabrał. Formatowanie poszło pomyślnie.

 

Szybszy remont

Pamiętam jak w jednym z mieszkań, które wynajmowałem trwał remont kuchni. Ciągnął się niemiłosiernie i utrudniał funkcjonowanie bardziej, niż brak prawej ręki. Nie żeby jakieś poważne rzeczy, ot zwykłe malowanie-kafelkowanie, ale kuchnia była nie do użytku. Ani prośbą, ani groźbą nie dało rady tego przyspieszyć. Dopiero pójście po 4-pak załatwiło sytuację. Panowie skończyli na drugi dzień.

 

Kiełbasę

Na wszelkich wyjazdach/wypadach/ustawkach grillowych funkcjonuje jeden model wymiany: piwo za mięso. Jeśli przychodzisz z dostatecznie dużą ilością puszek, możesz zapomnieć o odwiedzaniu spożywczego przed imprezą. Jeszcze nie byłem na grillu, na którym ktoś nie połasiłby się na jedno piwko więcej.

 

Mecz Ligi Mistrzów!

Od dziś rusza nowatorska akcja Heinekena „Mecz za piwo”.

HEINEKEN MECZ ZA PIWO

Kupując dowolną butelkę/puszkę Heńka, pod kapslem/zawleczką znajdziesz kod. Kod, który otwiera bramy do UEFA Champions League. Do tej pory za dostęp do wszystkich rozgrywek Ligi Mistrzów trzeba było płacić. Albo łamać prawo, oglądając nielegalny streaming i narażając się tym samym na interwencję CBŚ, CIA, KGB i dzielnicowego z „Rodziny zastępczej”. Teraz Twoje sumienie może spać spokojnie, a piłeczka antystresowa, która szła w ruch przy każdym zerwaniu łącza, wylegiwać tam gdzie nią ostatnio rzuciłeś. Na dedykowanej platformie www.liga.heineken.pl wszystkie mecze obejrzysz w HD, nie podpadając wymiarowi sprawiedliwości.

Przelicznik jest prosty: 1 kod z piwa = 1 mecz.

Do wymianki dochodzi jeszcze opcja zgarnięcia biletów do Lizbony na rozgrywki finałowe. Wycieczkę na stadion do Portugalii (a codziennie Playstation 4 i 5-litrowe beczułki Heinekena) możecie wygrać biorąc udział interaktywnej zabawie na powyższej platformie. U mnie też będzie można dostać co nieco, ale o tym na razie cicho sza.

Biorąc pod uwagę, że nie trzeba oddawać piwa, to chyba najsensowniejszy barter jaki spotkałem do tej pory. No chyba, że znasz lepszy?