Close
Close

9 zwrotów, których ludzie nie rozumieją

Skip to entry content

Każdy z Was zna choć jedną osobę – sąsiada, koleżankę z grupy, wujka, byłą dziewczynę, konserwatora powierzchni płaskich – która nie rozumie tego, co mówi. Ja też kogoś takiego znam. A nawet kilka takich osób (poza tą przedostatnią, bo jestem jeszcze prawiczkiem).

Nieraz zdarzyło mi się nakładać wór po kartoflach na głowę, paląc się ze wstydu, gdy mój znajomy rzucał w towarzystwie hasłami lotnymi jak Tupolew. I nie mówię tu o tak pospolitych błędach jak „poszłem” zamiast „poszedłem”, czy „wziąść” zamiast „wziąć” (co i mnie się zdarzało, ale zostałem skutecznie oduczony). Mam tu na myśli sformułowania, które używane są zupełnie bezrefleksyjnie, przez co autor wychodzi na głupka-troglodytę.

Żeby uchronić Waszych i moich znajomych przed publicznym ośmieszeniem (ale jednak głównie moich), wypisałem zwroty których ludzie nie rozumieją, a mimo to posługują się nimi.

1. „Jechać po kimś jak po łysej kobyle”  – po kobyłach się nie jeździ, to niehumanitarne. Konika by bolało. Jeździ się na kobyłach. Poprawna forma to „jeździć na kimś jak na łysej kobyle”.

2. „Cofać się wstecz” – a da się cofnąć w przód? Albo pikować w górę?

3. „Dywagować na jakiś temat” – ludziom zazwyczaj wydaje się, że to bardziej elokwentna forma „rozmawiać o czymś”. Cytując Radka z Polimatów – nic bardziej mylnego. Czasownik „dywagować” zgodnie z definicją języka polskiego oznacza „rozwlekle odchodzić od tematu”, nie da się więc mówić o czymś, jednocześnie szeroko od tego odchodząc.

4. „Pozdro 600” – przejście tego hasła do mowy potocznej jest dla mnie fenomenem i zawsze, gdy słyszę, że ktoś go używa dostaję napadu śmiechawki. Ta zbitka ma swoje źródło w utworze „Merctedes s600”, który znalazł się na płycie producenckiej Dja 600v. Pod koniec tego utworu, rapujący w nim Tede zwraca się do producenta słowami „pozdro 600”. Większość osób nie mając pojęcia kto jest autorem podkładu, a tym bardziej nie słysząc nigdy w życiu tego utworu, uznała, że to nowe młodzieżowe hasełko na pożegnanie, typu „nara”, „narciarz”, „narkoza” czy „dozo”. No nie, nie jest tak. Za każdym razem, gdy to mówicie, nie żegnacie się z rozmówcą, tylko pozdrawiacie Dja 600v.

[emaillocker]

5.  „Dosiego roku!” – ktoś chce, żeby to był rok Dosi? Tego proszku do prania? Serio? Bo jeśli życzy mi, abym dożył do 31 grudnia, musiałby napisać „do siego roku”.

6. „Po najmniejszej linii oporu” – poprawnie jest „po linii najmniejszego oporu”, gdyż nie chodzi tu o wielkość owej lini, lecz o ów opór i niechęć do zrobienia czegoś.

7. „A nóż uda mi się zdać” – jeśli spytasz autora, co robi sztuciec w tym zdaniu, zrobi oczy jak wyrak na głodzie i z pewnością Ci nie odpowie. Bo nie ma tam być ani widelca, ani łyżki, ani żadnego noża. Ma być natomiast „nuż” – wyraz oznaczający, że coś się nagle, nieoczekiwanie, bądź gwałtownie zaczyna.

8. „Ubrać kurtkę” – słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa „wstała, ubrała ubranie” z świetnego storytellingu „Czas”. Ubrać to można choinkę albo galeriankę. Ubranie się zakłada. Kurtkę też.

9. „Zima daje siwe znaki” – bo jej farba zeszła. Wystarczy pomalować i znaki będą jak nowe. No chyba, że dotrzemy do oryginału -„zima daje się we znaki” – i zrozumiemy, że to powiedzenie oznacza „zima jest uciążliwa”.

To tyle ode mnie. Wrzucicie coś od siebie?

autorem zdjęcia jest Mark Kenny

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

130
Dodaj komentarz

avatar
53 Comment threads
77 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
71 Comment authors
lolekTomasz PrichaczKaroFilemonaNatalia wi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Maryśka Organ
Gość

‚Zima daje siwe znaki’ – serio?!
To będzie mój ulubiony! <3

magda na zimno
Gość

Łał, nauczyłam się nowego!

Alina Moskwa
Gość

Z listy dziewięciu nigdy nie słyszałam tylko tych siwych znaków… reszta jest w moim otoczeniu regularnie stosowana ;)

Edith
Gość
Edith

Moja psiapsióła tak mówi… nigdy nie miałam odwagi jej tego wyperswadować, ale teraz po prostu podrzucę jej wpis ;)

M.Ortycja
Gość

Serio?! :o W głowie mi się to nie mieści…

Jan Favre
Gość

:*comment image

Justyna Sekuła
Gość

Kurde, pierwsze słyszę/czytam!

Garnier
Gość

Też się nie spotkałem, podziwiam pomysłodawcę za inwencję.

Jan Favre
Gość

A co, może czarne powinna dawać?

Magda Bednarczyk
Gość

„Ciężki orzech do zgryzienia” (zamiast „twardy”)
Bardzo też lubię, gdy ktoś chcąc błysnąć swoją elokwencją, używa dumnie „tudzież” w znaczeniu „albo”.

Magda Motrenko
Gość
Magda Motrenko

Ale jestem pewna, że ciężki orzech też jest twardy :)

Jan Favre
Gość

„Ciężki orzech” tez mnie zawsze bawi ;)

Joanna Cosel
Gość
Joanna Cosel

„Ciężka praca” – to ewentulanie w wypadku odważnika. Praca może być trudna, męcząca…

Agnieszka Zyśk
Gość
Agnieszka Zyśk

A ciężka praca nie jest przypadkiem związkiem frazeologicznym, który oznacza to co napisałaś dalej w swojej wypowiedzi???

Monika
Gość

w każdym bądź razie – kontaminacja w każdym razie i bądź co bądź

Tomasz Prichacz
Gość

Byłem wielce zaskoczony, gdy ostatnio sięgnąłem do znanej książki pt. „Akademia Pana Kleksa”, w której autor rozpoczyna akapit właśnie słowami „W każdym bądź razie”.

Oleandrra
Gość

nikt nie pobije mojej mamy, dla której to jest tak skomplikowane, że używa wygodniejszego skrótu: „w każbądź razie” :D

Monika
Gość

Jak się dobrze wsłuchasz to jakaś 1/4 osób mówi: „w każdym mądź razie”

Misia
Gość
Misia

BYNAJMNIEJ nikt SIĘ nie USIADA! ;)

Jan Favre
Gość

O słowach, których ludzie nie rozumieją będzie następnym razem, teraz całe zwroty ;)

demoderniste
Gość
demoderniste

Stay Fly, to działa w obie strony – „słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa” – czyli klasyczny tekst Fokusa słyszy to i jednocześnie Ci się przypomina? ;) pzdr bez liczb! :)

Jan Favre
Gość

Słysząc „ubrać kurtkę” przypomina mi się tekst Fokusa „wstała, ubrała ubranie” ;)

demoderniste
Gość
demoderniste

„Słysząc”, tak samo jak „przypominam sobie”, odnosi się do wykonawcy czynności. Możesz powiedzieć: „słysząc …, przypominam sobie …”, w innym wypadku zdanie ma taki sens, jakby tekst robił coś jeszcze poza przypominaniem Ci się. ;)

Kate
Gość
Kate

Jeśli poprawiacie się wzajemnie, to dodam, że popełniłaś błąd. Poprawnie jest „w innym przypadku”. Wypadek może być drogowy.

demoderniste
Gość
demoderniste

http://obcyjezykpolski.strefa.pl/?md=archive&id=164

Nie popełniłam, ale dzięki za czujność.

Kate
Gość
Kate

Jeśli już bawimy się w specjalistów, to dodam, że popełniłeś/aś błąd. Poprawnie jest „w innym przypadku”. Wypadek może być drogowy… :-)

Jan Favre
Gość

„słysząc” odnosi się do omawianego zwrotu „przypominam sobie” do utworu, który kiedyś słyszałem, nie rozumiesz tego?

Maja Novaković
Gość
Maja Novaković

nie popełniłeś rażącego błędu, ale nie sądzę, by demoderniste Cię nie rozumiał. na logikę: konstrukcja ” słysząc to (ja), przypomniałem sobie (wiadomo, że „ja”) klasyczny tekst Fokusa” wskazuje na podmiot bez żadnych wątpliwości Twoja jest zrozumiała dla wszystkich, ale z punktu widzenia grammar nazi: „tekst Fokusa” nie jest człowiekiem, ale jest rzeczownikiem, do którego mógłby odnosić się czasownik „słysząc” w zdaniu jak np. tutaj: „Nie podoba mi się tekst >ubierać kurtkę<, słysząc go Fokus dostałby palpitacji, co doskonale rozumiem." (nie wiem na ile cieszy Cię feedback, liczne komentarze i stali bywalcy, ale tym postem sprowokowałeś mój odzew – jestem na… Czytaj więcej »

Guest
Gość
Guest

Tak, ale tekst Fokusa nie wykonuje czynności przypominania – jest „przypomina mi się”, co wg. mnie jest równoznaczne z „przypominam sobie”. Gdyby było „przypomina mi tekst” wtedy uznałbym to za błąd.

Kate
Gość
Kate

Po wg nie stawia się kropki.

Maja Novaković
Gość
Maja Novaković

„przypomina mi się” nie jest tu kluczowe (chociaż rzeczownik/podmiot także może przypominać się – tzn przypominać Ci o sobie, przypominać się: http://sjp.pwn.pl/szukaj/przypomina%C4%87 ) ale to „słysząc” które jest dobitnie bezosobowe i może odnosić się do każdego podmiotu. wczytaj się :) i spróbuj dostrzec tę złożoność i wielowymiarowość naszego pięknego języka ojczystego, gdzie nawet w zrozumiałym dla każdego zdaniu może czaić się dwuznaczność, która wcale nie była zamierzona owszem – jesteśmy małostkowi, czepiamy się słówek, to taka gramatyczna zabawa, której w tym przypadku autor wpisu nie zrozumiał, co jest paradoksem, a przy tym doskonale dowodzi jego tezy (że ludzie nie rozumieją… Czytaj więcej »

demoderniste
Gość
demoderniste

Błąd nie jest rażący, ale tekst jest o błędach właśnie. Jak również o tym, że ludzie, robiąc je, nie rozumieją tego. :P
Maja, dziękuję za pomoc w daniu przykładu!

demoderniste
Gość
demoderniste

http://www.ekorekta24.pl/porady-jezykowe/23-skladnia/203-blad-tozsamosci-podmiotu-a-imieslow-przyslowkowy-na-ac

przypomina mi się =/= przypominam sobie

Sam oceń, na kogo wyszedłeś. Podpowiedź w Twoim tekście. :*

Shit-test – co to jest, jak go przejść i czemu kobiety robią je facetom?

Skip to entry content

Dzień, w którym dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak shit-test pamiętam dość dobrze. Prawie tak dobrze, jak moment, w którym zorientowałem się, że jeśli stanę na łączeniu płyt chodnikowych, to ulica nie wybuchnie. Też dotarło do mnie, że to co robiłem wcześniej było zupełnie bez sensu, a świat zaczął wyglądać nieco inaczej. Gotowy na połknięcie czerwonej pigułki i wyjście poza Matrixa? To jedziemy!

Co to jest shit-test?

Shit-test pochodzi ze slangu trenerów uwodzenia i profesjonalnych podrywaczy i można tłumaczyć go na polski dosłownie: to test, którym kobieta sprawdza, czy nie wciskasz jej gówna. Mniej dosłownie: niewinne zdanie lub pytanie, na podstawie którego dziewczyna błyskawicznie klasyfikuje jakim typem faceta jesteś. Za jego pomocą weryfikuje, czy wersja siebie, którą próbujesz jej sprzedać, to tylko przyjęta przez Ciebie poza na potrzeby podrywu, czy faktycznie taki jesteś.

W skrócie: shit-test, to błyskawiczny sprawdzian Twojej osobowości.

Po co kobiety robią shit-testy?

Żeby bez wysiłku odsiać ziarno od plew.

Nieco ponadprzeciętnej urody dziewczyna niestroniąca od imprez, zwłaszcza w klubach, słyszy średnio co trzy piosenki, że ma ładne oczy i co cztery, że z taką jak ona, to można by ołówki z IKEI kraść. Że jej cielęcinkę, to jak Reksio szynkę, nawet nie trzeba mówić, bo mokra intencja spływa adoratorowi po twarzy razem z potem. Innymi słowy: ma branie. I najczęściej wśród typów, z którymi nie chciałaby się wymienić nawet spojrzeniem. Skutkuje to tym, że nawet, gdy nie podbijasz z tekstem, że jej stary to na bank jest złodziejem, bo ukradł gwiazdy i wsadził jej w oczy, to ona i tak odruchowo zakłada, że:

a) chcesz wyłącznie dobrać jej się do majtek (więc sprawdza shit-testem, czy zależy Ci na czymś więcej niż seksie)

b) jesteś za cienki w uszach, żeby do niej startować (więc sprawdza shit-testem, czy jesteś z jej ligi i nie zrobi błędu dając Ci szansę)

Czasem pojawia się jeszcze jedna motywacja:

c) jest nauczona, że relacja damsko-męska to wojna, a ona nie wie, gdzie masz granice (więc sprawdza shit-testem na ile może sobie pozwolić)

jeśli jednak zdarza się to na zaawansowanym etapie znajomości i na tyle często, by to zauważyć, to lepiej uciekać od takiej. Zdrowi ludzie nie sprawdzają w kółko, czy mogą Ci stanąć butami na głowie. Po prostu tego nie robią, bo to pojebane.

Jak wyglądają shit-testy?

Czyli, w którym momencie flirt zamienia się w egzamin, stwierdzający, czy jesteś godzin jej uwagi, numeru telefonu i kontaktu z florą bakteryjną? W każdym. Ale najczęściej, gdy w trakcie podrywu słyszysz jeden z poniższych tekstów.

– Postawisz mi drinka? – sprawdza, czy uważasz, że musisz kupować sobie jej uwagę, czy w swoim mniemaniu jesteś na tyle interesujący, że będzie z Tobą rozmawiać nawet, gdy odmówisz

– Musisz się bardziej postarać – sprawdza, czy może Cię zdominować i sprowadzić do roli maskotki

– Mówisz to wszystkim dziewczynom? – sprawdza, czy jesteś masowym podrywaczem i bierzesz co się nawinie, czy chcesz spędzić wieczór stricte z nią

– Nie daję swojego numer nieznajomym – sprawdza, czy nie jesteś desperatem, który zacznie ją błagać o numer albo wariatem-stalkerem

– Jesteś dla mnie za niski/wysoki – sprawdza, czy kwestia Twojego wzrostu jest tak naprawdę problemem dla Ciebie

– Pójdziesz do szatni po mój płaszcz? – sprawdza jak bardzo jesteś uległy i czy będziesz posłusznym pieskiem wykonującym polecenia

– Któraś się złapała na ten bajer? – sprawdza, czy wystarczy prosty przytyk do sposobu w jaki podrywasz, żebyś odpuścił, czy masz jaja, żeby grać z nią dalej

– Dzięki, ale mam chłopaka/jestem lesbijką – oczywiście może być tak jak mówi, ale w większości przypadków, to po prostu filtr odsiewający płotki i sprawdzający poziom Twojej determinacji

Jak przejść shit-test?

Jak już ustaliliśmy, shit-test jest egzaminem, który musisz zdać lub też piłeczką, którą musisz odbić, jeśli chcesz posunąć się do przodu w relacji ze stosującą go kobietą. Poprawnych odpowiedzi na szczęście jest więcej niż na maturze i wcale nie trzeba uczyć się ich na pamięć, żeby wpasować się w klucz. Są 3 głownie strategie rozwiązywania tego typu quizów, jednak niezależnie, którą z nich wybierzesz, musisz pamiętać o najważniejszej kwestii: nigdy, przenigdy, nawet pod groźbą wazektomii, NIE TŁUMACZ SIĘ!

Niestety w tej grze jest permanentne domniemanie winności, a jej naczelna zasada to, że winny się tłumaczy. Jeśli więc zaczniesz racjonalnie ją przekonywać, że nie uważasz, żebyś był niski albo, że wcale nie jesteś podrywaczem i przyszedłeś do klubu po prostu się pobawić, to przegrałeś. Serio, tłumaczenia pozostaw na rozprawy sądowe, a jeśli chcesz przejść gówno-sprawdzian, to wykorzystaj któryś z poniższych wariantów.

1. Zbycie absurdalnym żartem.

– Mówisz to wszystkim dziewczynom?
– Tylko tym, których imię kończy się na „a”.

– Dzięki, ale mam chłopaka.
– Ja też, ciągle nie mogę go nauczyć, żeby nie sikał na deskę.

– Z iloma dziewczynami spałeś przede mną?
– Za kogo ty mnie masz? Seks dopiero po pierwszym dziecku.

Niezależnie, czy chcesz kogoś poderwać, czy sprzedać mu zestaw garnków za 5 koła, gdy poznajesz nową osobę Ty jesteś na jednym brzegu, a ona na drugim. Wskoczenie w ciuchach do rzeki jest pomysłem z puli tych mniej przybliżających Cię do niej. Potrzebujesz wybudować most między Wami, a śmiech jest świetnym stelażem, po którym można się poruszać i nakładać kolejne warstwy. Jeśli nie wiesz jak wybrnąć z jakiejś sytuacji w trakcie podrywu – rzuć żartem. W najgorszym wypadku tylko jedno z Was zakończy spotkanie w dobrym humorze. Ty.

2. Zignorowanie.

Opcja dla chłopaków mocniej zaprawionych w bojach, ewentualnie z silniejszym poczuciem własnej wartości. Jeśli słyszy pytanie, czy postawisz jej drinka albo popilnujesz torebki, gdy będzie tańczyć z koleżanką na parkiecie, zachowuj się, jakby Twoja kilkuletnia siostra spytała, czy dłubiesz w nosie. Zignoruj to i zrób minę, jakby to było tak niepoważne, że tylko z grzeczności nie będziesz odpowiadał.

3. Konfrontacja.

– Postawisz mi piwo?
– Chcesz, żebym cię kupił, czy upił?

– Jesteś dla mnie za niski.
– A ty dla mnie zbyt wymalowana, ale chyba nie ma sensu oceniać książki po okładce?

– Musisz się bardziej postarać.
– Zawsze masz takie roszczeniowe podejście, czy tylko gdy ktoś próbuje Cię poznać?

Tu już wchodzimy z drzwiami. Chce grać w wojnę? Potrzebuje dowodu, że nie dajesz sobie wchodzić na głowę? To proszę bardzo. Zagranie ryzykowne, przy czym całe ryzyko sprowadza się do tego, czy odbijesz greps wystarczająco przekonująco. Wyczuje w Tobie moment zawahania i leżysz. O ile przy ignorowaniu było wyrównywanie siły i ustawianie się w pozycji równowagi, o tyle tu jest przechylanie szali dominacji na Twoją stronę.

Czy w ogóle warto przechodzić shit-testy?

Pytanie, od którego tak naprawdę powinniśmy zacząć.

Część kobiet stosuje shit-testy z pełną premedytacją w wyniku uczenia się zarządzania relacjami, część zupełnie nieświadomie, kopiując te zachowania od koleżanek lub matek. Cześć z nich ma zawyżoną samoocenę i musi sprawdzić, czy aby na pewno jesteś ich wart. A część nie zadziera nosa, ale trafiła na pluton ruchaczy w przebraniach mężczyzn szukających związku i instynkt samozachowawczy każe im się przed nimi bronić.

Warto wiedzieć jak przechodzić shit-testy dla tych ostatnich.

jack strong main b1

Strzelali do nich, kurwa, strzelali!

Drżysz, gdy przełożony Ci o tym mówi. Myślałeś, że uda się temu zapobiec, ale się nie udało. Cała armia przeciwko nieuzbrojonym robotnikom. Nie mieli szans. Nie było jak. Stało się. Ulice owrzodzone zwłokami broczą krwią jak konające cielę. Nie miałeś w tym udziału, ale czujesz się winny. Winny, jakbyś to Ty trzymał ten karabin wycelowany w przerażonych ludzi, błagających spojrzeniem o Twoją łaskę. Próbujesz zapić wyrzuty sumienia, ale są zbyt gorzkie by je przełknąć.

Wiesz, że tak nie powinno być. Twoi rodacy nie powinni ginąć z rąk Twoich kolegów. Polacy nie powinni mordować Polaków. Ale to robią. I będą robić nadal, dopóki radziecka łapa trzyma ich za kark. Czujesz jak myśli się kłębią rozsadzając skronie, jak krew buzuje w żyłach podżegana poczuciem krzywdy.

Zmienisz to!

A przynajmniej chcesz to zmienić i Twoja motywacja nie kończy się na samym chceniu. Masz pomysł, masz plan, będziesz działać. Zrobisz wszystko, co konieczne aby wyrwać Polskę ze szpon ZSRR. Wszystko! Poświęcisz swoje dobre imię, siebie i życie, aby tak się stało.

Zwrócisz się o pomoc do amerykańskiego wywiadu.

Kiedy jak nie teraz? Za pół roku może być już za późno. Najdalej za rok rozpęta się piekło. Sowieci zrobią z Polski pole bitwy, oko cyklonu III wojny światowej. Warszawa, Kraków, Gdańsk, znikną z powierzchni ziemi. Martwe ciała będą zdobić każde miasto, a Ty powiększysz ich liczbę. Jeśli nie własnymi dłońmi, to własną głową. I głowami Twoich synów. I żony. Nie ma czasu. Trzeba działać.

Nawiązujesz kontakt.

Jesteś podekscytowany, że Ci się udało, że w ogóle odpowiedzieli, że jest szansa, że będziesz mógł coś zmienić, że może się uda. Przekazujesz pierwszą partię materiałów, a podniecenie unosi Cię 20 centymetrów ponad chodnikiem.  W końcu porozmawiasz o tym co robisz z kimś żywym i nie będzie to odbicie w lustrze. W końcu.

Mimo, że przynosisz w zębach Amerykanom istotniejsze informacje, niż mogli się spodziewać w najśmielszych wizjach, to Twój entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost. Masz być szczurem. Szczurem, prześlizgującym się nocą kanałami, po cichu węszącym za mięsem. Szczurem, śpiącym w ciemnym norach. Szczurem chowającym się przed światłem. Szczurem, a nie herosem z wypięta piersią, promieniującym z samozadowolenia.

Dostajesz zimny prysznic.

Chłód od Twojego łącznika ze Stanów każe Ci pochylić głowę, mimo, że duma usztywnia Ci kark. Jesteś zbity z tropu. Chcesz być bohaterem, ale dla CIA jesteś agentem, dla kolegów szpiegiem, dla żony kurwiarzem, dla synów obcym człowiekiem. Jesteś sam ze sobą i swoją tajemnicą. W każdej chwili możesz się wysypać, wpaść przez najdrobniejszy szczegół i zostać z miejsca odstrzelony jak bezpański kundel. Popadasz w paranoję. Jest za późno żeby się wycofać, a za wcześnie, żeby uciekać.

Musisz współpracować. Musisz przekazywać USA informacje o sowietach. Musisz być Jack Strong.

 

***

 

Tak, oglądając ten film czujesz to.

Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintage

Skip to entry content

Mieliśmy tak długą przerwę w ruszaniu tyłka, że nowi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą o co chodzi. Nie, nie otworzyłem kanału na YouTubie z kursem fitnessu. Chodzi o ruszenie się w szerszym ujęciu. Zmianę nastawienia do życia i pracy, odmulenie z letargu i poruszenie mentalne. Zresztą, dokładną ideę cyklu znajdziecie tu, a poprzednie części, z innymi blogerami, tu (z Macademian Girl), tu (z Kubą Jankowskim), tu (z Segrittą) i tu (z Kasią Gorol).

Tym razem rozmawiałem z Michałem Kędziorą z bloga Mr. Vintage, który nazywany jest profesorem Miodkiem mody męskiej i największym autorytetem, jeśli chodzi o tę część blogosfery. Dla mnie jednak, przede wszystkim jest dużą inspiracją, bo swoją historią i podjętymi decyzjami, złamał sporo stereotypów i wyszedł poza schemat. Mając żonę i dziecko postanowił zaryzykować i zrezygnować ze stabilnej pracy na rzecz swojego hobby.

Jak na tym wyszedł? Sprawdźcie poniżej.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage

Jan Favre: Kiedy zaczynałeś w 2009, był w Polsce jakiś blog poświęcony męskiej modzie?

Michał Kędziora: Było ich raptem kilka, dosłownie  3-4, w tym jeden trochę bardziej znany Macaroni Tomato, ale męska moda zasadniczo nie istniała w blogosferze.

Czułeś tremę/niepewność zaczynając coś, czego nikt dotąd jeszcze nie robił w naszym kraju?

Chyba nie, bo na początku nie spodziewałem się, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał. To raczej było pisanie dla siebie samego. Osoby, które teraz zaczynają, wiedzą mniej więcej czego można się spodziewać, a wtedy to była niewiadoma, trudno było przewidywać popularność.

A pamiętasz jakie miałeś oczekiwania względem bloga przy zakładaniu? Myślałeś co się stanie za rok, za dwa lata?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Traktowałem to jako ciekawostkę, blog to była dla mnie taka wirtualna zabawka. Myślałem, że za 2-3 lata się znudzi i nie spodziewałem się, że blogosfera tak się rozwinie.

Na samym początku bardzo asekuracyjnie dodawałeś wpisy z własnymi stylizacjami, ograniczały się do jednego zdjęcia. Dopiero po pół roku umieszczałeś całe sesje z fotkami wszystkich elementów. Potrzebowałeś czasu, żeby się przemóc?

Mała ilość zdjęć wynikała z ograniczeń technicznych. Głównie z tego, że zdjęcia robiłem sobie sam samowyzwalaczem, wiele z nich było słabych i nie nadawało się do publikacji. Poza tym wydawało mi się, że jedno zdjęcie danego zestawu wystarczy. Dopiero przeglądając zagraniczne blogi, podpatrzyłem, że są tam całe sesje i jeden wpis składa się z kilkunastu zdjęć w różnych pozach wraz z elementami.

Czyli to nie było tak, że od początku wiedziałeś, od a do z, jak ten blog ma wyglądać, tylko to ewoluowało?

Dokładnie. Blog się rozwijał metodą prób i błędów. Trochę było podglądania blogów zagranicznych, a trochę blogów pań, bo wtedy było już ich sporo i były one na dobrym poziomie wizualnym, ale generalnie działałem „na czuja”.

Mieszkasz w Kielcach, nie jest to małe miasteczko, ale też nie skupisko ludzi z różnych kultur jak Warszawa, czy Kraków. Jak ludzie reagowali na to, że stroisz się, pozujesz do obiektywu i robisz sobie zdjęcia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od zawsze robiłem zdjęcia w miejscach, w których nie kręcą się ludzie i jest raczej spokojnie, także nie mieli okazji jakoś reagować.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 2

A jaki stosunek do prowadzenia bloga o modzie mieli twoi bliscy? Dopingowali cię, czy mówili, że to głupi pomysł?

Przez długi czas moi przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy, nie wiedzieli o tym, że w ogóle prowadzę bloga. Dopiero po 3 latach, gdy blog z miesiąca na miesiąc zaczął zdobywać dużą popularność, dowiedzieli się o tym.

Przez 3 lata nikt z twojej rodziny nie wiedział, że masz bloga? Celowo to ukrywałeś?

Nie tyle ukrywałem, co nie miałem potrzeby się chwalić. Traktowałem to jako hobby, coś co robię w wolnym czasie.

Nieźle. Brzmi trochę jak Peter Parker i Spiderman. Wracając jeszcze do tych początkowych etapów, co cię najbardziej demotywowało? Co było dla ciebie największą przeszkodą w blogowaniu?

Głównie problemy techniczne związane z robieniem zdjęć. Nie miałem kogoś kto by mi pomógł, przez co musiałem fotografować się za pomocą samowyzwalacza. Najczęściej na balkonie albo na tle jakiejś ściany. Jak teraz na to patrzę, to wiem, że było to śmieszne i na żenującym poziomie. Po 3 latach zgłosił się do mnie czytelnik bloga z Kielc, młody chłopak, który miał już lepszy aparat i amatorsko zajmował się fotografią. Napisał do mnie, że chciałby mi robić zdjęcia i tak współpracowaliśmy przez pewien czas. Te zdjęcia był dużo lepsze jakościowo. Później zmieniłem miejsce pracy i tam poznałem człowieka, który zawodowo zajmował się fotografią prasową. Od tamtego momentu korzystam z jego usług i są to dobre zdjęcia, choć do ideału jeszcze trochę im brakuje. Cały czas się wzajemnie docieramy, bo on nie miał żadnego doświadczenia w fotografii modowej, bo przez kilkanaście lat zajmował się fotografią reportażową.

A ile czasu minęło, aż pojawiły się pierwsze pieniądze z bloga?

Pierwsze, minimalne pieniądze pojawiły się dość szybko, po 6 miesiącach. To był 2010 rok i to były dopiero początki blogosfery w ujęciu komercyjnym. Pamiętam, że to były jakieś śmieszne stawki – 100-200zł za baner, który wisiał miesiąc na blogu albo kilkusetzłotowe stawki za tekst komercyjny połączony z konkursem. Większe pieniądze zaczęły się dopiero po 3 latach pracy przy blogu.

A pierwsza myśl, żeby zrezygnować z pracy i żyć tylko z blogowania?

Na to się złożyło kilka rzeczy w jednym czasie. Po pierwsze, miałem kilka fajnych kampanii na blogu za sensowne stawki. Wcześniej niby te kampanie były, ale nieregularnie i za zbyt niskie stawki by myśleć o tym w kategoriach stałego dochodu. No ale pojawiło się wreszcie kilka niezłych propozycji z kwotami czterocyfrowymi i wiele wskazywało na to, że będą się pojawiać następne. Druga rzecz, która nastąpiła kilka tygodni później, to Blog Forum Gdańsk 2012, gdzie było kilka ciekawych wykładów, i dyskusji  o tym, że blog może być sposobem na życie. Dla mnie to były niezwykle motywujące spotkania. Po Blog Forum wróciłem do domu z przekonaniem, że wkrótce blog stanie się dla mnie podstawowym źródłem utrzymania. A trzecia rzecz, to propozycja wydania książki o modzie męskiej, sygnowanej moją osobą i moim blogiem. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale zrozumiałem też wtedy, że skoro tradycyjne wydawnictwo zwróciło się do mnie z takim pomysłem, to widocznie to, co przez kilka lat robiłem na blogu z pasji, jest dobre i opiniotwórcze.  I to wszystko złożyło się na to, że poczułem taki impuls, że blog faktycznie może być sposobem na życie i źródłem dochodu.

Ile miałeś lat kiedy ta myśl się pojawiła?

Równe 30.

Miałeś już wtedy żonę?

Tak.

Byłeś już zupełnie dorosłym człowiekiem. Nie nastolatkiem mieszkającym w domu, nie studentem na utrzymaniu rodziców. Pracującą osobą ze zobowiązaniami, osądzoną w realiach prawdziwego świata. Trudno było ci podjąć decyzję o zrezygnowaniu z etatu, stabilizacji i postawieniu wszystkiego na bloga?

Trudno, bo miałem tę świadomość, że muszę utrzymać żonę i dziecko. To było największą barierą. Gdybym był sam, byłoby mi dużo łatwiej i decyzję o porzuceniu etatu podjąłbym wcześniej. Wiedziałem, że jestem rozpoznawalny, blog jest znany, mam duże, lojalne grono czytelników, ale bałem się, że gdy zrezygnuję z pracy, będę musiał godzić się na kampanie, które nie do końca pasują do bloga, żeby mieć pieniądze na życie. Cierpliwie odczekałem kilka miesięcy aż miałem pewność, że dochody z bloga są regularne i w odpowiedniej wysokości. Z etatu zrezygnowałem w kwietniu 2013 roku.

Konsultowałeś z żoną tę decyzję?

Nie, to była własna decyzja. De facto to był impuls, bo tego dnia pokłóciłem się z moim przełożonym i od razu złożyłem wypowiedzenie. Gdyby to nie nastąpiło, to pewnie jeszcze kilka tygodni bym pracował na etacie wahając się czy to już jest dobry moment na przejście na swoje, czy jeszcze nie.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 4

Ile razy więcej zarabiasz teraz, niż na etacie z którego zrezygnowałeś?

Na chwilę obecną średnio 2-3 razy więcej.

A poza pieniędzmi, jakie są największe różnice, między tak zwaną “normalną pracą”, a życiem z blogowania?

Przede wszystkim nie mam nikogo nad sobą. Sam sobie jestem szefem i decyduję o tym co robię, kiedy pracuję, a kiedy nie. Aczkolwiek z wolnym czasem to też nie jest tak jak się wydaje, bo tak naprawdę to pracuję dużo więcej, niż wcześniej, ale mam świadomość, że realizuję swoją pasję i robię to dla siebie. Ale to jest największą różnicą, że nie siedzę jak na etacie codziennie 8 godzin, tylko sam decyduję, czy dzisiaj pracuję 15 godzin czy 3, czy siedzę w domu i piszę, czy robię jakieś sesje na zewnątrz, czy spędzam ten czas z córką.

Zmierzając ku końcowi, twój blog jest najbardziej wpływowym w Polsce w swojej tematyce, wydałeś książkę, która sprzedaje się prawie tak dobrze jak wódka, a dla facetów jesteś ikoną stylu. Jaki jest kolejny krok?

Będę dążył do tego by blog był jeszcze lepszy. Jest jeszcze wiele do zrobienia i nie osiadam na laurach. Chciałbym przede wszystkim utrzymać dobry poziom merytoryczny,  poprawić jeszcze poziom wizualny i wrócić do częstotliwości wpisów na blogu co dwa dni. Chcę także spróbować swoich sił w materiałach wideo, aczkolwiek to będzie raczej dodatek do bloga, a nie chęć podbicia YouTube’a. Chcę rozwinąć też swoje działania pośrednio związane z blogiem, czyli szkolenia z zasad ubioru i dres code’u, bo coraz więcej firm o to pyta i doradztwo indywidualne, czyli przegląd szafy i kompletowanie zestawów. Jest też propozycja napisania drugiej książki, ale jeszcze nie ustaliliśmy z wydawnictwem szczegółów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję w tym cyklu: jak profesor Miodek mody męskiej, zmotywowałby ludzi, którzy powpadali we wnyki codzienności, do wyrwania się ze strefy komfortu?

Trudne pytanie.

U mnie wyglądało to tak, że pasja była moim przewodnikiem. Starałem się robić to, co lubię najlepiej, a nie zwracałem uwagi na to, czy na tym zarobię i będą z tego pieniądze, czy nie. Pisałem o modzie, bo to mnie interesowało i też na bieżąco się tego uczyłem, bo jest samoukiem. Nie mam wykształcenia związanego z modą, ani tematyką zbieżną, więc do wszystkiego dochodziłem sam. To się działo stopniowo, powoli, aż w pewnym momencie zaskoczyło i przez pewien czas sam nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Reasumując, krok po kroku trzeba podążać za swoją pasją, starając się stopniowo łączyć to z zarabianiem. Podsumowałbym to takim zdaniem: „róbcie to, co kochacie, a poza przyjemnością znajdźcie w tym pieniądze”.