Close
Close

9 zwrotów, których ludzie nie rozumieją

Skip to entry content

Każdy z Was zna choć jedną osobę – sąsiada, koleżankę z grupy, wujka, byłą dziewczynę, konserwatora powierzchni płaskich – która nie rozumie tego, co mówi. Ja też kogoś takiego znam. A nawet kilka takich osób (poza tą przedostatnią, bo jestem jeszcze prawiczkiem).

Nieraz zdarzyło mi się nakładać wór po kartoflach na głowę, paląc się ze wstydu, gdy mój znajomy rzucał w towarzystwie hasłami lotnymi jak Tupolew. I nie mówię tu o tak pospolitych błędach jak „poszłem” zamiast „poszedłem”, czy „wziąść” zamiast „wziąć” (co i mnie się zdarzało, ale zostałem skutecznie oduczony). Mam tu na myśli sformułowania, które używane są zupełnie bezrefleksyjnie, przez co autor wychodzi na głupka-troglodytę.

Żeby uchronić Waszych i moich znajomych przed publicznym ośmieszeniem (ale jednak głównie moich), wypisałem zwroty których ludzie nie rozumieją, a mimo to posługują się nimi.

1. „Jechać po kimś jak po łysej kobyle”  – po kobyłach się nie jeździ, to niehumanitarne. Konika by bolało. Jeździ się na kobyłach. Poprawna forma to „jeździć na kimś jak na łysej kobyle”.

2. „Cofać się wstecz” – a da się cofnąć w przód? Albo pikować w górę?

3. „Dywagować na jakiś temat” – ludziom zazwyczaj wydaje się, że to bardziej elokwentna forma „rozmawiać o czymś”. Cytując Radka z Polimatów – nic bardziej mylnego. Czasownik „dywagować” zgodnie z definicją języka polskiego oznacza „rozwlekle odchodzić od tematu”, nie da się więc mówić o czymś, jednocześnie szeroko od tego odchodząc.

4. „Pozdro 600” – przejście tego hasła do mowy potocznej jest dla mnie fenomenem i zawsze, gdy słyszę, że ktoś go używa dostaję napadu śmiechawki. Ta zbitka ma swoje źródło w utworze „Merctedes s600”, który znalazł się na płycie producenckiej Dja 600v. Pod koniec tego utworu, rapujący w nim Tede zwraca się do producenta słowami „pozdro 600”. Większość osób nie mając pojęcia kto jest autorem podkładu, a tym bardziej nie słysząc nigdy w życiu tego utworu, uznała, że to nowe młodzieżowe hasełko na pożegnanie, typu „nara”, „narciarz”, „narkoza” czy „dozo”. No nie, nie jest tak. Za każdym razem, gdy to mówicie, nie żegnacie się z rozmówcą, tylko pozdrawiacie Dja 600v.

[sociallocker id=”17312″]

5.  „Dosiego roku!” – ktoś chce, żeby to był rok Dosi? Tego proszku do prania? Serio? Bo jeśli życzy mi, abym dożył do 31 grudnia, musiałby napisać „do siego roku”.

6. „Po najmniejszej linii oporu” – poprawnie jest „po linii najmniejszego oporu”, gdyż nie chodzi tu o wielkość owej lini, lecz o ów opór i niechęć do zrobienia czegoś.

7. „A nóż uda mi się zdać” – jeśli spytasz autora, co robi sztuciec w tym zdaniu, zrobi oczy jak wyrak na głodzie i z pewnością Ci nie odpowie. Bo nie ma tam być ani widelca, ani łyżki, ani żadnego noża. Ma być natomiast „nuż” – wyraz oznaczający, że coś się nagle, nieoczekiwanie, bądź gwałtownie zaczyna.

8. „Ubrać kurtkę” – słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa „wstała, ubrała ubranie” z świetnego storytellingu „Czas”. Ubrać to można choinkę albo galeriankę. Ubranie się zakłada. Kurtkę też.

9. „Zima daje siwe znaki” – bo jej farba zeszła. Wystarczy pomalować i znaki będą jak nowe. No chyba, że dotrzemy do oryginału -„zima daje się we znaki” – i zrozumiemy, że to powiedzenie oznacza „zima jest uciążliwa”.

To tyle ode mnie. Wrzucicie coś od siebie?

autorem zdjęcia jest Mark Kenny

[/sociallocker]

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • lolek

    Ja tam ubieram kurtkę bez problemu.

  • Pingback: 11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy()

  • Uwielbiam gdy ludzie używają słów których znaczeniae nie do końca znają lub rozumieją.

  • a ja myślałem że jest „Zima daje się we znaki” przynajmniej taką wersję słyszałem

  • Moje ulubione błędy to „piąty czerwiec”, „rok dwutysiecznypietnasty”, „bardziej slodszy” i kiedy Ania mówi „z Basia poszliśmy „. O ile pierwsze dwa mogę wytłumaczyć czyjąś niewiedzą, o tyle po dwóch kolejnych nie chce mi się z człowiekiem rozmawiać, serio.

    Mieszkam w Chicago i daaawno temu napisałam krótkiego posta o błędach Polaków, które tutaj drażnią mnie najbardziej. Jak ktoś ma ochotę zajrzeć to zapraszam http://za-oceanem.blogspot.com/2013/11/bedy-jezykowe-polonusow-ktore-draznia.html?m=1

  • ostatnio mam jeszcze większą alergię na „wziąść” niż kiedyś.
    O siwych znakach nigdy nie słyszałam, ale resztę słyszę często. Co gorsza łapię się na tym, że i z moich ust zdarzyło się nie raz…

  • Jak byłam mała to mówiłam „siwe znaki”, a potem zaczęłam czytać książki i wydawało mi się absurdalne te „się we znaki”. Bo niby co to ma być. Ale teraz kiedy już używam tego poprawnie, to zauważam jak baaardzo dużo osób o siwych znakach ;)

  • „Bynajmniej” i tak wygrywa w moim najbliższym otoczeniu ;)

  • siwy dym z tymi siwymi znakami, być może to fakt autentyczny, ja bynajmniej o tym nie słyszałam.

  • Ania Folek

    „Dywagować na jakiś temat” – uwierz mi da się mówić o czymś jednak gdzieś daleko w tle. Mając do czynienia z „elokwentnymi” ludźmi właśnie tak się często zdarza :)

  • Natalia Aleksandra Magiera

    Siwe znaki! <3

  • Bo to nie jest „pozdro 600” tylko „pozdro, 600”. Interpunkcja tak bardzo <3

  • Monday

    „słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa” Masz na myśli, że on to słyszy, w sensie ten tekst i wtedy przychodzi i Ci się przypomina, tak? ;) Mógłbyś napisać, że „kiedy to słyszysz to przypomina Ci się…”, albo „słysząc to zawsze wspominasz…”. W Twoim zestawieniu to wtopa. Nierzadka dodam. //siwe znaki wygrywają!

  • W miesiącu grudniu” – tak jakby grudzień mógłby być czymś innym niż miesiącem. Taboretem może?
    „czwarty luty” zamiast „czwartego lutego” – luty jest jeden! Można sobie pomóc mówiąc: „czwartego DNIA lutego (stycznia, marca, kwietnia…)”.
    „Ręcach” zamiast „rękach”, tak samo „ręcami” zamiast „rękoma”.
    Ostatnio zasłyszane: „można iść tamtędyk” – tamtę..co? Inna wersja: „tamtędykt”.
    I jedno z moich ulubionych: „może to Pani zamierzyć” – a chodzi o „przymierzyć”. WTF? Czy my mamy „zamierzalnie” czy przymierzalnie?

    • karola

      i jeszcze ament :)

    • Kasia Kowalewska

      Moja pani od chemii mówiła jeszcze „naprawdek”. Czy naprawdek nikt jej na studiach nie powiedział, że nie ma takiego wyrazu?

    • Natalia wi

      „Tendyk, tamtendyk” = „tędy, tamtędy”
      Spotykane we wsiach na południe od Kazimierza Dolnego wzdłuż Wisły np. w Dabrówce, Dobrem, Podgórzu, Zastowie

  • karola

    „Ci” pisane dużą literą w znaczeniu „oni”, np. dlaczego Ci ludzie tego nie robią? wrrr….

  • Klasyk klasyków – „tydzien czasu” (i pochodne)
    Skoro tydzień jest miarą upływającego czasu to trochę jakby mówić ‚poproszę bułkę chleba’

    Zajmie mi to tydzień. Zrobię to w minutę.

    • Oj, to tutaj nie sposób nie wymienić kultowego „w tym okresie czasu”.

  • Pingback: 11 zwrotów z hip-hopowego slangu, które weszły do potocznej mowy()

  • 1) Języczek u wagi a nie Języczek uwagi.
    2) Ludzie nie mają również pojęcia, o co chodzi z wchodzeniem dwa razy do tej samej rzeki.

    • O wchodzeniu do tej samej rzeki, to można by książkę napisać, a „języczka u wagi” z kolei ja nigdy nie rozumiałem.

  • Anna Ewelina Wilczyńska

    :) Mnie wkurza wiele alternatyw, włanczanie światła, proszę panią… A moja mama mówi „pobudynek”:).

  • Perfum! Zdecydowanie wygrywa w statystykach. Choć i z nożem walczę i tłumaczę. Ale, że zima daje siwe znaki, to nie wiedziałam…

  • Ja bardzo lubię „zapytaj się jemu” i innego tego odmiany.

    • karola

      Albo jeszcze lepsze – nagmienne w korporacjach, jak ktoś chce być superhiperextrapoprawny i arcygrzeczny – „przesyłam Tobie” aaarghhhh

      • „Miłość na bogato” na tym mocno popłynęła, nie dało się tego słuchać.

    • magda

      Kaszubi mówią „tego nie ma widać” , albo słynne „jo” -zamiast po prostu tak.

  • Zapomniałeś o „powtarzam po raz drugi” – ludzie myślą, że to znaczy powiedzieć coś po raz drugi, a tak naprawdę oznacza to powiedzieć coś po raz trzeci…

  • Anna Flasza-Szydlik

    Moje „ulubione” to używanie zamiennie bynajmniej i przynajmniej. O ile „poszłem” jestem w stanie znieść, bo to jednak gwara, to tego nie mogę zdzierżyć.

  • Krzemień

    Nic konkretnego nie wrzucę, ale uwielbiam jak ktoś chce błysnąć i wrzuca angielskie zwroty w swoje wypowiedzi. Oczywiście ni jak mające się do tego o czym mówi.

  • ania

    Skoro już o błędach, to muszę Tobie Janku zwrócić uwagę na jeden, który mnie niesamowicie razi. Gdyby nie powtarzał się tak często, uznałabym go za literówkę, roztargnienie, ale niestety trochę tego u Ciebie widziałam. A mianowicie, mam na myśli końcówkę „ch” w wyrazach odpowiadających na pytanie „jakich?” (imiesłów przymiotnikowy, l. mnoga?). Czyli np. Nie lubię pracowników IDĄCY rano ulicą (zamiast idących). Dorzucam 2 screeny z ostatnich postów.
    To co mnie totalnie drażni jest niezwykle popularny, choć nie rozumiem czemu, błąd polegający na mówieniu „Kupiłem to za pięć ZŁOTY” – zamiast złotych…

    • Dzięki Ania, że zwracasz na to uwagę, bo to literówka, którą nagminnie popełniam. Zawsze przed publikacją sprawdzam ile tych „ch” pogubiłem i jak widać nie wyłapuję wszystkich.

      • ania

        Jestem trochę takim spelling nazi, co wcale mnie nie cieszy, bo bardzo utrudnia życie, zwłaszcza czytając internety :) Ale to dobrze, że jednak literówka, a nie niewiedza. No to ten, yyy, POZDRO 600

  • Paweł Kopocz

    „strasznie fajne” albo „strasznie mi się podobało” – nie rozumiem jak możną łączyć słowo określające coś przerażającego z czymś pozytywnym. Albo „strasznie Cię kocham” – człowiek nie wie czy się cieszyć czy bać.

    • Słuszna uwaga Paweł, z kolei ja na to nie zwracałem uwagi i zdarzało mi się tak mówić, a masz rację, że to słowo użyte w złym znaczeniu.

    • mery
    • Monika Grzebyk

      Mój nauczyciel od polskiego w liceum zawsze nam wypominał to „strasznie” w kontekście wyznania miłości i pytał, dlaczego nie mówimy „przerażająco Cię kocham”. Od tamtej pory zdarzało mi się powiedzieć np. „przerażająco Cię kocham” i czekać na reakcję :D

  • A mnie nic nie drażni tak bardzo jak „pisze” zamiast „jest napisane”. Albo „wziąść” zamiast „wziąć”.

    • O problemach z wymową też będzie osobny wpis, bo sporo tego ;)

      • oo no to czekam :D i nic jeszcze nie wkurza mnie tak bardzo jak ludzie, którzy mówią „czy” zamiast „trzy” – i to nie dlatego, że mają wadę wymowy.

  • Ewa

    „na faktach autentycznych” a jak fakty moga byc nieautentyczne? taak, to mnie wlasnie irytuje

    • Powiedziałem tak jeden jedyny raz w piątej klasie na polskim. Wstyd mi do tej pory.

      • Ewa

        Nie no, jak w 5 klasie to wybaczam ;)

  • Amillian

    Oj kamaaaaan. Obracałam się w środowisku, gdzie każdy doskonale wiedział, o co chodzi z „Pozdro600” i bardzo często tak mówiliśmy, dla żartu po prostu. Do dziś niektórym się zdarza ;)
    A mnie zawsze rozwala „w każdym bądź co bądź razie” :D

  • „Zima daje siwe znaki” – nie wierzę! Pierwszy raz to widzę. Roześmiałam się na głos, a zrozumiałam dopiero, gdy dopisałeś „oryginał”. PS Pomyślałam jeszcze, że to może fraza poetycka, która spodobała się komuś (bo byłaby przecież ładna i zgrabna – mróz na oknie rzeczywiście jakby siwy), a potem zaczęła żyć własnym życiem, jak niejedna inna. Ale Google nie wpada na taki trop :-)

  • zycie na szpilkach

    Jak dobry wpis może czegoś nauczyć. Sama mówię ” po najmniejszej linii oporu”, ale koniec z tym. Ubieranie kurtki też jest mi bliskie, ale chyba z tym zaciekle walczyć nie będę. Ja długo używałam niepoprawnie słowa „bagatelizować”. Myślałam, że znaczenie jest przeciwne do prawidłowego, więc nieraz musiałam głupoty opowiadać;) Mnie u innych denerwuje „włanczać” i niestety wciąż wiele osób tak mówi.

  • Marcin

    Lotny jak Tupolew :D

  • Oj, jest sporo tego, a Twoje przykłady dobre… :)

  • Martyna Kubicka

    cofasz się. do tyłu. całe szczęście, że tego 600 nie słyszałam w użyciu.
    zdarza mi się : „:a nóż widelec” :D

  • Ach ta linia, ach ten opór- ludzie ‚robio’ wielkie oczy jak się ich poprawia ;)

  • demoderniste

    Stay Fly, to działa w obie strony – „słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa” – czyli klasyczny tekst Fokusa słyszy to i jednocześnie Ci się przypomina? ;) pzdr bez liczb! :)

    • Słysząc „ubrać kurtkę” przypomina mi się tekst Fokusa „wstała, ubrała ubranie” ;)

      • demoderniste

        „Słysząc”, tak samo jak „przypominam sobie”, odnosi się do wykonawcy czynności. Możesz powiedzieć: „słysząc …, przypominam sobie …”, w innym wypadku zdanie ma taki sens, jakby tekst robił coś jeszcze poza przypominaniem Ci się. ;)

        • „słysząc” odnosi się do omawianego zwrotu „przypominam sobie” do utworu, który kiedyś słyszałem, nie rozumiesz tego?

          • demoderniste

            http://www.ekorekta24.pl/porady-jezykowe/23-skladnia/203-blad-tozsamosci-podmiotu-a-imieslow-przyslowkowy-na-ac

            przypomina mi się =/= przypominam sobie

            Sam oceń, na kogo wyszedłeś. Podpowiedź w Twoim tekście. :*

          • Maja Novaković

            nie popełniłeś rażącego błędu, ale nie sądzę, by demoderniste Cię nie rozumiał.

            na logikę: konstrukcja ” słysząc to (ja), przypomniałem sobie (wiadomo, że „ja”) klasyczny tekst Fokusa” wskazuje na podmiot bez żadnych wątpliwości

            Twoja jest zrozumiała dla wszystkich, ale z punktu widzenia grammar nazi:
            „tekst Fokusa” nie jest człowiekiem, ale jest rzeczownikiem, do którego mógłby odnosić się czasownik „słysząc” w zdaniu

            jak np. tutaj: „Nie podoba mi się tekst >ubierać kurtkę<, słysząc go Fokus dostałby palpitacji, co doskonale rozumiem."

            (nie wiem na ile cieszy Cię feedback, liczne komentarze i stali bywalcy, ale tym postem sprowokowałeś mój odzew – jestem na wielu blogach wiernym czytelnikiem, tyle, że niemym. bariera na StayFly przełamana !)

          • demoderniste

            Błąd nie jest rażący, ale tekst jest o błędach właśnie. Jak również o tym, że ludzie, robiąc je, nie rozumieją tego. :P
            Maja, dziękuję za pomoc w daniu przykładu!

          • Guest

            Tak, ale tekst Fokusa nie wykonuje czynności przypominania – jest „przypomina mi się”, co wg. mnie jest równoznaczne z „przypominam sobie”. Gdyby było „przypomina mi tekst” wtedy uznałbym to za błąd.

          • Maja Novaković

            „przypomina mi się” nie jest tu kluczowe
            (chociaż rzeczownik/podmiot także może przypominać się – tzn przypominać Ci o sobie, przypominać się: http://sjp.pwn.pl/szukaj/przypomina%C4%87 )
            ale to „słysząc” które jest dobitnie bezosobowe i może odnosić się do każdego podmiotu. wczytaj się :) i spróbuj dostrzec tę złożoność i wielowymiarowość naszego pięknego języka ojczystego, gdzie nawet w zrozumiałym dla każdego zdaniu może czaić się dwuznaczność, która wcale nie była zamierzona

            owszem – jesteśmy małostkowi, czepiamy się słówek, to taka gramatyczna zabawa, której w tym przypadku autor wpisu nie zrozumiał, co jest paradoksem, a przy tym doskonale dowodzi jego tezy (że ludzie nie rozumieją swoich błędów)

            nikogo tu nie pouczamy, język polski trudny jest i wszyscy wpadamy w jego pułapki. celny, pożyteczny wpis.

          • Kate

            Po wg nie stawia się kropki.

        • Kate

          Jeśli już bawimy się w specjalistów, to dodam, że popełniłeś/aś błąd. Poprawnie jest „w innym przypadku”. Wypadek może być drogowy… :-)

        • Kate

          Jeśli poprawiacie się wzajemnie, to dodam, że popełniłaś błąd. Poprawnie jest „w innym przypadku”. Wypadek może być drogowy.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    A mi się jednak wydaję że cofać się do tyłu można, tylko i wyłącznie dlatego że można się też cofnąć w przód.Przyjmijmy że idziesz jak ten raczek, do tyłu. I nagle masz się cofnąć trzy kroki. Cofasz się wtedy do przodu ;).

    • Ale nie mówimy tu o tym jak jesteś obrócony do drogi, którą pokonujesz tylko o zwrocie kierunku. Aczkolwiekszacun za tozkminę ;)

      • kiedy siedzę w autobusie zwrócona plecami do kierunku jazdy, cofam się do przodu, więc na ogół pasowałoby zaznaczać, czy cofamy się do przodu, czy do tyłu :P

        • „cofać – sprawiać, że coś wraca do tyłu, w to samo miejsce” – w związku z tym jadąc tyłem do kierunku jazdy nie cofasz się, bo nie wracasz do miejsca, w którym już byłaś

          • Zagiąłeś mnie, Janie.

          • Paweł Daniel Kęcerski

            Czyli moja rozkmina jest jak najbardziej zgodna z definicją. Medal polonistyczny poproszę.

  • Kupiłam perfum, odziewam swetr.

    • Misia

      Ooo perfum mnie zabija. Moja nauczycielka w podstawówce mówiła okular, zamiast okulary.. Np. „uważajcie z tą piłką, zbijecie Tomkowi okular” :)

    • mnie też perfum doprowadza do szału :D

  • Justek aka cacko_z_dziurką

    Wiedziałam kto do dj600v, twórczości Tedego nie znam jednak i jak teraz przeczytałam skąd tak naprawdę wzięło się ‚pozdro 600’ to z wrażenia się zakrztusiłam. :)

  • Agga

    Nie powiedziałabym, że nie rozumieją, tylko raczej niepoprawnie używają. No bo na przykład mówiąc „cofać się wstecz” mamy dobre znaczenie na myśli, tylko używamy niepoprawnego sformułowania. Też mnie to kiedyś bardzo wkurzało i uważałam, że obciachem jest powiedzieć którykolwiek z wyżej wymienionych zwrotów, ale odkąd poszłam na studia i samym profesorom zdarza się powiedzieć „cofać się w tył”, albo „w każdym bądź razie” stwierdziłam, że walka z tym jest walką z wiatrakami i używanie tych zwrotów przecież naprawdę nie jest obciachem. Większym obciachem jest mówienie „poszłem”, albo pisanie prostych wyrazów z błędami ortograficznymi. Przynajmniej według mnie. „Ch*j z aczkolwiek i generalnie, ale zwykły ubiera kurtkę, czy cofa do tyłu czasem palnie” – cytując Mesa. Pozdro (nie 600) :)

    • Jasne, każdemu może się zdarzyć wpadka, sam nie raz powiem coś po polskiemu, dlatego ten wpis, żeby zdarzało się rzadziej ;)

    • olgacecylia

      Też tak sądzę, że POWIEDZIEĆ to nie taka tragedia – gorzej napisać :-)

  • Aldona

    Bynajmniej zamiast przynajmniej….Np. Jego nowa dziewczyna jest niedouczona. Ja bynajmniej skończyłam studia:D

  • Kayka Sadowska
  • Jako człowiek ze Śląska, napiszę kiedyś o terminologii okołokluskowej. Kluski, pyzy, kluski śląski i kopytka – nie ogarniesz, co człowiek ma na myśli, kiedy używa któregoś z tych słów, jeśli nie wiesz, skąd pochodzi. Olga na pewno dobrze mnie rozumie!

    • olgacecylia

      Nawet nie wiesz, jak bardzo… A jeszcze są pampuchy, parowańce, knedle i knedliki!

    • Kate

      ooooo! nie pochodzę ze Śląska, a wszystkie doskonale znam i zajadam! :-)

    • Pochodzę z Lubelszczyzny, a mój chłopak ze Śląska. Znaczenie słowa „kluski” to to, co najbardziej nas dzieli. ;)

  • olgacecylia

    „Także” (również) w znaczeniu „tak że” (więc). Argh!

    • O, to mnie się zdarza z roztargnienia tak napisać.

      • olgacecylia

        Można używać synonimów – „więc” jest najzupełniej w porządku, a mniejsza szansa na błąd :-)

    • Amillian

      Nienawidzę i mam uczulenie na źle użyte „także”. To jest tak nagminne, że obawiam się, iż w końcu wejdzie do słownika języka polskiego..

  • Ba, ja same wiele stosuję z wielką lubością i słodyczą :)

  • Dywagować jest o tyle powszechne, że można się z nim spotkać nawet w artykułach naukowych.
    Dziewiątka przypomina trochę tę grę typu polskie słówka w zagranicznych piosenkach.

  • Aga

    Jeszcze: nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki ;-)

    • Właśnie o tym zapomniałem, a to chyba najpopularniejszy niezrozumiały zwrot.

    • Paweł Daniel Kęcerski

      A tutaj nie rozumiem… jest jakiś błąd gramatyczny czy znaczeniowy, którego nie widzę?

      • Chodzi o to, że rzeka, to rzeka. Czy to Wisła czy Odra, zawsze ta sama. Myk polega na tym, że „nigdy nie wchodzi się dwa razy do TAKIEJ samej rzeki”. Woda przecież płynie i się zmienia, czyli rzeka nie jest już taka sama.

        • Z innej beczki, kto podlinkował, że tylu ludzi nagle wpadło na ten tekst? ;)

  • z tym punktem 9 żartujesz, prawda? nie wierzę, że ktokolwiek mówi „zima daje siwe znaki”, WDF? :D

  • Venegoor

    akurat „ubrać kurtke” to z Krakowa pochodzi. Ci ludzie w tym regionie mają strasznie ubogie słownictwo zaczynając od „wychodzić na pole” albo „bułka z borówką” zamiast jagodzianka, tudzież „placki ziemniaczane” na które mówi się u mnie bliny. a teraz odpalam popcorn i czekam na hejt… http://i.imgur.com/XJBKbIO.gif

    • olgacecylia

      Ubogie słownictwo to mają Angole, bo na wszystko mówią „pancakes” ;-) Placki ziemniaczane się robi z ziemniaków, bliny z mąki z dodatkiem drożdży. I obie potrawy je się w całej Polsce… Inna nazwa blinów to racuchy.
      (To nie jest hejt, jakbyś nie zauważył, tylko zwyczajna uwaga korygująca.)

      • Venegoor

        Akurat z mąki z dodatkiem drożdży to są racuchy. A na placki ziemniaczane mówi się bliny bo akurat w moim rejonie był zabór rosyjski, skąd bliny pochodzą. Oryginalnie bliny nie są z samych ziemniaków, ale wtedy była taka bieda że Polacy uprościli przepis. Także nie myl racuchów z blinami, gwoli jasności.

        • Paweł Daniel Kęcerski

          Idąc z duchem tekstu – tak że = więc; także = również.

        • olgacecylia

          Przeczytaj, czym są bliny i pomyśl, kto co myli i z czym. Bo w blinach ziemniaków nie ma, za to są drożdże. Dokładnie jak w racuchach.

      • Paweł Daniel Kęcerski

        Co czwarte zasłyszane na ulicy słowo to ‚like’. „‚N like I’m going to like this mate’s flat party like all dressed up. Like d’you know what I mean?”

    • Kate

      będzie hejt! :-) Bliny to nie placki ziemniaczane, nie znasz się :P

  • Misia

    BYNAJMNIEJ nikt SIĘ nie USIADA! ;)

    • O słowach, których ludzie nie rozumieją będzie następnym razem, teraz całe zwroty ;)

  • w każdym bądź razie – kontaminacja w każdym razie i bądź co bądź

    • nikt nie pobije mojej mamy, dla której to jest tak skomplikowane, że używa wygodniejszego skrótu: „w każbądź razie” :D

      • Jak się dobrze wsłuchasz to jakaś 1/4 osób mówi: „w każdym mądź razie”

    • Byłem wielce zaskoczony, gdy ostatnio sięgnąłem do znanej książki pt. „Akademia Pana Kleksa”, w której autor rozpoczyna akapit właśnie słowami „W każdym bądź razie”.

  • „Ciężki orzech do zgryzienia” (zamiast „twardy”)
    Bardzo też lubię, gdy ktoś chcąc błysnąć swoją elokwencją, używa dumnie „tudzież” w znaczeniu „albo”.

    • „Ciężki orzech” tez mnie zawsze bawi ;)

      • Joanna Cosel

        „Ciężka praca” – to ewentulanie w wypadku odważnika. Praca może być trudna, męcząca…

        • Agnieszka Zyśk

          A ciężka praca nie jest przypadkiem związkiem frazeologicznym, który oznacza to co napisałaś dalej w swojej wypowiedzi???

    • Magda Motrenko

      Ale jestem pewna, że ciężki orzech też jest twardy :)

  • ‚Zima daje siwe znaki’ – serio?!
    To będzie mój ulubiony! <3

Zrobiłem sobie test na HIV. Jak to wygląda i dlaczego warto?

Skip to entry content

wpis jest elementem kampanii społecznej #mamczasrozmawiac

Mam to niewątpliwe szczęście, że seks w moim domu nigdy nie był tematem tabu i żeby dowiedzieć się skąd się biorą dzieci, nie musiałem czekać do lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w międzyczasie polując z lornetką na bociany. Zresztą, nikt mi nie opowiadał takich głupot i jedząc gołąbki nie miewałem napadów paniki, że coś twardego między liśćmi kapusty, to nie ziarnko piasku, tylko jednak noworodek.

Zawsze mogłem porozmawiać o tym z mamą, a w zasadzie to ona rozmawiała o tym ze mną.

To od niej dostałem pierwszego „Playboya”, żeby z kobiecego ciała nie robić jakiejś tajemnicy poliszynela. Od niej też usłyszałem, że kiedy dojdę do etapu, w którym będę chciał z kimś pójść do łóżka, to powinienem mieć prezerwatywę. I ta rozmowa miała miejsce długo zanim przeżyłem swój pierwszy raz, a nie tak jak w wielu przypadkach, rok albo dwa lata po. Albo wcale. Podobnie było z tłumaczeniem, że kondomy zabezpieczają nie tylko przed staniem się rodzicem, w momencie kiedy zupełnie nie jest się na to gotowym, ale również przed chorobami.

Na przykład przed HIV.

Czym jest HIV, czym nie jest i co o nim wiemy?

HIV to ludzki wirus upośledzenia odporności. Innymi słowy: skomplikowane cząsteczki organiczne, które mogą spowodować, że Twój organizm będzie miał odporność na tak niskim poziomie, że zapalenie płuc może Cię zabić.

Czy HIV można się zakazić przez pocałunek albo dotyk? Nie. HIV można się zakazić tylko trzema drogami: przez krew (w sensie kontakt z krwią osoby zakażonej), przez seks (także oralny) lub przez poród (od matki).

Czy HIV można się zakazić korzystając z tych samych sztućców? Nie.

A z tego samego prysznica? Też nie.

A z tego samego basenu? Również nie.

A od ukąszenia komara? Także nie. Jak podają badania z 1989, nie ma możliwości, żeby owady przenosiły HIV.

Czym HIV różni się od AIDS?  HIV to wirus, natomiast AIDS to choroba, którą ten wirus wywołuje. Możesz być zakażony HIV nawet przez kilkanaście lat i o tym nie wiedzieć, bo sam wirus nie daje żadnych odczuwalnych oznak. Dopiero, gdy przechodzi w AIDS, daje o sobie znać, bo wtedy złapanie zwykłego przeziębienia staje się walką o życie.

Czy z HIV da się żyć? Jak najbardziej i dodatni wynik na teście wcale nie jest wyrokiem. Przy poziomie dzisiejszej medycyny, dzięki lekarstwom, z HIV da się funkcjonować zawodowo, społecznie, a także związkowo.

Czy jeśli uprawiam seks z jednym i tym samym facetem, i jest on moim pierwszym, to nie ma szans, żebym miała HIV? Dopóki się nie zbadasz, nigdy nie możesz być pewna, bo po pierwsze: mogłaś się zakazić w inny sposób, niż przez seks, po drugie: skąd wiesz, że on nie jest zakażony?

Czy problem HIV dotyczy tylko narkomanów? Nie. Wśród osób zarejestrowanych w 2016 roku, tylko 3% z nich zakaziło się wirusem przy okazji wstrzykiwania narkotyków. Co ciekawe, największą grupą wiekową, której dotyczy zakażenie, nie są – jak mogłoby się wydawać – szalone, nieodpowiedzialne małolaty, tylko ludzie między 30 a 39 rokiem życia. Dorośli.

Czy jeśli używam prezerwatyw, to nie muszę zwracać uwagi na to z kim sypiam i nic mi się nie stanie? Byłoby pięknie, ale nie jest tak do końca. Cytując WHO:

Używanie prezerwatyw chroni przed 80% do 95% zakażeń wirusem HIV, które pojawiłyby się, gdyby prezerwatywy nie zostałyby użyte (nie znaczy to, jednak że 5% do 20% użytkowników prezerwatyw zakazi się HIV).

Tak że, jeśli nie kochasz się z osobą, która się zbadała i wyszedł jej ujemny wyniki, to jakieś ryzyko – niewielkie, ale jednak – istnieje zawsze.

Jak wygląda test na HIV?

W każdym województwie w Polsce są miejsca, gdzie możesz zrobić BEZPŁATNIE i ANONIMOWO test na obecność wirusa HIV. Ja swój robiłem w Zakładzie Mikrobiologii na drugim piętrze Szpitala Uniwersyteckiego na ulicy Mikołaja Kopernika 19, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie, to bliższy siebie punkt możesz sprawdzić na mapce.

  • Nie musisz się wcześniej zapisywać, rejestrować, ani w inny sposób planować badania z wyprzedzeniem. Po prostu przychodzisz i stajesz w kolejce.
  • Nie musisz być ubezpieczony, żeby wykonać badanie. Test jest w pełni anonimowy, w związku z czym, nikt nie pobiera od Ciebie żadnych danych.
  • Nie musisz się przejmować tym „co ludzie o Tobie pomyślą”. Na badania do punktów konsultacyjno-diagnostycznych wszyscy przychodzą w tym samym celu, a w kolejce spotkasz zarówno osoby młodsze od Ciebie, starsze, kobiety, mężczyzn oraz pary.
  • Nie musisz się przejmować tym „co lekarz o Tobie pomyśli”. Osoby pracujące w punktach wykonujących anonimowe testy na HIV są specjalistami, którzy chcą pomagać innym. Są bardzo serdeczni i nie ma mowy, abyś odczuł, że w jakiś sposób Cię oceniają.

Zanim zostanie Ci pobrana krew, rozmawia z Tobą konsultant, tłumacząc jak naprawdę działa HIV, ponieważ sporo osób nie ma świadomości tych mechanizmów. A część, googlując objawy swoich problemów zdrowotnych, sama się diagnozuje, wyczytując na forach internetowych, że osłabienie i ból mięśni to na pewno HIV. Najczęściej, na szczęście, to tylko przeziębienie, stres albo grypa.

Po spokojnej rozmowie idziesz na pobranie krwi, podajesz hasło na jakie będą Ci wydane wyniki badań (tak zaskoczyło mnie to pytanie o hasło, że podałem pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: „pizza”) i po tygodniu przychodzisz po ich odbiór.

Gdy masz się dowiedzieć, czy Twój wyniki jest negatywny, czy pozytywny, również nie jesteś pozostawiony sam sobie, tylko – jak na pierwszym etapie – rozmawia z Tobą konsultant. W moim przypadku potwierdziło się, że nie jestem zakażony, w związku z czym, rozmowa ograniczała się do informacji, co zrobić aby tak pozostało. I sugestii, aby ewentualna partnerka – niezależnie czy stała, czy tymczasowa – również się przebadała.

Bo dopóki nie wykonasz testu, nigdy nie możesz być pewien. Dlatego ja zrobiłem swój.

#mamczasrozmawiac

Z każdym rokiem, w dyskusjach publicznych, seks coraz bardziej przestaje być krępującym tematem, jednak wciąż jest wiele rodzin, gdzie stosunek płciowy określa się „robienie tych rzeczy”, „wchodzeniem pod kołderkę”, „ciupkaniem” lub w inny enigmatyczny sposób, a kwestia chorób przenoszonych drogą płciową jest zupełnie pomijana. Wciąż jest wiele osób, które nie wiedzą jak się zabezpieczać, żeby się nie zakazić HIV, bo nie dowiedzieli się tego ani od rodziców, ani od nauczycieli. Bo każdy z nich bał się o tym rozmawiać. Bo nie wiedział jak to zrobić.

Dlatego cieszę się, że powstają takie kampanie jak #mamczasrozmawiac (organizowana przez Krajowe Centrum ds. AIDS), bo oczywiście uświadamiają co, jak, z czym i dlaczego, ale przede wszystkim pokazują, że o seksie można i powinno się rozmawiać. Publicznie, w związku i w rodzinie. I że tych rozmów nie trzeba się bać.

Więcej informacji znajdziesz na http://mamczasrozmawiac.aids.gov.pl

---> SKOMENTUJ

jack strong main b1

Strzelali do nich, kurwa, strzelali!

Drżysz, gdy przełożony Ci o tym mówi. Myślałeś, że uda się temu zapobiec, ale się nie udało. Cała armia przeciwko nieuzbrojonym robotnikom. Nie mieli szans. Nie było jak. Stało się. Ulice owrzodzone zwłokami broczą krwią jak konające cielę. Nie miałeś w tym udziału, ale czujesz się winny. Winny, jakbyś to Ty trzymał ten karabin wycelowany w przerażonych ludzi, błagających spojrzeniem o Twoją łaskę. Próbujesz zapić wyrzuty sumienia, ale są zbyt gorzkie by je przełknąć.

Wiesz, że tak nie powinno być. Twoi rodacy nie powinni ginąć z rąk Twoich kolegów. Polacy nie powinni mordować Polaków. Ale to robią. I będą robić nadal, dopóki radziecka łapa trzyma ich za kark. Czujesz jak myśli się kłębią rozsadzając skronie, jak krew buzuje w żyłach podżegana poczuciem krzywdy.

Zmienisz to!

A przynajmniej chcesz to zmienić i Twoja motywacja nie kończy się na samym chceniu. Masz pomysł, masz plan, będziesz działać. Zrobisz wszystko, co konieczne aby wyrwać Polskę ze szpon ZSRR. Wszystko! Poświęcisz swoje dobre imię, siebie i życie, aby tak się stało.

Zwrócisz się o pomoc do amerykańskiego wywiadu.

Kiedy jak nie teraz? Za pół roku może być już za późno. Najdalej za rok rozpęta się piekło. Sowieci zrobią z Polski pole bitwy, oko cyklonu III wojny światowej. Warszawa, Kraków, Gdańsk, znikną z powierzchni ziemi. Martwe ciała będą zdobić każde miasto, a Ty powiększysz ich liczbę. Jeśli nie własnymi dłońmi, to własną głową. I głowami Twoich synów. I żony. Nie ma czasu. Trzeba działać.

Nawiązujesz kontakt.

Jesteś podekscytowany, że Ci się udało, że w ogóle odpowiedzieli, że jest szansa, że będziesz mógł coś zmienić, że może się uda. Przekazujesz pierwszą partię materiałów, a podniecenie unosi Cię 20 centymetrów ponad chodnikiem.  W końcu porozmawiasz o tym co robisz z kimś żywym i nie będzie to odbicie w lustrze. W końcu.

Mimo, że przynosisz w zębach Amerykanom istotniejsze informacje, niż mogli się spodziewać w najśmielszych wizjach, to Twój entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost. Masz być szczurem. Szczurem, prześlizgującym się nocą kanałami, po cichu węszącym za mięsem. Szczurem, śpiącym w ciemnym norach. Szczurem chowającym się przed światłem. Szczurem, a nie herosem z wypięta piersią, promieniującym z samozadowolenia.

Dostajesz zimny prysznic.

Chłód od Twojego łącznika ze Stanów każe Ci pochylić głowę, mimo, że duma usztywnia Ci kark. Jesteś zbity z tropu. Chcesz być bohaterem, ale dla CIA jesteś agentem, dla kolegów szpiegiem, dla żony kurwiarzem, dla synów obcym człowiekiem. Jesteś sam ze sobą i swoją tajemnicą. W każdej chwili możesz się wysypać, wpaść przez najdrobniejszy szczegół i zostać z miejsca odstrzelony jak bezpański kundel. Popadasz w paranoję. Jest za późno żeby się wycofać, a za wcześnie, żeby uciekać.

Musisz współpracować. Musisz przekazywać USA informacje o sowietach. Musisz być Jack Strong.

 

***

 

Tak, oglądając ten film czujesz to.

---> SKOMENTUJ

Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintage

Skip to entry content

Mieliśmy tak długą przerwę w ruszaniu tyłka, że nowi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą o co chodzi. Nie, nie otworzyłem kanału na YouTubie z kursem fitnessu. Chodzi o ruszenie się w szerszym ujęciu. Zmianę nastawienia do życia i pracy, odmulenie z letargu i poruszenie mentalne. Zresztą, dokładną ideę cyklu znajdziecie tu, a poprzednie części, z innymi blogerami, tu (z Macademian Girl), tu (z Kubą Jankowskim), tu (z Segrittą) i tu (z Kasią Gorol).

Tym razem rozmawiałem z Michałem Kędziorą z bloga Mr. Vintage, który nazywany jest profesorem Miodkiem mody męskiej i największym autorytetem, jeśli chodzi o tę część blogosfery. Dla mnie jednak, przede wszystkim jest dużą inspiracją, bo swoją historią i podjętymi decyzjami, złamał sporo stereotypów i wyszedł poza schemat. Mając żonę i dziecko postanowił zaryzykować i zrezygnować ze stabilnej pracy na rzecz swojego hobby.

Jak na tym wyszedł? Sprawdźcie poniżej.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage

Jan Favre: Kiedy zaczynałeś w 2009, był w Polsce jakiś blog poświęcony męskiej modzie?

Michał Kędziora: Było ich raptem kilka, dosłownie  3-4, w tym jeden trochę bardziej znany Macaroni Tomato, ale męska moda zasadniczo nie istniała w blogosferze.

Czułeś tremę/niepewność zaczynając coś, czego nikt dotąd jeszcze nie robił w naszym kraju?

Chyba nie, bo na początku nie spodziewałem się, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał. To raczej było pisanie dla siebie samego. Osoby, które teraz zaczynają, wiedzą mniej więcej czego można się spodziewać, a wtedy to była niewiadoma, trudno było przewidywać popularność.

A pamiętasz jakie miałeś oczekiwania względem bloga przy zakładaniu? Myślałeś co się stanie za rok, za dwa lata?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Traktowałem to jako ciekawostkę, blog to była dla mnie taka wirtualna zabawka. Myślałem, że za 2-3 lata się znudzi i nie spodziewałem się, że blogosfera tak się rozwinie.

Na samym początku bardzo asekuracyjnie dodawałeś wpisy z własnymi stylizacjami, ograniczały się do jednego zdjęcia. Dopiero po pół roku umieszczałeś całe sesje z fotkami wszystkich elementów. Potrzebowałeś czasu, żeby się przemóc?

Mała ilość zdjęć wynikała z ograniczeń technicznych. Głównie z tego, że zdjęcia robiłem sobie sam samowyzwalaczem, wiele z nich było słabych i nie nadawało się do publikacji. Poza tym wydawało mi się, że jedno zdjęcie danego zestawu wystarczy. Dopiero przeglądając zagraniczne blogi, podpatrzyłem, że są tam całe sesje i jeden wpis składa się z kilkunastu zdjęć w różnych pozach wraz z elementami.

Czyli to nie było tak, że od początku wiedziałeś, od a do z, jak ten blog ma wyglądać, tylko to ewoluowało?

Dokładnie. Blog się rozwijał metodą prób i błędów. Trochę było podglądania blogów zagranicznych, a trochę blogów pań, bo wtedy było już ich sporo i były one na dobrym poziomie wizualnym, ale generalnie działałem „na czuja”.

Mieszkasz w Kielcach, nie jest to małe miasteczko, ale też nie skupisko ludzi z różnych kultur jak Warszawa, czy Kraków. Jak ludzie reagowali na to, że stroisz się, pozujesz do obiektywu i robisz sobie zdjęcia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od zawsze robiłem zdjęcia w miejscach, w których nie kręcą się ludzie i jest raczej spokojnie, także nie mieli okazji jakoś reagować.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 2

A jaki stosunek do prowadzenia bloga o modzie mieli twoi bliscy? Dopingowali cię, czy mówili, że to głupi pomysł?

Przez długi czas moi przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy, nie wiedzieli o tym, że w ogóle prowadzę bloga. Dopiero po 3 latach, gdy blog z miesiąca na miesiąc zaczął zdobywać dużą popularność, dowiedzieli się o tym.

Przez 3 lata nikt z twojej rodziny nie wiedział, że masz bloga? Celowo to ukrywałeś?

Nie tyle ukrywałem, co nie miałem potrzeby się chwalić. Traktowałem to jako hobby, coś co robię w wolnym czasie.

Nieźle. Brzmi trochę jak Peter Parker i Spiderman. Wracając jeszcze do tych początkowych etapów, co cię najbardziej demotywowało? Co było dla ciebie największą przeszkodą w blogowaniu?

Głównie problemy techniczne związane z robieniem zdjęć. Nie miałem kogoś kto by mi pomógł, przez co musiałem fotografować się za pomocą samowyzwalacza. Najczęściej na balkonie albo na tle jakiejś ściany. Jak teraz na to patrzę, to wiem, że było to śmieszne i na żenującym poziomie. Po 3 latach zgłosił się do mnie czytelnik bloga z Kielc, młody chłopak, który miał już lepszy aparat i amatorsko zajmował się fotografią. Napisał do mnie, że chciałby mi robić zdjęcia i tak współpracowaliśmy przez pewien czas. Te zdjęcia był dużo lepsze jakościowo. Później zmieniłem miejsce pracy i tam poznałem człowieka, który zawodowo zajmował się fotografią prasową. Od tamtego momentu korzystam z jego usług i są to dobre zdjęcia, choć do ideału jeszcze trochę im brakuje. Cały czas się wzajemnie docieramy, bo on nie miał żadnego doświadczenia w fotografii modowej, bo przez kilkanaście lat zajmował się fotografią reportażową.

A ile czasu minęło, aż pojawiły się pierwsze pieniądze z bloga?

Pierwsze, minimalne pieniądze pojawiły się dość szybko, po 6 miesiącach. To był 2010 rok i to były dopiero początki blogosfery w ujęciu komercyjnym. Pamiętam, że to były jakieś śmieszne stawki – 100-200zł za baner, który wisiał miesiąc na blogu albo kilkusetzłotowe stawki za tekst komercyjny połączony z konkursem. Większe pieniądze zaczęły się dopiero po 3 latach pracy przy blogu.

A pierwsza myśl, żeby zrezygnować z pracy i żyć tylko z blogowania?

Na to się złożyło kilka rzeczy w jednym czasie. Po pierwsze, miałem kilka fajnych kampanii na blogu za sensowne stawki. Wcześniej niby te kampanie były, ale nieregularnie i za zbyt niskie stawki by myśleć o tym w kategoriach stałego dochodu. No ale pojawiło się wreszcie kilka niezłych propozycji z kwotami czterocyfrowymi i wiele wskazywało na to, że będą się pojawiać następne. Druga rzecz, która nastąpiła kilka tygodni później, to Blog Forum Gdańsk 2012, gdzie było kilka ciekawych wykładów, i dyskusji  o tym, że blog może być sposobem na życie. Dla mnie to były niezwykle motywujące spotkania. Po Blog Forum wróciłem do domu z przekonaniem, że wkrótce blog stanie się dla mnie podstawowym źródłem utrzymania. A trzecia rzecz, to propozycja wydania książki o modzie męskiej, sygnowanej moją osobą i moim blogiem. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale zrozumiałem też wtedy, że skoro tradycyjne wydawnictwo zwróciło się do mnie z takim pomysłem, to widocznie to, co przez kilka lat robiłem na blogu z pasji, jest dobre i opiniotwórcze.  I to wszystko złożyło się na to, że poczułem taki impuls, że blog faktycznie może być sposobem na życie i źródłem dochodu.

Ile miałeś lat kiedy ta myśl się pojawiła?

Równe 30.

Miałeś już wtedy żonę?

Tak.

Byłeś już zupełnie dorosłym człowiekiem. Nie nastolatkiem mieszkającym w domu, nie studentem na utrzymaniu rodziców. Pracującą osobą ze zobowiązaniami, osądzoną w realiach prawdziwego świata. Trudno było ci podjąć decyzję o zrezygnowaniu z etatu, stabilizacji i postawieniu wszystkiego na bloga?

Trudno, bo miałem tę świadomość, że muszę utrzymać żonę i dziecko. To było największą barierą. Gdybym był sam, byłoby mi dużo łatwiej i decyzję o porzuceniu etatu podjąłbym wcześniej. Wiedziałem, że jestem rozpoznawalny, blog jest znany, mam duże, lojalne grono czytelników, ale bałem się, że gdy zrezygnuję z pracy, będę musiał godzić się na kampanie, które nie do końca pasują do bloga, żeby mieć pieniądze na życie. Cierpliwie odczekałem kilka miesięcy aż miałem pewność, że dochody z bloga są regularne i w odpowiedniej wysokości. Z etatu zrezygnowałem w kwietniu 2013 roku.

Konsultowałeś z żoną tę decyzję?

Nie, to była własna decyzja. De facto to był impuls, bo tego dnia pokłóciłem się z moim przełożonym i od razu złożyłem wypowiedzenie. Gdyby to nie nastąpiło, to pewnie jeszcze kilka tygodni bym pracował na etacie wahając się czy to już jest dobry moment na przejście na swoje, czy jeszcze nie.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 4

Ile razy więcej zarabiasz teraz, niż na etacie z którego zrezygnowałeś?

Na chwilę obecną średnio 2-3 razy więcej.

A poza pieniędzmi, jakie są największe różnice, między tak zwaną “normalną pracą”, a życiem z blogowania?

Przede wszystkim nie mam nikogo nad sobą. Sam sobie jestem szefem i decyduję o tym co robię, kiedy pracuję, a kiedy nie. Aczkolwiek z wolnym czasem to też nie jest tak jak się wydaje, bo tak naprawdę to pracuję dużo więcej, niż wcześniej, ale mam świadomość, że realizuję swoją pasję i robię to dla siebie. Ale to jest największą różnicą, że nie siedzę jak na etacie codziennie 8 godzin, tylko sam decyduję, czy dzisiaj pracuję 15 godzin czy 3, czy siedzę w domu i piszę, czy robię jakieś sesje na zewnątrz, czy spędzam ten czas z córką.

Zmierzając ku końcowi, twój blog jest najbardziej wpływowym w Polsce w swojej tematyce, wydałeś książkę, która sprzedaje się prawie tak dobrze jak wódka, a dla facetów jesteś ikoną stylu. Jaki jest kolejny krok?

Będę dążył do tego by blog był jeszcze lepszy. Jest jeszcze wiele do zrobienia i nie osiadam na laurach. Chciałbym przede wszystkim utrzymać dobry poziom merytoryczny,  poprawić jeszcze poziom wizualny i wrócić do częstotliwości wpisów na blogu co dwa dni. Chcę także spróbować swoich sił w materiałach wideo, aczkolwiek to będzie raczej dodatek do bloga, a nie chęć podbicia YouTube’a. Chcę rozwinąć też swoje działania pośrednio związane z blogiem, czyli szkolenia z zasad ubioru i dres code’u, bo coraz więcej firm o to pyta i doradztwo indywidualne, czyli przegląd szafy i kompletowanie zestawów. Jest też propozycja napisania drugiej książki, ale jeszcze nie ustaliliśmy z wydawnictwem szczegółów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję w tym cyklu: jak profesor Miodek mody męskiej, zmotywowałby ludzi, którzy powpadali we wnyki codzienności, do wyrwania się ze strefy komfortu?

Trudne pytanie.

U mnie wyglądało to tak, że pasja była moim przewodnikiem. Starałem się robić to, co lubię najlepiej, a nie zwracałem uwagi na to, czy na tym zarobię i będą z tego pieniądze, czy nie. Pisałem o modzie, bo to mnie interesowało i też na bieżąco się tego uczyłem, bo jest samoukiem. Nie mam wykształcenia związanego z modą, ani tematyką zbieżną, więc do wszystkiego dochodziłem sam. To się działo stopniowo, powoli, aż w pewnym momencie zaskoczyło i przez pewien czas sam nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Reasumując, krok po kroku trzeba podążać za swoją pasją, starając się stopniowo łączyć to z zarabianiem. Podsumowałbym to takim zdaniem: „róbcie to, co kochacie, a poza przyjemnością znajdźcie w tym pieniądze”.

---> SKOMENTUJ