Close
Close

9 zwrotów, których ludzie nie rozumieją

Skip to entry content

Każdy z Was zna choć jedną osobę – sąsiada, koleżankę z grupy, wujka, byłą dziewczynę, konserwatora powierzchni płaskich – która nie rozumie tego, co mówi. Ja też kogoś takiego znam. A nawet kilka takich osób (poza tą przedostatnią, bo jestem jeszcze prawiczkiem).

Nieraz zdarzyło mi się nakładać wór po kartoflach na głowę, paląc się ze wstydu, gdy mój znajomy rzucał w towarzystwie hasłami lotnymi jak Tupolew. I nie mówię tu o tak pospolitych błędach jak „poszłem” zamiast „poszedłem”, czy „wziąść” zamiast „wziąć” (co i mnie się zdarzało, ale zostałem skutecznie oduczony). Mam tu na myśli sformułowania, które używane są zupełnie bezrefleksyjnie, przez co autor wychodzi na głupka-troglodytę.

Żeby uchronić Waszych i moich znajomych przed publicznym ośmieszeniem (ale jednak głównie moich), wypisałem zwroty których ludzie nie rozumieją, a mimo to posługują się nimi.

1. „Jechać po kimś jak po łysej kobyle”  – po kobyłach się nie jeździ, to niehumanitarne. Konika by bolało. Jeździ się na kobyłach. Poprawna forma to „jeździć na kimś jak na łysej kobyle”.

2. „Cofać się wstecz” – a da się cofnąć w przód? Albo pikować w górę?

3. „Dywagować na jakiś temat” – ludziom zazwyczaj wydaje się, że to bardziej elokwentna forma „rozmawiać o czymś”. Cytując Radka z Polimatów – nic bardziej mylnego. Czasownik „dywagować” zgodnie z definicją języka polskiego oznacza „rozwlekle odchodzić od tematu”, nie da się więc mówić o czymś, jednocześnie szeroko od tego odchodząc.

4. „Pozdro 600” – przejście tego hasła do mowy potocznej jest dla mnie fenomenem i zawsze, gdy słyszę, że ktoś go używa dostaję napadu śmiechawki. Ta zbitka ma swoje źródło w utworze „Merctedes s600”, który znalazł się na płycie producenckiej Dja 600v. Pod koniec tego utworu, rapujący w nim Tede zwraca się do producenta słowami „pozdro 600”. Większość osób nie mając pojęcia kto jest autorem podkładu, a tym bardziej nie słysząc nigdy w życiu tego utworu, uznała, że to nowe młodzieżowe hasełko na pożegnanie, typu „nara”, „narciarz”, „narkoza” czy „dozo”. No nie, nie jest tak. Za każdym razem, gdy to mówicie, nie żegnacie się z rozmówcą, tylko pozdrawiacie Dja 600v.

5.  „Dosiego roku!” – ktoś chce, żeby to był rok Dosi? Tego proszku do prania? Serio? Bo jeśli życzy mi, abym dożył do 31 grudnia, musiałby napisać „do siego roku”.

6. „Po najmniejszej linii oporu” – poprawnie jest „po linii najmniejszego oporu”, gdyż nie chodzi tu o wielkość owej lini, lecz o ów opór i niechęć do zrobienia czegoś.

7. „A nóż uda mi się zdać” – jeśli spytasz autora, co robi sztuciec w tym zdaniu, zrobi oczy jak wyrak na głodzie i z pewnością Ci nie odpowie. Bo nie ma tam być ani widelca, ani łyżki, ani żadnego noża. Ma być natomiast „nuż” – wyraz oznaczający, że coś się nagle, nieoczekiwanie, bądź gwałtownie zaczyna.

8. „Ubrać kurtkę” – słysząc to zawsze przypomina mi się klasyczny tekst Fokusa „wstała, ubrała ubranie” z świetnego storytellingu „Czas”. Ubrać to można choinkę albo galeriankę. Ubranie się zakłada. Kurtkę też.

9. „Zima daje siwe znaki” – bo jej farba zeszła. Wystarczy pomalować i znaki będą jak nowe. No chyba, że dotrzemy do oryginału -„zima daje się we znaki” – i zrozumiemy, że to powiedzenie oznacza „zima jest uciążliwa”.

To tyle ode mnie. Wrzucicie coś od siebie?

autorem zdjęcia jest Mark Kenny
(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

jack strong main b1

Strzelali do nich, kurwa, strzelali!

Drżysz, gdy przełożony Ci o tym mówi. Myślałeś, że uda się temu zapobiec, ale się nie udało. Cała armia przeciwko nieuzbrojonym robotnikom. Nie mieli szans. Nie było jak. Stało się. Ulice owrzodzone zwłokami broczą krwią jak konające cielę. Nie miałeś w tym udziału, ale czujesz się winny. Winny, jakbyś to Ty trzymał ten karabin wycelowany w przerażonych ludzi, błagających spojrzeniem o Twoją łaskę. Próbujesz zapić wyrzuty sumienia, ale są zbyt gorzkie by je przełknąć.

Wiesz, że tak nie powinno być. Twoi rodacy nie powinni ginąć z rąk Twoich kolegów. Polacy nie powinni mordować Polaków. Ale to robią. I będą robić nadal, dopóki radziecka łapa trzyma ich za kark. Czujesz jak myśli się kłębią rozsadzając skronie, jak krew buzuje w żyłach podżegana poczuciem krzywdy.

Zmienisz to!

A przynajmniej chcesz to zmienić i Twoja motywacja nie kończy się na samym chceniu. Masz pomysł, masz plan, będziesz działać. Zrobisz wszystko, co konieczne aby wyrwać Polskę ze szpon ZSRR. Wszystko! Poświęcisz swoje dobre imię, siebie i życie, aby tak się stało.

Zwrócisz się o pomoc do amerykańskiego wywiadu.

Kiedy jak nie teraz? Za pół roku może być już za późno. Najdalej za rok rozpęta się piekło. Sowieci zrobią z Polski pole bitwy, oko cyklonu III wojny światowej. Warszawa, Kraków, Gdańsk, znikną z powierzchni ziemi. Martwe ciała będą zdobić każde miasto, a Ty powiększysz ich liczbę. Jeśli nie własnymi dłońmi, to własną głową. I głowami Twoich synów. I żony. Nie ma czasu. Trzeba działać.

Nawiązujesz kontakt.

Jesteś podekscytowany, że Ci się udało, że w ogóle odpowiedzieli, że jest szansa, że będziesz mógł coś zmienić, że może się uda. Przekazujesz pierwszą partię materiałów, a podniecenie unosi Cię 20 centymetrów ponad chodnikiem.  W końcu porozmawiasz o tym co robisz z kimś żywym i nie będzie to odbicie w lustrze. W końcu.

Mimo, że przynosisz w zębach Amerykanom istotniejsze informacje, niż mogli się spodziewać w najśmielszych wizjach, to Twój entuzjazm jest zdecydowanie na wyrost. Masz być szczurem. Szczurem, prześlizgującym się nocą kanałami, po cichu węszącym za mięsem. Szczurem, śpiącym w ciemnym norach. Szczurem chowającym się przed światłem. Szczurem, a nie herosem z wypięta piersią, promieniującym z samozadowolenia.

Dostajesz zimny prysznic.

Chłód od Twojego łącznika ze Stanów każe Ci pochylić głowę, mimo, że duma usztywnia Ci kark. Jesteś zbity z tropu. Chcesz być bohaterem, ale dla CIA jesteś agentem, dla kolegów szpiegiem, dla żony kurwiarzem, dla synów obcym człowiekiem. Jesteś sam ze sobą i swoją tajemnicą. W każdej chwili możesz się wysypać, wpaść przez najdrobniejszy szczegół i zostać z miejsca odstrzelony jak bezpański kundel. Popadasz w paranoję. Jest za późno żeby się wycofać, a za wcześnie, żeby uciekać.

Musisz współpracować. Musisz przekazywać USA informacje o sowietach. Musisz być Jack Strong.

 

***

 

Tak, oglądając ten film czujesz to.

Rusz tyłek #5 – rozmowa z Mr. Vintage

Skip to entry content

Mieliśmy tak długą przerwę w ruszaniu tyłka, że nowi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą o co chodzi. Nie, nie otworzyłem kanału na YouTubie z kursem fitnessu. Chodzi o ruszenie się w szerszym ujęciu. Zmianę nastawienia do życia i pracy, odmulenie z letargu i poruszenie mentalne. Zresztą, dokładną ideę cyklu znajdziecie tu, a poprzednie części, z innymi blogerami, tu (z Macademian Girl), tu (z Kubą Jankowskim), tu (z Segrittą) i tu (z Kasią Gorol).

Tym razem rozmawiałem z Michałem Kędziorą z bloga Mr. Vintage, który nazywany jest profesorem Miodkiem mody męskiej i największym autorytetem, jeśli chodzi o tę część blogosfery. Dla mnie jednak, przede wszystkim jest dużą inspiracją, bo swoją historią i podjętymi decyzjami, złamał sporo stereotypów i wyszedł poza schemat. Mając żonę i dziecko postanowił zaryzykować i zrezygnować ze stabilnej pracy na rzecz swojego hobby.

Jak na tym wyszedł? Sprawdźcie poniżej.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage

Jan Favre: Kiedy zaczynałeś w 2009, był w Polsce jakiś blog poświęcony męskiej modzie?

Michał Kędziora: Było ich raptem kilka, dosłownie  3-4, w tym jeden trochę bardziej znany Macaroni Tomato, ale męska moda zasadniczo nie istniała w blogosferze.

Czułeś tremę/niepewność zaczynając coś, czego nikt dotąd jeszcze nie robił w naszym kraju?

Chyba nie, bo na początku nie spodziewałem się, że tego bloga ktokolwiek będzie czytał. To raczej było pisanie dla siebie samego. Osoby, które teraz zaczynają, wiedzą mniej więcej czego można się spodziewać, a wtedy to była niewiadoma, trudno było przewidywać popularność.

A pamiętasz jakie miałeś oczekiwania względem bloga przy zakładaniu? Myślałeś co się stanie za rok, za dwa lata?

Nie miałem żadnych oczekiwań. Traktowałem to jako ciekawostkę, blog to była dla mnie taka wirtualna zabawka. Myślałem, że za 2-3 lata się znudzi i nie spodziewałem się, że blogosfera tak się rozwinie.

Na samym początku bardzo asekuracyjnie dodawałeś wpisy z własnymi stylizacjami, ograniczały się do jednego zdjęcia. Dopiero po pół roku umieszczałeś całe sesje z fotkami wszystkich elementów. Potrzebowałeś czasu, żeby się przemóc?

Mała ilość zdjęć wynikała z ograniczeń technicznych. Głównie z tego, że zdjęcia robiłem sobie sam samowyzwalaczem, wiele z nich było słabych i nie nadawało się do publikacji. Poza tym wydawało mi się, że jedno zdjęcie danego zestawu wystarczy. Dopiero przeglądając zagraniczne blogi, podpatrzyłem, że są tam całe sesje i jeden wpis składa się z kilkunastu zdjęć w różnych pozach wraz z elementami.

Czyli to nie było tak, że od początku wiedziałeś, od a do z, jak ten blog ma wyglądać, tylko to ewoluowało?

Dokładnie. Blog się rozwijał metodą prób i błędów. Trochę było podglądania blogów zagranicznych, a trochę blogów pań, bo wtedy było już ich sporo i były one na dobrym poziomie wizualnym, ale generalnie działałem „na czuja”.

Mieszkasz w Kielcach, nie jest to małe miasteczko, ale też nie skupisko ludzi z różnych kultur jak Warszawa, czy Kraków. Jak ludzie reagowali na to, że stroisz się, pozujesz do obiektywu i robisz sobie zdjęcia?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo od zawsze robiłem zdjęcia w miejscach, w których nie kręcą się ludzie i jest raczej spokojnie, także nie mieli okazji jakoś reagować.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 2

A jaki stosunek do prowadzenia bloga o modzie mieli twoi bliscy? Dopingowali cię, czy mówili, że to głupi pomysł?

Przez długi czas moi przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy, nie wiedzieli o tym, że w ogóle prowadzę bloga. Dopiero po 3 latach, gdy blog z miesiąca na miesiąc zaczął zdobywać dużą popularność, dowiedzieli się o tym.

Przez 3 lata nikt z twojej rodziny nie wiedział, że masz bloga? Celowo to ukrywałeś?

Nie tyle ukrywałem, co nie miałem potrzeby się chwalić. Traktowałem to jako hobby, coś co robię w wolnym czasie.

Nieźle. Brzmi trochę jak Peter Parker i Spiderman. Wracając jeszcze do tych początkowych etapów, co cię najbardziej demotywowało? Co było dla ciebie największą przeszkodą w blogowaniu?

Głównie problemy techniczne związane z robieniem zdjęć. Nie miałem kogoś kto by mi pomógł, przez co musiałem fotografować się za pomocą samowyzwalacza. Najczęściej na balkonie albo na tle jakiejś ściany. Jak teraz na to patrzę, to wiem, że było to śmieszne i na żenującym poziomie. Po 3 latach zgłosił się do mnie czytelnik bloga z Kielc, młody chłopak, który miał już lepszy aparat i amatorsko zajmował się fotografią. Napisał do mnie, że chciałby mi robić zdjęcia i tak współpracowaliśmy przez pewien czas. Te zdjęcia był dużo lepsze jakościowo. Później zmieniłem miejsce pracy i tam poznałem człowieka, który zawodowo zajmował się fotografią prasową. Od tamtego momentu korzystam z jego usług i są to dobre zdjęcia, choć do ideału jeszcze trochę im brakuje. Cały czas się wzajemnie docieramy, bo on nie miał żadnego doświadczenia w fotografii modowej, bo przez kilkanaście lat zajmował się fotografią reportażową.

A ile czasu minęło, aż pojawiły się pierwsze pieniądze z bloga?

Pierwsze, minimalne pieniądze pojawiły się dość szybko, po 6 miesiącach. To był 2010 rok i to były dopiero początki blogosfery w ujęciu komercyjnym. Pamiętam, że to były jakieś śmieszne stawki – 100-200zł za baner, który wisiał miesiąc na blogu albo kilkusetzłotowe stawki za tekst komercyjny połączony z konkursem. Większe pieniądze zaczęły się dopiero po 3 latach pracy przy blogu.

A pierwsza myśl, żeby zrezygnować z pracy i żyć tylko z blogowania?

Na to się złożyło kilka rzeczy w jednym czasie. Po pierwsze, miałem kilka fajnych kampanii na blogu za sensowne stawki. Wcześniej niby te kampanie były, ale nieregularnie i za zbyt niskie stawki by myśleć o tym w kategoriach stałego dochodu. No ale pojawiło się wreszcie kilka niezłych propozycji z kwotami czterocyfrowymi i wiele wskazywało na to, że będą się pojawiać następne. Druga rzecz, która nastąpiła kilka tygodni później, to Blog Forum Gdańsk 2012, gdzie było kilka ciekawych wykładów, i dyskusji  o tym, że blog może być sposobem na życie. Dla mnie to były niezwykle motywujące spotkania. Po Blog Forum wróciłem do domu z przekonaniem, że wkrótce blog stanie się dla mnie podstawowym źródłem utrzymania. A trzecia rzecz, to propozycja wydania książki o modzie męskiej, sygnowanej moją osobą i moim blogiem. To było dla mnie ogromne zaskoczenie, ale zrozumiałem też wtedy, że skoro tradycyjne wydawnictwo zwróciło się do mnie z takim pomysłem, to widocznie to, co przez kilka lat robiłem na blogu z pasji, jest dobre i opiniotwórcze.  I to wszystko złożyło się na to, że poczułem taki impuls, że blog faktycznie może być sposobem na życie i źródłem dochodu.

Ile miałeś lat kiedy ta myśl się pojawiła?

Równe 30.

Miałeś już wtedy żonę?

Tak.

Byłeś już zupełnie dorosłym człowiekiem. Nie nastolatkiem mieszkającym w domu, nie studentem na utrzymaniu rodziców. Pracującą osobą ze zobowiązaniami, osądzoną w realiach prawdziwego świata. Trudno było ci podjąć decyzję o zrezygnowaniu z etatu, stabilizacji i postawieniu wszystkiego na bloga?

Trudno, bo miałem tę świadomość, że muszę utrzymać żonę i dziecko. To było największą barierą. Gdybym był sam, byłoby mi dużo łatwiej i decyzję o porzuceniu etatu podjąłbym wcześniej. Wiedziałem, że jestem rozpoznawalny, blog jest znany, mam duże, lojalne grono czytelników, ale bałem się, że gdy zrezygnuję z pracy, będę musiał godzić się na kampanie, które nie do końca pasują do bloga, żeby mieć pieniądze na życie. Cierpliwie odczekałem kilka miesięcy aż miałem pewność, że dochody z bloga są regularne i w odpowiedniej wysokości. Z etatu zrezygnowałem w kwietniu 2013 roku.

Konsultowałeś z żoną tę decyzję?

Nie, to była własna decyzja. De facto to był impuls, bo tego dnia pokłóciłem się z moim przełożonym i od razu złożyłem wypowiedzenie. Gdyby to nie nastąpiło, to pewnie jeszcze kilka tygodni bym pracował na etacie wahając się czy to już jest dobry moment na przejście na swoje, czy jeszcze nie.

Wywiad z Michał Kędziora Mr Vintage 4

Ile razy więcej zarabiasz teraz, niż na etacie z którego zrezygnowałeś?

Na chwilę obecną średnio 2-3 razy więcej.

A poza pieniędzmi, jakie są największe różnice, między tak zwaną “normalną pracą”, a życiem z blogowania?

Przede wszystkim nie mam nikogo nad sobą. Sam sobie jestem szefem i decyduję o tym co robię, kiedy pracuję, a kiedy nie. Aczkolwiek z wolnym czasem to też nie jest tak jak się wydaje, bo tak naprawdę to pracuję dużo więcej, niż wcześniej, ale mam świadomość, że realizuję swoją pasję i robię to dla siebie. Ale to jest największą różnicą, że nie siedzę jak na etacie codziennie 8 godzin, tylko sam decyduję, czy dzisiaj pracuję 15 godzin czy 3, czy siedzę w domu i piszę, czy robię jakieś sesje na zewnątrz, czy spędzam ten czas z córką.

Zmierzając ku końcowi, twój blog jest najbardziej wpływowym w Polsce w swojej tematyce, wydałeś książkę, która sprzedaje się prawie tak dobrze jak wódka, a dla facetów jesteś ikoną stylu. Jaki jest kolejny krok?

Będę dążył do tego by blog był jeszcze lepszy. Jest jeszcze wiele do zrobienia i nie osiadam na laurach. Chciałbym przede wszystkim utrzymać dobry poziom merytoryczny,  poprawić jeszcze poziom wizualny i wrócić do częstotliwości wpisów na blogu co dwa dni. Chcę także spróbować swoich sił w materiałach wideo, aczkolwiek to będzie raczej dodatek do bloga, a nie chęć podbicia YouTube’a. Chcę rozwinąć też swoje działania pośrednio związane z blogiem, czyli szkolenia z zasad ubioru i dres code’u, bo coraz więcej firm o to pyta i doradztwo indywidualne, czyli przegląd szafy i kompletowanie zestawów. Jest też propozycja napisania drugiej książki, ale jeszcze nie ustaliliśmy z wydawnictwem szczegółów.

Na koniec pytanie, które zawsze zadaję w tym cyklu: jak profesor Miodek mody męskiej, zmotywowałby ludzi, którzy powpadali we wnyki codzienności, do wyrwania się ze strefy komfortu?

Trudne pytanie.

U mnie wyglądało to tak, że pasja była moim przewodnikiem. Starałem się robić to, co lubię najlepiej, a nie zwracałem uwagi na to, czy na tym zarobię i będą z tego pieniądze, czy nie. Pisałem o modzie, bo to mnie interesowało i też na bieżąco się tego uczyłem, bo jest samoukiem. Nie mam wykształcenia związanego z modą, ani tematyką zbieżną, więc do wszystkiego dochodziłem sam. To się działo stopniowo, powoli, aż w pewnym momencie zaskoczyło i przez pewien czas sam nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Reasumując, krok po kroku trzeba podążać za swoją pasją, starając się stopniowo łączyć to z zarabianiem. Podsumowałbym to takim zdaniem: „róbcie to, co kochacie, a poza przyjemnością znajdźcie w tym pieniądze”.