Close
Close

Berlin część I – street art, uliczne żarcie i picie w plenerze

Skip to entry content

Naszych zachodnich sąsiadów, zgodnie z moimi podróżniczymi planami na ten rok, miałem odwiedzić już w lutym. Ale wyjazd przesunął się na marzec, bo był zły układ planet, niekorzystny biomet i wróżbita Maciej mi tak poradził. A poza tym, przyjaciel do którego jechałem borykał się ze zmianą mieszkania – co jest arcy skomplikowaną kwestią w porównaniu do Krakowa – i nie było opcji żebym mu się zwalił na głowę.

Więc marzec. A w marcu jak w garncu – jak tylko przyjechałem do Berlina spieprzyła się pogoda. Ale zasadniczo to nieistotne, bo i tak udało mi się poznać klimat tego miasta i nacieszyć się jego najcharakterystyczniejszymi elementami.

Pierwsze co rzuca się w oczy, niezależnie w jakiej dzielnicy jesteś, to szeroko pojęty…

 

Street art

Graffiti, tagi, murale, szablony – to jest tu wszędzie. Dosłownie, nie ma osiedla, którego mury nie byłyby pokryte farbą. I stare fabryki, i kamienice, i małe sklepy, i nowe centra, i resztki Muru Berlińskiego, i nawet kościoły są naznaczone sztuką ulicy. Oczywiście przy takim natężeniu różnych malunków wiadomo, że praca pracy nierówna, ale mimo wszystko dominują dobre projekty. Zwykłe szwendanie się ulicami strasznie wciąga, bo za każdym rogiem odkrywasz coś nowego i przy odrobinie szczęścia – lub przegooglowaniu tematu – możesz trafić na Banksy’ego lub BLU!

Berlin - Graffiti, street-art, murale (51)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (62)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (60)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (66)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (49)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (43)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (42)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (37)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (32)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (30)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (25)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (23)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (21)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (13)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (5) Berlin - Graffiti, street-art, murale (3)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (7) Berlin - Graffiti, street-art, murale (1)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (10)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (68)

Włócząc się między Placem Alexandra, a Kreuzbergiem nie da się nie zgłodnieć, więc mniej więcej po 15 minutach sprawdziłem jak w stolicy Niemiec wygląda…

 

Uliczne żarcie

Więcej kebabów niż u nas, to na pewno. I zdecydowanie lepsze. Z szybkiej szamy, której u nas jest mało, to pizza. Ale nie byle jaki napompowany placek i szynka konserwowa, tylko bardzo dobra – prawie, że włoska – pizza. Najpopularniejsza jest zwykła margherita ze świeżą bazylią – smakuje nawet w ciągu dnia – ale jeśli tylko uda Wam się trafić, to polecam z pikantnym salami. Bardzo pierwsza klasa.

Berlin - uliczne jedzenie (44)

Berlin - uliczne jedzenie (34)

Berlin - uliczne jedzenie (38)

Berlin - uliczne jedzenie (36)

Berlin - uliczne jedzenie (55)

Z szybkiego jedzenia, którego u nas nie ma, próbowałem curry wurstów, czyli kiełbas bez skóry, z curry i sosem pomidorowym. Baaardzo duuużą ilością sosu pomidorowego. Jak usłyszałem o tym – mocno się zdziwiłem, że można tak jeść, jak zobaczyłem co mi podali – chciałem oddać, ale jak spróbowałem – polubiłem. Serio, smaczne i sycące. Zjadłbym jeszcze raz.

Berlin - uliczne jedzenie (52)

Berlin - uliczne jedzenie (46)

Berlin - uliczne jedzenie (31)

Jedyny i niepowtarzalny człowiek-budka. Inspektor Gadżet by mu zazdrościł. Podgrzewa, nakłada i wydaje resztę, a jak pada rozkłada parasol. Śmieję się, bo nie da się zareagować inaczej widząc człowieka z rurą między nogami, który jest mobilnym McDonaldem. Pomijając jednak podśmiechujki, to szacun dla gościa, że daje radę, bo to ciężka fizyczna praca, której ja bym pewnie nie sprostał.

Berlin - uliczne jedzenie (2)

A to co prawda raczej slow food, ale zaskoczyło mnie, że dają burgera do samodzielnego złożenia. Widzieliście to gdzieś indziej?

Berlin - uliczne jedzenie (13)

Berlin - uliczne jedzenie (14)

Dobra, uliczna szama uliczną szamą, ale teraz to co najedzone tygryski lubią najbardziej, czyli…

 

Picie w plenerze

Berlin - picie w plenerze (2)

Berlin - picie w plenerze (11)

Berlin - picie w plenerze (17)

Berlin - picie w plenerze (21)

Berlin - picie w plenerze (23)

Berlin - picie w plenerze (14)

Berlin - picie w plenerze (9)

Wiem, że piszę to przy okazji każdej zagranicznej podróży, ale zawsze mnie to cieszy tak samo. To, że nie musisz czuć się jak kryminalista-zamachowiec, czając się z jednym piwem jak ze zwłokami gdzieś w bramie. To, że możesz siąść sobie na trawie gdziekolwiek i nacieszyć się dobrym dniem popijając wino, bez stresu, że zaraz ktoś podniesie raban. To, że chodząc po mieście ze znajomymi możesz przysiąść na murku i walnąć po kielonie, bez czajenia się jakbyście mieli M16.

Kocham to!

I jak pokazuje przykład Berlina, zezwolenie na publiczne spożywanie alkoholu wcale nie powoduje zwiększenia się ilości bójek i incydentów. Mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie. Od godziny 18:00 w piątek metro jest pełne ludzi z alkoholem i nikt nie robi burd, nie awanturuje się, ani nie rzyga. Nawet bezdomnych jest mniej niż u nas i nie robią takiego syfu. Jest kulturalnie, miło i swobodnie. Tak jak powinno być.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Karolina

    To picie w plenerze powinni u nas wprowadzić. Zdecydowanie.

  • Pingback: Praga część II - jedzenie, żarcie i szama()

  • Pingback: Praga część I - Ściana Johna Lennona, pływanie po Wełtawie i absynt()

  • Ania Błotko

    W restauracji Jeff’s serwują burgera do samodzielnego złożenia ;)

  • Pingback: Berlin część II - dźwigi, murzyni i rowery()

  • No z tym piciem to nie jest kwestia zakazu co bardziej kultury spozywania alkoholu. Której w Polsce to raczej nie ma. Nie znaczy to, że Berlin zawsze wita człowiekiem z piwem czy winem w reku który jest słodki, kulturalny i uroczy bo różne obrazki można w u/s/banie nocą zobaczyć i niektórzy imprezowicze z Polski mogliby się uczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że w ogólnym rozrachunku zakaz u nas wynika bardziej z nieumiejętności picia (nie tylko w plenerze) .

  • Robek

    trzymam kciuki za to, żebyś w drugiej części relacji nie pisał o berlińskiej scenie techno :)

    • Chętnie bym napisał, ale nie zdążyłem jej poznać ;)

  • Księciunio Kaminski

    Berlin jest tak kosmicznie nieniemiecki, wychillowany i bez napinki, tak pełen pozytywnych ludzi, ze bez dwóch zdań poleciłbym każdemu, kto uważa, ze Niemcy są sztywni i bez polotu.

  • Aleksandra

    Zauważyłeś, że na trzecim muralu jest dwóch gości w okularach z bandażami na twarzach? :>

    • Pewnie i czekałem, aż Ty to zauważysz ;*

      • Aleksandra

        Ach, jak ty mnie znasz :>

  • Byłem w wielu tych miejscach, polecam. Widzę, że i legendarny Curry 36 się znalazł, ale to jednak nic przy Mustafa’s Gemuse Kebap – najbardziej hipsterski i w ogóle naj kebab świata. Byłem, stałem prawie 2 godziny w kolejce, polecam.

    • Paulina Tasarz

      No ja się jeszcze nie zdecydowałam na stanie przy Mustafa’s Hemuse Kebap aż tyle, po świętach przeprowadzam się do Berlina więc mam nadzieję, że uda mi się być w tych okolicach i spróbować bez czekania 2 godziny :D Bo obawiam się, że to jest tak samo jak z lodami na Starowiślnej, uwielbiam je ale nie stałam nigdy więcej niż 10 minut :D

      • Mnie się nie udało nigdy stać krócej niż 20 minut ;(

  • Mjichał Zet

    Spoko spoko, czekam na więcej :)
    Ps. jedna mała uwaga- nie mówie tego z jakiejś snobistycznej megalomanii,czy wrodzonej złośliwości, a jedynie dlatego, że sam się dowiedziałem całkiem nie dawno – nie ma takiego slowa jak biometr :( jest biomet. Niby jeden chuj bo i tak brzmi podobnie,chociaż ta twarda końcówka wydaje mi się bliższa. Ale jakby co ,sprzedaje Ci cichaczem pewne i sprawdzone info, żeby znowu mądre gadające głowy nie płakały że te blogery takie nie mondre :(

    • Cholera, masz rację Michał i dzięki za uwagę. Że tez mi tego autokorekta nie podkreśliła ;)

  • Jest kiełba, ufff.

  • Venegoor

    Kraków mógłby czerpać przykładów od Berlina garściami :)

    • Jedzenie mamy lepsze, murale dobre, tylko, że mało to fakt, ale w kwestii ostatniego akapitu to na pewno ;)

    • Według mnie całkiem dobrze mu w tym idzie a i też kopiowanie nie ma sensu ;) Berlin na propsie, nawet niemiecki brzmi tam jakoś mało inwazyjnie… :D

  • Takiego burgera do samodzielnego złożenia szamałam ostatnio w Park Hotelu w Inwałdzie. Szamałam to w sumie dość oględne słowo. Męczyłam się ze skubańcem przez godzinę, ale mniamuśny był.Potem się tylko kolejną godzinę nie mogłam ruszać. :D

    Co do samego Berlina, to miasto z klimatem, a uliczne malunki na dobre wpisują się w wygląd niemieckich miast, nie tylko Berlina.

    • Godzinę? Łouł, ja nie potrafię jeść wolno i najczęściej jest tak, że zanim moi znajomi na dobre wezmą się do jedzenia, to ja już kończę ;)

  • Łosiek

    Curry wurstów nie ma w polsce? Halo, a kolega był w Katowicach? Zapraszamy w takim razie!
    A burgery do „samodzielnego złożenia” podają w wielu polskich burgerowniach. Także ten.

Kocha się za coś. „Pomimo czegoś”, to można z kimś być

Skip to entry content

„Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” – słyszałeś kiedyś to powiedzenie? Założę się o dużą paczkę lodowych Oreo, że słyszałeś. Przynajmniej 47 razy. A w zasadzie słyszałaś. Bo powiedzenie to dotyczy głównie kobiet. Kobiet, które są z obiektywnie beznadziejnymi facetami, ale subiektywnie nie aż tak strasznymi, żeby się z nimi rozstać. Na przykład niepociągającymi i nudnymi, ale wiernymi i godnymi zaufania. Kiedy myśl o tym, że nie pasujecie do siebie już nie jest tylko luźną myślą, wypowiedzianą do przyjaciółki po jednym kieliszku prosecco za dużo, ale faktem namacalnym jak drzazga w palcu, z pomocą przychodzi ludowa mądrość. Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.

Tyle, że to gówno prawda.

Zawsze kocha się za coś

Ile razy zakochałaś się w żebrzącym alkoholiku? W kimś kto absolutnie Cię nie pociągał? W człowieku, który zupełnie nie był w Twoim typie? Nie odpowiadaj, pozwól mi zgadnąć. Hmm, czyżby 0? Gdyby kochało się pomimo czegoś, a nie za coś, zakochiwałabyś się nieustanie. Co sekundę. I to nie w unikatowych, spotykanych rzadziej niż czterolistna koniczna jednostkach, tylko we wszystkich. Wszystkich jak leci. Bez wyjątku. Kochać każdego, nie oszczędzać nikogo, bo przecież każdy ma coś co Ci w nim nie pasuje.

Jeśli to powiedzenie byłoby prawdziwe, z facetami działoby się tak samo. Też nie braliby jeńców, tylko padali na jedno kolano z małymi, otwieranymi w połowie pudełeczkami, przed pierwszą lepszą niewiastą napotkaną na ulicy. Niezależnie, czy byłaby brzydka, pryszczata, gruba, z dredami, uważała, że szczepionki powodują autyzm, czy nie jadła mięsa. Mimo wszystko, z moich obserwacji wynika, że jednak tak nie jest. Wbrew hasłom z demotywatorów, mężczyźni zakochują się w kobietach ze względu na jakieś cechy. Zmysłowy uśmiech, niewiarygodnie zgrabne nogi, poczucie humoru, empatię i wewnętrzne ciepło, czy po prostu zajebiste cycki.

Zawsze jest coś, to „coś” może być fizyczne, może być częścią osobowości, może być pojedyncze, może być mnogie, może być mniej lub bardziej trudne do zdefiniowania, ale musi występować, żeby wystąpiło przyciąganie. Gdy tego czegoś nie ma, wewnętrzne magnesy układają się w drugą stronę i dochodzi do odpychania. Które nijak nie ma nic wspólnego z miłością. W przeciwnym wypadku Donald Trump już dawno byłby w związku z Hilary Clinton. A Janusz Korwin-Mikke z Kazimierą Szczuką. I jak dotąd jeszcze nigdy nie byłem kobietą, ale śmiem twierdzić, że to działa również w drugą stronę. Jeśli nie zakochasz się w jego piwnych oczach i kruczoczarnych włosach, w jego spontaniczności i ciekawości świata, albo innym elemencie jego osoby, który sprawi, że Twój mózg zacznie produkować oksytocynę, to się nie zakochasz i już. Dziękuję, do widzenia.

Bo zawsze kocha się kogoś za coś i miłość ta trwa, tak długo, aż to coś nie przeminie. Aż ona przestanie być już tak zabawna, on przestanie jej dawać poczucie bezpieczeństwa, ona przestanie dbać o siebie, on się zapuści. I gdy to się stanie, gdy ten kluczowy element wyparuje, to nie będzie „miłości pomimo czegoś”. Po prostu się skończy i w najlepszym przypadku zostanie sentyment i przyzwyczajenie.

Można być z kimś pomimo czegoś

Jest wiele sytuacji, w których można być z kimś pomimo czegoś, ale tylko w jednym przypadku ma to sens. Tym wyjątkiem niepotwierdzającym reguły jest wariant, gdy dwójka ludzi się kocha, a tym „pomimo” są czynniki zewnętrzne nie wpływające negatywnie na ich relację.

W sensie, jesteście ze sobą, pomimo, że jedno z Was wychowało się z kulturze żydowskiej, a drugie nie. Jesteście ze sobą pomimo, że on jest cukrzykiem albo ma inne problemy natury zdrowotnej. Jesteście ze sobą pomimo, że póki co dzieli Was odległość. Jesteście ze sobą pomimo, że Wasze rodziny tego nie akceptują. Jesteście ze sobą pomimo większej różnicy wieku. Jesteście ze sobą pomimo, że ty jesteś ekstra, a on intrawertykiem. Jesteście ze sobą pomimo, że słuchasz Natalii Nykiel. Choć jeśli robisz to przy nim zbyt często, to faktycznie związek wkrótce może się rozpaść. W każdym razie dopóki to „pomimo” nie sprowadza się do tego, że jesteś z nim, pomimo, że czasem Cię uderzy jak za bardzo się napije, albo, że jest z Tobą pomimo, że masz manię kontroli i sprawdzasz go na każdym kroku, to wszystko spoko. „Pomimo” jest tylko trzeciorzędną, nieistotną pierdołą.

Można oczywiście również być z kimś, gdy „pomimo” jest pierwszoplanowym problemem, powracającym jak poniedziałek po niedzieli, albo gdy miłość występuje tylko jednostronnie, albo gdy w ogóle jej nie ma i nie zapowiada się, żeby była, tylko wtedy pojawia się pytanie: po co? Po co być ze sobą i tkwić w czymś, co jest bardziej logicznym układem, niż wzajemnym emocjonalnym przyciąganiem? Jest kilka całkiem niezłych odpowiedzi na to pytanie. Jedna: bo we dwójkę życie mniej boli. Prawda. Druga: bo lepiej uprawiać seks z zaufanym stałym partnerem, niż ze zmieniającymi się przypadkowymi. Też prawda. Trzecia: bo w ogóle lepiej uprawiać seks niż nie. Prawda jak cholera. Czwarta: bo ekonomiczniej wydatki dzielić na pół. Kolejny raz, trudno się nie zgodzić.

Tyle, że to wszystko sprowadza się do jednego: to tylko strata czasu. Czasu kiedy mógłbyś kochać kogoś za coś z wzajemnością, a nie być z kimś pomimo czegoś.

---> SKOMENTUJ

Skąd masz wiedzieć, że nie jesteś hipsterem?

Skip to entry content

O hipsterach mówi się dużo, a pisze jeszcze więcej. Wiele osób z nich kpi i nie mniej im zazdrości. Zazwyczaj pytanie o to, czy jesteś jednym z nich jest atakiem, bo jeszcze nikt publicznie się do tego nie przyznał. Zamieszanie potęguje fakt, że podobno prawdziwy hipster nigdy nie powie, że nim jest, bo paradoksalnie właśnie wtedy przestałby nim być. Gdy mnie ktoś próbuje wziąć pod włos z tym tekstem, zawsze odpowiadam, że bardzo bym chciał, ale póki co mnie jeszcze nie stać (iPhone 5s taki drogi). Aczkolwiek zawsze dla spokoju sumienia zastanowię się, czy aby na pewno.

Od piątku jestem w Berlinie – jednym z głównych ośrodków rozwoju street-artu i w ogóle sztuki jako takiej. Wszędzie jedno wielkie multi-kulti. Jadąc 3 przystanki metrem widzisz więcej hipsterów, niż siedząc w Forum Przestrzenie przez cały miesiąc. Idąc przez Kreuzberg, choćbyś miał na sobie ciuchy samych niszowych projektantów, czujesz że do tej pory nawet nie miałeś okazji się otrzeć o bycie offowym. Definitywnie będąc tu i widząc tubylców wiesz, że nie jesteś hipsterem. Ale skąd masz to wiedzieć będąc w Radomiu?

Chwilę to rozkminiałem i  przygotowałem test, który pomoże Ci to stwierdzić. Poniżej masz 17 pytań. Jeśli czytając każde z nich pokiwasz twierdząco głową, to mogę dać Ci na piśmie, że nie jesteś hipsterem. Jeśli jednak przy którymś trochę się zawahasz… to prawie na pewno też nim nie jesteś. Jeśli natomiast przy każdym pytaniu ostentacyjnie zmarszczysz brwi i krzykniesz „nie prawda, mam rurki!”, to jesteś chodzącą świątynią alternatywy. Brawo (chyba)!

Zaczynamy:

1. Nie masz brody dłuższej niż 3-dniowy zarost?

2. Nie masz Vansów?

3. Nie wstydzisz się przyznać, że słuchasz zespołów, których nazwę kojarzy ktoś więcej, niż Ty i Twój wyimaginowany przyjaciel?

4. Nie pijesz Fritz-Coli?

5. Nie chodzisz w czapce zimowej latem i w pomieszczaniach zamkniętych?

6. Nie nosisz ekotorby?

7. Nie jeździsz na longboardzie, a tym bardziej nie wiesz co to jest?

8. Nie nosisz węższych spodni od swojej dziewczyny?

9. Nie znasz nazw wegańskich potraw?

10. Nie masz iPhone’a?

11. Nie chodzisz w trampkach zimą?

12. Nie pijesz wina w klubie?

13. Nie nosisz okularów mimo, że nie masz wady wzroku?

14. Nie masz bardzo enigmatycznego tatuażu w bardzo widocznym miejscu?

15. Nie chodzisz na kawę do Starbucksa?

16. Nie palisz papierosów powyżej 20zł za paczkę?

17. Nie spędzasz godziny przed lustrem po to, by Twoje włosy wyglądały jak chwilę po wyjściu z łóżka?

I jak Ci poszło?

---> SKOMENTUJ

Marta jest singielką. Znaczy się nie ma narzeczonego, metalu na serdecznym palcu, ani wspólnego kredytu na M2. Żyje aktywnie. Fitness, spining, basen. Lubi towarzystwo. Kurs samby, wolontariat w hospicjum, clubbing w weekendy. Jest wzorową obywatelką. Płaci podatki, nie kiepuje na chodnik i zakrywa usta przy ziewaniu. Jest atrakcyjna. Dekolt C, rozmiar XS, tyłek nastolatki. Ma branie u facetów. U lasek też.

 

Sytuacja A: Marta na dyskotece

Marta w zeszłym piątek poszła ze znajomymi na dicho. Lokal na poziomie. Żeby wejść trzeba było zapłacić 2 dychy i mieć czyste buty. W środku kelnerki na szpilkach, drinki na wódce sklepowej i czyste kible. Lokal na poziomie, jak mówiłem.

Oddała płaszczyk do szatni, zamówiła Martini ze Spritem i gdy usłyszała „Single ladies” pobiegła z koleżanką poruszać tym co wyćwiczyła na siłowni i kursie tańca. Zanim Beyonce zdążyła dojść do drugiego refrenu, dobrze zbudowany Hiszpan z koszulą rozpiętą na trzeci guzik wplótł swoje palce w jej dłonie. Wirowali na parkiecie jak jesienne liście na wietrze. I nie mogli przestać. Jego południowy temperament, ciemna karnacja i ruchy Rafała Maseraka magnetyzowały ją.

Gdy przyciągał ją do siebie tuląc w ramionach, jej ciało pulsowało z gorąca. Jeszcze jedno potarcie i czuła, że spłonie. Zanim zdążyła wyjąć zapałki i przeciągnąć jedną z nich po drasce, on pierwszy podłożył ogień. Musnął ją ustami w szyję, później odgarnął włosy drażniąc językiem jej ucho, aż w końcu spopielił jej filigranową sylwetkę, ssąc jej wargę jak świeżą pomarańczę.

Całowali się jakby jutra miało nie być, w pół mroku rozświetlanym blaskiem ich oczu. Tłum nazwał ją imprezową szmatą liżącą się z kim popadnie.

 

Sytuacja B: Marta w eksperymencie społecznym „First kiss”

Marta w zeszłym miesiącu wzięła udział w artystycznym performensie. Autorka akcji chciała uwiecznić moment pierwszego pocałunku osób, które zupełnie się nie znają. Nie wiedzą jak mają na imię, jakiej pasty do zębów używają, czy myją penisa przed stosunkiem, ani nawet czy są w OFE. Totalnie obcy ludzie.

Eksperyment składał się z 20 uczestników – 8 par hetero i 2 homo. Dla każdego coś lepkiego.

Marta przed włączeniem kamery czuła się nieco nieswojo. Po włączeniu jeszcze bardziej. Nigdy nie robiła tego na pokaz, tym bardziej z losowo przydzielonym partnerem, a już na pewno nie dlatego, że ktoś ją o to poprosił. Przytłaczające światło jarzeniówek, zniewieściały dźwiękowiec i nadpobudliwy pan kamerzysta nie pomagali.

W końcu się przemogła i pozwoliła by jakiś zarośnięty typ włożył jej jęzor do buzi. Wierzgał nim jak świnia w ubojni. Przez chwilę nawet się bała, czy nie straci jedynek. W końcu udało jej się dostosować do jego konwulsyjnych ruchów i złapali wspólne tempo. Polizali się kilka minut, ciągnąc za włosy bardziej by przystopować akcję niż z pożądania, i gdy pani reżyser wymamrotała „mamy to”, Marta w końcu mogła odetchnąć z ulgą.

Przez większość czasu czuła się jak rozgrzebywany bigos w poszukiwaniu kiełbasy, ale nie okazywała tego, bo chciała dobrze wypaść na filmie. Tłum nazwał ją romantyczną duszą, zazdroszcząc odwagi i spontaniczności.

 

Wnioski: Jeśli całujesz się z obcą osobą bo chcesz – jesteś szmatą. Jeśli całujesz się z obcą osobą bo ktoś Cię namówił – jesteś romantyczką.

---> SKOMENTUJ