Close
Close

Berlin część I – street art, uliczne żarcie i picie w plenerze

Skip to entry content

Naszych zachodnich sąsiadów, zgodnie z moimi podróżniczymi planami na ten rok, miałem odwiedzić już w lutym. Ale wyjazd przesunął się na marzec, bo był zły układ planet, niekorzystny biomet i wróżbita Maciej mi tak poradził. A poza tym, przyjaciel do którego jechałem borykał się ze zmianą mieszkania – co jest arcy skomplikowaną kwestią w porównaniu do Krakowa – i nie było opcji żebym mu się zwalił na głowę.

Więc marzec. A w marcu jak w garncu – jak tylko przyjechałem do Berlina spieprzyła się pogoda. Ale zasadniczo to nieistotne, bo i tak udało mi się poznać klimat tego miasta i nacieszyć się jego najcharakterystyczniejszymi elementami.

Pierwsze co rzuca się w oczy, niezależnie w jakiej dzielnicy jesteś, to szeroko pojęty…

 

Street art

Graffiti, tagi, murale, szablony – to jest tu wszędzie. Dosłownie, nie ma osiedla, którego mury nie byłyby pokryte farbą. I stare fabryki, i kamienice, i małe sklepy, i nowe centra, i resztki Muru Berlińskiego, i nawet kościoły są naznaczone sztuką ulicy. Oczywiście przy takim natężeniu różnych malunków wiadomo, że praca pracy nierówna, ale mimo wszystko dominują dobre projekty. Zwykłe szwendanie się ulicami strasznie wciąga, bo za każdym rogiem odkrywasz coś nowego i przy odrobinie szczęścia – lub przegooglowaniu tematu – możesz trafić na Banksy’ego lub BLU!

Berlin - Graffiti, street-art, murale (51)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (62)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (60)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (66)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (49)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (43)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (42)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (37)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (32)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (30)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (25)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (23)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (21)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (13)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (5) Berlin - Graffiti, street-art, murale (3)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (7) Berlin - Graffiti, street-art, murale (1)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (10)

Berlin - Graffiti, street-art, murale (68)

Włócząc się między Placem Alexandra, a Kreuzbergiem nie da się nie zgłodnieć, więc mniej więcej po 15 minutach sprawdziłem jak w stolicy Niemiec wygląda…

 

Uliczne żarcie

Więcej kebabów niż u nas, to na pewno. I zdecydowanie lepsze. Z szybkiej szamy, której u nas jest mało, to pizza. Ale nie byle jaki napompowany placek i szynka konserwowa, tylko bardzo dobra – prawie, że włoska – pizza. Najpopularniejsza jest zwykła margherita ze świeżą bazylią – smakuje nawet w ciągu dnia – ale jeśli tylko uda Wam się trafić, to polecam z pikantnym salami. Bardzo pierwsza klasa.

Berlin - uliczne jedzenie (44)

Berlin - uliczne jedzenie (34)

Berlin - uliczne jedzenie (38)

Berlin - uliczne jedzenie (36)

Berlin - uliczne jedzenie (55)

Z szybkiego jedzenia, którego u nas nie ma, próbowałem curry wurstów, czyli kiełbas bez skóry, z curry i sosem pomidorowym. Baaardzo duuużą ilością sosu pomidorowego. Jak usłyszałem o tym – mocno się zdziwiłem, że można tak jeść, jak zobaczyłem co mi podali – chciałem oddać, ale jak spróbowałem – polubiłem. Serio, smaczne i sycące. Zjadłbym jeszcze raz.

Berlin - uliczne jedzenie (52)

Berlin - uliczne jedzenie (46)

Berlin - uliczne jedzenie (31)

Jedyny i niepowtarzalny człowiek-budka. Inspektor Gadżet by mu zazdrościł. Podgrzewa, nakłada i wydaje resztę, a jak pada rozkłada parasol. Śmieję się, bo nie da się zareagować inaczej widząc człowieka z rurą między nogami, który jest mobilnym McDonaldem. Pomijając jednak podśmiechujki, to szacun dla gościa, że daje radę, bo to ciężka fizyczna praca, której ja bym pewnie nie sprostał.

Berlin - uliczne jedzenie (2)

A to co prawda raczej slow food, ale zaskoczyło mnie, że dają burgera do samodzielnego złożenia. Widzieliście to gdzieś indziej?

Berlin - uliczne jedzenie (13)

Berlin - uliczne jedzenie (14)

Dobra, uliczna szama uliczną szamą, ale teraz to co najedzone tygryski lubią najbardziej, czyli…

 

Picie w plenerze

Berlin - picie w plenerze (2)

Berlin - picie w plenerze (11)

Berlin - picie w plenerze (17)

Berlin - picie w plenerze (21)

Berlin - picie w plenerze (23)

Berlin - picie w plenerze (14)

Berlin - picie w plenerze (9)

Wiem, że piszę to przy okazji każdej zagranicznej podróży, ale zawsze mnie to cieszy tak samo. To, że nie musisz czuć się jak kryminalista-zamachowiec, czając się z jednym piwem jak ze zwłokami gdzieś w bramie. To, że możesz siąść sobie na trawie gdziekolwiek i nacieszyć się dobrym dniem popijając wino, bez stresu, że zaraz ktoś podniesie raban. To, że chodząc po mieście ze znajomymi możesz przysiąść na murku i walnąć po kielonie, bez czajenia się jakbyście mieli M16.

Kocham to!

I jak pokazuje przykład Berlina, zezwolenie na publiczne spożywanie alkoholu wcale nie powoduje zwiększenia się ilości bójek i incydentów. Mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie. Od godziny 18:00 w piątek metro jest pełne ludzi z alkoholem i nikt nie robi burd, nie awanturuje się, ani nie rzyga. Nawet bezdomnych jest mniej niż u nas i nie robią takiego syfu. Jest kulturalnie, miło i swobodnie. Tak jak powinno być.

(niżej jest kolejny tekst)

24
Dodaj komentarz

avatar
15 Comment threads
9 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
15 Comment authors
KarolinaPraga część II - jedzenie, żarcie i szamaPraga część I - Ściana Johna Lennona, pływanie po Wełtawie i absyntAnia BłotkoBerlin część II - dźwigi, murzyni i rowery Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Łosiek
Gość
Łosiek

Curry wurstów nie ma w polsce? Halo, a kolega był w Katowicach? Zapraszamy w takim razie!
A burgery do „samodzielnego złożenia” podają w wielu polskich burgerowniach. Także ten.

Karolina Franieczek
Gość

Takiego burgera do samodzielnego złożenia szamałam ostatnio w Park Hotelu w Inwałdzie. Szamałam to w sumie dość oględne słowo. Męczyłam się ze skubańcem przez godzinę, ale mniamuśny był.Potem się tylko kolejną godzinę nie mogłam ruszać. :D

Co do samego Berlina, to miasto z klimatem, a uliczne malunki na dobre wpisują się w wygląd niemieckich miast, nie tylko Berlina.

Jan Favre
Gość

Godzinę? Łouł, ja nie potrafię jeść wolno i najczęściej jest tak, że zanim moi znajomi na dobre wezmą się do jedzenia, to ja już kończę ;)

Venegoor
Gość
Venegoor

Kraków mógłby czerpać przykładów od Berlina garściami :)

Jan Favre
Gość

Jedzenie mamy lepsze, murale dobre, tylko, że mało to fakt, ale w kwestii ostatniego akapitu to na pewno ;)

Kacu
Gość

Według mnie całkiem dobrze mu w tym idzie a i też kopiowanie nie ma sensu ;) Berlin na propsie, nawet niemiecki brzmi tam jakoś mało inwazyjnie… :D

Beata Rzepka
Gość

Jest kiełba, ufff.

Mjichał Zet
Gość
Mjichał Zet

Spoko spoko, czekam na więcej :)
Ps. jedna mała uwaga- nie mówie tego z jakiejś snobistycznej megalomanii,czy wrodzonej złośliwości, a jedynie dlatego, że sam się dowiedziałem całkiem nie dawno – nie ma takiego slowa jak biometr :( jest biomet. Niby jeden chuj bo i tak brzmi podobnie,chociaż ta twarda końcówka wydaje mi się bliższa. Ale jakby co ,sprzedaje Ci cichaczem pewne i sprawdzone info, żeby znowu mądre gadające głowy nie płakały że te blogery takie nie mondre :(

Jan Favre
Gość

Cholera, masz rację Michał i dzięki za uwagę. Że tez mi tego autokorekta nie podkreśliła ;)

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Skąd masz wiedzieć, że nie jesteś hipsterem?

Skip to entry content

O hipsterach mówi się dużo, a pisze jeszcze więcej. Wiele osób z nich kpi i nie mniej im zazdrości. Zazwyczaj pytanie o to, czy jesteś jednym z nich jest atakiem, bo jeszcze nikt publicznie się do tego nie przyznał. Zamieszanie potęguje fakt, że podobno prawdziwy hipster nigdy nie powie, że nim jest, bo paradoksalnie właśnie wtedy przestałby nim być. Gdy mnie ktoś próbuje wziąć pod włos z tym tekstem, zawsze odpowiadam, że bardzo bym chciał, ale póki co mnie jeszcze nie stać (iPhone 5s taki drogi). Aczkolwiek zawsze dla spokoju sumienia zastanowię się, czy aby na pewno.

Od piątku jestem w Berlinie – jednym z głównych ośrodków rozwoju street-artu i w ogóle sztuki jako takiej. Wszędzie jedno wielkie multi-kulti. Jadąc 3 przystanki metrem widzisz więcej hipsterów, niż siedząc w Forum Przestrzenie przez cały miesiąc. Idąc przez Kreuzberg, choćbyś miał na sobie ciuchy samych niszowych projektantów, czujesz że do tej pory nawet nie miałeś okazji się otrzeć o bycie offowym. Definitywnie będąc tu i widząc tubylców wiesz, że nie jesteś hipsterem. Ale skąd masz to wiedzieć będąc w Radomiu?

Chwilę to rozkminiałem i  przygotowałem test, który pomoże Ci to stwierdzić. Poniżej masz 17 pytań. Jeśli czytając każde z nich pokiwasz twierdząco głową, to mogę dać Ci na piśmie, że nie jesteś hipsterem. Jeśli jednak przy którymś trochę się zawahasz… to prawie na pewno też nim nie jesteś. Jeśli natomiast przy każdym pytaniu ostentacyjnie zmarszczysz brwi i krzykniesz „nie prawda, mam rurki!”, to jesteś chodzącą świątynią alternatywy. Brawo (chyba)!

Zaczynamy:

1. Nie masz brody dłuższej niż 3-dniowy zarost?

2. Nie masz Vansów?

3. Nie wstydzisz się przyznać, że słuchasz zespołów, których nazwę kojarzy ktoś więcej, niż Ty i Twój wyimaginowany przyjaciel?

4. Nie pijesz Fritz-Coli?

5. Nie chodzisz w czapce zimowej latem i w pomieszczaniach zamkniętych?

6. Nie nosisz ekotorby?

7. Nie jeździsz na longboardzie, a tym bardziej nie wiesz co to jest?

8. Nie nosisz węższych spodni od swojej dziewczyny?

9. Nie znasz nazw wegańskich potraw?

10. Nie masz iPhone’a?

11. Nie chodzisz w trampkach zimą?

12. Nie pijesz wina w klubie?

13. Nie nosisz okularów mimo, że nie masz wady wzroku?

14. Nie masz bardzo enigmatycznego tatuażu w bardzo widocznym miejscu?

15. Nie chodzisz na kawę do Starbucksa?

16. Nie palisz papierosów powyżej 20zł za paczkę?

17. Nie spędzasz godziny przed lustrem po to, by Twoje włosy wyglądały jak chwilę po wyjściu z łóżka?

I jak Ci poszło?

Marta jest singielką. Znaczy się nie ma narzeczonego, metalu na serdecznym palcu, ani wspólnego kredytu na M2. Żyje aktywnie. Fitness, spining, basen. Lubi towarzystwo. Kurs samby, wolontariat w hospicjum, clubbing w weekendy. Jest wzorową obywatelką. Płaci podatki, nie kiepuje na chodnik i zakrywa usta przy ziewaniu. Jest atrakcyjna. Dekolt C, rozmiar XS, tyłek nastolatki. Ma branie u facetów. U lasek też.

 

Sytuacja A: Marta na dyskotece

Marta w zeszłym piątek poszła ze znajomymi na dicho. Lokal na poziomie. Żeby wejść trzeba było zapłacić 2 dychy i mieć czyste buty. W środku kelnerki na szpilkach, drinki na wódce sklepowej i czyste kible. Lokal na poziomie, jak mówiłem.

Oddała płaszczyk do szatni, zamówiła Martini ze Spritem i gdy usłyszała „Single ladies” pobiegła z koleżanką poruszać tym co wyćwiczyła na siłowni i kursie tańca. Zanim Beyonce zdążyła dojść do drugiego refrenu, dobrze zbudowany Hiszpan z koszulą rozpiętą na trzeci guzik wplótł swoje palce w jej dłonie. Wirowali na parkiecie jak jesienne liście na wietrze. I nie mogli przestać. Jego południowy temperament, ciemna karnacja i ruchy Rafała Maseraka magnetyzowały ją.

Gdy przyciągał ją do siebie tuląc w ramionach, jej ciało pulsowało z gorąca. Jeszcze jedno potarcie i czuła, że spłonie. Zanim zdążyła wyjąć zapałki i przeciągnąć jedną z nich po drasce, on pierwszy podłożył ogień. Musnął ją ustami w szyję, później odgarnął włosy drażniąc językiem jej ucho, aż w końcu spopielił jej filigranową sylwetkę, ssąc jej wargę jak świeżą pomarańczę.

Całowali się jakby jutra miało nie być, w pół mroku rozświetlanym blaskiem ich oczu. Tłum nazwał ją imprezową szmatą liżącą się z kim popadnie.

 

Sytuacja B: Marta w eksperymencie społecznym „First kiss”

Marta w zeszłym miesiącu wzięła udział w artystycznym performensie. Autorka akcji chciała uwiecznić moment pierwszego pocałunku osób, które zupełnie się nie znają. Nie wiedzą jak mają na imię, jakiej pasty do zębów używają, czy myją penisa przed stosunkiem, ani nawet czy są w OFE. Totalnie obcy ludzie.

Eksperyment składał się z 20 uczestników – 8 par hetero i 2 homo. Dla każdego coś lepkiego.

Marta przed włączeniem kamery czuła się nieco nieswojo. Po włączeniu jeszcze bardziej. Nigdy nie robiła tego na pokaz, tym bardziej z losowo przydzielonym partnerem, a już na pewno nie dlatego, że ktoś ją o to poprosił. Przytłaczające światło jarzeniówek, zniewieściały dźwiękowiec i nadpobudliwy pan kamerzysta nie pomagali.

W końcu się przemogła i pozwoliła by jakiś zarośnięty typ włożył jej jęzor do buzi. Wierzgał nim jak świnia w ubojni. Przez chwilę nawet się bała, czy nie straci jedynek. W końcu udało jej się dostosować do jego konwulsyjnych ruchów i złapali wspólne tempo. Polizali się kilka minut, ciągnąc za włosy bardziej by przystopować akcję niż z pożądania, i gdy pani reżyser wymamrotała „mamy to”, Marta w końcu mogła odetchnąć z ulgą.

Przez większość czasu czuła się jak rozgrzebywany bigos w poszukiwaniu kiełbasy, ale nie okazywała tego, bo chciała dobrze wypaść na filmie. Tłum nazwał ją romantyczną duszą, zazdroszcząc odwagi i spontaniczności.

 

Wnioski: Jeśli całujesz się z obcą osobą bo chcesz – jesteś szmatą. Jeśli całujesz się z obcą osobą bo ktoś Cię namówił – jesteś romantyczką.

3 mężczyzn, 4 kobiety, 24 godziny w Krakowie

Zapis doby wyrwanej bez znieczulenia z życia byłej stolicy. Kluby, puby, domówki i ludzie szukający rozwiązania swoich problemów.

Czy seks okaże się ich upragnionym lekarstwem? Uniwersalną tabletką na ból głowy i duszy?

Noc w środku juwenaliów pełna jest wykrzyczanych pytań. Dzień przynosi odpowiedzi, których nikt nie chce słyszeć, nawet gdy są wypowiedziane szeptem. Czy uwierzysz bohaterom, przekonującym siebie nawzajem, że „to tylko seks”?

Zobacz książkę!