Close
Close

Moment, gdy uświadamiasz sobie, że jesteś w dupie

Skip to entry content

Znamy się z czasów kromek z Nutellą, walkmanów z Just 5, Jamesów Bondów na VHS i składaniu się na oranżadę po wuefie. Rzucaliśmy razem nocą śnieżkami po oknach sąsiadów, jeździliśmy na gapę do Katowic i marzyliśmy o tym, żeby mieć nagrywarkę płyt CD. Znamy się tak dobrze jak tych dwóch typów z „Zabójczej broni”, jak Man z Materną, jak  Mario z Luigim.

Mieliśmy się zobaczyć już w zeszłym miesiącu, ale nie mogliśmy się zgrać, bo od dawna mamy na głowach trochę więcej, niż czapki z daszkiem. Od października dzieli nas 650 kilometrów, a dorosłość już nie puka, tylko wyważa frontowe drzwi, pożerając czas jak wygłodniała hiena. Ale dziś nie o tym.

Termin umówiony, bilety kupione, skarpetki spakowane. Jadę.

Jaram się, że się zobaczymy, jaram się, że zobaczę kolejną europejską stolicę, jaram się, że będę mógł Wam pokazać zdjęcia z nowej wyprawy. Jaram się, jaram się, jaram! Jestem w stanie nawet przeżyć 8 godzin kiszenia się w autobusie i fakt, że zawsze gdy idę sikać zarzuca jak na torze bobslejowym. Nawet to, że od Włochów przede mną śmierdzi jak z wędzarni, za mną siedzi dj bez słuchawek, zdrętwiały mi nogi i cały się kleję, bo słońce zdecydowało się przygrzać właśnie dziś.

Nic to, jadę do przyjaciela, nie będę narzekał.

Nie da rady czekać na mnie na dworcu z wywieszką „Mr. President”, aż wytoczę się z torbą na czerwony dywan o 16:40, bo pół godziny wcześniej jest umówiony na oglądanie mieszkania. A z wynajmem za zachodnią granicą jest więcej problemów i formalności, niż z kupnem u nas, więc spoko. Rozumiem sytuację. Zresztą, nie mam już przecież 5-ciu lat. Wiem jaki mam kupić bilet, gdzie wsiąść w S-bahn, w którą stronę jechać i na jakiej stacji wysiąść, żebyśmy się spotkali w połowie drogi i przesiedli na metro do niego. Proste jak przekątna w kwadracie.

Wsiadam w S9 o 17:00, jadę w kierunku Pankow i wysiadam na Frankfuter Allee o 17:30, gdzie czeka Patryk. Proste.

W teorii. W praktyce jest trochę inaczej.

Bus z Polski się spóźnia. 50 minut. Bo tak. Kolejka do automatu z biletami na S-Bahn jest długa na 20 minut stania. Bo nie ma kas z „żywą” obsługą, a połowa kupujących nie wie co kliknąć, żeby maszyna wypluła bilet. Ja też nie wiem. Docieram na stację i czekam na S9. I orientuję się, że mam już prawie półtorej godziny opóźnienia. PÓŁ-TO-REJ! Cholera. To znaczy, że Patryk od 30 minut więdnie na Frankfuter Allee i na mnie czeka. Czemu wcześniej się nie zorientowałem, że już minęło tyle czasu? Nieważne, zadzwonię, że już wsiadam i za chwilę będę.

Jak to dobrze, że mam telefon. Jak do dobrze.

Wyciągam cud współczesnej techniki z kieszeni i zanim zdążę spojrzeć na wyświetlacz, przez głowę przelatują mi wszystkie gówniane sytuacje, które mogłyby się zdarzyć gdybym go nie miał.  Z widocznym uśmiechem politowania myślę o niegdysiejszych formach komunikacji – wysyłaniu telegramów, depesz, listów i dzwonieniu z budek na stacjonarne. Jakie to było niewygodne i stresogenne przy umawianiu się. Jak to dobrze, że mam komórkę i wszystko mogę ustalić  w mniej niż minutę. Jak to dobrze.

„Nie zarejestrowano sieci”.

Że co?!?! Co to do cholery znaczy „nie zarejestrowano sieci”? Jak to  „nie zarejestrowano sieci”? To niech się zarejestruje ta sieć i nie robi maniany! Spokojnie, spokojnie, tylko spokojnie. Wyłączę, włączę i wszystko będzie działać. To na pewno coś z baterią. 1, 2, 3, czarny ekran, biały ekran, logo producenta, pin, znowu logo producenta i… i nic. „Nie zarejestrowano sieci”.

Pieprzony roaming! Skąd miałem wiedzieć, że w Plusie trzeba go ręcznie aktywować, skąd? W Playu sam się włączał. Cholera. Jestem w Berlinie. Bardzo daleko od domu. Niemiecki znam na „wie heißt du”, a właśnie zaczyna się ściemniać. Nie znam adresu Patryka, bo mieliśmy się spotkać w połowie drogi. Zresztą, wątpię, żeby ktoś z tubylców mi pomógł, bo szukać jakiejś tam ulicy w mieście o powierzchni 900 km2, to jak przebierać ziarnka piasku w poszukiwaniu pyłku. Gdybym spytał kogoś na Placu Nowym jak dojść na Pszczelną, to też by mi nie powiedział.

Patryk pewnie próbuje się do mnie dodzwonić. Próbuje, nie może i zachodzi w głowę co się stało, że mnie nie ma i w dodatku mam wyłączony telefon. Padła mi bateria? Okradli mnie? Był wypadek na autostradzie? Staram się możliwie prawdopodobnie przewidzieć jego tok rozumowania. Wejść w jego buty i wydedukować, co mógł zrobić w takiej sytuacji. A przede wszystkim, czy dalej czeka na mnie na tym Frankfuter Allee, czy trafiłem na jeden z 3000 alternatywnych scenariuszy i jest wszędzie tylko nie tam.

W głowie rozbrzmiewa mi jedna myśl – obezwładniające „kurwa mać”.

W przypływie instynktu samozachowawczego wpadam na pomysł, żeby wybłagać od jakiegoś Niemca użyczenie telefonu na 30 sekund. Ludzie, którym opowiadam po angielsku swoją historię patrzą na mnie jak na złodzieja i po magicznym „can I call from your phone, please?” zaczynają biec w kierunku, z którego przyszli. Po 6 próbach moja strona peronu jest pusta i przy okazji robi się ciemno. Ciemniej, niż w piosence Feela.

Nie mam jak zadzwonić, nie wiem jak dotrzeć do mieszkania, nie mam gdzie skorzystać z internetu, nie wiem czy wsiadać do pociągu, a czas wybitnie działa – dyplomatycznie mówiąc – na moją niekorzyść. Miałem przegadywać wieczory przy piwku na murku z przyjacielem. Miałem zwiedzać, poznawać, doświadczać i zachwycać się nowym. Miałem zrobić Wam hiper-mega-turbo-kozacką relację z podróży. Nie zrobię. Nic nie zrobię. Bo stoję w półmroku na pustym peronie bez łączności ze światem.

Tak, to właśnie w tym momencie dochodzi do mnie, że jestem w głębokiej, chłodnej, odciętej od światła dupie.

Znam to miejsce. Nie jest przyjemne, ale byłem w nim już wielokrotnie. I w Paryżu, gdy spóźniłem się na samolot do Polski, i w Barcelonie, gdy o 22:00 błąkałem się po ulicach nie mogąc znaleźć noclegu, i wielokrotnie w Polsce. Choćby wtedy, gdy musiałem spakować cały dorobek swojego życia w ciągu 20 minut i się wyprowadzić. Za każdym razem kończyło się tak samo. Po fali paniki, obłędu i ślizgania po krawędzi paranoi, znajdowałem rozwiązanie. Przychodziło samo, ot tak, po prostu.

Tak było i tym razem, mogłem:

a) iść przed siebie, aż nie trafię na kiosk/sklep/stację benzynową i kupić w niej kartę pre-paid

b) chodzić po mieście i ulepszać technikę żebrania o 30 sekund rozmowy, aż do skutku

c) poprosić kogoś o użyczenie telefonu w sytuacji, w której nie będzie mógł uciec

d) znaleźć patrol policji i liczyć, że oni dadzą zadzwonić, a jeśli nie to chociaż wskażą drogę do najbliższego hostelu

Bo cytując złotą myśl proktologów – „niezależnie w jakiej dupie się znajdziesz, zawsze jest z niej jakieś wyjście”.

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Firefly

    Ale bym była mega zdenerwowana na siebie. Takie głupie niedopatrzenia się zdarzają. Raz z kumplem jechaliśmy przez niemcy stopem. W pierwszym samochodzie, do którego wsiedliśmy, zostawił mapę. Ale jakoś dotarliśmy tam, gdzie mieliśmy dotrzeć ;)

    Ania // kliknij tutaj

  • Adam Dzieszuta

    Polecam Ci Książkę: Przeszkoda czy wyzwanie? Stoicka sztuka przekuwania problemów w sukcesy autorstwa Ryana Holiday’a. Dobrze nastawia do działania, i uświadamia że dupa w której się obecnie znajdujemy wcale nie jest aż tak głęboka :)

  • Karolina

    dobre podsumowanie :)

  • aparatka

    Przypomniałeś mi tą opowieścią to, jak rok temu z moim Kamilem wylądowaliśmy w Barcelonie przed 21, dojechaliśmy do centrum przed 22 i udaliśmy się do naszego hotelu (hotel na zdjęciach z basenem na dachu, 4 gwiazdki i w samym centrum generalnie czad:D).. Zaszliśmy na miejsce i co? Nie ma naszej rezerwacji. Pokazujemy voucher hotelowy – ahh.. nie ten adres, ale Pani uspokoiła, że nie daleko stąd – uff – centrum, a podobne nazwy hoteli – ok, zdarza się – idziemy, mamy mapkę, jak dotrzeć. Na miejscu stoi koleś, z którym wcześniej rozmawiałam przez telefon… Otwiera nam klatkę (!?!?!??!?! o co kaman!!) wchodzimy w mega obskurną kamienicą, z zajebiście syfiastą klatką… Pierwsze piętro i nasz apartament… Drzwi można byłoby wywalić na kopa – myślę że z łątwością bym to zrobiła.. Ok, mimo że nie za to zapłaciliśmy wchodzę.. Po chwili jednak zatrzymuję się i mówię chłopu, że to nie to, że basen itd. On w szoku, my w niemniejszym.. Finalnie wychodzimy i mówimy, że raczej nie wrócimy ale damy MU znać (dodam że oferta booking.com bezzwrotna). Po 22:00 z walizami, łazimy, szukamy (nie to że w weekend miał się odbyć mecz Barcelony i już miałam wizję jak nocujemy na La Rambli).. Finalnie wylądowaliśmy w hotelach, w jednym na 3 doby, w drugim na 4. Nie obyło się bez straty pieniężnej, ale BARCELONA PIĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘEKNA <3 :P

  • potrzebuje takiej wycieczki. potrzebuję. zagubienia.

  • Ola Królak

    Jestem biernym czytaczem wielu blogów, najgorszym z możliwych czytaczów. Wchodzę, czytam i nie zostawiam po sobie śladów. Do Ciebie przyszłam z przypadku i czytam już 10. posta: damn it, czyta się dobrze. A co mi tam, dam znać, że byłam. Podoba mi się. Byłam, zlajkowałam, wrócę!

    • Dzięki, dzięki, dzięki. Bardzo mi miło.

  • zawsze warto mieć plan B.

  • Pingback: Jak skutecznie wyprosić telefon od Niemca?()

  • Ostatnie zdanie rozłożyło mnie na łopatki, dawno nie słyszałam bardziej prawdziwego i trafionego podsumowania :) A czarną dupę znam aż nadto, zawsze jakoś się uda z niej wydostać:P

  • Joanna

    Wsiadasz, jedziesz we wskazanym kierunku, masz wysiąść na Frankfurter Allee, w wagonie próbujesz nadal pożyczyć telefon, zagajasz, ktoś odpowiada po rosyjsku, myślisz: ok, słowiańska brać, na pewno pomoże, ale gość jedynie pa ruskij, nic, jakoś próbujecie. Nagle gość wysiada, jego stacja, więc przypominasz sobie o swojej- a tu już Pankow!
    Do tej pory byłeś jedynie w złej sytuacji, teraz jesteś na stacji Berlin Pankow! Czarna dupa przy tym to gilganie.

  • Justyna Ewa Zajdel

    Ty to umiesz budować napięcie ;) Wczoraj wróciłam z Berlina i miałam identyczny problem z roamingiem w Plusie. Uratował mnie laptop i sms z sieci wysłany do Polski z prośbą o telefon do BOKu ;)

  • Misia

    Czego dowiedziałam się podczas wszelkich wyjazdów to to, że jak mam problem zawsze zaczepiam policję – z większością da się lepiej lub gorzej pogadać po angielsku, wskażą drogę, zadzwonią gdzie trzeba, nawet podwiozą czasami. Jednym słowem, zawsze ufam mundurowym!
    W duecie z moim chłopakiem jesteśmy niezwyciężeni, on zapewnia nam, dokumentom i kasie bezpieczeństwo, ja przychylność tubylców i przydatne informacje :)

    • Hmm, w Atenach nie polecam liczyć na policję ;)

      • Misia

        No dobra dobra chodzi mi o miejsca gdzie policja ma dobrą opinię, z tego patentu raczej nie skorzystałabym w Indiach! Ale no w Czechach pan policjant odprowadził nas spacerkiem do celu naszej podróży, w Hiszpanii policjant wykonał za nas ważny telefon (świetnie mówił po angielsku), w Paryżu o 23:00 w jakiś dziwnych zaułkach pan policjant podrzucił nas do wynajmowanego mieszkania. A we Włoszech nawet jeden mundurowy człowiek pomagał mi przejść przez najbardziej zatłoczone skrzyżowanie bez świateł ever. Do dzisiaj bym tam stała gdyby nie on <3

        • Dobre zestawienie pomocnych policjantów:)
          W Atenach może też by pomogli, tyle że ni w ząb po angielsku.

          Ale się przygodowo zrobiło w tych komentarzach!

  • Mjichał Zet

    To chyba moja ulubiona ‚kategoria’ Twoich tekstów. Początek uświadomił mi,że łapiesz coraz lepszego skilla i to bardzo cieszy.
    Nigdy nie wpadłbym na to, że znajomośc dwóch ziomków można porównać „znamy się jak mario z luigim” to jest tak silnie nasączone naszą tożsamością kulturową,proste i świetne.
    Poza tym spodobało mi się też : „od dawna mamy na głowach trochę więcej,niż czapki z daszkiem” mega.

    • Dzięki, naprawdę miło mi, że to doceniasz.

  • Ann

    i co było dalej????

  • Pierwsze zdanie uświadomiło mi, że zaniedbałem identyczną przyjaźń. Wykazałem się przy tym większym „talentem”, bo mój niegdysiejszy dobry przyjaciel mieszka w moim mieście rodzinnym, w którym bywam przecież średnio raz w miesiącu.

  • Być w dupie to jedno. Ale być w głębokiej, ciemnej i chłodnej – rany, bro, podziwiam!

  • Myślę, że zostałeś ocalony przez rzeczonego kumpla, który przybył z odsieczą w towarzystwie Polizisten. :) Potem radośnie wciągnęliście po Bratwurście, zapiliście Weißbierem i żyliście długo i szczęśliwie. :)

  • czysta

    miałam podobną sytuację, kiedy wylądowałam na Islandii. cholerny Plus. nie wpadłam na to, aby aktywować roaming już w Polsce. co lepsze, później online też nie mogłam, bo potrzebowałam tokenu do zalogowania, który przychodził smsem. a nie mogłam tego smsa dostać, bo nie miałam roamingu. kółko się zamyka. w każdym razie, po wylądowaniu nie mogłam też pozwolić sobie na kupno pre-paida – wszystkie sklepy zamknięte (było ok. 22:30)… a i ludzie z hostelu, do którego miałam się udać na noc, dziwnym trafem nie zjawili się tam, gdzie myślałam, że będą. pierwszy raz w życiu leciałam samolotem i o mały włos nie dostałam zawału, że mnie nikt nie odbierze – jak dla mnie było to nieco hardkorowe przeżycie, dokładnie jak napisałeś: na krawędzi paranoi. po raz pierwszy na lotnisku w kraju, gdzie mówią jak Simsy, a noc trwa od 16:00 do 10:00, w kieszeni mając jedynie euro i złotówki na debetówce, kilkadziesiąt kilometrów od lotniska krajowego, z którego 11 godzin później miałam następny samolot…

    • „później online też nie mogłam, bo potrzebowałam tokenu do zalogowania, który przychodził smsem. a nie mogłam tego smsa dostać, bo nie miałam roamingu. kółko się zamyka” – to jest straaasznie nieprzemyślany system, bo jeśli, tak jak mówisz, nie aktywujesz w kraju to potem już nie masz możliwości tego zrobić. To jest dopiero głupota!

      I mocna historia. Jak się skończyła?

      • czysta

        na szczęście odnalazłam się z ludźmi z hostelu, a jakieś dwa dni później z pomocą mamy (która jest w Polsce) aktywowałam roaming przez telefon (oficjalnie nie da się przez osobę trzecią – co jest jeszcze większą głupotą – ale przecież nikt nie sprawdzi, czy rozmawia z właścicielem;) w każdym razie przewertowałam całą stronę Plusa, żeby się dowiedzieć, jak mam to zrobić, bo nie usmiechało mi się wysyłanie karty pocztą z powrotem do kraju)

        • O, to na ten pomysł akurat nie wpadłem, że ktoś z Polski może „za mnie” aktywować roaming. Dobrze wiedzieć!

          • czysta

            to przy okazji powiem, że oprócz danych osobowych warto też znać wysokość ostatniego rachunku, bo pytanie o to też zadają.

  • Zawsze to przygoda. Może niezbyt miła, ale jednak. Ciekawe, co było dalej. Pewnie ciąg dalszy nastąpi:)

  • Katarzyna

    Ciemna i głęboka…tak, ale co jak co – dupa na pewno nie jest chłodna. Tak słyszałam.

    Btw myślałam, że tylko mi przytrafiają się takie sytuacje, że jak o nich opowiadam to nikt w mojego pecha nie wierzy. Miło słyszeć, że nie jestem sama :D

  • Aleksandra Muszyńska

    Przypomniało mi to,jak miałam naście lat i leciałam do Kanady – samiuteńka – z przesiadką na Heathrow.Lotnisko wielkości średniego miasteczka,ja pierwszy raz w samolocie i na lotnisku w ogóle,i z takim zmysłem orientacji,że Bogu dzięki za dom z takim a nie większym metrażem,bo bym się gubiła w drodze do wucetu.Na dodatek byłam sponiewierana upokorzeniem w samolocie z Berlina do Londynu,bo rozpłakałam się przy stewardessie,wyznając jej,że umieram ze strachu i boję się, że spadniemy do morza pod nami (to było przed Smoleńskiem,stąd brak oczywistego porównania). Dziwne,że przez pomyłkę nie wsiadłam do luku bagażowego.
    Chyba też bym szukała policjantów…po opanowaniu stanu przedzawałowego.I chronicznie zdarza mi się czegoś nie dopatrzeć/nie sprawdzić/nie upewnić się,roaming nie jest wyjątkiem ;).

  • Wiesz bez urazy.. bo to dośc okrutne będzie ale w jakiś paranoiczny sposób mnie pociesza ta historia.
    Kiedyś dawno temu, kiedy świat znałam z gazet bo internet był tylko gdy świeciło słońce (takie uroki radiowego łącza) wybrac mi się przyszło daleko bardzo bo aż do Azji. Jechać jechałam sama w sumie, z wielką walizką głową pełną strachu, lęki i obaw. W czasach tamtejsych również byłam posiadczką telefonu plus. Dość do specyficzna sytuacja była no numer był w pakiecie pół na pół, wzięty w jednej siedemnastej na moją (chwała bogu) nie doszło teściową.
    Podróz wyglądała tak, że jechałam do Poznania. Z owego do Wawy, ze stolicy do Monachium i stamtąd do Bangkoku. W teorii było pięknie, około godziny czekania przy każdej przesiadce. W praktyce zamiast się wyspać, zdrzemnęłam się dwie godziny; samolot który miał z Waw zawieżć mnie do Monachium spóżnił się półtorej godziny i wysiadłam na lotnisku w Niemczech (pierwszy raz na lotnisku między narodowym ever) w momencie gdy brama do samolotu do BKK się zamykała. Nie wiedząc, że nalezy pędzić na góre (bo wyloty są na górze,a przyloty na dole) pobłądziłam ile się dało i skończyło się na informacji, że przebokowują mi bilet (chwała panu były to regularnie linie, pozdro Lufthansa) i jutro polecę do Zurichu a stamta∂ dodpiero do BKK. Oczywiście linie gwarantuja hotel, etc. No ok.
    Rzecz w tym, że na mnie tam w tej Azji miał ktoś czekać. I wszytsko byłoby spoko gdyby nie fakt. Że mój roaming jak się okazuje, nie działał. Moja ładowarka była w bagażu podstawowym (brawo Erill), oraz nie miałam ze sobą uwaga, ani grosza. Ani w gotówce ani na karcie (owacje na stojąco). Chwała bogu miałam jakąs kartę, która kiedys dostałałm, że z Europy ma 20 impulsów do Polski. Więc udało mi się zadzwonić do mamy, żeby popuprzedzała kogo się da jak wygląda sprawa i że się spóxnie. O tym, że w tym BKK nikt na mnie nie czekał na tym lotnisku i spędziłam tam 6 godzin zanim na mózgu który nie spał dwie doby wypracowałam myśl, że można zadzwonić do konsulatu polskiego i oni coś pomogą to się już nie będę rozwodzić.
    Generalnie chciałam tylko tak rzucić pocieszeniem iż można mięc więcej szcześcia :D

    • Aaa i ja stawiam na odpowiedź z policmajstrami. Ale to z uwagi na wyżej wspomnią historię z konsulatem ;)

    • Łouł, Erill, co za historia! Powinnaś to opisać ze szczegółami u siebie, bo naprawdę temat na dobry post.

      • Tekst o tym czego nie robić kiedy pierwszy raz jedziesz na drugą stronę kulki? ;)

        • Albo „jak osiwieć w mniej niż tydzień” ;)

    • Martyna Kubicka

      rzuć postem o tym, proooooszę

  • Saga Sachnik

    Kurczesz, sama byłam w sytuacji, kiedy ktoś mnie prosił o telefon i nigdy nie pożyczałam (wtedy nie biegałam). Ale w sumie wystarczy zmienić taktykę proszenia – podać numer, niech właściciel komórki zadzwoni sam. Albo bezpieczniejsza wersja dla dwóch stron: ten sam manewr w informacji turystycznej. O ile coś takiego było akurat na dworcu.

    I tak gratuluję stalowych nerwów i nie-rzucenia się pod najbliższą ławkę w falach łkania.

    • „Ale w sumie wystarczy zmienić taktykę proszenia – podać numer, niech właściciel komórki zadzwoni sam.” i jeszcze wytłumaczyć łamanym angielskim Niemcowi, żeby równie łamanym angielskim powiedział Polakowi, że jego kolega miał opóźnienie, ale już jedzie. Głuchy telefon wersja 2.0.

      • Saga Sachnik

        Trochę więcej wiary w Niemców, ich angielski nie może być taki zły ;) To nie Francja!

  • doskonale to ująłeś „fala paniki, obłędu i ślizgania się po krawędzi paranoi” – miałam to jak spóźniłam się na samolot w Barcelonie i zostałam tam w nocy, sama, bez kasy, z rozładowanym telefonem… na szczęście z perspektywy czasu te momenty to nasze najlepsze historie :-)

    • Pozdrawiam jako nocująca na ławce pod gołym niebem w Barcelonie :) Chociaż nocująca to za dużo powiedziane, oka nie zmrużyłam.

      • ja się błąkałam po lotnisku przez pół nocy, a nad ranem złapałam samolot do… Wilna… (różnica temperatur to 20 stopni, a kartę kredytową spłacałam przez pół roku, ale czasy…)

      • Mjichał Zet

        widzę, że ławki w barcelonie dziwnym trafem ciesza się wśród młodych polaków ogromną popularnością..I to bez (nad)użycia alkoholu.Załóżmy fanpage, moja była taka zielona koło la rambla.

        • A wiesz że jak tak teraz patrzę to moja też mogła być koło Rambli, gdzieś tak bliżej morza, choć dokładnie nie pamiętam tej pierwszej nocy, byłam zbyt oszołomiona. Dodatkowo niepokoił mnie fakt, że słońce nie wschodzi o tej porze co powinno (wg mnie) i pewnie mam złą godzinę na zegarku!

  • I co zrobiłeś tym razem?

  • mnie najbardziej fascynuje, jak Ty to dzisiaj napisałeś, skoro ja mam wrażenie, że jestem na krawędzi życia i śmierci…

    • Nie mów nikomu, ale napisałem to we czwartek, a dzisiaj tylko opublikowałem.

      • uff. trochę mi ulżyło. towarzystwo superludzi jest deprymujące.

  • Rozbudzasz i porzucasz w niepewności, wiesz jak zdobyć zainteresowanie kobiety!

    • Kleju

      Lubię twoje komentarze na tym blogu ;)

  • Paulina Patrylak

    No dobra, ale co było dalej?! :D :D

    • Strzelaj, strzelaj ;)

      • Paulina Patrylak

        Ja się boję, bo jak strzelam, to zawsze obrywa nie ten co trzeba :D
        obstawiam A lub D?

        • Czemu akurat te 2? ;)

          • Aleksandra

            Ja obstawiam c! Łapiesz za gardło i grzecznie prosisz, nikt nie odmówi :)

          • Paulina Patrylak

            Tak myślę co ja bym zrobiła, a starając się działać zdroworozsądkowo, albo próbowałabym kupić prepaida albo właśnie poszukała służb mundurowych, no przecież co jak co, ale oni powinni pomagać w takich sytuacjach :)
            Poza tym, ostatnio ktoś mnie prosił o użyczenie telefonu i popatrzyłam na niego tak, jak pewnie patrzyli na Ciebie :P

  • gabrielafrancuz

    Haha, przypomniało mi się, jak kiedyś w Londynie wracałam wieczorem z rozmowy kwalifikacyjnej – nie przygotowałam się na to, że akurat wyłączą jedną linię metra, którym zwykle dojeżdżałam w 15 min. do mieszkania. Na całej długości Oxford street (od A do Z) poszukiwałam jednego przystanku autobusowego, który okazał się być schowany na chyba 100 przecznicy z kolei, też miałam stracha jak cholera ;-) Jechałam do domu 2,5 godziny.

    • Co do komunikacji miejskiej, wyłączania linii i takich tam, to miałem podobną historię, gdy 6 lat temu mieszkałem na Kazimierzu. Miałem jechać na rozmowę kwalifikacyjną w Cichym Kąciku i dzień wcześniej sprawdziłem na przystanku pod kamienicą czym tam dojadę i o której. Następnego dnia wychodzę na tramwaj i okazuje się, że przystanku nie ma bo go zlikwidowali. Taki psikus.

  • Kamila

    Jako kobieta o słabych nerwach i sporym rozchwianiu emocjonalnym już pięć tysięcy razy bym się popłakała…
    Podziwiam więc po stokroć bo ‚ znając ‚ Ciebie z pewnością dałeś radę.

  • Aleksandra

    Kumpel gej na pewno ma rację! Choć w takiej sytuacji czasem ciężko znaleźć wyjście, szczególnie gdy ogarnia panika (ja zapewne popłakałabym się, a potem umarła). Mam nadzieję, że się nie zgubisz Jasiu, chcę najpierw trochę zdjęć z wycieczki ;)

  • Ciesielka

    no ale co bylo dalej ?

    • Strzelaj!

      • Ciesielka

        ja bym wybrala a :P

        • To umówmy się, że powiem we wtorek jak skończyła się ta historia, żeby tak szybko nie gasić zabawy ;)

          • Ciesielka

            tak dlugo ? napiecie jak w dobrym serialu :P

      • Martyna Kubicka

        rycerz w lśniącej zbroi Cię uratował. przybył na koniu. białym. z różami

        • No i zespsułaś zagadkę, teraz wszyscy wiedza ;/

Jestem dorosły, a miałem być nieśmiertelny

Skip to entry content

Sylwester 2005: nie jestem dorosły

Jest północ, stoimy na ulicy, śnieg pada nam na twarze, ale nie czujemy jego chłodu. Jesteśmy pijani, młodzi i, od całej minuty, rocznikowo już pełnoletni. Drzemy się w niebo, drzemy się do siebie, drzemy się do wszystkiego. Jest zajebiście. Pijemy szampana i oblewamy nim ziemię, jakbyśmy oblewali cały świat. Bo cały świat jest nasz.

W naszych głowach rzeczywistość nie ma granic. Nie ma rzeczy, których nie możemy zrobić, nie ma miejsc, do których nie moglibyśmy pójść, nie ma pomysłów, których nie moglibyśmy zrealizować. Przyszłość to pusty zeszyt w linie, a my mamy od chuja długopisów.

– Jak będę miał syna,wiecie, kiedyś – zaczyna mówić M. z grubą warstwą mgły na oczach – to jak go lekarz już wyciągnie i klepnie w tyłek, to nabiję szkło z czyściocha i chuchnę mu w twarz.

– Żeby się zbakał? –upewniam się, czy przypadkiem nie połączyłem trzech różnych myśli, swojej, M. i kogoś z 50 osób, które nas otaczają, w jedną.

– Nooo! I to będzie pierwsze dziecko na świecie, które po porodzie będzie się śmiać, a nie płakać! – potwierdza M.

– Łooo, grubo! – klepie go po plecach R., wyciąga mu z ręki zieloną butelkę, bierze łyka i zaczyna tańczyć zataczając łuki rękami, z balkonu nad nami ktoś puścił „Stopione słońce” Natural Mystic – Jak kiedyś umrę, to to poleci na moim pogrzebie! –przekrzykuje petardy, race i strzelające korki.

Kiedyś. Kiedyś mój przyjaciel ma odurzać swoje nowonarodzone dziecko marihuaną, kiedyś mój przyjaciel ma zostać zakopany pod ziemią przy akompaniamencie polskiego reggae. „Kiedyś” ma nigdy nie nadejść, bo cały czas jest „teraz”, bo „kiedyś” jest osadzone w dorosłości. A my nie jesteśmy dorośli. I nie zamierzamy być.

Wakacje 2006: nie jestem nieśmiertelny

 

Pracuję w największej fabryce w mieście, a może nawet i w całym regionie, i maluję lakierem deski, żeby zarobić na wyjazd do Zakopanego. Z kumplami. Na tygodniową najebkę. Żar leje się z nieba, pot ze mnie. Odór z miksu ludzkich wydzielin i parującego kleju na hali produkcyjnej kłuje w nozdrza jeszcze mocniej niż na co dzień. Cieszę się, że  mogę pracować na zewnątrz.

W myślach liczę minuty, które zostały do końca dniówki i pieniądze, które, po odliczeniu biletów na pociąg, zostaną na imprezowanie. Wybija 16:00, podmywam pachy, chowam robocze ciuchy do plecaka i idę na autobus do domu.

Leżę na kanapie i gapię się w telewizor, czuję się jakoś dziwnie, słabo mi, próbuję wstać, zataczam się. Jakbym był pijany. Tylko, że nic nie piłem. Mama dotyka mojego czoła i każe mi zmierzyć temperaturę, termometr pokazuje jakieś 40 stopni. Jedziemy do szpitala.

W izbie przyjęć dowiaduję się, że dostałem udaru słonecznego, bo spędziłem 8 godzin na otwartym słońcu bez czapki, i że zatrułem się oparami z farby. Bo je wdychałem.

– To znaczy, że muszę zostać w szpitalu? – dopytuję, bo nie wierzę. Mam 18 lat, to nie jest wiek, w którym idziesz do szpitala, gdy coś Cię boli. W tym wieku jesteś z tytanu, niezniszczalny, jak złamiesz nogę, to pijesz browara, idziesz spać i na drugi dzień jest zrośnięta. W ostateczności łykasz APAP, ale nie idziesz, kurwa, do szpitala.

– Musi, to na Rusi, w Polsce jak kto chce – odpowiada gość w już dawno nie białym, przepoconym kitlu, nie odrywając wzroku, ani długopisu od kartki z moim imieniem i nazwiskiem – ale jak już jesteś, to szkoda, żeby za godzinę karetka specjalnie po ciebie jechała – dodaje podając popisany świstek.

Kolejne dwa tygodnie spędzam w pożółkłej sali bez zasłon z mężczyznami po wylewach i zawałach. Są starzy, bo dużo starsi ode mnie, ich ciała są rozlanymi galaretami, twarze napęczniałymi kiełbasami, penisy wysuszonymi ogórkami. Te ostatnie widzę, gdy są przewijani, bo ich stan nie pozwala im na sikanie w toalecie. Sranie zresztą też nie. W nocy nie mogę spać, słucham ich sapania, kaszlu, walki z demonami.

Ostatniej nocy, pół doby przed moim wypisem, ten na łóżku naprzeciwko mnie umiera. Jakieś trzy metry ode mnie. Ten sam lekarz, którego pytałem, czy muszę tu być, przychodzi stwierdzić zgon. Wywożą go. Przestaję być nieśmiertelny.

Początek lipca 2017: to już?

Mam na sobie garnitur. Czarną marynarkę, która dopina się na mnie na styk, a jeszcze jakiś czas temu była luźna, i czarne spodnie, które nie są od kompletu, bo do tych, które były od kompletu, to mogę się teraz tylko pomodlić o lepszą przemianę materii, ale na pewno nie zmieścić. Mam na sobie ten garnitur, koszulę i buty z Ryłko i cieszę się, że to tylko na chwilę, że to nie na co dzień.

– Obrączki – mówi kobieta z orłem zawieszonym na szyi. Wstaję, wyciągam kwadratowe pudełko z kieszeni i podaję.

Z P. znamy się od podstawówki, dokładnie od czwartej klasy. Od czasów kiedy procesory w komputerach taktowane były w megahercach, a telefony komórkowe służyły do dzwonienia, smsowania i gry w węża. Od bardzo dawna. Jeszcze wczoraj jadłem u jego babci podgrzewaną w mikrofali pizzę Riggę z szynką. Jeszcze kilka dni temu moja babcia pytała go, czy nie chce zalewajki. Jeszcze pamiętam jak po wuefie zrzucaliśmy się po 35 groszy na oranżadę w budce za szkołą, jak strącaliśmy śnieżkami sople z dachów.

– Jakie nazwisko będą nosić państwa dzieci? –urzędniczka pyta patrząc na P., a potem na [dziwnie mi z tym, to słowo jest strasznie obce w odniesieniu do ludzi, z którymi siedziałem w ławce i odrabiałem lekcje, nie pasuje do nich] jego żonę.

– Łączone – odpowiadają razem. Kobieta z trwałą kończy ceremonię. Ogłasza ich mężem i żoną.

To już?

Koniec lipca 2017: to już

Kończę ostatnie poprawki, chucham na tę powieść jakby była noworodkiem i mam tyle rzeczy do ogarnięcia przed wydaniem, że ze stresu nie mogę spać, ale i tak nie wyobrażam sobie, że mogłoby mnie tu dziś nie być. Dziś powinni być wszyscy. Jest sporo osób, nie wiem dokładnie ile, ale naprawdę sporo, ledwo mieszczą się przed kaplicą. Większości nie widziałem od matury. 10 lat. Wszyscy na czarno. Niektórych poznaję dopiero, gdy się przyjrzę, niektórzy są jak wycięci ze szkolnej fotografii, może z dwie zmarszczki im przybyły.

Patrzę się w sznurowadła tych samych butów z Rykło, w których trzy tygodnie temu wznosiłem toast za parę młodą, i zastanawiam jak to się stało. To nie tak miało być, nie powinniśmy się spotykać, nie w takich okolicznościach. Nie mamy jeszcze nawet 30 lat. Wciąż, na zewnątrz nie, ale w środku, głęboko, jesteśmy tymi dzieciakami, które tańczyły na ulicy z ruskim szampanem w dłoni. Dzieciakami traktującymi życie jak grę, którą można zasave’ować i zacząć od checkpointa, gdy coś pójdzie nie tak. To jest przecież za wcześnie. Za wcześnie o dekady, o całą jebaną wieczność, to w ogóle nie powinno mieć miejsca, przecież cały czas jest „teraz”, a nie „kiedyś”.

Gość prowadzący ceremonię mówi coś co ma uśmierzyć bólu, być szwami, taśmą klejącą, która owinie poszatkowane mięso i nie pozwoli mu się rozlecieć, pomoże się zrosnąć. Nie działa. Nie wiem jak u innych, bo ich nie widzę, deszcz na powiekach rozmywa mi otoczenie, kapie na dłonie, na czarne spodnie do garnituru nie od kompletu, na buty. Gadanie nie działa. Mieliśmy w tym zeszycie w linie narysować graffiti, projekt wrzutu na 10 pięter, mural jakiś, a R. odrysował w nim swoje kontury.

Zostaje nas już tylko kilku, stoimy w ciszy w jednej linii, patrzymy jak czterech spoconych chłopa bez koszulek podnosi płytę nagrobną i wstawia do środka urnę. G. wyciąga telefon i puszcza Natural Mistic. „Stopione słońce”.

Kurwa, to już.

---> SKOMENTUJ

Grzegorz znajduje profil „Kurwa Eye Center”

Skip to entry content

Kurwa Eye Center

Grzegorz to Twój sąsiad z piętra, pan od angielskiego albo szef działu. Widujesz go codziennie w autobusie, w warzywniaku i na Facebooku. Grzegorz w Twojej obecności udaje dżentelmena, faceta na poziomie, z którym chciałaby się spotykać każda perfekcyjna pani domu, ale gdy nikt nie patrzy kiepuje bezdomnym do piwa, wyrzuca śmieci przez okno w samochodzie i sika do basenu przy pływaniu.

Grzegorz ma partnerkę. Długoletnią. Zaraz po skończeniu studiów oświadczył się jej i najdalej po dwóch latach narzeczeństwa pojmie ją za żonę. Zgodnie z etykietą. W międzyczasie, korzysta z życia i często bywa na przyjęciach weselnych, gdzie maca po cyckach pijane druhny. Niby przypadkiem. W tańcu. Bo wodzirej kazał. Po pierwsze to lubi, a po drugie ma przyzwolenie. Bo taka sytuacja. Skrycie marzy o tym, żeby w drugim życiu być ginekologiem i mieć pretekst do wkładania palców w pochwę obcym kobietom.

Grzegorz kompletnie nie  zna się na muzyce. Myli Justina Timberlake’a z Justinem Bieberem, ale uwielbia koncerty. Kocha! Zawsze pcha się pod samą scenę, na młyn, żeby wbić się w pogo. Kopie wszystkich po kostkach, miażdży im palce i wjeżdża w żebro z łokcia nawet dziewczynom. Czasem nie trafi w żebro i wjedzie w jedynki. I to nawet nie to, że jest jakimś mizoginistą i lubi bić kobiety. Chodzi o to, że może. Bez konsekwencji.

Grzesiula jest gościem z klasą. Gdy osiąga apogeum wkurwienia nie rzuci nic więcej niż „kurde bele”. Raz mu się wymsknęło „shit”, gdy pomieszał przelewy i wykonał operację na pięciocyfrową kwotę na złym koncie. Oczywiście w pracy. No w sumie w domu też. I na imprezach też. Bo wszędzie chodzi ze swoją żabcią. Gdzie są żabci znajomi. A to nie wypada, żeby taki duży Grzesiunio, tak brzydko mówił przy innych ludziach. Więc nie przeklina. Bo nie może.

Ale, ale. Wczoraj Grzechu trafił na zajebisty profil na Facebook – „Kurwa Eye Center”. Czujecie? „Kurwa”! Nie da się wypowiedzieć jego nazwy bez przeklinania! Ale beka! Co prawda to kalifornijskie centrum optyczne i w kraju, w którym funkcjonuje nie ma żadnego związku z prostytucją, no ale nasze rodzime, polskie skojarzenie zostaje. Hehe. Grzesiek tak się ucieszył, że może sobie pokurwić nie narażając się na ostracyzm społeczny, że spędził pół dnia na tym fanpejdżu. Lokując „kurwę” we wszystkich możliwych zestawieniach.

Ubaw. Po uszy.

 

***

 

Jeśli wyjątkowo podnieca Cię hasło w grafice u góry, obawiam się, że jesteś Grzegorzem. Stłamszonym przez normy społeczne strażakiem-piromanem.

---> SKOMENTUJ

Berlin część II – dźwigi, rowery i Murzyni

Skip to entry content

Wiecie już, że w Berlinie jest w cholerę street-artu, można pić alkohol w miejscach publicznych, a kiełbasa z curry jest, o dziwo, smaczna. Teraz pokażę Wam to miasto od nieco innej strony. Będzie trochę ładny obrazków na widokówki, ale i nieco mroku i absurdu. Przede wszystkim, mimo, że czas płynie tu niezwykle leniwie, a wszyscy wydają się być na pełnym luzie, to ciągle tu coś się dzieje, bo to…

 

Miasto robót ulicznych

Przy każdej większej ulicy coś się buduje. Biurowce, osiedla, sklepy. A jeśli nie buduje, to na pewno remontuje. I jeśli nawet nie w tej chwili, to na 100% działo się to wczoraj lub będzie dziać się jutro. Trudno bujać się po głównych dzielnicach i nie trafić na koparkę, betoniarkę, rusztowanie, czy żurawia. Dokładając do tego typowy łódzko-katowicki miejski brud, w rejonach gdzie nie ma monumentalnych zabytkowych budowli, burzy to trochę mit nieskazitelnie czystego miasta.

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (8)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (10)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (11)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (1)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (2)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (15)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (9)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (13)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (6)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (3)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (5)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (14)

Berlin - ładne budynki i miasto w budowie (7)

 

Miasto rowerów

Nie byłem w Amsterdamie, ale wydawało mi się, że Kraków to miasto rowerów. Przynajmniej trochę. No i tak troszkę to jest, ale w porównaniu do tego co się dzieje w stolicy Niemiec, to tak troszkę jakby nie było. Tam jest bardzo, bardzo, bardzo dużo rowerów.

Komunikacja miejska – tramwaje, autobusy, metro, pociągi – działa świetnie, w pół godziny można dostać się z jednego końca miasta na drugi i to w godzinach szczytu. Mimo to, mieszkańcy poruszają się na jednośladach. I w ciągu dnia i nocą, z różną do nich miłością – albo chuchają na nie jak na noworodki, albo traktują jak narzędzia jednokrotnego użytku. I spoko. Mieszkając tam, czułbym się jak pirania w Amazonce.

Berlin - miasto rowerów (10)

Berlin - miasto rowerów (6)

Berlin - miasto rowerów (11)

Berlin - miasto rowerów (5)

Berlin - miasto rowerów (9)

Berlin - miasto rowerów (8)

Berlin - miasto rowerów (12)

Berlin - miasto rowerów (7)

 

Miasto Murzynów-rozbitków

W centrum miasta, przy jednym ze skrzyżowań,  grupa Murzynów postawiła sobie osiedle z dykty, koców i europalet. Wygląda to co najmniej groteskowo, a cała sytuacja jest mocno absurdalna. Czujecie, że  w XXI wieku, w zachodnioeuropejskim kraju, ktoś mieszka w namiocie przy skrzyżowaniu? Chodząc na co dzień w airmaxa i new erach?

Berlin - Afryka i murzyni (1)

Berlin - Afryka i murzyni (2)

Berlin - Afryka i murzyni (3)

Berlin - Afryka i murzyni (5)

Berlin - Afryka i murzyni (6)

Berlin - Afryka i murzyni (7)

Berlin - Afryka i murzyni (4)

 

Miasto Murzynów-dilerów

Park dilerów Berlin

W pobliżu bramy do Parku Goerlitzer stoi zazwyczaj grupa 15-20 Murzynów. Najczęściej w full capach, bluzach z kapturem i dobrych adidasach. Jak tylko podejdziesz do wejścia, zaczną Cię nagabywać i każdy po kolei będzie przekonywał, że ma najlepszy towar. W specjalnej cenie, specjalnie dla Ciebie.

Większość oferuje marihuanę albo hasz. Większość z tej grupki przy wejściu. Im dalej w park, tym większy wachlarz narkotyków. Przy kładce nad torami już bez ceregieli polecają „kickass pills” i „awesome powder”. Wśród matek z dziećmi, staruszków na spacerze i nastolatków wracających ze szkoły, w biały – jak to się mówi – dzień. Przyznaję, nie jestem na bieżąco z polityką, ale wiem, że tylko posiadanie na własny użytek w Niemczech jest legalne, natomiast handel narkotykami już nie.

Ten park zwyczajowo jest wyjęty spod prawa, czy coś mnie ominęło?

---> SKOMENTUJ