Close
Close

Jak skutecznie wyprosić telefon od Niemca?

Skip to entry content
autorem zdjęcia jest Oscar Velaquez
autorem zdjęcia jest Oscar Velaquez

Jak wiecie, kilkanaście dni temu byłem w Berlinie. I przez nieogarnięcie roamingowe znalazłem się w bardzo nieprzyjemnym miejscu. A w zasadzie sytuacji – sam, bez możliwości kontaktu ze światem, na niemieckim opustoszałym dworcu, czekając na pociąg, który teoretycznie miał mnie dowieźć na spotkanie z przyjacielem. Teoretycznie, ponieważ wszystko obsunęło się półtorej godziny i Patryk mógł dalej sterczeć i czekać na mnie na jednej ze stacji lub właśnie zgłaszać na policji moje zaginięcie.

Musiałem do niego zadzwonić. Najlepiej od kogoś z działającym telefonem.

Chodziłem od Niemca do Niemki i łamaną angielszczyzną próbowałem wyprosić 30 sekund rozmowy. Po 6 nieudanych próbach, zakończonych ucieczką pytanych przeze mnie osób, miotała mną frustracja na przemian z furią. Chciałem się załamać, zapaść pod ziemię, przeprosić, że żyję i czekać, aż Święty Mikołaj podrzuci mnie na sankach do domu. Niestety, gość z poduszką powietrzną zamiast brzucha nie zjawił się i stało się jasne, że muszę wziąć się w garść. I dopracować technikę.

Poniżej masz 7 trików testowanych na Niemcach, które pozwolą Ci wyprosić użyczenie telefonu na tyle by powiedzieć „cześć, żyję, jadę, zaraz będę” i może nawet „szykuj browary”.

 

Po pierwsze: zadbaj o dobrą stylówę

Wiedząc, że spędzę 8 godzin w autobusie, ubrałem się najwygodniej jak to możliwe. Czyli, góra – dres poliestrowy, dół – dres bawełniany, stopy – sportowe sufiksy. Nic dziwnego, że przechodnie łapali się za kieszeń, gdy do nich podchodziłem, skoro wyglądałem jakbym się urwał z klipu Hemp Gru „Sami swoi”. Na szczęście w torbie miałem mniej cichoszeletsne ciuchy. Po włożeniu sztruksów i cardigana, nastawienie do mnie z wyjątkowo negatywnego zmieniło się na neutralne z minusem.

 

Po drugie: podchodź do płci przeciwnej

Każda laska po cichu marzy o szalonym romansie z nieznajomym, który zaczyna się w najmniej spodziewanych okolicznościach. Na przykład czekając na pociąg. Wykorzystaj to. A jeśli jesteś dziewczyną, to po prostu powiedz „cześć”, znaczy „hello”. Potem to już leci samo.

 

Po trzecie: zastanów się, czy warto wspominać skąd jesteś

W okolicach 8-9 odmowy, olśniło mnie, że hasło „hello, I’m from Poland. Can call from your phone, please?” dla przeciętnego Niemca znaczy tyle co „cześć, mam już Twój samochód, samochód Twojego ojca, brata i dziadka do dwóch pokoleń wstecz, a teraz chciałbym zabrać Ci telefon. Spoko?”. Niestety jesteśmy w tym kraju postrzegani jeszcze gorzej niż w Anglii. Jeśli nie musisz, postaraj się nie informować rozmówcy, że jesteś z Polski. To nie czas na łamanie stereotypów, tylko ogarnięcie noclegu przed północą.

 

Po czwarte: wybierz miejsce, z którego trudno uciec

Nie oszukujmy się, to polowanie, a Ty jesteś łowcą. Każdy myśliwy wie, że najłatwiej dopaść zwierzynę zaganiając ją do rogu. W naszym przypadku działa to w dwie strony – jeśli jesteście w zamkniętym pomieszczeniu, wiesz, że zaczepianej przez Ciebie osobie nie będzie tak łatwo wykręcić się od pomocy, ale równocześnie ona wie, że jeśli postanowi Ci użyczyć telefonu, będzie Ci trudniej z nim uciec, niż w otwartej przestrzeni. Ja zagrałem va banque – wsiadłem do pociągu i tam zagadywałem tubylców. Kilku również mnie spławiło, ale tym razem żaden nie zaczął iść w kierunku, z którego przyszedł.

 

Po piąte: zaproponuj pieniądze

Palacze znają tę technikę jako „niby-nie-na-sępa”. Kiedy podejdziesz do kogoś z pytaniem „mógłbyś mi odsprzedać papierosa?”, większości osób będzie głupio brać od Ciebie 50 groszy, czy nawet złotówkę za fajkę. W 85% przypadków powiedzą „aaa, masz” i dadzą Ci ją za friko. Tu sytuacja jest podobna, tyle, że dochodzi aspekt psychologiczny – jeśli proponujesz komuś zapłatę za połączenie, to sugeruje, że nie jesteś naciągaczem.

 

Po szóste: zdobądź zaufanie

Ty wiesz, że nie masz złych intencji. Osoba od której chcesz zadzwonić nie ma o tym pojęcia. Musisz zdobyć jej zaufanie. Pokazać, że zupełnie nie zależy Ci na jej drogim aparacie telefonicznym. Że też mógłbyś powierzyć jej swój sprzęt warty 300 euro. Musisz ją o tym przekonać w ciągu 3 sekund. Jeśli siedzicie (bo właśnie jedziecie pociągiem bóg-wie-gdzie), połóż obok niej swój portfel. Niby przypadkiem. Z roztargnienia. Jeśli stoicie, daj jej do potrzymania swój telefon (za 150 euro, ale zawsze), pod pretekstem sprawdzenia, czy masz zapisany dobry kierunkowy do Niemiec. To chwila, ale wystarczająca.

 

Po siódme: poproś aby ona wybrała numer

I weź od niej telefon w ostatnim możliwym momencie. Najlepiej, gdy przyjaciel do którego dzwonisz zdąży już odebrać. Niech pomagająca Ci osoba będzie oswojona z sytuacją, w której się znalazła i nabierze przekonania, że faktycznie pomaga bezradnemu turyście ze śmiesznym akcentem. A nie daje się wyrolować na smartfona najnowszej generacji.

U mnie gra zakończyła się po 14-15 podejściach. W końcu, po zastosowaniu wszystkich sztuczek, trafiłem na śliczną 30-stkę. Tak się wkręciła w akcję, że po ratunkowym telefonie do Patryka, jeszcze przez kilka przystanków barwnie opowiadała mi o lokalnych atrakcjach, a na odchodne spytała, czy na pewno dam sobie radę i nie wysiąść ze mną.

Działa.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

17 komentarzy do "Jak skutecznie wyprosić telefon od Niemca?"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Saga Sachnik
Gość

Janek rzuca wyzwanie, za którym podejściem czytelnicy wydybią telefon? :>

Jan Favre
Gość

Tak. Tylko, że w Polsce się nie liczy.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Reeety…naprawdę trzeba robić aż takie podchody?Sama parę razy użyczyłam komuś obcemu telefonu.Najwyraźniej w mojej prostolinijnej naiwności nie mieściło mi się,że ktoś może mi z nim dać dyla.Ba!Kiedyś miałam problem z zaparkowaniem,poprawiałam dwanaście razy,aż w końcu wkurzyłam się,wysiadłam i poprosiłam jakiegoś pana Dresa „Pszpana,zaparkuje pan za mnie?”.Był tak zdziwiony,że aż nie pomyślał,że w sumie mógłby odjechać w długą :D.

Jan Favre
Gość

Może nie trzeba. Może ja mam po prostu taką twarz.

Aleksandra Muszyńska
Gość

Nie kokietuj.

Jan Favre
Gość

Nie kokietuję, tę czynność mogą wykonywać tylko kobiety.

Aleksandra Muszyńska
Gość

O.Odważny pogląd.

Misia
Gość
Kiedyś wracałam późno do domu i w okolicy kręcił się okropnie wielki pies, najwyraźniej zerwał się komuś ze smyczy. Jako że potwornie (wręcz panicznie w pełnym tego słowa znaczeniu) boję się wielkich psów na wolności, których nie znam poprosiłam trzech Panów Dresów, żeby odprowadzili mnie kawałek, bo boję się psa.. Panowie Dresy byli niesamowicie zszokowani moją prośbą, ale odprowadzili mnie pod same drzwi. Dopiero później uzmysłowiłam sobie, że oni raczej wyglądali na takich co to jak widzisz to przechodzisz na drugą stronę, a nie łazisz do nich, żeby Cię odprowadzali, szczególnie jak ciemno i głucho w koło. Więc tak, znam… Czytaj więcej »
Aleksandra Muszyńska
Gość

Świat jest nasz :D.

Aleksandra
Gość

Mam nadzieję, że zabrałeś ją ze sobą!

Almondcake
Gość

A widzisz, dziewczyny łatwiej telefony dostają :)

Jan Favre
Gość

Nie tylko telefony.

fandf
Gość

Kiedyś to doświadczenie się pewnie mi przyda :)

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Czego Eldo, Kuźniar i Kurski mogą zazdrościć Anji Rubik?

Skip to entry content

Eldo

Jeden z najpopularniejszych polskich raperów. Założyciel niezapomnianego Grammatik. Twórca ponadczasowego albumu „Światła miasta”, który dla wielu, w tym również dla mnie, zajmuje zaszczytne miejsce na półce ze ścieżką dźwiękową z okresu dojrzewania, a obecnie na Allegro chodzi po 500zł. Autor takich klasyków jak „Friko”, „Mędrcy z kosmu”, czy „I żeby było normalnie”.

Internet 2-3 lata temu odświeżył jego freestyle z programu MTV. Sprzed 13 lat. Który teraz wypada lekko komicznie, ale jak na tamte czasy był bardzo przyzwoity. Leszek nie mógł sobie z tym poradzić, że „Eldoka na wolno jak CopRobo” ma drugie życie i stał się memem. Eldo zamiast to obśmiać, obraził się na świat, internautów i YouTube’a, i przestał udzielać wywiadów.

 

Jarosław Kuźniar

Dziennikarz, redaktor, ćwierć bloger, aspirujący showman. Prowadził audycje radiowe, grzał sofę w śniadaniówkach, zapowiadał zespoły w X-Factorze. Ani nie ziębi, ani nie grzeje. Ot, zwykła twarz z telewizora. Podobny zupełnie do nikogo.

Kiedyś zażartował na wizji, że jeśli zbierze się 1000 wniosków od widzów, to odejdzie z telewizji. Internauci poczuli, że rzuca im wyzwanie, Wykop pomógł by próśb o odejście zebrało się kilka razy tyle. Ludzie zaczęli przesyłać maile, fizyczne listy i dzwonić do programu, żeby zrezygnował z pracy. Nie spełnił obietnicy. Obraził się, zacietrzewił i od tego momentu prowadzi nieustanną walkę z hejterami.

 

Jacek Kurski

Polityk. Bulterier Kaczyńskich. Wyrzucony z PiSu. Częsty bywalec sali sądowych. Czasem powie mu się słówko za dużo, czasem zdanie, a czasem pomówi kogoś o kradzież pieniędzy. Rzadko zdarza mu się przepraszać, nawet jeśli jest zobowiązany do tego wyrokiem sądu. Parlamentarny standard.

Niedawno stał się hitem internetu, gdy wrzucił na Twittera samojebkę z Majdanem w tle. Dumne foto z zamieszek do wieczora przebiegło się po caaałej sieci, a uśmiechnięta twarz Kurskiego doczekała się serii kolaży i nawet własnej aplikacji opartej o Google Maps. Nie zgadniecie, ale Jacek się obraził. I powiedział, że rozprzestrzenianie zdjęcia, to hejterska akcja agencji PRowej pracującej dla opozycji.

 

Anja Rubik

Top modelka, wielka dama. Wyginała się dla Versace, Valentino, Diora, Dolce&Gabana, Ralpha Laurena, Gucciego i 128 innych luksusowych marek. Spełniła marzenie wszystkich szafiarek, zanim zdążyły je wypowiedzieć w myślach – była na okładce „Vogue’a”. Jest szczupła, wysoka, lata po całym świecie i kasuje za to „ciut” więcej, niż średnią krajową.

W poniedziałek pokazała, że ma więcej luzu, niż fura bez wrzuconego biegu. Wystąpiła w klipie do kawałka Doroty Masłowskiej (tak, tej od „Wojny polsko-ruskiej” i „Pawia królowej”). Klipie, który jest esencją kiczu, absurdu i tandety i może zostać odebrany bardzo różnie. Od uwielbienia, po niekontrolowaną falę krytyki. Rubik gra w nim trubo-dresiarę z makijażem na miss zakładów mięsnych i ultra-wieśniacką stylówką. Przez to, że cała jej kariera opiera się na wyglądzie i wizerunku, większość osób ma ją za nadętą plastikową lalę. Chodzący wieszak, z którego nie schodzi powietrze. A tu niespodzianka, najlepsza modelka nie tylko nie zadziera nosa, ale traktuje go z mocnym przymrużeniem oka.

Okazuje się, że „ładna buzia” ma do siebie więcej dystansu, niż czołowy raper, telewizyjny prowadzący i wiceprezes partii politycznej. Eldo, Kuźniar i Kurski mogą jej zazdrościć.

Moment, gdy uświadamiasz sobie, że jesteś w dupie

Skip to entry content

Znamy się z czasów kromek z Nutellą, walkmanów z Just 5, Jamesów Bondów na VHS i składaniu się na oranżadę po wuefie. Rzucaliśmy razem nocą śnieżkami po oknach sąsiadów, jeździliśmy na gapę do Katowic i marzyliśmy o tym, żeby mieć nagrywarkę płyt CD. Znamy się tak dobrze jak tych dwóch typów z „Zabójczej broni”, jak Man z Materną, jak  Mario z Luigim.

Mieliśmy się zobaczyć już w zeszłym miesiącu, ale nie mogliśmy się zgrać, bo od dawna mamy na głowach trochę więcej, niż czapki z daszkiem. Od października dzieli nas 650 kilometrów, a dorosłość już nie puka, tylko wyważa frontowe drzwi, pożerając czas jak wygłodniała hiena. Ale dziś nie o tym.

Termin umówiony, bilety kupione, skarpetki spakowane. Jadę.

Jaram się, że się zobaczymy, jaram się, że zobaczę kolejną europejską stolicę, jaram się, że będę mógł Wam pokazać zdjęcia z nowej wyprawy. Jaram się, jaram się, jaram! Jestem w stanie nawet przeżyć 8 godzin kiszenia się w autobusie i fakt, że zawsze gdy idę sikać zarzuca jak na torze bobslejowym. Nawet to, że od Włochów przede mną śmierdzi jak z wędzarni, za mną siedzi dj bez słuchawek, zdrętwiały mi nogi i cały się kleję, bo słońce zdecydowało się przygrzać właśnie dziś.

Nic to, jadę do przyjaciela, nie będę narzekał.

Nie da rady czekać na mnie na dworcu z wywieszką „Mr. President”, aż wytoczę się z torbą na czerwony dywan o 16:40, bo pół godziny wcześniej jest umówiony na oglądanie mieszkania. A z wynajmem za zachodnią granicą jest więcej problemów i formalności, niż z kupnem u nas, więc spoko. Rozumiem sytuację. Zresztą, nie mam już przecież 5-ciu lat. Wiem jaki mam kupić bilet, gdzie wsiąść w S-bahn, w którą stronę jechać i na jakiej stacji wysiąść, żebyśmy się spotkali w połowie drogi i przesiedli na metro do niego. Proste jak przekątna w kwadracie.

Wsiadam w S9 o 17:00, jadę w kierunku Pankow i wysiadam na Frankfuter Allee o 17:30, gdzie czeka Patryk. Proste.

W teorii. W praktyce jest trochę inaczej.

Bus z Polski się spóźnia. 50 minut. Bo tak. Kolejka do automatu z biletami na S-Bahn jest długa na 20 minut stania. Bo nie ma kas z „żywą” obsługą, a połowa kupujących nie wie co kliknąć, żeby maszyna wypluła bilet. Ja też nie wiem. Docieram na stację i czekam na S9. I orientuję się, że mam już prawie półtorej godziny opóźnienia. PÓŁ-TO-REJ! Cholera. To znaczy, że Patryk od 30 minut więdnie na Frankfuter Allee i na mnie czeka. Czemu wcześniej się nie zorientowałem, że już minęło tyle czasu? Nieważne, zadzwonię, że już wsiadam i za chwilę będę.

Jak to dobrze, że mam telefon. Jak do dobrze.

Wyciągam cud współczesnej techniki z kieszeni i zanim zdążę spojrzeć na wyświetlacz, przez głowę przelatują mi wszystkie gówniane sytuacje, które mogłyby się zdarzyć gdybym go nie miał.  Z widocznym uśmiechem politowania myślę o niegdysiejszych formach komunikacji – wysyłaniu telegramów, depesz, listów i dzwonieniu z budek na stacjonarne. Jakie to było niewygodne i stresogenne przy umawianiu się. Jak to dobrze, że mam komórkę i wszystko mogę ustalić  w mniej niż minutę. Jak to dobrze.

„Nie zarejestrowano sieci”.

Że co?!?! Co to do cholery znaczy „nie zarejestrowano sieci”? Jak to  „nie zarejestrowano sieci”? To niech się zarejestruje ta sieć i nie robi maniany! Spokojnie, spokojnie, tylko spokojnie. Wyłączę, włączę i wszystko będzie działać. To na pewno coś z baterią. 1, 2, 3, czarny ekran, biały ekran, logo producenta, pin, znowu logo producenta i… i nic. „Nie zarejestrowano sieci”.

Pieprzony roaming! Skąd miałem wiedzieć, że w Plusie trzeba go ręcznie aktywować, skąd? W Playu sam się włączał. Cholera. Jestem w Berlinie. Bardzo daleko od domu. Niemiecki znam na „wie heißt du”, a właśnie zaczyna się ściemniać. Nie znam adresu Patryka, bo mieliśmy się spotkać w połowie drogi. Zresztą, wątpię, żeby ktoś z tubylców mi pomógł, bo szukać jakiejś tam ulicy w mieście o powierzchni 900 km2, to jak przebierać ziarnka piasku w poszukiwaniu pyłku. Gdybym spytał kogoś na Placu Nowym jak dojść na Pszczelną, to też by mi nie powiedział.

Patryk pewnie próbuje się do mnie dodzwonić. Próbuje, nie może i zachodzi w głowę co się stało, że mnie nie ma i w dodatku mam wyłączony telefon. Padła mi bateria? Okradli mnie? Był wypadek na autostradzie? Staram się możliwie prawdopodobnie przewidzieć jego tok rozumowania. Wejść w jego buty i wydedukować, co mógł zrobić w takiej sytuacji. A przede wszystkim, czy dalej czeka na mnie na tym Frankfuter Allee, czy trafiłem na jeden z 3000 alternatywnych scenariuszy i jest wszędzie tylko nie tam.

W głowie rozbrzmiewa mi jedna myśl – obezwładniające „kurwa mać”.

W przypływie instynktu samozachowawczego wpadam na pomysł, żeby wybłagać od jakiegoś Niemca użyczenie telefonu na 30 sekund. Ludzie, którym opowiadam po angielsku swoją historię patrzą na mnie jak na złodzieja i po magicznym „can I call from your phone, please?” zaczynają biec w kierunku, z którego przyszli. Po 6 próbach moja strona peronu jest pusta i przy okazji robi się ciemno. Ciemniej, niż w piosence Feela.

Nie mam jak zadzwonić, nie wiem jak dotrzeć do mieszkania, nie mam gdzie skorzystać z internetu, nie wiem czy wsiadać do pociągu, a czas wybitnie działa – dyplomatycznie mówiąc – na moją niekorzyść. Miałem przegadywać wieczory przy piwku na murku z przyjacielem. Miałem zwiedzać, poznawać, doświadczać i zachwycać się nowym. Miałem zrobić Wam hiper-mega-turbo-kozacką relację z podróży. Nie zrobię. Nic nie zrobię. Bo stoję w półmroku na pustym peronie bez łączności ze światem.

Tak, to właśnie w tym momencie dochodzi do mnie, że jestem w głębokiej, chłodnej, odciętej od światła dupie.

Znam to miejsce. Nie jest przyjemne, ale byłem w nim już wielokrotnie. I w Paryżu, gdy spóźniłem się na samolot do Polski, i w Barcelonie, gdy o 22:00 błąkałem się po ulicach nie mogąc znaleźć noclegu, i wielokrotnie w Polsce. Choćby wtedy, gdy musiałem spakować cały dorobek swojego życia w ciągu 20 minut i się wyprowadzić. Za każdym razem kończyło się tak samo. Po fali paniki, obłędu i ślizgania po krawędzi paranoi, znajdowałem rozwiązanie. Przychodziło samo, ot tak, po prostu.

Tak było i tym razem, mogłem:

a) iść przed siebie, aż nie trafię na kiosk/sklep/stację benzynową i kupić w niej kartę pre-paid

b) chodzić po mieście i ulepszać technikę żebrania o 30 sekund rozmowy, aż do skutku

c) poprosić kogoś o użyczenie telefonu w sytuacji, w której nie będzie mógł uciec

d) znaleźć patrol policji i liczyć, że oni dadzą zadzwonić, a jeśli nie to chociaż wskażą drogę do najbliższego hostelu

Bo cytując złotą myśl proktologów – „niezależnie w jakiej dupie się znajdziesz, zawsze jest z niej jakieś wyjście”.