Close
Close

Poniedziałek, godzina 7:32

Mam zamiar dotrzeć do pracy. Najlepiej na czas. Stoję na przystanku wraz z kilkunastoma innymi osobami, czekając na tramwaj. Studenci, absolwenci, bezdomny i starsza pani. Standard. Podjeżdża 24-ka, podchodzę do drzwi. Gdy tylko się otwierają dostaję łokcia w żebra i laską po nogach. Obracam się, żeby sprawdzić kto chciał mnie poprzytulać, ale mu nie wyszło, lecz sprawcy już nie ma. Jest hen przede mną wygodnie spoczywając na miejscu siedzącym. To znaczy na dwóch miejscach siedzących, bo siatki starszej pani też zasługują na to, by wypocząć w trakcie podróży.

Gdy przechodzę obok niej, czuję, że zahaczyłem o coś kurtką. Konkretnie o jej zaciśniętą pięść. Coś się stało? Jest moją czytelniczką i chce pogadać o jakimś tekście, który ją poruszył? Został jej tydzień życia i ma zamiar przepisać mi pół kamienicy przy Straszewskiego? Chce przeprosić, że zachowała się jak burak, taranując mnie przy wejściu do tramwaju? Jedna myśl głupsza od drugiej, ale mój pytający wzrok nie musi długo czekać na odpowiedź.

– Proszę mi skasować bilet!

 

***

 

Środa, godzina 14:11

Wracam z Barcelony. To znaczy z samolotu. To znaczy z lotniska, na które przyleciałem samolotem z Barcelony. Jestem na nogach od 5:30, spałem jakieś 4 godziny, mam Saharę w ustach, jezioro pod pachą i lepię się jak podłoga po imprezie. Wchodzę do 292 i siadam na pierwszym wolnym miejscu w zasięgu wzroku. I wkładam zapałki pod powieki, żeby nie usnąć.

W okolicach Parku Decjusza wsiada kobiecina. Na starszą panią jest jeszcze za młoda, ale od 40-tki odbiła się dość dawno. Ot, kobiecina. Wsiada i łapie się rurki przy moim siedzeniu. I stoi. I chrząka. I chrząka coraz głośniej. I czuję na sobie jej wzrok tak bardzo, że chyba zacznie mnie zaraz szczypać. Wiem, wiem o co jej chodzi. Ale, ale, zaraz, zaraz! Unoszę przyciężką głowę i spod zamglonych powiek widzę, że w autobusie jest od cholery wolnych miejsc! W sensie, co najmniej 8.

To, na którym siedzę jest jakieś wyjątkowe? Straciła na nim dziewictwo albo powiła syna? A może bierze udział w autobusowej loterii i za chwilę okaże się, że pasażer na nim siedzący wygra bezpłatne przejście na czerwonym i zapas ołówków z IKEI na cały rok? Ciężko wyczuć, ale najwyraźniej odczuwa niewytłumaczalną potrzebę zajęcia tego miejsca, a skóra po szczypaniu wzrokiem powoli zaczyna piec, więc wstaję. Na odchodne dostaję najbardziej zawoalowany eufemizm „dziękuję” jaki dane mi było słyszeć.

– Mógłby mi pan skasować bilet?

 

***

 

Niedziela, godzina 18:05

„Jest niedziela, pusto jak cholera” cytując rapera o ptasiej ksywce. W 194 z Czerwonych Maków na Krowodrzą Górkę jestem tylko ja i kierowca. Wiatr wieje, kwiaty pachną i ogólnie to jeden z tych letnich, weekendowych dni, kiedy całe miasto jest za miastem. Wtem, na samiuśkim końcu autobusu zauważam postać. Postać kobiety. Postać kobiety, która macha. Postać kobiety, która macha chyba do mnie, być może na przywitanie, a być może czegoś chce. Postać kobiety, która ewidentnie macha do mnie, być może na przywitanie, ale bardziej prawdopodobne, że czegoś chce, choć nie mam pojęcia co mogłoby to być, widząc jej rozleniwienie i anielski spokój na twarzy.

Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Cholera, podchodzę.

– Skasuje mi pan bilet?

 

***

 

W takich sytuacjach zadaję sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – czy ja wyglądam jak kasownik?

autorem zdjęcia w nagłówku jest centralniak
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Mateusz

    Nie chcę się czepiać, ale „Krowodrzę Górkę”, plis :) Krowodrza nie jest przymiotnikiem, a rzeczownikiem :D

  • masz zdecydowanie zbyt miłą aparycję. mój wygląd narkomanki skutecznie odstrasza 90% babć i dziadków, słuchawki i kindle zaś wyłączają mnie z otoczenia i mam święty spokój. choć ostatnio jechałam pociągiem bez słuchawek. byłam bliska harakiri, gdy para stulatków przez 20 minut głośno wyssawała bułkę zjedzona chwilę przed popijając na przemian kubusia. nigdy nie chciałam kogoś tak bardzo zabić, jak wtedy gdy słuchałam co kilka sekund donośne, soczyste ciągomlaski. Jak na najgorszym pornolu.

  • hahaha, masakra.. może się boją,że im rękę wciągnie:P a w sumie to z ciekawości zapytaj się kiedyś , przecież kasowniki nie gryzą.

  • Grocrafty

    Chyba wyglądasz, mi się nie zdarzyło:) Albo to taki podryw był? Mnie zagadują na choroby (może niezdrowo wyglądam) albo opisują swoje życie. Trafiam też na Panie, które siadają z brzegu, a potem na każdym przystanku pytają: „Czy Pani teraz wysiada?”. Nawet jak powiem, gdzie wysiadam, nic to nie da. Wystarczy, że się poruszę, a pytanie pada znowu. Strach oddychać.Słuchawki nie działają odstraszająco.

  • Sara Bob

    Jestem za rozwiązsniem jak w Anglii/Irlandii – jedno wejście, żeby w ogóle wejść do autobusu musisz skasować bilet (kliknąć kartę) a nad wszystkim czuwa jednym okiem kierowca, wszyscy grzecznie czekają w kolejce. Ale jeszcze jesteśmy zbyt dzicy na takie rozwiązania

  • Karolina

    Nie wyglądasz jak klasyczny kasownik,ale robisz podstawowy błąd. :) W sytuacji nr 2 ustąpiłeś miejsca, w sytuacji nr 3 podszedłeś choć wcale nie musiałeś. Ot cała filozofia. Grunt to nauczyć się mówić ‚nie’. :)

  • Agrest

    KrowodrzĘ Górkę!

  • Anka

    przez Ciebie oplułam lapka ze śmiechu.

  • Wyglądasz na miłego gościa. I dlatego ludzie czują, że mogą Cię wykorzystać. W pierwszej sytuacji pewnie bym skasowała, ale dwie pozostałe?
    Ja mam miekkie serce, ale widzę że Ty mnie bijesz na głowę.

  • Też jeżdżę rano 24. Masakra jest – taki ścisk. Jeszcze wsiadam na mniej więcej środkowym przystanku tej linii (Starowiślna). Lepiej przerzucić się na rower.

    • Właśnie zbieram się do uruchomienia roweru po zimie, bo zaniemógł biedaczek.

      • Mój zaniemógł tak, że musiałem kupić nowy, bo nie było sensu naprawiać.

  • Mama Ka

    Kiedyś na pętli czekałam na autobus… Wsiadłam do niego razem z dwiema starszymi paniami, a każda z nich trzymała po kilka toreb z zakupami. Miałam pecha, bo udało mi się wejść do autobusu akurat pomiędzy nimi, a tymczasem staruszki już przy drzwiach zaczęły okładać się tymi torbami w walce o wolne miejsce zaraz przy wejściu (czy wspominałam, że autobus był zupełnie pusty?).

    Od tamtej pory boję się emerytek…

  • Klimat jak z pieśni Łony, dodaj bit

  • Ola

    Dobry tekst :) Tez mam czasem podobnie ale to co zauważyłam od kiedy przyjechałam tu na studia to to, że staję się nie kasownikiem ale znakiem informacyjnym. Nie ma tygodnia żeby kilka osób nie podeszło i nie zapytało akurat mnie (spośród miliona ludzi na przystanku/autobusie) gdzie jest to i tamto, gdzie ulica, gdzie sklep, którędy ten autobus jedzie lub o której odjeżdża z dworca chociaż wszędzie się wyświetlają godziny. Najbardziej jednak „podoba” mi się kiedy ktoś mnie pyta, czy ten autobus skręca w prawo/lewo, jedzie prosto a gdy ja nie umiem odpowiedzieć, gdyż albo nim na co dzień nie jeżdżę albo po prostu jadę 1 czy 2 przystanki, wtedy jest wielki foch, zdziwienie i pretensje: no bo jak to tak? czemu ja nie wiem (skoro nim jadę) gdzie skręci za pół godziny.. :D

  • A gdyby to były ładne kobiety koło dwudziestki, to miałbyś taki żal? :)

    • Tak, bo ciągle zaczekam, aż któraś zagada do mnie od zwykłego „cześć”.

      • Podeszłabym, gdybym mieszkała bliżej i powiedziała: „Cześć… Skasujesz mi bilet?” :D

        A tak odnośnie zagadywania – tu trzeba na przekór własnym oczekiwaniom postąpić i zrobić pierwszy krok, by ona mogła odpowiedzieć. Nic prostszego.

  • gabrielafrancuz

    Ja „uwielbiam” wręcz, kiedy ktoś przestawia mnie z miejsca na miejsce, chwytając w pasie, tak, żeby było mu wygodniej. To jeden z popularnych numerów nie tylko starszych pań, ale i starszych panów, o zgrozo. I przy okazji jedna z rzeczy, które w ogóle wpieniają mnie tak bardzo, że za każdym razem stoję jak sparaliżowana, bo wręcz nie wiem jak zareagować (w normalniejszych i mniej bezczelnych sytuacjach umiem powiedzieć, że coś mi nie pasuje).

  • Patrycja Drążek

    Fajny tekst. Z ludźmi tak to już jest. A historie w komunikacji nie mają końca.

    Dajmy na to dzisiejszy poranek. Wysiadam z pociągu na dworcu i mknę na jakiś autobus, który dowiezie mnie na uczelnię. W lewej ręce kawa w kubku termicznym, na prawym ramieniu przewieszona torba, w uszach słuchawki. Leci coś rytmicznego, co zaczyna rozbudzać mój jeszcze ospały mózg. Nadjeżdża autobus. Cały załadowany. Dokonuje szybkiej kalkulacji, iż mam jeszcze 25 minut do zajęć, podczas gdy potrzebne mi 15 min na dojazd, a w porannych korkach 20. Patrzę na moją kawę i decyduję się poczekać na inną linię. Tak dla bezpieczeństwa. Stoję sobie, czekam spokojnie, piosenka się zmienia, leniwie sączę mój napój i nagle znikąd pojawia się masa ludzi na przystanku. Myślę sobie ‘bez jaj, że chcecie ze mną jechać’. Nerwowo patrzę na zegarek i krzywię się. Spóźnia się, ech.

    Jedzie. Ustawiam się strategicznie, aby szybko zając dobre miejsce i co mnie dziwi, nie ma takiego tłoku. Znaczy wszystkie miejsca siedzące zajęte, ale to norma z rana. Zerkam za siebie i widzę tłum! Drzwi jednak się nie otwierają. Słyszę pomruki niezadowolenia i mam wrażenie, iż zaraz zaczną skandować ‘Open the door!’, ale po chwili autobus stoi otworem. Wchodzę i mam miejsce pośrodku! Fuck yeah! Czuję się niemal jakbym wdrapała się na Mount Everest, albo zdobyła 100% z testu z prawa pracy, co jest niewykonalne, ale moja euforia opada, gdy tłum zaczyna na mnie napierać. Za główny cel obieram sobie chronić moją kawę, a dla pewności zamykam kubek, gdyby kierowca okazał się szalony. W końcu wszyscy mają swój kawałek przestrzeni i jedziemy. Zakręt –dostaję z łokcia, nie słyszę przepraszam. Czerwone światło –ktoś na mnie wpada, również zero odzewu. Mało cenzuralne słowa cisną mi się na usta, ale w uszach rozbrzmiewa mi się mi się spokojny głos Franka Sinatry, och jak to dobrze, że go mam na telefonie i się uspokajam. Sytuacja jednak powtarza się, co przystanek. Piosenka się kończy, moje ciśnienie skacze i nawet głębokie oddechy nic nie pomagają. Myślę, chrzanie to, zaraz wysiadam, jednak zerkam w okno i widzę, że jeszcze dwa przystanki. Wytrzymam to. Strategicznie zaczynam wysuwać się do przodu i
    słyszę pomruki niezadowolenia. Właśnie, jak ja śmiałam zmienić pozycję! Co z tego, że przed chwilą niemal na szybie leżałam, to przecież nic nie znaczy. W końcu ostatni przystanek. Uff, myślę. Kierowca gwałtownie hamuje i przez przypadek lekko ocieram się o starszą panią, nawet na nią nie wpadam, ani jej nie uderzam, ale od razu przepraszam ją, a ta patrzy na mnie i mówi –Trzeba było sobie drugi kubek wziąć, to na pewno byłoby ci wygodniej!

    Także tego… :D

    • Hahahaha, świetna historia ;) Miałem podobną ze ściskiem w tę Wielkanoc jadąc z mamą metrem w Paryżu. Właśnie próbowaliśmy się dostać z dworca autobusowego do miejsca, w którym mieliśmy mieszkać, ale na stacji metra był taki tłum, że nijak nie dało się wsiąść. Po czwartym pociągu stwierdziliśmy, że jeśli nie przystąpimy do abordażu, to będziemy tu stać do nocy i jakimś cudem wepchaliśmy się z torbami do pociągu zatłoczonego jak Biedronka w dniu otwarcia. W trakcie jazdy nie dało się wykonać ruchu i ciężko się oddychało, ale jakoś daliśmy radę, przy czym wysiadający ludzie nie omieszkali przechodzić po naszych bagażach.

      • Ja jeździłam metrem w Japonii. Te wszystkie filmy o tym, że dyżurni na stacjach dopychają ludzi to się dzieje na serio. Z tymże tylko innostrańców to dziwi, dla japończyków to norma.

  • Starsi ludzie bywają bezkrytyczni, czasami bezczelni. Poza tym, najwyraźniej wyglądasz też na uroczego, usłużnego młodzieńca, który pomoże bezradnej kobiecie w potrzebie:) No i chyba dosyć wysoki jesteś. To i ręce dłuższe, to wszędzie dosięgniesz. Co się będzie kobieta wysilać.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Albo żyję w dziwnym mieście, albo jestem wielkim szczęśliwcem bo jeszcze ani razu nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Miałem przypadki gdzie w bardzo zatłoczonym autobusie kasowałem komuś bilet, tak aby nie było zbędnego przeciskania się, ale to jest zupełnie inna klasa niewolnictwa.

  • Mnie osobiście proszą o skasowanie biletu niezależnie od wieku i tylko w sytuacji, kiedy tramwaj jest zatłoczony i ciężko dostać się do kasownika.
    Natomiast babuchy z postawą roszczeniową to jest plaga. Nie wiem czemu, ale ja też zauważyłam, że mężczyźni w tym wieku są znacznie bardziej kulturalni i wyrozumiali dla „niewychowanej młodzieży”. Może są zahukani przez swoje jędzowate żony?

    • Z tego co zauważyłem, to mężczyźni w tym wieku najczęściej nie żyją.

  • mm

    napisane fajnie, ale co do samego problemu, poruszany niezwykle czesto, ale mam wrazenie ze ze spora przesada, jezdze po tym krakowie mpk od kilkunastu lat praktycznie codziennie, zdarza sie natknac na to i owo, ale nie jest to sytuacja ktora powtarza sie nagminnie

    znacznie bardziej irytujace dla mnie jest, gdy do nowiutkiego, klimatyzowanego i superszczelnego bombardiera wpierdoli sie w szczycie ruchu menel, ktorego z powodu egzystencjalnej koniecznosci picia taniego wina nie wpuszcza od przytulku pod prysznic, albo sam ma go w dupie, 180 osob w okol sie meczy i to nie mentalnie, a fizycznie, zyjac tylko od przystanku do przystanku czekajac na otwarcie drzwi

    • mm

      jeszcze na temat babc, z tego co sam obserwuje z 80% starszych osob, usmiecha sie i dziekuje znacznie ponad wartosc wykonanej dla nich przyslugi, czesto sa to ludzie, ktorzy wrecz boja sie poprosic o pomoc, bo im glupio, nie chca sprawiac problemu, oczywiscie zostaje 20%, ktore jak ekstremistyczne feministki, w mniejszosci, ale skazuja cala grupe na smiesznosc :)

      • wmieszam się nieco, bo kliknęłam lajka zanim doczytałam do 20% – ekstremistyczne feministki radzą sobie w życiu same, i pokolenie babć raczej nie zahaczyło o feminizm. stawiam bardziej na prawicę, moher i radio maryja. tam cierpienie i należne z tego tytułu honory są najistotniejsze ;)

        • mm

          haha, nie o to chodzilo :)

          napisalem ze 20% babc zachowuje sie wzgledem pozostalych 80% tak jak ekstremistki w odniesieniu do pozostalych feministek
          jest ich malo, ale najglosniejsze, wiec przez samo krzyczenie i upierdliwosc są najbardziej znaczace i zauwazalne, przez nich cierpi cala grupa ktora jest automatycznie przyrownana do ich poziomu

          standardowa babcia sie usmiechnie i mile podziekuje, a o miejsce poprosi tylko jak naprawde bedzie jej potrzebne, tyle ze takich wypadkow sie nie opisuje w internecie, bo sa przeciez normalne, ale opisujac jedynie pozostale sprawia sie wrzenie ze te wlasnie sa najbardziej typowe

    • Jasne, nie jest to temat, który powinien być podejmowany na mównicy sejmowej, po prostu mnie to zirytowało, tyle. Natomiast co do meneli, to faktycznie jest to większy problem i powinno się z tym coś zrobić, zwłaszcza, że oni NIE PŁACĄ za przejazd, więc nie powinni w ogóle jechać.

      • mm

        w sumie nie wiem jak to wyglada w kwestii realizowalnosci, obstawiam ze deliwkenta moze oczywisice usunac straz miejska / policja ( o ile by sie im chcialo jezdzic za tramwajem ), potem oczywiscie bez konsekwencji, bo i jakie

        chyba mega trudno z tym walczyc, spotkalem sie z kierowca ktory postanawial wyjebac takiego i nie odjechac az nie wyjdzie, niby spoko, ale tracimy czas i blokujemy tory. akcja informacyjna dla bezdomnych na fb obstawiam ze nie przejdzie :D

        • Tu oczywiście nie ma idealnego rozwiązania, ale jeśli pasażerowie nie umywaliby rąk od problemu i nie udawali, że jest w porządku, przeklinając tylko pod nosem, to nie musiałby się tym zajmować kierowca kosztem swoich obowiązków.

  • Karolina Gołuchowska

    Ciesz się, że nie usłyszałeś nigdy „Niech mi pani ustąpi, bo to moje miejsce” w okolicznościach podobnych do tych z Twojej trzeciej anegdoty. <- (trochę rapsy mi wyszły)

    • W sensie ktoś Ci sugerował, że ma rezerwację na danej linii na konkretne miejsce siedzące? ;)

  • Rafał

    Może wyjdę na lekkostronniczego (hehe), ale czy Tylko mi dzwoni w głowie pytanie?
    Dlaczego to zawsze „stare baby”, a nie „dziady” np? Sam po sobie też wiem, że mi podobne sytuacje zdarzały się też tylko ze strony „dawniej pięknej płci”.

    • a) mężczyźni z tamtego pokolenia rzadziej jeżdżą po zakupy,
      b) mężczyźni w tym wieku częściej mają prawo jazdy niż kobiety (wiele kobiet z tamtego pokolenia nigdy nie miało),
      c) „dziady” też w autobusach i tramwajach się zdarzają :)

      • Jest w tym sporo racji, ale wydaje mi się też, że mężczyznom mimo wszystko jest głupio prosić o pomoc/miejsce, bo to przecież takie niemęskie, zwłaszcza dla tamtego pokolenia.

        • aventia

          Też. Parę razy słyszałam, jak jakaś dziewczyna chciała ustąpić miejsca takiemu „dziadkowi”, a on na to coś w stylu, że to damy powinny siedzieć, że jemu nie przystoi itp.

    • Agnieszka

      Otóż moja najbardziej przykra sytuacja odnośnie takiego zachowania miała miejsce z „dziadem” w roli głównej. Pewnego ciepłego dnia sesji letniej jechałam sobie tramwajem linii 5 (trzeba tu nadmienić, że jechałam z wielką teczką formatu 100/70, plecakiem wypakowanym po brzegi książkami i notatkami i laptopem nie z rodzaju tych mini), byłam bardzo zmęczona i jak to bywa w czasie sesji miałam za sobą parę zarwanych nocek i ogólnie słabizna. Mam opinię osoby niepełnosprawnej w stopniu znacznym ale jakoś nie lubię korzystać z tego przywileju, jednak tego dnia naprawdę nie miałam już siły i zajęłam to specjalne miejsce. Naglę do tramwaju wbił się mężczyzna, lat może 60 i bezceremonialne zaczął „a panienka wie jakie to miejsce?!”. Odpowiedziałam że wiem i że może zająć miejsce dla matek z dziećmi które akurat było wolne i obróciłam głowę w stronę okna co jeszcze bardziej rozzłościło mężczyznę który używając dość niewybrednych słów starał się przekazać fakt że jest starszy ode mnie i że nie będzie się „zniżał” do poziomu kobiety z dzieckiem. Spokojnie w odpowiedzi powiedziałam, że mam orzeczenie osoby niepełnosprawnej i mam pełne prawo korzystać z tego miejsca co jednak, nie przemówiło do wyobraźni mężczyzny który nadal był nieugięty w swych usilnych działaniach posadowienia swego szanownego zadka na miejscu na którym siedziałam. Sprawa skończyła się tak że mają dość jego przytyk ustąpiłam mu miejsca, ale to smutne, że są ludzie tak samolubni by nie dostrzegać zmęczenia innych, i to już bez względu na płeć.

      • Nijak to zabrzmi, ale przykro mi, że spotkało Cię coś takiego.

        • Przykre, że nikt ze współpasażerów nie zjechał starego pierdziela z góry do dołu.

  • Polecam słuchawki w uszy i książkę w ręce. Skutecznie odstrasza wszelkie kasownikowe baby.

    • Izabela

      a dzie tam! Ja naprawdę mam ZAWSZE słuchawki na głowie, a te do mnie gadają, jakby nie rozumiały, że mam prawo nie słyszeć.

  • Agata

    Nie miałeś słuchawek na uszach, nie czytałeś książki, uznały pewnie, że mogą zagadać…

    • Za drugim razem miałem, ale słuszna uwaga.

    • Weronika Zuzańska

      To nie ma znaczenia… Wystarczy krótki kontakt wzrokowy i nagle okazuje się, że tylko ty jesteś w stanie skasować ten bilet.

  • Mnie o tego rodzaju przysługę prosiły raczej wyłącznie naprawdę już niedołężne, ale zawsze przemiłe starsze panie. Nadętemu babsku na pewno bym biletu nie skasował :) Natomiast jak jechałem w Warszawie tramwajem, po skręceniu kostki i o kulach, jedna z babć zaoferowała mi swoje miejsce. Skwapliwie skorzystałem.

  • Aleksandra Muszyńska

    Ludzie są niemożliwi.Mnie czasami tak zatyka na cudzą bezczelność,że aż robię bez szemrania to,czego oczekują,mimo że to frajerstwo.I gdybym patrzyła na to z odległości dwóch metrów,to bym miała milion ripost i tekstów na spławienie.
    Miałam kiedyś delikatne faux pas,jak byłam zbuntowaną nastolatką w glanach.Siedziałam sobie w autobusie na podwójnym siedzeniu od zewnętrznej,tuż za kabiną kierowcy,kiedy ktoś mnie popukał z tyłu w ramię i powiedział,żebym się przesiadła pod okno,bo „pan chce usiąść”.Ja na to bezczelnie,że jak chce,to niech siada,pod oknem obok mnie jest jeszcze jedno miejsce.A babka na to,że tak,ale panu będzie chyba trudno się przecisnąć.Odwracam się,a tu koleś o kulach,z jakąś ortezą na nodze,faktycznie niespecjalnie chyba by mu było śpieszno do przeciskania się pod okno.
    Pewnie,że to niespecjalnie,bo nie widziałam,że facet jest niesprawny – oczu na karku nie mam – i w ogóle równie dobrze ta cwaniara z tyłu mogła mu ustąpić,ale niesmak do samej siebie pozostał w mym sercu i od tego czasu rozglądam się w autobusach jak peryskop i ustępuję prawie wszystkim,na wszelki wypadek.

    • Ja zaczynam nabierać przekonania, że faktycznie mam jakiś magnez w sobie, który przyciąga takich ludzi.

  • Uśmiałam się :) Ale fakt jest faktem, w autobusach czy tramwajach dzieją się cuda. Oprócz opisanego przez Ciebie „Czy może Pan/Pani skasować mi bilet” prym wiedzie cudowne ozdrowienie staruszek, które na przystanku o laseczce, albo i dwóch, skulone, widać, że swoje przeżyły, a jak wsiądą w taki autobus to dawaj, laski pod pachy i pęd taki, że sprinter wymięka.

    • Mnie najbardziej zastanawia gdzie one wszystkie tak jada codziennie z samego rana.

      • Msza poranna, maraton w przychodni po wszystkich możliwych lekarzach i zakupy na drugim końcu miasta. Napięty grafik.

      • Agnieszka Koćmiel

        Z całego miasta i okolic zjeżdżają na Halę Targową

        • W sensie, że na targ je tak ciągnie?

          • Borsuk

            Ja kiedyś zapytałam i starsza pani powiedziała mi tak: Jadę na Kleparz, ty młoda jesteś to nie wiesz, ale później to WSZYSTKO WYKUPIĄ!

      • Podobno na starość człowiek nie lubi już tak spać. Jeśli tak jest, to ja się nie starzeje w ogóle;)

        • Zocha, nie da się starzeć będąc nastolatką ;)

      • Mondzia

        Badaliśmy to – w ramach zaliczenia chcieliśmy coś pożytecznego zrobić dla młodego pokolenia, któe wracając z imprezy zastanawia się „czy oni też…?” Więc najczęściej wnuczek/wnuczka albo zakupki bo „tam całe życie robiłam” „tam taniej” „tutaj na placu jest dobry dżemik” i inne w tym stylu. Generalnie, cały dzień jeżdżą zbierając po jednej najlepszej rzeczy z każdego placu w mieście. Kwestia życia i śmierci w koncu

      • Grocrafty

        Do lidla koło mojego domu. Sprawdziłam, potwierdzam. Nieopatrznie wybrałam się rano, szybko pożałowałam.

    • Lepiej zaczelam rozumiec te staruszki jak zaczelam sie podobnie zachowywac w ciazy- generalnie przejazd zatloczonym i dusznym autobusem jest uciazliwy bez wystajacego brzucha, nudnosci i poczucia, ze zaraz się zasłabnie a na zyczliwosc ludzka rzadko da się liczyc, wiec teraz tez uprawiam bieg do wolnego miejsca i mam to gdzies co sobie ludzie myslą- myśle, ze te staruszki miewają podobnie- spinają się na tę jedną prostą do miejsca wybawienia ;)

  • O jak to dobrze znałam,
    ale teraz w moim autobusie zrobili tak ze liczą się tylko bilety kupione u
    kierowcy (drukowane z kasy fiskalnej)
    inne nie są ważne, czyli nie trzeba kasować ;) Ale za to chwile to trwa, jak na
    przystanku 5 osób chce kupić bilet…
    I dzięki za dobrą dawkę humoru na ciężki poniedziałek! :)

  • Banalny temat mistrzowsko napisany.
    Dziękuję za trochę śmiechu w przerwie od nauki ;)

  • aventia

    O ile dwie pierwsze sytuacje mnie nie dziwią, trzecia jest wyjątkowa. Bo nawet jeśli ktoś miał chorą/niesprawną nogę, to jakoś się do siedzenia doczłapał, a po drodze zwykle bywa kasownik. Chyba bym nie pomogła.

    Ale a propos tych babć sapiących nad uchem… ja rozumiem wiek, te sprawy, ale niektórzy mogą być młodzi, ale po operacji/ciężkim dniu jak Ty/cokolwiek. Ale widać tylko pozory – młody to może stać.

    Fajny tekst, brakowało mi takiego na dobranoc i na dobre rozpoczęcie następnego tygodnia, tym razem bez krakowskich babć :) ale dlaczego warszawka na obrazku?:(

    • Ej, Warszawa jest okej, nie mamy nic do Warszawy na tym blogu ;)

      • aventia

        No, doooobra… Ale dlaczego? :D
        Wcale nie mają ładniejszych :D

        • Bez wyraźnego powodu, po prostu ładne zdjęcie, a te historie mogły zdarzyć się równie dobrze i w Poznaniu ;)

          • Dzień jak co dzień, w Poznaniu też :)

    • Wojciech Kopeć

      Mają ładniejsze kasowniki :X

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

Co zdziwiło moją mamę w trakcie świąt w Paryżu?

Skip to entry content

Zawsze jadąc za granicę porównuję jak wyglądają kluczowe aspekty życia tam i u nas. Różnice w mentalności, rozwiązywaniu problemów, obyczajach i samych miastach inspirują i skłaniają do refleksji. Wracając z takiego wyjazdu na wiele rzeczy patrzę z zupełnie innej perspektywy, rozkminiam, czy w kraju nad Wisłą też mogło by tak być i dlaczego nie. Potem muszę brać  Nervosol, żeby nie usmażyć mózgu od natłoku myśli, ale mimo wszystko jest to ciekawe.

Podczas świąt w Paryżu było jeszcze ciekawiej, bo byłem tam z mamą i oprócz swojego zaskoczenia przy wpadaniu na różnice miałem dodatkowo drugie. Przy czym jej zdziwienie odmiennościami było spotęgowane tym, że jest te 30 lat ode mnie starsza i zasadniczo wiele rzeczy postrzega inaczej. Innymi słowy, jest mamą.

Co będąc we Francji zwróciło jej uwagę?

1. Wszyscy czytają – no dobra, nie wszyscy, ale bardzo, bardzo dużo osób. W metrze, w kolejce, w parku, czy w knajpie ciągle widać kogoś z książką lub Kindlem. Sam byłem pod wrażeniem, gdy zobaczyłem kobietę, która pochłaniała lekturę idąc. Przez pasy.

2. Polska nie jest już dzikim wschodem – to raczej nie różnica, a zaskoczenie w stosunku do tego co się działo 25 lat temu. Jadąc z lotniska w Beauvais, mama zwróciła uwagę, że wjazd do Paryża mógłby być równie dobrze wjazdem do Warszawy, Gdańska, czy Poznania i gdyby nie francuski na tablicach informacyjnych, trudno byłoby się zorientować, że to inny kraj. Dogoniliśmy Europę.

3. W sklepach nie ma prania mózgów – związanego ze świętami. Wystawy nie rzygały króliczkami, jajeczkami, trawkami i wszystkimi innymi akcesoriami kojarzącymi się z Wielkanocą.

4. Nie ma kato-terroru. Będąc w Polsce podczas jakichkolwiek świąt, zawsze mam wrażenie, że jeśli nie wielbię imienia pana spędzając 3 dni w mieszkaniu na modlitwach, to za chwilę zostanę zlinczowany. Bez względu na to, czy jestem wierzący, czy nie. We Francji katolicy nie epatują patosem, nie robią spiętej atmosfery i nie narzucają innym swoich pomysłów na spędzanie dnia. W Święta Wielkanocne bardzo dużo sklepów, restauracji i instytucji było czynnych, dając mieszkańcom wybór, czy chcą siedzieć w domu, czy robić cokolwiek innego spędzając miło czas. Większość z nich wybrała to drugie.

Święta Wielkanocne w Paryżu 3

5. Dojrzali mężczyźni nie ubierają się jak dziady. Goście po 50-tce wyglądają bardzo stylowo, czasem nawet bardziej niż ich synowie. Zakładają modne wzory, odważne kroje i nie boją się oceny społeczeństwa. W porównaniu do naszego morza flanel, polarów i półbutów do ortalionów, to naprawdę spory kontrast.

6. Ludzie traktują czerwone światło tylko jako sugestię – którą najczęściej ignorują. Mama była mocno poruszona, że mało kto czeka na zielone i większość pakuje się między auta, byleby jak najszybciej przejść. Widząc to po raz pierwszy w Barcelonie też wybałuszałem gały, ale de facto nie widziałem żadnego potrącenia ani stłuczki, więc chyba działa.

Święta Wielkanocne w Paryżu 2

7. Można wynająć mieszkanie nie widząc się z właścicielem. To dla mnie też było dość niecodzienne. Znalazłem śliczne dwupokojowe mieszkanko na Airbnb, zarezerwowałem termin, przelałem pieniądze i napisałem kiedy będziemy. Zjawiliśmy się o umówionej godzinie pod wskazanym adresem i znajomy właścicielki podał nam klucze. Trwało to z 3,5 sekundy. W środku było dużo więcej, niż potrzeba turystom podczas tygodniowego pobytu, a osoby do której to wszystko należało nigdy nie zobaczyłem na oczy. Minimum formalności, maksimum zaufania.

8. Jedzenie w sklepach wcale nie jest droższe niż w Polsce – kosztuje tyle samo, tylko nie ma w nich najtańszych śmieciowych produktów.

9. Wielu facetów zajmuje się swoimi dziećmi – bawiąc się z nimi w parkach i na placach zabaw. Sam bym tego w życiu nie zauważył, ale moja mama wyłapała to momentalnie, mówiąc, że takie sytuacje w Polsce mogłaby policzyć na placach ręki drwala. Miło, że Francuzi faktycznie poczuwają się do roli ojców i chce im się pójść z dzieciakami na zjeżdżalnię, pojeździć na rowerach, czy popuszczać latawce.

Święta Wielkanocne w Paryżu 4

Kończąc listę inności z kraju dobrych win i croissantów, polecam Wam też pojechać do miejsca, które jest dla Was nowe z mamą. Odkryjecie je podwójnie.

---> SKOMENTUJ

Zanim pojedziesz po kobiecie malującej jajkami z pochwy

Skip to entry content

Wczoraj rozniosło się po sieci jak ospa po 9-latkach wideo, na którym kobieta tworzy obraz przy pomocy jajek wypełnionych farbą. Filmik nie stałby się wirusem, gdyby owa artystka nie malowała nago. W miejscu publicznym. Używając przy tym swojej pochwy. Jak nie jestem wielkim fanem perferomerów i podchodzę sceptycznie do tego typu akcji, tak staram się zachować dystans i, na ile to możliwe, powstrzymywać od wydawania radykalnych osądów. Większość osób pracujących w portalach informacyjnych, i komentujących je, jednak nie ma takich zahamowań.

Wynikły z tego 3 bardzo śmieszne rzeczy, po pierwsze…

 

Polacy są ekspertami od malarstwa i intermediów

Tak, nagle okazuje się, że nie tylko jesteśmy znawcami piłki nożnej, rasowymi politologami, fachowcami z zakresu ekonomii i budowy dróg, ale także doświadczonymi koneserami sztuki. Każdy wie jak odróżnić dobre malarstwo od słabego, jakie są wiodące trendy w sztuce współczesnej i że Jackson Pollock dał podwaliny pod performens, przesuwając środek ciężkości z efektu widocznego na płótnie na sam proces tworzenia. Niezmiernie mi miło, że żyję wśród tak światłych ludzi, którzy każdą wolną chwilę spędzają na obcowaniu ze sztuką i zgłębianiu wiedzy związanej z jej tworzeniem.

Dobrze wiedzieć! Równie miłym zaskoczeniem jest fakt, że…

 

Portale informacyjne na bieżąco piszą o sztuce

Są tak wkręcone w temat, że codziennie leci po kilka niusów związanych z aktualnymi wystawami, ciekawymi teatralnymi premierami i rozpiską arii operowych. Niezmiernie cieszy mnie, że najbliższa ich sercu jest sztuka wizualna, dlatego przynajmniej raz w tygodniu publikują wielostronicowe wywiady z plastykami z całego globu, zamiast po raz setny pisać kogo Trybson zaciągnął do darkroomu. Świadomość tego, że zwracają uwagę na artystów interdyscyplinarnych każdego dnia, a nie tylko gdy któryś z nich włoży sobie jajko do pochwy, jest bardzo budująca.

Dobrą wiadomością jest również to, że…

 

Polacy sprzeciwiają się epatowaniu nagością

Nie tylko w przypadku niszowych performensów, ale przede wszystkim w stosunku do reklam. Nikt z moich krajan nie życzy sobie, aby pół nagie modelki były we wszystkich materiałach promocyjnych niezależnie od produktu. I głośno o tym mówi. Cieszą mnie pikiety i pospolite ruszenia, gdy w reklamie kremu do rąk, kostki bulionowej i środku na zgagę pojawiają się cycki, tyłki i wijące się seksbomby. To dobrze, że seks w telewizji, internecie, na billboardach i przystankach przeszkadza Polakom na co dzień. Że nachalna nagość drażni ich nie tylko, gdy pojawia się jako forma artystycznej ekspresji.

Jeśli czujesz, że coś z tym tekstem jest nie tak, to zanim następnym razem pojedziesz po kobiecie malującej jajkami z pochwy…

 

Zastanów się

Czy faktycznie jesteś ekspertem od sztuki? Czemu portale specjalizujące się w relacjonowaniu ilości stosunków w Warsaw Shore chcą być opiniotwórcze w dziedzinach artystycznych? Czym się różni nagość w performensie od gołej baby w reklamie kosmetyków?

---> SKOMENTUJ