Close
Close

– A tak w ogóle, to pracujesz w Capie, no nie?

– No, już trzeci rok. Zacząłem pod koniec studiów. Teraz już jestem seniorem.

– O, bo właśnie szukam pracy i…

– Ale wiesz, ja tam mało znam osób.

– …nie mógłbyś mnie polecić?

– Kurde, ciężko będzie. Trzeba znać minimum 2 języki, a ty znasz jeden, nie?

– No znam angielski biegle i niemiecki. I uczę się hiszpań…

– Dobra, to zgadamy się, ja spadam.

– Dź-dźięki.

 

***

 

– To robimy to, czy nie?

– Robimy, robimy, tylko muszę ogarnąć się ze swoimi projektami.

– Ale to gadamy już tak od pół roku.

– Wiesz Grzesiu jak to jest – praca, dom, Gośka, Gośka, praca, dom. Rozumiesz.

– Wiem Pawełku jak to jest, dlatego pytam, czy to robimy, czy olewasz temat i mam szukać kogoś innego?

– Przecież mówię, że robimy, tylko daj mi trochę czasu. Odrobię się ze swoimi rzeczami i uderzymy z tematem. Spokojnie.

– Dobra, to kiedy?

–  Jak będę miał jakoś luźniej. Zgadamy się.

 

***

 

– Maaarcin! Maaarcin!

– Wiola… cześć.

– Jola.

– Sorry, przejęzyczyłem się.

– Nawet nie pamiętasz jak mam na imię, a miałeś zadzwonić.

– Dzwoniłem, ale ciągle skrzynka się włącza. Musiałaś podać mi zły numer.

– Zaproszenie Ci wysłałam na Facebooku…

– Ja tam rzadko zaglądam.

– …miesiąc temu.

– Idziesz na rynek?

– Nie, właśnie wracam. Oblewałyśmy obronę Gośki i…

– To szkoda, bo ja właśnie w tamtą stronę. To nic, pogadamy innym razem.

– Spotkamy się w przysz…

– No pewnie, zgadamy się jakoś. Pa!

 

***

 

Zgadamy się = spierdalaj.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Cordova Vega
---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Karolina

    true. aczkolwiek nie zawsze. :)

  • Katarzyna Depa

    Mówię wprost – nie mam czasu. I zdarza się, że jednak go nie mam bardzo długo.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Gówno prawda. Nie raz, nie dwa „zgadywałem się” ze znajomymi, jako że wszyscy jesteśmy rozjechani po świecie w celach picia alkoholu (studiowania) bądź zarabiania pieniędzy (pracy). W zasadzie to właśnie na takie spotkanie po półtora roku, ustalane w zeszłym miesiącu, wychodzę.
    Po raz kolejny przerysowujesz sytuację do granic, których nawet ustawa nie przewiduje tylko po to aby pokazać, że albo cenisz sobie lingwistyczną prostotę (ten blog temu przeczy) w wypowiedziach werbalnych, albo naprawdę wolisz, żeby ktoś Ci powiedział „spierdalaj, nie mam dla Ciebie czasu Ty dupku”, zamiast „ustawimy się na browarka przy okazji, co ziom?”. Po poziomie Twoich tekstów wnioskuję, że jednak jesteś na tyle inteligentny by nie tylko wiedzieć kiedy ktoś Cię okrutnie zlewa (pomijając fakt że taka relacja często jest dwustronna), ale także umieć docenić etykietę.

  • Firefly

    o tak znam to, straszne. BRR.

  • EEee… serio?? :P

  • Keygan.

    Ten tekst jest tak prawdziwy, że aż bolesny. ;_;

  • Szymon

    Myśle że to troche robienie z igieł wideł. Dla mnie to dość oczywiste że jest to swego rodzaju zwrot grzecznościowy, i nie wynika z wyrachowania, a raczej sklada sie zazwyczaj z kilku czynników. Swoja droga często też dochodzi do tego „zgadania”, o czym wiem z doświadczenia. Nie podoba mi się natomiast sposób myślenia niektórych osób w stylu „- to już wolałbym żeby mi powiedział/a spierdalaj”. Nie, nie wolałbyś, i nikt by nie -wolał-. Na tym polega subtelność niektórych wypowiedzi, że ludzie, nazwijmy ich ogólnikowo „ogarniętymi”, rozumieją niektóre aluzje. Z mojego punktu widzenia można niektórych ludzi lubić, lub ich tolerować, ale do pewnego stopnia (czytaj przypadkowego spotkania i wymiany paru zdań, są to np osoby znane z uczelni, poprzedniej pracy etc.), ale nie na tyle żeby z nimi imprezować czy umawiać się na jakieś dłuższe ‚zobowiązujące’ spotkania. Rozmowy jakie tutaj przedstawiłeś są między osobą zainteresowaną, oraz bardzo widocznie niezainteresowaną, co ta pierwsza powinna zauważyć bardzo szybko i to bez tytułowego „zgadamy się”, chyba że dostała poważnego uszczerbku na umyśle, albo jest lekko towarzysko upośledzona. Dlatego uważam że są przerysowane.
    Zgadamy się = ? .

    • Misia

      Zgadzam się z Tobą. Właśnie sięgam pamięcią do ostatnich sytuacji kiedy użyłam tego zwrotu i są to sytuacje związane z osobami, które znam tak „przelotnie”, fajnie ustać, pogadać, nawet raz na rok na kawę się umówić, ale nie akurat teraz. Teraz powiem zgadamy się, a za pół roku jedna ze stron rzeczywiście numer wykręci i wyjdzie ze zgadania spotkanie. Zgadamy się to częściej zwrot grzecznościowy, przynajmniej w moim otoczeniu.

    • Haczy

      Sorry, ale to trochę piepszenie kogoś, kto nie umie drugiej osobie powiedzieć jak jest, tylko zasłania sie takimi zwrotami. Jak ktoś stawia na szczerośc, to woli usłyszeć, „mam cie gdzieś” albo „wal się” a nie takie mydlenie oczu.

      • Szymon

        Wiesz, był czas kiedy stawiałem na szczerość, nie mam wielu znajomych z tamtego okresu :P.

  • M.

    Jak kobitka mówi do faceta „daj mi trochę czasu” (na zastanowienie się nad związkiem blablabla) to mniej więcej to samo znaczy, co „zgadamy się” :D

    • Haczy

      Bardzo celne ;D

  • strasznie wymowne te wymiany zdań.

    dlatego zawsze staram się ‚zgadywać’ od razu. bo jak tak w danym momencie się nie zgadam, to potem już tylko zgaduję, że ktoś serio miał mnie gdzieś.

  • Strzelając rzutkami w tarczę trafia się często 7-kę, czasem 9-kę. Bywa, że wow – prosto w dyszkę. Tobie się to w większości udaje. Tak jak tutaj.

  • Agnieszka Polak

    Przecież da się odpowiedzieć szczerze i grzecznie: ” Nie jest pani pracownikiem jakiego szukamy”, ” Nie dam rady ci pomóc z tym projektem” itd. Myślę, że do manewru „zgadamy się” uciekają się tchórze;)

  • Prudens
    • Cieszę się, ze, że skojarzyłaś ten tekst z tym numerem, bo poniekąd jest nim inspirowany ;)

    • Chciałem wrzucić ten kawałek, ale widzę, że zostałem wyręczony :-)

    • Haha, przyszłam z zamiarem podlinkowania tego kawałka, a to już :)

  • Nikt nigdy nie powiedział mi ‚zgadamy się’. Czuję się… dobrze. :)

  • gabrielafrancuz

    Zgadamy się = oddzwonimy do pani :-)

  • Sama tak robię w stosunku do osób z którymi nie bardzo chce mi się utrzymywać kontakt. Jednak trzeba być uprzejmym i powiedzenie chamsko „Sorry, uważam, że jesteś beznadziejny/nudny/nie lubię cię, nie chce mi się z Tobą gadać” nie byłoby zbyt dobrze odebrane. Chociaż czasami mam już ochotę tak zrobić, zamiast tracić czas na takie milusie pogawędki.
    Co nie znaczy jednak, że w niektórych przypadkach takie „zgadamy się” jest straszne, zwłaszcza jak człowiek chce coś konkretnego i ważnego załatwić.

    • 1. Czemu chcesz być miła dla osób, które masz w dupie?
      2. Uważasz, że oszukiwanie kogoś jest milsze?

      • Jestem wychowana, że należy być miłym i kulturalnym, też trochę kwestia podejścia do ludzi – jeśli ktoś zwraca się do mnie w uprzejmy sposób i niczym mi nie zawinił to nie będę dla niego chamska tylko dlatego, że za nim nie przepadam. No i są to zwykle osoby z uczelni, z którymi widuję się chcąc nie chcąc dosyć często, więc tworzenie konfliktów nie jest wskazane, zwłaszcza, że trzeba żyć w jakiejś zgodzie i harmonii, bo funkcjonowanie razem przez koleje miesiące mogłoby być katorgą. I jeśli ktoś mnie gdzieś zaprasza, a ja odmawiałam mu już wiele razy, a on nadal mnie nagabuje, to zamiast odmawiać, tłumaczyć, wyjaśniać (bo oczywiście ta osoba nie rozumie, że nie, to nie) lepiej powiedzieć ‚zgadamy się’ i mieć święty spokój. ;)

        • LISU

          Tyle, że ‚zgadamy się’ to (no niemożliwee..) zachęta do .. zgadania się? Więc czego się spodziewasz, mówiąc komuś, że może się odezwać i ponowić próbę? Dżizas, czemu ludzie nie potrafią po prostu czasami powiedzieć jednego, krótkiego ‚NIE’, które w przeciwieństwie do zakłamanego ‚zgadamy się’, nie pozostawia złudzeń.
          Chcesz świętego spokoju, ale zachęcasz go do dalszego kontaktu, FUCK LOGIC! :]

          • Nigdy nie mówisz „kiedy indziej”, „innym razem”, „może kiedyś”, czy właśnie „zgadamy się”? :D „Nie” wbrew pozorom (niestety) nie zawsze funkcjonuje i nie zawsze można kategorycznie komuś powiedzieć, że nie chce się gdzieś z nim iść. Zwłaszcza, jak dobre relacje z tą osobą są koniecznością, a dobitne słowa prawdy mogłyby te relacje zabić ;) Życie ;)

          • Btw. Ciekawa dyskusja się wywiązała ;D

          • Czyli „zgadamy się” jest wynikiem wyrachowania i kalkulacji z kim opłaca się mieć dobre stosunki? ;)

          • Nie generalizuj aż tak;) Nie nazwałabym tego też wyrachowaniem. Zawsze „opłaca” się mieć dobre stosunki ze wszystkimi ludźmi, tak samo jak zawsze „opłaca” się być miłym dla innych. I jeśli te dobre stosunki z ludźmi wymagają mojego „wyrachowania” i „kłamania” to zamiast stać na ulicy i rozmawiać o czymś co mnie kompletnie nie interesuje z kimś, kto nie jest dla mnie ważny, mówię ‚zgadamy się, muszę lecieć’ i wracam do swoich spraw. Nie mam też z tego powodu wyrzutów sumienia, cóż, najwyraźniej jestem złym człowiekiem. ;) Aha, i żeby nie było – nie robię tak w ważnych sprawach ;)

  • ja to mam problem, bo wiele rzeczy zapominam. o tym, że miałam się zgadać, to też…

    • Kwestia priorytetów. Jeśli coś/ktoś jest dla Ciebie ważny, to będziesz pamiętać albo umówisz się od razu. Jeśli nie, to „zgadacie się”.

  • Trafne i niestety prawdziwe.Kulturalne zgadamy sie a jednak chamskie spier…

    • Jeden z ładniejszy eufemizmów wulgaryzmów jakie słyszałem.

  • ajć. takie prawdziwe…

  • Zibi

    Jak zwykle w punkt, dobry jesteś ;)

  • Karo

    Dobrze wiedzieć, zapamiętam.

Ludzie, którzy weszli na szczyt, mimo że świat spychał ich na dno

Skip to entry content

W naszej kulturze często sukcesy i porażki łączymy z zewnętrznymi, nieokreślonymi czynnikami. Jeśli kolega z biurka obok awansował na team leadera, dostając tym samym dostęp do magicznego przycisku „prześlij dalej” w skrzynce mailowej, mówimy, że mu się pofarciło. Jeśli z kolei szef zorientował się, że przez większość ostatniego miesiąca symulowaliśmy pracę, oszukując system wykrywania ruchu na komputerze myszką przyklejoną do chomika, i zostaliśmy zwolnieni, mówimy, że mieliśmy pecha. Sprawczość zdarzeń globalnych, mających trwały wpływ na nasze życie, również przypisujemy sile  wyższej. Niezależnej od nas samych.

Ktoś przedwcześnie odszedł z tego świata? Bóg tak chciał. Dwójka ludzi rozstała się po roku małżeństwa? Nie byli sobie przeznaczeni. Obiecujący piłkarz zerwał ścięgna? Kariera sportowa nie była mu pisana. Dziewczyna z rozbitej rodziny skończyła na ulicy? Taki był jej los.

Wychowując się w nieciekawych warunkach społeczno-ekonomicznych, w biedzie, w rozbitej rodzinie, w miejscu, gdzie psy szczekają dupami, cytując XIX-wiecznego poetę, trudno zacząć wierzyć w siebie. Bez bliskich wzorów sukcesu do naśladowania, przekonanie o wpływie na swoje życie i możliwości decydowania o samym sobie spada do zera. A często poniżej niego.

Gdy cały świat pokazuje Ci środkowy palec, otoczenie na każdym kroku utwierdza Cię w przekonaniu, że jesteś nikim, a jedyne co dostałeś w nadmiarze, to czwarty pasek na Superstarach, myśl, że sam kreujesz swoją rzeczywistość jest ciałem obcym. Umysł je odrzuca. I przyjmuje dożylnie koncepcję woli bożej, przeznaczenia bądź losu. Lub wszystkie naraz.

Gdy rzeczywistość próbuje Cię wdeptać między płyty chodnikowe, to wielu z nas uznaje, że tak ma być. Akceptując tym samym, że nie ma wpływu na swoje życie, bo jeśli coś jest zapisane w kartach, na przykład zapicie się na śmierć i zlanie z żelbetonowym osiedlem w jedną bezbarwną masę, to nikt i nic tego nie zmieni. A już na pewno nie Ty.

Czy to słuszne podejście? Czy można oszukać przeznaczenie? Czy przeznaczenie w ogóle istnieje? Czy jeśli gwiazdy na niebie układają się w słowo „śmieć”, to jest jakiś sposób, by „m” obrócić do góry nogami?

Nie odpowiem na te pytania. Bohaterowie dzisiejszego tekstu zrobią to za mnie.

 

Quentin Tarantino – pornobileter bez szkoły

„Magister to podstawa”, „bez studiów nie znajdziesz pracy”, „żeby zarabiać dobre pieniądze, trzeba mieć dobre wykształcenie”. Słyszałeś to? Pewnie, że tak i wątpię, żeby ominęło to również uszy młodego Quentina, który mimo to, w wieku 16 lat rzucił szkołę. By rozpocząć zawrotną karierę biletera w kinie pornograficznym. Z którego i tak został wyrzucony ze względu na kłamstwo odnośnie pełnoletności.

Czy to była przyszłość, jaką chciała zapewnić mu jego matka i ojczym? Wątpię. Czy późniejsza praca jako układacz kaset w wypożyczalni filmów była szczytem ich ambicji? Kurczę, nie sadzę. Jednak bez względu na to, jak decyzje Quentina oceniłoby otoczenie, w jego skali, ta z pozoru byle jaka tyrka, była mocnym 11/10. Bo dzięki niej był blisko kina. I zaczął kręcić swój pierwszy film „My best friend’s birthday”. Który nie został ukończony, bo taśma się spaliła.

Przy kolejnych dwóch – „Wściekłe psy” i „Pulp fiction” – sprawy przyjęły nieco inny obrót, i z nikogo znikąd stał gwiazdą „Hollywood” i ikoną świata filmu.

 

J. K. Rowling – samotna matka z depresją

Dzisiaj to oczywiste, że seria przygód o małym czarodzieju z przekręconym logiem Opla na czole to, oprócz wciągającej historii, maszynka do robienia pieniędzy, ale w momencie, gdy autorka ją tworzyła, wcale nie było to takie oczywiste. I J. K. Rowling ostatnie o czym mogła pomyśleć, to że dzięki swojemu pisaniu zostanie milionerką. Albo chociaż będzie miała czym zapłacić czynsz.

Rowling od dziecka marzyła o byciu pisarką, ale pracując w dorosłym życiu jako sekretarka, nic nie wskazywało, żeby z powodzeniem miała się przebranżowić. Szkicowanie „Harry’ego Pottera” przerwała śmierć jej matki, którą strasznie przeżywała, więc wyjechała z Anglii do Portugalii, żeby zacząć wszystko od nowa. Tam wróciła do pisania, dopóki nie poznała w barze dziennikarza, z którym wzięła ślub i spłodziła córkę. A który okazał się damskim bokserem. Pobita, upodlona kolejny raz musiała od czegoś uciekać. I przerywać pisanie. Po przeprowadzce do Szkocji, bez pieniędzy, bez pracy, za to z małym dzieckiem na utrzymaniu, wpada w depresję i ląduje w szpitalu psychiatrycznym. W trakcie leczenia z obserwacji pacjentów i personelu czerpie inspiracje do książki, i w 1995 w końcu ją kończy. I to by było na tyle, bo 12 wydawnictw z rzędu ma jej powieść w dupie.

Wielu na tym etapie pogrzebałoby pomysł bycia pisarzem głęboko pod ziemią, ale Rowling cały czas trzymała go przy życiu. Wierzyła w niego jak w nic innego na świecie. I w 1997 ukazał się „Harry Potter i kamień filozoficzny”, który do tej pory przetłumaczono na 35 języków, a w 1998 Warner Bros kupił prawa do ekranizacji powieść. A J. K. Rowling stała milionerką. Mimo, że do tej pory była samotną, bezrobotną matką z depresją, tułającą się po świecie.

Walt Disney – porażka, porażka, porażka

Życiorys Walta Disneya przypomina trochę biblijną przypowieść o Hiobie. Jakby przeznaczenie/los/Bóg próbowało sprawdzić ile razy musi go przybić do gleby, żeby w końcu się nie podniósł.

Chodził do szkoły artystycznej, by potem kierować ambulansem w trakcie I wojny światowej. Dostał pracę jako ilustrator w gazecie, by zostać z niej zwolnionym. Założył własne studio rysunku, by od razu zbankrutować. Drugi raz założył własną firmę, by drugi raz zbankrutować i nie skończyć „Alicji w krainie czarów”, na stworzenie której się pozadłużał. Trzeci raz próbował sił w prowadzeniu studia animacji, by wspólnik ukradł mu prawa do stworzonej przez niego postaci. I pracowników. Później przeszedł załamanie nerwowe, później stworzył Myszkę Mickey, która odniosła sukces, a później chciał stworzył „Królewnę Śnieżkę”, która prawie puściła go z torbami, ale ostatecznie odniosła sukces spektakularny.

I tak, nie ulegając sprowadzaniu go przez życie do roli szmaty do podłogi, Disney stworzył imperium, które znamy dziś.

Stephen Hawking – więzień w klatce własnego ciała

Powiem krótko: gość powinien być najpopularniejszym i najlepiej opłacanym mówcą motywacyjnym na świecie.

Nie może chodzić, nie może mówić, nie może pisać. Jest przykuty do wózka, w gardle ma rurkę, a ze światem komunikuje się przez syntezator mowy, który obsługuje policzkiem. PO. LICZ. KIEM. Zgodnie z diagnozą lekarzy miał już dawno umrzeć. A napisał doktorat, napisał bestseller, jest przegenialnym fizykiem i cały czas występuje na scenie. Rzucając do tego żarcikami.

Oprah Winfrey – gwałty, pobicia i narkotyki

Lista tytułów, którymi została odznaczona jest chyba dłuższa niż ten wpis. Czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Forbesa, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Time’a, czołówka najbardziej wpływowych kobiet świata według Life’a. Trzecie miejsce najbardziej rozpoznawalnych postaci medialnych według plebiscytu telewizyjnego z 2003. Oprah znalazła się w nim tuż za Supermanem i Elvisem Presleyem. Decydowała o być albo nie być polityków, pchnęła po wygraną George’a W. Busha i Baracka Obamę.

Grubo, co? To teraz pomyśl, że doszła do tego po tym, jak w dzieciństwie mężczyźni w jej rodzinie ją bili i gwałcili.

Jej matka była nastoletnią robotnicą, jej ojciec żołnierzem na przepustce, a ona ich wpadką. „Rodzice” oddali ją na wychowanie dziadkom, którzy uczyli ją zasad i dyscypliny pięścią. W wieku 9 lat zgwałcił ją jej własny kuzyn, a w wieku 14 – wujek. Z którym zaszła w ciążę. Ich wspólne dziecko zmarło po dwóch tygodniach. Żeby nie skonać z bólu zaczęła pić i ćpać. Jak to piszę, to nie wierzę, że pojedynczy człowiek mógł topić się w tak głębokim oceanie gówna.

I nie utonąć, a po wyjściu z niego zacząć błyszczeć jak gwiazda. Wbrew wszystkiemu.

 

***

 

Dobrego dnia.

autorem zdjęcia jest JD Hancock
---> SKOMENTUJ

5 powodów, dla których warto obejrzeć „Kill Bill 3”

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z dystrybutorem filmu – firmą Monolith

kill bill 3 recenzja

Pierwsza część „Kill Billa” to jeden z moich ulubionych filmów rozrywkowych, więc gdy dostałem propozycję promocji kontynuacji od razu cieplej zrobiło mi się na serduszku. Zwłaszcza, że to jedna z nielicznych akcji, kiedy blogerzy mają dostęp do filmu przed „oficjalnymi mediami”. Tak, to ten moment, gdy dziennikarze, publicyści i fachowi recenzenci nam zazdroszczą. Miłe.

Przechodząc do konkretów, z nagłówka wiecie, że warto iść na ten tytuł. Jak na każdy film Tarantino. Poniżej macie 5 powodów, z których dowiecie się dlaczego.

#1 Uma Thurman jako staruszka

Akcja dzieje się plus-minus 20 lat po wydarzeniach z jedynki i Quentin nie oszczędził Umy. Jest zniszczona po wycieńczającym życiu płatnego zabójcy. Widać to po jej pomarszczonej twarzy, siwych włosach i trzęsących się dłoniach. Reżyser pokazał na jej ciele, że supersztuki też nadgryza ząb czasu. Choćby chciały się od niego odżegnać świeżo naostrzoną kataną. Świetna kreacja i świetna gra aktorska. Morderczyni-staruszka śmieszy, zapiera dech w piersiach i wzrusza. I to wtedy, kiedy powinna.

#2 Sceny walki

Jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażacie. Wszędzie, WSZĘDZIE, ale to WSZĘ-Ę-Ę-DZIE, leje się krew, odpadają kończyny, a bruk wyłożony jest wnętrznościami. O to chodziło!

#3 Biegun Północny i Afryka

Film jest dosyć nietypowy jak na Tarantino, bo kręcony w dwóch totalnie dzikich i nieskażonych cywilizacją miejscach. W klimatach biegunowych, między lodowcami i misiami, i w dziewiczej afrykańskiej dżungli, gdzie nawet Cejrowski bałby się postawić stopę. Dwie zupełnie odmienne scenerie oddają usposobienie dwóch mocno kontrastowych postaci. Lód i śnieg, to Podstarzała Panna Młoda, gorąc i egzotyka, to Córka Vernity Greeny. Walka żywiołów, na wielu płaszczyznach obrazu i dosłowności, to motyw przewodni tego filmu.

#4 Daft Punk

W „Django” mieliśmy 2Paca i Rick Rossa, w „Kill Bill 3” mamy Daft Punk. I to Daft Punk w konwencji retro-newschool-electro! Uwierzcie, pójdzie na ten film 3 razy dla samej ścieżki dźwiękowej. „Get lucky” przy tym, to jak „Ona tańczy dla mnie” przy… w zasadzie, to przy czymkolwiek. Te numery to jest ogień, niekontrolowany pożar stacji benzynowej, nawet „Wielki Gatsby” nie miał takiego udźwiękowienia.

#5 Odmłodzona Halle Berry

Powiedzmy sobie szczerze, Halle Berry nie jest od tego, żeby wywoływać emocje z pogranicza ekstazy i depresji. Nigdy nie doświadczałem katharsis widząc ją na ekranie. Halle Berry jest od tego, żeby wbijać się w kreacje, które więcej odsłaniają, niż zakrywają, robić salta, szpagaty i skoki przeczące prawom fizyki, i zajebiście przy tym wyglądać. I sprawdza się w tym bezreklamacyjnie. Zwłaszcza, że zrobiona jest na kipiącą seksem dwudziestokilkulatkę. Przepraszam, na idealnie wyrzeźbioną, żądną zemsty, kipiącą seksem dwudziestokilkulatkę z szaleństwem w oczach. Ekran parzy.

Kill Bill 3 premiera

Chciałem czymś dowalić temu tytułowi, bo nie może być tak, że sam miód, cukier i orzeszki, ale szczerze mówiąc, nie mam czym. Zresztą, sprawdźcie recenzje u Moniki z Black Dresses (wyłapała polski smaczek) i Michała z Życie jest piękne (podróżnicze akcenty). Też słodzą i to nie wiem, czy nie bardziej niż ja. Andrzej z jestKultury i Alina z Design Your Life, którzy byli z nami na seansie, również złego słowa o nowym „Kill Billu” nie powiedzieli. Dobra, mnie się zdarzyło pomruczeć na przegadane sceny i przeciągnięcie tematu (prawie 2,5 godziny), ale podobno prawdziwi fani właśnie to kochają u Tarantino.

Jest tak?

---> SKOMENTUJ

Powyższe wideo pojawiło się na profilu krakowskiego MPK zatytułowane pytaniem, które widzicie powyżej. W opisie filmu możemy przeczytać szczegółowy opis zdarzenia wraz z detalami, których nie widać na filmie, a tekst kończy się retorycznym zwrotem „jak można bezpiecznie wozić pasażerów, gdy po ulicach jeżdżą tacy rowerzyści?”. Okej, to było bezdyskusyjnie głupie, a filmik mrozi krew w żyłach, ale mam inne pytanie.

Jak nazwiesz pielęgniarkę, która wkłada sobie do kieszeni fartucha noworodki i robi z nimi zdjęcia?

Jak nazwiesz kierowcę autobusu, który wykonuje pracę mając 2 promile alkoholu we krwi po sobotniej imprezie?

Jak nazwiesz matkę, która bierze narkotyki w trakcie ciąży, bo nie chce rezygnować z imprez na rzecz dziecka?

Jak nazwiesz kucharza, który dla żartów sika do frytek przed podaniem ich klientom?

Jak nazwiesz przedszkolankę, która podaje dzieciom środki nasenne, żeby były spokojniejsze przy leżakowaniu?

Jak nazwiesz gimnazjalistę, który dla szpanu bierze pistolet ojca i przychodzi z nim do szkoły?

Ja każdego z nich nazwę idiotą, bez względu na profesję, rolę społeczną, czy rodzinną. I tak samo powiem o gościu wyprzedzającym tramwaj na rowerze. Jest debilem, ale to że przy okazji lubi poruszać się na jednośladzie nie ma znaczenia. Myślisz, że gdyby jechał samochodem byłby bardziej odpowiedzialny?

Idiotą się jest bez względu na to czy jedziesz na dwóch kółkach, czterech, czy lecisz samolotem.

---> SKOMENTUJ