Close
Close

2500 lekarzy nie rozumie na czym polega ich zawód

Skip to entry content

Lekarze zadeklarowali - Uznajemy pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

Wykształcenie nie jest tożsame z wiedzą, a już na pewno z inteligencją. Mam nadzieję, że nie jest to dla nikogo nowością. Świat zna wiele wybitnych umysłów bez skończonych studiów wyższych (Steve Jobs, Albert Einstein, Mark Zuckerberg) i nie mniej baranów z tytułem magistra (co drugi absolwent uczelni ekonomicznej?).

Na każdym poziomie edukacji spotykałem osoby, które miały świetne oceny, nie dlatego, że były inteligentne i rozumiały zagadnienia, których się uczyły. Nie. Miały piątki, bo potrafiły zapamiętywać. Ryć materiał dziesiątki razy, aż nie zaczęły recytować go przez sen. Nie rozumiały czego się uczą, ani po co. Mechanicznie wprowadzały dane do neuronów. Działało to na tyle, by zdać klasówkę, maturę, czy egzamin, ale nie przekładało się na faktyczne zrozumienie tematu.

Tak właśnie stało się z 2500 lekarzami, którzy podpisali się pod „Deklaracją Wiary” – dokumentem, który jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Mimo, że każdy z nich ukończył studia wyższe, to publicznie oświadczył, że nie wie na czym polega jego zawód. Że zupełnie nie rozumie jaki ma cel pełnienie funkcji lekarza. Że na studiach klepał materiał na blaszkę, zamiast wgłębić się w jego istotę.

Poniżej owa deklaracja, która jest zaprzeczeniem przyrzeczenia lekarskiego, składanego przez każdego absolwenta medycyny.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

Początek jest łagodny. Można by się doczepić do tego, że mężczyzna jednak sporo różni się od niewiasty, więc Pan Wszechświata musiał mieć dwa obrazy, ale odpuszczam.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

Jeśli moment narodzin i śmierci zależy tylko i wyłącznie od PW (Pana Wszechświata), to zgodnie z tym tokiem rozumowania, nie powinno udzielać się nikomu pierwszej pomocy ani ratować ludzi z wypadków, bo sprzeciwiamy się woli bożej. Jeśli PW zechce, zatrzyma krwotok, przyszyje urwaną nogę i wznowi akcję serca, a lekarzom nic do tego. Przeprowadzając transfuzję krwi, czy transplantację serca tylko niepotrzebnie ingerują w plan boży.

Zresztą cała idea szczepień nie ma sensu. Ciało ludzkie jest nietykalnym darem, a wkłuwanie w niego igły jest jawną profanacją. Poza tym, jeśli PW chce zarazić dzieciątko czarną ospą, to nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Podobnie jest z antybiotykami. Organizm jest za słaby, żeby sam zwalczyć chorobę? To do piachu! Widocznie tak było zapisane. Kim Ty niby jesteś, żeby kwestionować boskie zapisy, lekarzem?

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

Wszyscy uprawiający seks przedmałżeński do więzienia. Wiadomo. Przy czym pojawia się tu pewna niespójność, bo w drugim akapicie całe ciało człowiek było darem, który jest święty, a teraz okazuje się, że już tylko penis i pochwa. Czy w takim razie oczom, uszom i dłoniom składanym do PW nie będzie przykro? No i przede wszystkim, czy można takie sacrum jak penis wykorzystywać do oddawania moczu?

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

Czyli innymi słowy, innymi słowy, stwierdzam, że nie powinienem wykonywać zawodu.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, – potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

Jeśli aborcję w przypadkach ofiar gwałtów, antykoncepcję w wielodzietnych rodzinach żyjących na skraju ubóstwa i zapłodnienie in vitro u par cierpiących na bezpłodność nazwiemy antyhumanitarną ideologią, to faktycznie jest czemu się przeciwstawiać.

6. UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

Świetnie, świetnie, tylko z tego co wiem, czynnością zawodową lekarza oprócz diagnozowania stanu zdrowia nierozłącznie jest leczenie. W takim razie jak ma pracować i leczyć ludzi, skoro to bezpośrednio stoi w opozycji do planu bożego? Jaki sens ma wybieranie zawodu, którego nie można wykonywać z powodu poglądów i przekonań? Lekarz, który nie leczy jest jak spawacz, który nie spawa, czy nauczyciel, który nie uczy. Wyobrażacie sobie, że nagle jutro górnicy podpisują deklarację wiary i oświadczają, że nie będą wydobywać węgla z głębi ziemi, bo to wbrew naturze?

Jeśli jesteś weganinem, to po co szkolisz się na rzeźnika?

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

Jestem mistrzem sztuki przetrwania

Skip to entry content
Jestem mistrzem sztuki przetrwania
autorem zdjęcia jest Antonio Amendola

Hajs. Gdy przyjechałem do Krakowa miałem skórzaną torbę z ciuchami i 600zł w skarpetce. Przez pierwszy miesiąc żyłem za 10zł dziennie. Nie przeszkodziło mi to w chodzeniu po klubach i imprezowaniu.

Alkohol. Wakacje nad morzem. Trochę dłużej, niż dzień przed okresem pełnoletności. Chcieliśmy walnąć po jednym na molo jak plażowi playboy’e, ale sklepowa uparła się, że wiek nie ten. Wyszliśmy zdołowani jakby miało nie być ferii i zobaczyliśmy zbieracza puszek. Układ pył prosty – 3 pełne z naszej kasy, z czego jedna jest dla niego. Nie zastanawiał się.

Wycieczka. Pojechaliśmy na koncert znajomych do Żor. Grali słabo, ale zabawa przednia. W końcu kto jak nie my miał rozkręcić pogo pod sceną. Koło pierwszej, gdy klub już opustoszał, a faza zaczęła schodzić, dotarło do nas, że jesteśmy w jakiejś dziurze 60 kilometrów od domu i że musimy do niego wrócić. A zostało nam 7 złotych i 46 groszy. Na czterech. A jeden bilet do nas kosztuje 4,50zł.

Przespaliśmy się do 6:35 na przystankowej ławce i gdy podjechał pierwszy busik spytałem pana kierownika, czy pan kierownik nie wziąłby czwórki zmarzniętych, wygłodniałych licealistów za 7 i pół złotego bez nabijania na kasę, bo bidulki nie mają jak do domu wrócić. Płaczliwe spojrzenie i odpowiednia kombinacja skruchy i wazeliny podziałały. Pan kierownik nas zabrał.

Przeprowadzka. Kiedyś irracjonalnym zbiegiem okoliczności wylądowałem w jabol-punkowym mieszkaniu, które bardziej przypominało pustostan zaadoptowany na squot. Anarchistyczne hasła na ścianach, obierki na ziemi i ludzie koczujący w przedpokoju. I ratlerek. Po 3 dniach ocknąłem się i doszło do mnie, że trzeba stamtąd uciekać.

Wybiegłem przed kamienicę, żeby zebrać myśli i ochłonąć i przechodząc przez pasy spotkałem koleżankę kumpeli przyjaciółki znajomej skądś tam. W 20 minut jej Maluch wypełnił się moim gratami po brzegi i zakończyłem przeprowadzkę transportem 2 drewnianych krzeseł na rowerze.

Farmaceutyk. Potrzebne nam były tabletki. Bardzo, bardzo, ale to zajebiście bardzo ważne tabletki. Tyle, że była sobota i nawet prywatni lekarze nie przyjmowali. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że była trzecia w nocy. W trakcie wydzwania kolejnych literek z mojej książki telefonicznej zacząłem tracić nadzieję, ale zanim doszedłem do „Z”, okazało się że siódma koleżanka na „R” ma ciocię, która jest dentystką. I może wypisać tę receptę. I wypisze. I to o tej trzeciej w nocy. Ufff…

 

***

 

Życie. Muszę znaleźć mieszkanie, zrobić 3017 rzeczy związanych z pracą i blogiem, i przeprowadzić się do soboty. Z calusieńkim dobytkiem swojego życia. Do tej soboty.

Nawet nie zastanawiam się czy dam radę – jestem mistrzem sztuki przetrwania.

Huawei Ascend P7 – selfie weszło na wyższy poziom

Skip to entry content

wpis jest wynikiem współpracy z marką Huawei

W czwartek wywiało mnie do stolicy. Zasadniczo zawsze byłem zdystansowany do Warszawy, ale ostatnio im częściej tam przyjeżdżam, tym bardziej mi się podoba i powoli zaczynam czuć się swojsko. I nawet jak padnie mi nawigacja w telefonie i wyląduję na Bielanach nie dostaję ataku paniki. Ale bez obaw, póki co nie planuję wyprowadzki z Krakowa. Póki co. Wracając do tematu, wpadłem do WWA, bo razem z Macademian Girl, Charlize Mystery i Szarmantem zostaliśmy zaproszeni na premierę nowego smartfona Huawei – Ascend P7.

I bez wazeliny, muszę powiedzieć, że…

 

Premiera była na bogato

Huawei Ascend P7 (1)

Przyjmuję taką zasadę, że jak wkładam garnitur to już musi się dziać coś poważnego. Albo ślub, albo pogrzeb, albo…

Huawei Ascend P7 - premiera na bogato (3)

…albo randka z miss polski – Pauliną Krupińską. Dobra przyznaję, to była najkrótsza randka w moim życiu i de facto Paulina chyba nie wiedziała, że na niej jest, ale i tak było miło.

Huawei Ascend P7 - drinki i przekąski (1)

Huawei Ascend P7 - drinki i przekąski (2)

Huawei Ascend P7 - drinki i przekąski (3)

Huawei Ascend P7 - drinki i przekąski (4)

Huawei Ascend P7 panroamiczne selfie (5)

I smacznie.

Post użytkownika Stay Fly.

I czarująco (dalej nie wiem jak ten koleś to zrobił).

Huawei Ascend P7 - premiera na bogato (1)

Huawei Ascend P7 - Justyna Steczkowska i Maciej Dowbor (1)

I muzycznie. Gra na kieliszkach była niecodzienna i intrygująca, ale występ Justyny Steczkowskiej był hipnotyzujący. Mimo, że jej repertuar to zdecydowanie nie mój klimat i zawsze śmieję się z „Dziewczyny szamana”, to  za tą zmysłowość i seksualność, którą emanowała poruszając się na scenie ma u mnie pełen szacunek. Więcej takich 40-latek poproszę.

Ale, ale, przecież miało być…

 

O telefonie

Huawei Ascend P7 (14)

Ascend P7 jest naprawdę spoko. Jest lekki (124 gramy), cienki (6,5 milimetra), aluminiowo-szklany, ma 2 aparaty fotograficzne (z przodu 8 megapikseli, z tyłu 13), najnowszego ultra-płynnego Androida i mój Samsung Galaxy Trend płacze, gdy go widzi. Ale to tylko suche fakty, które i tak nic Wam nie mówią. Dlatego zamiast pisać jaki jest, wolę Wam pokazać co potrafi. A konkretnie, co jest w stanie zdziałać jego aparat.

Po części już mogliście się przekonać, bo wszystkie zdjęcia w tym poście są wykonane tylko i wyłącznie nim, ale jeszcze nie mówiłem Wam jak działają jego…

 

Fotosztuczki

Huawei Ascend P7 - poziom piękności (1)

Tu jest bajer, który mógłby być nominowany do Effie za nazewnictwo – „poziom piękności”. Kiedy robisz sobie zdjęcie przednim aparatem wyskakuje Ci suwak, który w zależności od tego jak jest ustawiony, mniej lub bardziej wygładza Ci twarz ze zmarszczek, dziur po ospie i pryszczy. Na zdjęciu po lewej poziom piękności (to się naprawdę tak nazywa) ustawiony jest na 0, na zdjęciu po prawej na 10. Jeśli chcecie zobaczyć różnicę patrzcie tylko na moją twarz, bo Tamara zawsze jest gładziutka jak świeżo utkany jedwab.

Huawei Ascend P7 panroamiczne selfie (1)

Huawei Ascend P7 panroamiczne selfie (4)

Huawei Ascend P7 panroamiczne selfie (3)

Huawei Ascend P7 panroamiczne selfie (2)

Powyższe 4 foty zrobione są przy użyciu opcji, która wywróci do góry nogami robienie zdjęć z ręki. Nowy smartfon Huawei ma funkcję „panoramiczne selfie”. Nie jestem wielkim fanem samojebek (na palcach jednej ręki możecie policzyć ile wrzuciłem ich na Facebooka), ale to jest totalnie kozacki bajer. W momencie, w którym to odkryłem, zniknąłem na godzinę i chodziłem po restauracji trzaskając selfiki.

W dużym uproszczeniu działa to tak, że robiąc fotkę z ręki najpierw trzymasz telefon na wprost, potem przesuwasz rękę w lewo, potem w prawo i aparat sam łączy te 3 perspektywy w jedno szerokie zdjęcie. Na pierwszy rzut oka efekt końcowy wygląda jak normalna fota  zrobiona przez kogoś, kto stoi przed nami. Dopiero przyglądając się tłu można zauważyć podejrzanie zaokrąglone ściany.

Jaram się, ale to jeszcze nic w porównaniu z…

Huawei Ascend P7 panorama 360 (1)

Huawei Ascend P7 panorama 360 (2)

…panoramą 360. Trudno oddać zajebistość tej opcji wstawiając na bloga zdjęcie zeskalowane do 720 pikseli szerokości (bo przez to jest strasznie niskie), ale sama możliwość zrobienia takiej foty, bez dodatkowego oprogramowania, unosi kąciki ust ku górze. Pomyśl, że jesteś pod sceną na koncercie plenerowym i uwieczniasz twarze wszystkich ludzi bawiących się dookoła na jednym zdjęciu. Albo wchodzisz na dach i łapiesz na cyfrowej kliszy zachód słońca nad całym miastem. Bez żadnego ekstra kombinowania, po prostu przesuwasz rękę w prawo i jest. Spoko, co?

Prawie tak spoko, jak…

 

Podróż do Chin

Przez cała imprezę z Romanem, Karoliną i Tamarą robiliśmy reportaż z wydarzenia w postaci zdjęć i filmów. Jeśli chcecie zobaczyć jak wyglądało to wydarzenie z perspektywy modowej części blogosfery, kliknijcie w baner poniżej. Przekieruje Was do aplikacji „Reporterzy Hauwei” na Facebooku, gdzie…

Huawei Ascend P7 - reporteży Huawei

…będziecie mogli też zagłosować na najlepszą relację z premiery. A bloger, który otrzyma najwięcej głosów poleci do Chin. CHIN. C-H-I-N!

Już pomijam to, że podróż do tak abstrakcyjnego kraju jak Chiny, to moje marzenie, ale to też wyprawa, na którą mógłbym zabrać Was – przez bloga. Chcielibyście zobaczyć jaki materiał jestem w stanie zrobić z Państwa Środka, które jest tak różne kulturowo od Polski jak czarny od białego? Iloma ciekawostkami, obserwacjami i przemyśleniami mógłbym się z Wami podzielić? Jakie niecodzienne jedzenie, budowle i miejsca mógłbym Wam pokazać?

Jeśli tak, to wiecie co robić.