Close
Close

“My Słowianki – prostytutki”, czyli jak zmieszać z błotem ludzi sukcesu

Skip to entry content

Jest niewiele osób, które nie słyszały „My, Słowianie” Donatana i Cleo, więc nie będę Was jakoś szeroko wprowadzał. To najgłośniejszy hit ostatniego półrocza, utrzymany w kanonie pop-folkowym. 42 i pół miliona wyświetleń. Jak na gwiazdy z casting-showu wspierane przez globalny koncern muzyczny, to sporo. Tyle, że oni nimi nie są. Są niezależnymi twórcami, będącymi w kontrze do trendów panujących w polskim popie. I taka liczba odsłon to miazga! Nic więc dziwnego, że dostali się do Eurowizji jako reprezentanci naszego kraju.

W półfinale dali spójny z tym co robili wcześniej, energiczny występ, łechtający nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku. Naprawdę przyzwoite show. A w porównaniu do wcześniejszych występów Michała Wiśniewskiego w tym konkursie, to bez porównania. Żeby jednak nie zachłysnąć się dobrym samopoczuciem i nie upić zasłużonym sukcesem, Kinga Matusiak pisząca dla naTemat, musiała zmieszać ich z błotem. Bo tak.

Tekst „My Słowianki – prostytutki (Eurowizja 2014)” zaczyna się od zdania sugerującego pojmowanie świata na poziomie 10-latka:

Słowianka okiem przeciętnego Europejczyka, widza telewizyjnego: cycata, wytapetowana lala z czerwonymi pazurami, nabierająca do drewnianego wiadra wody, trąca (na czymś?!) szmatę.

Idąc tym tropem rozumowania, Polacy powinni uznać, że wszystkie kobiety w Austrii mają brody. A raczej, że wszyscy Austriacy chodzą na szpilkach, depilują sobie nogi i mają problem z regulacją brwi. Od razu pomyśleliście tak, prawda?

Dalej autorka pokazuje jaką jest ignorantką muzyczną:

Do samego utworu zastrzeżeń, żeby było jasne – nie mam – równie dobrze mógłby zaśpiewać zespół Weekend i w sumie nie zrobiłoby to dla mnie różnicy

Jeśli ktoś nie widzi różnicy między łupanką z wiejskich remiz, a wysokiej jakości popem, to nie powinien wypowiadać się na żadne tematy związane z estetyką. Rozumiem, że między „Mazurkiem Dąbrowskiego” w wykonaniu Chóru i Orkiestry Wojska Polskiego, a „Pisarzem miłości” Braci Figo Fagot też nie widzi różnicy?

W kolejnym akapicie kopalnia beki nie staje się ani ciut płytsza:

Nasza turlająca się po scenie przedstawicielka pokazała wiele. Może nawet nie “za wiele” ale sposób w jaki zostało TO przedstawione spowodował, że otworzyłam szeroko usta ze szczerego zdziwienia…

Ta poza, wyraz twarzy, tandetne udawanie “dziwnych ruchów”

Ciekaw jestem co Kinga otworzyłaby szeroko, gdyby zobaczyła, któryś z klipów Madonny. Albo Snoop Dogga. Albo 50 Centa. Nie mówiąc już o Rihannie i Lady Gadze. Przy teledyskach amerykańskich gwiazd występ Cleo jest aseksualną wieczorynką dla przedszkolaków, więc może czas szeroko otworzyć oczy i zobaczyć, że nie ma w nim żadnego szatana? Jeśli nie, to z rzeczy do otwierania pozostaje jeszcze okno.

Dobra, było śmiszno, to teraz będzie straszno:

Nie dość, że Polki i tak mają ogólnie dość ciekawą opinię “dobrych” prostytutek (wiele Polek poza granicami kraju właśnie w taki sposób zarabia), o czym teoretycznie każdy wie (a praktycznie pewnie niejeden!), to jeszcze na Eurowizji scenografia nie pozostawia złudzeń. Kim jest Polka? Cycatą wieśniarą z idiotycznym wyrazem twarzy i ruchu ciała, zachęcającym raczej do kopulacji, a nie do głosowania. Ubijająca dwuznacznie masło (?!), piorąca tarą odzież…

Po pierwsze, ta kobieta powinna przestać oglądać „Plebanię”, bo lasuje jej mózg. Byłem w różnych częściach Europy, moi przyjaciele byli w różnych częściach świata, ale jeszcze nikt nie przywiózł informacji o tym, że Polki są postrzegane na arenie międzynarodowej jako „dobre prostytutki”. Jako pielęgniarki? Tak. Kelnerki? Owszem. Sprzątaczki? Również. Ale prostytutki? Nie wiem skąd ma dane odnośnie „wielu Polek” i na jakiej podstawie twierdzi, że „każdy wie”, ale chyba pomyliła nas z jakimś państwem bloku wschodniego.

Po drugie, co jest interesującego w byciu „dobrą prostytutką”, że uważa to za „ciekawą opinię”?

Po trzecie, jeśli ruchy występujących dziewczyn zachęcają ją do kopulacji, to może coś jest na rzeczy? Jak to mówią – „głodnej wibrator na myśli”. Czy jakoś tak.

Na przedostatnim zakręcie niekontrolowanej jazdy przez świat mediów wyłania się pytanie, które powinno być retorycznym, a nie jest:

A może cycki tak bardzo dobrze się sprzedają, że inaczej nie można było?

Tak.

Kończąc bolesne spotkanie z tym „artykułem”, chciałbym zasugerować autorce sprawdzenie w słowniku języka polskiego słowa „prostytutka” i nauczenie się definicji na pamięć. Rozumiem, że zazdrości dziewczynom występującym na Eurowizji pięknych piersi, zgrabnych nóg i pewności siebie. Zdarza się. Mimo wszystko, to, że ktoś jest atrakcyjniejszy od niej, jeszcze nie świadczy o tym, że sprzedaje swoje ciało za pieniądze. Zajebista figura nie jest jednoznaczna z odpłatnym świadczeniem usług seksualnych. To tak nie działa.

Współczuję ludziom, którzy utożsamiają seksapil z prostytucją. To chore.

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz “Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku “wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

“Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze “Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to “my”, a “my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To “oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu “my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? “Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia “Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj “Lunatycy” i “To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

Dlaczego skasowałeś mój komentarz?

Skip to entry content

Masz wolny kwadrat, bo od dawna mieszkasz sam. Albo akurat rodzice wyjechali na weekend. Tak, czy inaczej, chcesz zrobić domówkę, bo lubisz się bawić, a dawno nic się nie działo. Domówka, jak każda impreza, ma to do siebie, że im więcej ludzi, tym lepsza, więc otwierasz drzwi na oścież i robisz wstęp wolny. Zapraszasz znajomych, znajomych znajomych, znajomych znajomych znajomych i nawet swoją byłą.

Goście walą drzwiami i oknami, parkiet pęka w szwach, jest spoko.

Wszyscy bawią się w najlepsze, śmichy-chichy, tańce, hulanki i dowcipy o Chucku Norrisie. Nagle kuzyn szwagra siostry przyjaciółki córki sprzątaczki z sąsiedniego osiedla oświadcza, że muzyka, którą puszczasz jest do dupy i musisz ją zmienić. Bo on tak chce. Za chwilę jakiś inny syn proboszcza zaczyna się drzeć, że Twoje mieszkanie jest brzydkie, śmierdzi i ludzie nie powinni tu przychodzić. Powinni przyjść do niego. Po czym puszcza pawia na środku parkietu. W międzyczasie jakiś podchmielony dres zaczyna obrażać Twoich gości, charkając im na buty i kwituje performens stwierdzeniem, że jesteś baranem.

Impreza zaczyna podupadać, ludzie zbierają się do wyjścia, na półpiętrze dwie tipsiary szarpią się za włosy, a Ty masz ochotę wyrzucić wszystkich za drzwi i już nigdy nikogo nie zapraszać. Zrobili Ci z domu burdel, w którym już sam nie chcesz przebywać. A wystarczyło tylko pozbyć się hołoty i dalej bawilibyście się w błogiej atmosferze.

Z blogiem jest podobnie.

Blog to Twoja domówka w internecie.  Drzwi stoją otworem, każdy może wpaść, ale i każdego możesz wyrzucić za fraki, jeśli psuje imprezę. Nawet jeśli plujesz tęczą w swoich wpisach i starasz się zbudować na blogu bastion miłości, zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie się to podobać. Zawsze. Powie, że się sprzedałeś, jesteś monotematyczny, wpisy są pod publiczkę, a poza tym masz krzywy zgryz i źle dobrane spinki do mankietów na profilowym. Albo, że po prostu jesteś chujem.

Żeby nie utrudniać życia normalnym czytelnikom, a zwłaszcza sobie, takiego siejącego ferment człowieczka trzeba natychmiast katapultować z bloga. Natychmiast! Jeśli tego nie zrobisz, rozwali Ci imprezę. Wystraszy ludzi, którzy przyszli się bawić i sprawi, że sam stracisz ochotę do pisania. Gorszego scenariusza nie ma. Wciśnij „delete” i usuń wirtualnego pawia, którego puścił między gości, a najlepiej zbanuj. I gdy zażąda wyjaśnień, dlaczego jego komentarz zniknął jak kał po pociągnięciu za spłuczkę, odpowiedz krótko.

Usunąłem Twój komentarz, bo psujesz zabawę.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mixy Lorenzo

Na YouTube, a konkretniej we vlogosferze urodowo-kosmetycznej, panuje trend, który nazywa się “ulubieńcy miesiąca”. Polega na tym, że dziewczyny pod koniec miesiąca pokazują produkty, które zachwiały ich światem i nie wyobrażają sobie już życia bez nich. Na temat odżywki do paznokci, czy tuszu do rzęs potrafią się rozgadać nawet na dobre kilka minut, cały czas utrzymując uwagę widzów.

Postanowiłem sprawdzić, czy też tak potrafię.