Close
Close

Eurowizji nie wygrała kobieta z brodą

Skip to entry content

Conchita Wurst - Eurowizja 2014

To nie jest post o tym, kto powinien wygrać Eurowizję, to nie jest post o tym, czy konkurs piosenki zamienił się w cyrk, ani nawet o tym, czy grozi nam potop genderowo-tęczowej poprawności. To jest post o tym, jak bezmyślnie tworzy się „artykuły” w portalach internetowych i jak „dziennikarze” ogłupiają odbiorców.

Od wczoraj czytam, oglądam i słyszę, że w finale tegorocznej Eurowizji Donatana i Cleo pokonała kobieta z brodą. Kobieta. Człowiek płci żeńskiej. Nie transwestyta, nie transseksualistka, nie drag queen, tylko kobieta. Z piersiami, pochwą, wcięciem w talii, szerokimi biodrami i bez jabłka Adama. Patrzę na tę zwycięską postać i mimo kamuflażu jakoś tej kobiety nie widzę.

Pewnie dlatego, że jej tam nie ma.

59-ty konkurs Eurowizji wygrał Thomas Neuwirth, posługujący się pseudonimem artystycznym Conchita Wurst. Koleś. Człowiek płci męskiej. Austriak z penisem między nogami i zarostem na twarzy, który przed występem maluje się kosmetykami do makijażu i ubiera damskie ciuszki.

Facet w sukience, nie kobieta z brodą.

(niżej jest kolejny tekst)

Ile kosztuje wydanie książki w self-publishingu? Jakieś 37 200zł

Skip to entry content

Kiedy media poruszają temat self-publishingu, najczęściej robią to w kontekście zysku. Jest ktoś choć trochę zainteresowany rynkiem wydawniczym, kto nie wie jak duża przepaść dzieli wynagrodzenie dla autora z jednego sprzedanego egzemplarza w modelu self-publishingowym i w wariancie z wydawcą? Tak? To w skrócie: we współpracy z dużym wydawnictwem, przy dobrych wiatrach, dostajesz 10% z ceny sprzedaży, wydając się samemu od 50% w górę.

Zakładając, że średnia cena książki w Polsce to 40zł, w pierwszej opcji są to maksymalnie 4 zł brutto, w drugiej minimum 20. Najczęściej jednak 3zł przy wydawnictwie i 30zł przy publikowaniu się samemu. Spora różnica? No, raczej. W pierwszym wariancie nie starcza Ci nawet na 2forU w Maku, w drugim możesz zabrać koleżankę na Happy Meala i jeszcze zostanie Ci na oranżadę.

Jest tylko jedna kwestia, która często bywa przemilczana przy huraoptymizmie związanym z zyskami w self-publishingu: koszty. Autor wydając się samemu ponosi WSZYSTKIE koszty. Zarówno „Lunatyków” jak i „To tylko seks” wydałem samodzielnie, tak że trochę o kosztach wiem.

Jaki koszt powstania książki ponosi autor przy self-publishingu?

(wszystkie poniższe kwoty, to wyliczenia oparte na mojej ostatniej powieści – „To tylko seks” – liczącej 300 000 znaków i podane są wraz z VATem, w zależności od typu książki, objętości i poziomu tekstu, poszczególne składowe mogą pójść w górę lub w dół)

Redakcja. Z punktu widzenia czytelnika kwestia najistotniejsza, z punktu widzenia autora temat często pomijany. Dzięki dobrej redakcji z piramidalnych głupot może powstać książka całkiem znośna. To redaktor odpowiada za wyłapanie nielogicznych zachowań bohaterów, rozmijania się z realiami, czy wycięcie fragmentów ciągnących się w nieskończoność rozdziałów.

Redakcja jest jak dobry warsztat samochodowy – z Poloneza Caro może zrobić samochód. Niestety, wielu autorów przekonanych o swym geniuszu, nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ich tekst mógłby wymagać poprawek. Odpuszcza redakcję wierząc, że ich książka to Bentley Continental, gdy w rzeczywistości to bity Fiat Multipla.

Ile to kosztuje? Profesjonalna redakcja w Twardej Oprawie, prowadzonej przez Kingę Rak, to około 2 300zł.

Korekta. To nie tylko przecinki. To również zapis dialogów, liczb, dat, nazw własnych i drugie sito wyłapujące wszelkie błędy.

Ile to kosztuje? Korekta, w tym samym miejscu co wyżej, to około 1 600zł.

Okładka. W kwestii promocji i sprzedaży kluczowy element.

Stare góralskie przysłowie mówi „nie oceniaj książki po okładce”. Realia rynku mówią „z brzydką okładką książki nie sprzedasz”. W środku możesz mieć materiał na Paszport Polityki, ale jeśli opakowanie będzie odstraszać, to nikt się o tym nie dowie. Możesz się wściekać i przeklinać stwórcę, ale właśnie tak to działa. Dlatego nie warto przycinać na dobrym grafiku, czy ilustratorze, zwłaszcza, że nie są to wyjątkowo drogie rzeczy, a jeśli projekt faktycznie będzie ładny, ludzie sami będą wrzucać zdjęcia książki na Instagrama, robiąc Ci darmową promocję.

Wyjątkiem są tu czytelnicy kryminałów – im bardziej okładka przypomina sklejkę w Paincie, tym większe prawdopodobieństwo, że kupią dany tytuł.

Ile to kosztuje? U Agaty Dębickiej piękna okładka oparta na ilustracji to około 1 200zł.

Skład. Czyli to jak tekst wygląda po wydrukowaniu. Konkretnie, to jak wygląda strona tytułowa rozdziału – czy są wodotryski, upiększacze, cudawianki? Jak wygląda strona w środku rozdziału – jakie marginesy, interlinia, numerowanie, tytuł rozdziału w rogu, nazwisko autora w drugim, telefon do Telepizzy w trzecim? Podzielenie zdań na linijki, tak by między wszystkimi słowami był dokładnie takim sam odstęp.

Ile to kosztuje? Sprawny i fachowy skład w Zuchowym Studiu to około 700zł.

Druk. W przypadku powieści, w której rdzeniem jest słowo pisane, najczęściej jedyny kolorowy element to okładka, przez co koszt druku jest stosunkowo niewielki. W zależności od liczby stron i rodzaju papieru jaki wybierzemy, to od 4 do 7 złotych za egzemplarz przy nakładzie 1000 sztuk. Przy tematach gęściej ilustrowanych, typu poradnik z obrazkami, robi się z tego kilkanaście złotych, a przy książkach dla dzieci, czy publikacjach kulinarnych, cena dochodzi do kilkudziesięciu złotych. Czyli na granicy opłacalności.

Ile to kosztuje? Za druk 1100 egzemplarzy „To tylko seks” liczących 280 stron, z okładką z kredą matową 300 gram i papierem w środku ecobook 80 gram, zapłaciłem 5500zł w Drukarni Sowa.

Jaki koszt promocji książki ponosi autor przy self-publishingu??

Strona sprzedażowa. Po okładce to chyba najważniejszy element całego self-publishingu. Jeśli zastanawiasz się, czy warto ją mieć, to znaczy, że absolutnie nie masz pojęcia o sprzedaży. Mamy XXI wiek, algorytm Facebooka wie o Tobie więcej niż własna matka, a pogodę częściej sprawdzasz wpisując nazwę miasta w Google, niż wyglądając za okno. Jeśli nie da się czegoś znaleźć w wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje. A niełatwo sprzedać coś, czego nie ma.

Strona sprzedażowa to wizytówka Twojej książki w sieci i jednocześnie Twoja własna księgarnia. Miejsce, w którym potencjalny czytelnik może ją obejrzeć, dowiedzieć się co jest w środku i przede wszystkim kupić. To, jak będzie wyglądała, ile treści na niej umieścisz i w jakiej formie, a przede wszystkim, czy w ogóle się otworzy, decyduje o tym, czy ktoś kliknie magiczny przycisk „zamów”, a potem „zapłać”.

Widziałem naprawdę wiele stron sprzedażowych powstałych na zlecenie, wydawać by się mogło, dużych i poważnych wydawnictw, a wyglądały jak śniadanie po przejściu przed układ pokarmowy. I zgadnij: co? Nie kupiłem tych książek, mimo że byłem nimi zainteresowany. Zaryzykowałbyś obiad w restauracji, która z zewnątrz wygląda jak melina?

Ile to kosztuje? Responsywna strona internetowa z podpiętymi płatnościami, regulaminami, wizualizacjami książki i wsparciem technicznym, to 3000zł u Andrzeja Kozdęby z Brave New.

Film promocyjny. Żyjemy w dobie treści wizualnych z naciskiem na wideo, dlatego Youtube już lata temu zaorała blogosferę pod kątem zasięgów, a Instastories jest trendującą formą komunikacja. To pierwszy powód, dla którego powinieneś mieć film opowiadający o Twojej książce. Drugi jest taki, że jeśli zdecydowałeś się napisać powieść, czyli najtrudniejszą formę literacką z punktu widzenia promocji, to zwiastun filmowy jest najsensowniejszym pomysłem, żeby pokazać „co jest w środku”.

W przypadku poradników sprawę załatwia wrzucenie spisu treści, w przypadku biografii pokazanie facjaty osoby, której dotyczy książka. Przy beletrystyce niestety to nie działa. Stawanie na głowie i kręcenie się wokół własnej osi również. Mając do czynienia z fabułą możemy oczywiście pokazać czytelnikom jej fragmenty, ale działa to głównie na osoby, które są już na tyle zainteresowane danym tytułem, by poświęcić swój czas na czytanie. Większość chce, żeby przekazać im w maksymalnie kilkudziesięciosekundowym skrócie „o czym to, do cholery, jest?” .

I na to pytanie zrozumiale odpowiada film.

Ile to kosztuje? U Michała Sulicha z Salty Skills Films, wideo do internetu z dwoma aktorami, lektorem i scenariuszem nawiązującym do książki, to 4000zł.

Grafiki promocyjne. Sam film, to oczywiście za mało. Żeby kampania promująca Twoją książkę miała sens, czyli żeby ktoś ją kupił, materiałów promocyjnych potrzebujesz przynajmniej kilkanaście. Zazwyczaj odbiorca musi spotkać się kilka razy z informacją o produkcie, żeby w ogóle odnotował jego istnienie, przekonanie go do podjęcia decyzji zakupowej wymaga jeszcze większej aktywności.

W trakcie przedsprzedaży „To tylko seks” publikowałem zarówno filmy promocyjne, materiały od patronów, zdjęcia książki, fragmenty tekstu, jak i grafiki przedstawiające bohaterów powieści, a i tak wiem, że powinienem zrobić więcej.

Ile to kosztuje? Koszt 7 ilustracji z sylwetkami bohaterów, narysowanych przez Agatę Dębicką, to 1500zł.

Sesja zdjęciowa. Po co i na co to komu? Profesjonalne zdjęcia autora i książki przydadzą się:

a) na stronę internetową, bo selfie w kiblu średnio uwiarygadnia Cię przed potencjalnymi czytelnikami

b) do mediów społecznościowych, by pokazać ludziom, że książka nie jest tylko wizualizacją sklejoną w Photoshopie, ale naprawdę istnieje

c) do mediów nie-społecznościowych, żeby miały co pokazać w artykule, kiedy informacja prasowa o Twojej książce powali ich na kolana i będą chcieli o niej napisać, a fota zrobiona tosterem w nieoświetlonej piwnicy średnio będzie się nadawać

d) dla patronów, bo wiesz, że powinieneś mieć patronów medialnych książki i to, jak zaprezentują ją w swoich kanałach, wpłynie na to, ile sztuk zejdzie w przedsprzedaży?

Ile to kosztuje? Profesjonalna sesja zdjęciowa u uzdolnionego Marcina Malickiego, to 1400zł.

Reklama na Facebooku. Za darmo umarło. To że Facebook nie pobiera opłaty za założenie profilu promującego Twoją działalność, nie znaczy, że jest instytucją charytatywną. Nawet jeśli masz turbozaangażowaną społeczność, to na pewnym etapie za dotarcie do niej trzeba zapłacić. Zwłaszcza za dotarcie z komunikatem sprzedażowym.

Ile to kosztuje? Od 1 grosza, do nieskończoności, przy czym sugerowałbym mieć większy budżet na sponsorowanie treści niż mniejszy. Wydając „To tylko seks” zakładałem, że reklama na Facebooku będzie mnie kosztować 3000 złotych, co w moich wyliczeniach było optymalnym budżetem. Skończyło się na tysiącu, ponieważ przez „seks” w tytule, algorytm stwierdził, że próbuję sprzedać usługi dla dorosłych i banował mi reklamy.

Coś jeszcze? Tak. Pół roku pracy

Mało kto bierze to pod uwagę, ale powieści ani nie piszą, ani nie wydają się same. To praca na pełen etat, a tuż przed premierą, bywa, że i na półtora etatu.

Wszystkie działania, które wymieniłem wyżej musisz zaplanować, najlepiej równolegle z pracą nad tekstem, a przede wszystkim znaleźć osoby, które je zrealizują. Trafić na niekompetentnych ludzi, którzy powiedzą, że postawią Ci stronę sprzedażową za dwie stówki, po czym skasują zaliczkę i przestaną odpisywać na maile, jest naprawdę łatwo. Trudno za to opanować emocje w momencie, kiedy dochodzi do Ciebie, że straciłeś półtora miesiąca i znów jesteś w punkcie wyjścia, bo chciałeś oszczędzić kilka złotych.

Przy „Lunatykach”, mimo że był to mój debiut wydawniczy, zaliczyłem tylko kilka małych wpadek, a całość pracy nad książką zajęła mi 12 miesięcy. Napisanie i wydanie „To tylko seks” trwało połowę tego czasu. Z jednej strony, dlatego że nie była to taka kobyła jak mój debiut („Lunatycy”, to ponad 600 000 znaków!), a z drugiej, dzięki doświadczeniu i wiedzy jak wygląda cały proces i gdzie są punkty zapalne, potrafiłem go zoptymalizować. Choć i tu nie obyło się bez potknięć i zarwanych nocy.

Ile to kosztuje? W zależności od kosztów życia w danym mieście, może to wyglądać różnie, 6 miesięcy w Krakowie w standardzie nie-studenckim, to od 15 000zł wzwyż.

To ile w końcu kosztuje ten cały self-publishing?

Sumując wyliczenia, które podałem powyżej, same koszta podwykonawców to 22 200zł brutto, przy czym, są to oczywiście ceny dla osób z ulicy. U mnie suma faktur stanęła na 14 900zł, bo z większością wymienionych wyżej osób znam się osobiście i część wykonała swoją pracę za półdarmo, za co jestem im ogromnie wdzięczny.

Licząc więc całkowity koszt wydania „To tylko seks” (niecałe 300 000 znaków, 1100 sztuk nakładu) po stawkach rynkowych i wliczając w to koszt swojej pracy, a konkretnie pół roku życia w jednym z największych polskich miast, dobijamy do 37 200zł brutto.

Mało? Dużo? Ciekaw jestem Twojej opinii.

zdjęcia w nagłówku pochodzą od czytelników, którzy opisali je hashtagiem #jestempatronem na Instagramie

„My Słowianki – prostytutki”, czyli jak zmieszać z błotem ludzi sukcesu

Skip to entry content

Jest niewiele osób, które nie słyszały „My, Słowianie” Donatana i Cleo, więc nie będę Was jakoś szeroko wprowadzał. To najgłośniejszy hit ostatniego półrocza, utrzymany w kanonie pop-folkowym. 42 i pół miliona wyświetleń. Jak na gwiazdy z casting-showu wspierane przez globalny koncern muzyczny, to sporo. Tyle, że oni nimi nie są. Są niezależnymi twórcami, będącymi w kontrze do trendów panujących w polskim popie. I taka liczba odsłon to miazga! Nic więc dziwnego, że dostali się do Eurowizji jako reprezentanci naszego kraju.

W półfinale dali spójny z tym co robili wcześniej, energiczny występ, łechtający nie tylko zmysł słuchu, ale i wzroku. Naprawdę przyzwoite show. A w porównaniu do wcześniejszych występów Michała Wiśniewskiego w tym konkursie, to bez porównania. Żeby jednak nie zachłysnąć się dobrym samopoczuciem i nie upić zasłużonym sukcesem, Kinga Matusiak pisząca dla naTemat, musiała zmieszać ich z błotem. Bo tak.

Tekst „My Słowianki – prostytutki (Eurowizja 2014)” zaczyna się od zdania sugerującego pojmowanie świata na poziomie 10-latka:

Słowianka okiem przeciętnego Europejczyka, widza telewizyjnego: cycata, wytapetowana lala z czerwonymi pazurami, nabierająca do drewnianego wiadra wody, trąca (na czymś?!) szmatę.

Idąc tym tropem rozumowania, Polacy powinni uznać, że wszystkie kobiety w Austrii mają brody. A raczej, że wszyscy Austriacy chodzą na szpilkach, depilują sobie nogi i mają problem z regulacją brwi. Od razu pomyśleliście tak, prawda?

Dalej autorka pokazuje jaką jest ignorantką muzyczną:

Do samego utworu zastrzeżeń, żeby było jasne – nie mam – równie dobrze mógłby zaśpiewać zespół Weekend i w sumie nie zrobiłoby to dla mnie różnicy

Jeśli ktoś nie widzi różnicy między łupanką z wiejskich remiz, a wysokiej jakości popem, to nie powinien wypowiadać się na żadne tematy związane z estetyką. Rozumiem, że między „Mazurkiem Dąbrowskiego” w wykonaniu Chóru i Orkiestry Wojska Polskiego, a „Pisarzem miłości” Braci Figo Fagot też nie widzi różnicy?

W kolejnym akapicie kopalnia beki nie staje się ani ciut płytsza:

Nasza turlająca się po scenie przedstawicielka pokazała wiele. Może nawet nie „za wiele” ale sposób w jaki zostało TO przedstawione spowodował, że otworzyłam szeroko usta ze szczerego zdziwienia…

Ta poza, wyraz twarzy, tandetne udawanie „dziwnych ruchów”

Ciekaw jestem co Kinga otworzyłaby szeroko, gdyby zobaczyła, któryś z klipów Madonny. Albo Snoop Dogga. Albo 50 Centa. Nie mówiąc już o Rihannie i Lady Gadze. Przy teledyskach amerykańskich gwiazd występ Cleo jest aseksualną wieczorynką dla przedszkolaków, więc może czas szeroko otworzyć oczy i zobaczyć, że nie ma w nim żadnego szatana? Jeśli nie, to z rzeczy do otwierania pozostaje jeszcze okno.

Dobra, było śmiszno, to teraz będzie straszno:

Nie dość, że Polki i tak mają ogólnie dość ciekawą opinię „dobrych” prostytutek (wiele Polek poza granicami kraju właśnie w taki sposób zarabia), o czym teoretycznie każdy wie (a praktycznie pewnie niejeden!), to jeszcze na Eurowizji scenografia nie pozostawia złudzeń. Kim jest Polka? Cycatą wieśniarą z idiotycznym wyrazem twarzy i ruchu ciała, zachęcającym raczej do kopulacji, a nie do głosowania. Ubijająca dwuznacznie masło (?!), piorąca tarą odzież…

Po pierwsze, ta kobieta powinna przestać oglądać „Plebanię”, bo lasuje jej mózg. Byłem w różnych częściach Europy, moi przyjaciele byli w różnych częściach świata, ale jeszcze nikt nie przywiózł informacji o tym, że Polki są postrzegane na arenie międzynarodowej jako „dobre prostytutki”. Jako pielęgniarki? Tak. Kelnerki? Owszem. Sprzątaczki? Również. Ale prostytutki? Nie wiem skąd ma dane odnośnie „wielu Polek” i na jakiej podstawie twierdzi, że „każdy wie”, ale chyba pomyliła nas z jakimś państwem bloku wschodniego.

Po drugie, co jest interesującego w byciu „dobrą prostytutką”, że uważa to za „ciekawą opinię”?

Po trzecie, jeśli ruchy występujących dziewczyn zachęcają ją do kopulacji, to może coś jest na rzeczy? Jak to mówią – „głodnej wibrator na myśli”. Czy jakoś tak.

Na przedostatnim zakręcie niekontrolowanej jazdy przez świat mediów wyłania się pytanie, które powinno być retorycznym, a nie jest:

A może cycki tak bardzo dobrze się sprzedają, że inaczej nie można było?

Tak.

Kończąc bolesne spotkanie z tym „artykułem”, chciałbym zasugerować autorce sprawdzenie w słowniku języka polskiego słowa „prostytutka” i nauczenie się definicji na pamięć. Rozumiem, że zazdrości dziewczynom występującym na Eurowizji pięknych piersi, zgrabnych nóg i pewności siebie. Zdarza się. Mimo wszystko, to, że ktoś jest atrakcyjniejszy od niej, jeszcze nie świadczy o tym, że sprzedaje swoje ciało za pieniądze. Zajebista figura nie jest jednoznaczna z odpłatnym świadczeniem usług seksualnych. To tak nie działa.

Współczuję ludziom, którzy utożsamiają seksapil z prostytucją. To chore.

Dlaczego skasowałeś mój komentarz?

Skip to entry content

Masz wolny kwadrat, bo od dawna mieszkasz sam. Albo akurat rodzice wyjechali na weekend. Tak, czy inaczej, chcesz zrobić domówkę, bo lubisz się bawić, a dawno nic się nie działo. Domówka, jak każda impreza, ma to do siebie, że im więcej ludzi, tym lepsza, więc otwierasz drzwi na oścież i robisz wstęp wolny. Zapraszasz znajomych, znajomych znajomych, znajomych znajomych znajomych i nawet swoją byłą.

Goście walą drzwiami i oknami, parkiet pęka w szwach, jest spoko.

Wszyscy bawią się w najlepsze, śmichy-chichy, tańce, hulanki i dowcipy o Chucku Norrisie. Nagle kuzyn szwagra siostry przyjaciółki córki sprzątaczki z sąsiedniego osiedla oświadcza, że muzyka, którą puszczasz jest do dupy i musisz ją zmienić. Bo on tak chce. Za chwilę jakiś inny syn proboszcza zaczyna się drzeć, że Twoje mieszkanie jest brzydkie, śmierdzi i ludzie nie powinni tu przychodzić. Powinni przyjść do niego. Po czym puszcza pawia na środku parkietu. W międzyczasie jakiś podchmielony dres zaczyna obrażać Twoich gości, charkając im na buty i kwituje performens stwierdzeniem, że jesteś baranem.

Impreza zaczyna podupadać, ludzie zbierają się do wyjścia, na półpiętrze dwie tipsiary szarpią się za włosy, a Ty masz ochotę wyrzucić wszystkich za drzwi i już nigdy nikogo nie zapraszać. Zrobili Ci z domu burdel, w którym już sam nie chcesz przebywać. A wystarczyło tylko pozbyć się hołoty i dalej bawilibyście się w błogiej atmosferze.

Z blogiem jest podobnie.

Blog to Twoja domówka w internecie.  Drzwi stoją otworem, każdy może wpaść, ale i każdego możesz wyrzucić za fraki, jeśli psuje imprezę. Nawet jeśli plujesz tęczą w swoich wpisach i starasz się zbudować na blogu bastion miłości, zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie się to podobać. Zawsze. Powie, że się sprzedałeś, jesteś monotematyczny, wpisy są pod publiczkę, a poza tym masz krzywy zgryz i źle dobrane spinki do mankietów na profilowym. Albo, że po prostu jesteś chujem.

Żeby nie utrudniać życia normalnym czytelnikom, a zwłaszcza sobie, takiego siejącego ferment człowieczka trzeba natychmiast katapultować z bloga. Natychmiast! Jeśli tego nie zrobisz, rozwali Ci imprezę. Wystraszy ludzi, którzy przyszli się bawić i sprawi, że sam stracisz ochotę do pisania. Gorszego scenariusza nie ma. Wciśnij „delete” i usuń wirtualnego pawia, którego puścił między gości, a najlepiej zbanuj. I gdy zażąda wyjaśnień, dlaczego jego komentarz zniknął jak kał po pociągnięciu za spłuczkę, odpowiedz krótko.

Usunąłem Twój komentarz, bo psujesz zabawę.

autorem zdjęcia w nagłówku jest Mixy Lorenzo