Close
Close

Najbardziej zapomniane słowa w języku polskim

Skip to entry content

Mimo, że „Stay Fly” jest nazwą anglojęzyczną, to robię wszystko co mogę, by promować język polski i nie brudzić go obcojęzycznymi naleciałościami. Stąd „blog stylożyciowy” a nie „lifestyle’owy”, bo – dla niektórych to może być szokiem – w polskim funkcjonuje taki termin jak „styl życia”. Funkcjonuje też trylion innych pojęć, których nie ma potrzeby zastępować makaronizmami.

Część studentów uważa, że powiedzenie „dancefloor” zamiast „parkiet”, czy „party” zamiast „impreza” dodaje im zajebistości i kreuje ich na światowych ludzi. Części branżowców wydaje się, że użycie „deadline’u” w zastępstwie „terminu” i  „case study” w zamian za „analizę przypadku” świadczy o ich profesjonalizmie i buduje im wizerunek ekspertów. Część hipsterów natomiast zapomniała, że są w naszym języku są takie słowa jak „codzienny”, „losowy”, czy „wolny strzelec” i da się konstruować wypowiedzi bez ich anglojęzycznych odpowiedników. Ten post jest właśnie dla nich.

Poniżej lista najbardziej zapomnianych wyrażeń w języku polskim.

Zakupy – obecnie funkcjonuje jako shopping

Wolny strzelec– obecnie funkcjonuje jako freelancer

Uczucie – obecnie funkcjonuje jako feeling

Losowy – obecnie funkcjonuje jako randomowy

Rękodzieło  – obecnie funkcjonuje jako handmade

Rodzicielski – obecnie funkcjonuje jako parentingowy

Styl życia – obecnie funkcjonuje jako lifestyle

Skupiony – obecnie funkcjonuje jako sfocusowany

Wibracja – obecnie funkcjonuje jako vibe

Porównywać  – obecnie funkcjonuje benchmarkować

Codzienny – obecnie funkcjonuje jako casualowy

Zrób to sam – obecnie funkcjonuje DIY

Informacja zwrotna – obecnie funkcjonuje jako feedback

Nienawidzić – obecnie funkcjonuje jako hejtować

Dla jednych może być to odświeżenie pamięci, dla drugich nabycie tajemnej wiedzy i odkrycie nowych obszarów naszej mowy. Śmiało można linkować zmakaronizowanym jednostkom nieświadomym istnienia tych słów. Ale nie poprzestawajmy na tych kilku przykładach, pójdźmy dalej.

Jeśli macie jakieś kalki z angielskiego, których używacie na co dzień i wydaje Wam się, że nie da się ich przetłumaczyć na polski, wrzućcie je w komentarze. Razem z czytelnikami postaramy się przetłumaczyć każde, ale to każde słowo na polski. Nawet idiomy, które wydawałoby się, że są nie do ruszenia. Z pewnością pojawi się sporo zbitek, które nie istniały nigdy wcześniej i neologizmów. Tym lepiej.

Tłumaczenie anglicyzmów 3… 2… 1… START!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST

Ludzie, którym sukces odbił się czkawką

Skip to entry content

W masowym odbiorze sukces często utożsamiany jest z popularnością lub pieniędzmi. Zakłada się, że jeśli ktoś regularnie gości na okładce Gali z torebką za równowartość średniej krajowej, to jego życie jest usłane endorfinami i poczuciem własnej wartości. Osoby przegrywające nierówną walkę z rzeczywistością, bądź po prostu borykające się z niemożnością rozmnożenia stuzłotówek, trąc jedną o drugą, mają przypadłość wierzyć, że jeśli tylko ktoś ustawiłby na nie światła jupiterów, to pieniądze zleciałyby się jak ćmy. A zaraz za nimi szczęście.

Czy jest tak faktycznie? Czy posiadanie trochę znańszej gęby gwarantuje stabilizację finansową,  emocjonalną, spełnienie i samozadowolenie? I czy sława pomaga ułożyć sobie życie?

Nie. Nie będę budował napięcia przez pięć kolejnych akapitów, żeby zaskoczyć nieoczekiwanym zwrotem narracyjnym. Po prostu tak się nie dzieje, a jeśli istnieje jakaś zależność między wzrostem rozpoznawalności, a spokojem ogólno-życiowym, to raczej działa w drugą stronę. Im więcej zaczyna się dziać wokół Ciebie, tym więcej dzieje się w Tobie i jeśli masz jakieś niepozałatwiane sprawy, jakieś tlące się wewnętrzne problemy, to gdy jesteś na świeczniku, zaczynają wybuchać żywym ogniem.

A owy sukces zaczyna odbijać się czkawką. Albo Cię spopielać.

Mike Tyson – Człowiek Demolka

Odkąd zacząłem czytać biografię Mike’a Tysona, która jest tak wielka, że służy mi też za barykadę do drzwi, przestałem używać sformułowania „nic mnie już nie zdziwi”. Bo ten człowiek jest jednym, gigantycznym, napakowanym kompleksami i testosteronem zdziwieniem. Jako 7-latek był świadkiem prostytuowania się matki, która wykonywała usługi leżąc obok niego na łóżku. W tym wieku został też zgwałcony. Nie miał czego jeść, gdzie spać i od kogo nauczyć się choćby mycia się. Jako 13-latek nokautował kolesi starszych od siebie o dekadę i gdy już leżeli nieprzytomni na ziemi, ściągał im złote łańcuszki i zabierał portfele. Za co zresztą szybko trafił do poprawczaka.

I w wieku 20 lat został najmłodszym na świecie mistrzem wagi ciężkiej, przyleciał Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”, posypał czarodziejskim pyłem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Nie.

Rodzice mieli go w dupie, więc od nich nie nauczył się funkcjonowania w społeczeństwie, ani w ogóle podstaw relacji międzyludzkich. Jego psychopatyczny trener też nie przekazał mu za wiele, poza tym, że najważniejsza jest wygrana i jeśli nie dajesz z siebie 400% możliwości to jesteś gównem. Więc gdy na jego konto zaczęły spływać dziesiątki milionów dolarów, a media zrobiły z niego celebrytę, braki z dzieciństwa i system wartości poszatkowany jak tatar, musiały dać o sobie znać.

I dały.

Pieniądze traktował jak oset za kołnierzem – robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Rozwalał hajs na drogie zabawki, ciuchy i imprezy, odbijając sobie wychowywaanie się w skrajnej biedzie, aż doszedł na skraj bankructwa i musiał ogłosić upadłość. Po drodze jeszcze tracąc zwycięskie złote pasy, odgryzając ucho przeciwnikowi na ringu i odsiadując w więzieniu wyrok za gwałt. Był jak półświadome dziecko z bronią masowego rażenia w dłoniach, i to bardziej dosłownie niż w przenośni.

Chodzące zniszczenie, które potęgowało się przez sukces sportowy i uwagę mediów.

Macaulay Culkin – biedny bogacz

Jak byłem dzieciakiem to myślałem sobie, że bycie aktorem to musi być spełnienie marzeń i jak trafiasz do nieba, to za sumienne odmawianie zdrowasiek robią z Ciebie hitowego filmowca. A potem nauczyłem się czytać i składać literki w wyrazy, a wyrazy w zdania i przeczytałem artykuł o Macaulayu Culkinie. Dziecięcej turbo-gwieździe, która w dorosłym życiu bardziej przypomina wieloletniego pacjenta MONARu niż popularnego aktora. Co jakoś bardzo nie mija się z prawdą.

Macky w wieku 10 lat zaczął zgarniać takie siano, że nasz kraj mógłby się u niego zapożyczyć. To znaczy, przepraszam, nie on, tylko jego rodzice. Którzy przez lata utrzymywali wielodzietną rodzinę ledwo wiążąc koniec z końcem. Bardzo Cię zaskoczę jak powiem, że skończyło się to walką matki z ojcem o kasę? To znaczy, nie o kasę, oficjalnie o prawo do opieki nad synem. Ładny eufemizm, co?

Przeobrażanie się z dzieciaczka w nastolatka przy asyście kamer, wpłynęło na niego jak Titanic na lodowiec i słodki Kevin z Richi Richa stał się dublerem Jareda Leto w końcowych scenach „Requiem dla snu”.

Kurt Cobain – autodestruktor bez autopilota

Podobno teraz prawdziwych punków już nie ma, ale jak byłem w gimnazjum to wielu moich znajomych chciało nimi być. Więc każdy z nich miał glany, kostkę i udawał, że wie jak zagrać „Come as you are”. Ich nietykalnym guru był Kurt Cobain i jeśli nie miałeś naszywki Nirvany w widocznym miejscu, to tak jakbyś nie miał ust – nie odzywałeś się.

Historia Cobaina to był klasyczny rock’n’roll – dzieciak z problematycznej rodziny, wkurwiony na dorosłych, rząd, system i prawa fizyki, przelewa złość, ból i poczucie bezsensu na muzykę. I nagrywa ultra przebojową płytę, która staje się hymnem pokolenia, a on sam jego symbolem. Gra trasy za cysterny dolarów, stacje muzyczne windują go na szczyty playlist i wpada w sidła komercji, stając się trybem machiny, którą tak bardzo gardził.

Wewnętrzne rozdarcie próbuje zszyć igłą i heroiną. Nie wychodzi. Z pomocą krawiecką przychodzi mu Courtney Love. Kurt kilka razy przedawkowuje narkotyki, ale uwolnić się od świateł reflektorów i mroków depresji pozwala mu dopiero strzał w głowę.

 

Marylin Monroe – samobójcze 90-60-90

Świat zapamiętał ją jako symbol seksu i ikonę popkultury, bo patrzył przez pryzmat tego, co było na pierwszym planie. W tle, w okolicach scenografii, było coś innego niż złocisty blond, perlisty uśmiech i wypięta pierś. Najpierw sierociniec, potem szpital psychiatryczny, a na końcu samotne odebranie sobie życia przez przedawkowanie barbituratów. A po drodze ciągłe szukanie szczęścia pod złym adresem, trzy rozwody i bezdzietność.

Ktoś by zapytał: jak to możliwe, przecież to była hollywoodzka gwiazda? Ja bym odpowiedział: właśnie dlatego.

***

Uważaj czego sobie życzysz, bo możesz to dostać, a potem nie będziesz wiedział jak sobie z tym poradzić.

więcej na ten temat znajdziesz w mojej powieści „Lunatycy”

---> SKOMENTUJ

2500 lekarzy nie rozumie na czym polega ich zawód

Skip to entry content

Lekarze zadeklarowali - Uznajemy pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

Wykształcenie nie jest tożsame z wiedzą, a już na pewno z inteligencją. Mam nadzieję, że nie jest to dla nikogo nowością. Świat zna wiele wybitnych umysłów bez skończonych studiów wyższych (Steve Jobs, Albert Einstein, Mark Zuckerberg) i nie mniej baranów z tytułem magistra (co drugi absolwent uczelni ekonomicznej?).

Na każdym poziomie edukacji spotykałem osoby, które miały świetne oceny, nie dlatego, że były inteligentne i rozumiały zagadnienia, których się uczyły. Nie. Miały piątki, bo potrafiły zapamiętywać. Ryć materiał dziesiątki razy, aż nie zaczęły recytować go przez sen. Nie rozumiały czego się uczą, ani po co. Mechanicznie wprowadzały dane do neuronów. Działało to na tyle, by zdać klasówkę, maturę, czy egzamin, ale nie przekładało się na faktyczne zrozumienie tematu.

Tak właśnie stało się z 2500 lekarzami, którzy podpisali się pod „Deklaracją Wiary” – dokumentem, który jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Mimo, że każdy z nich ukończył studia wyższe, to publicznie oświadczył, że nie wie na czym polega jego zawód. Że zupełnie nie rozumie jaki ma cel pełnienie funkcji lekarza. Że na studiach klepał materiał na blaszkę, zamiast wgłębić się w jego istotę.

Poniżej owa deklaracja, która jest zaprzeczeniem przyrzeczenia lekarskiego, składanego przez każdego absolwenta medycyny.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

Początek jest łagodny. Można by się doczepić do tego, że mężczyzna jednak sporo różni się od niewiasty, więc Pan Wszechświata musiał mieć dwa obrazy, ale odpuszczam.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

Jeśli moment narodzin i śmierci zależy tylko i wyłącznie od PW (Pana Wszechświata), to zgodnie z tym tokiem rozumowania, nie powinno udzielać się nikomu pierwszej pomocy ani ratować ludzi z wypadków, bo sprzeciwiamy się woli bożej. Jeśli PW zechce, zatrzyma krwotok, przyszyje urwaną nogę i wznowi akcję serca, a lekarzom nic do tego. Przeprowadzając transfuzję krwi, czy transplantację serca tylko niepotrzebnie ingerują w plan boży.

Zresztą cała idea szczepień nie ma sensu. Ciało ludzkie jest nietykalnym darem, a wkłuwanie w niego igły jest jawną profanacją. Poza tym, jeśli PW chce zarazić dzieciątko czarną ospą, to nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Podobnie jest z antybiotykami. Organizm jest za słaby, żeby sam zwalczyć chorobę? To do piachu! Widocznie tak było zapisane. Kim Ty niby jesteś, żeby kwestionować boskie zapisy, lekarzem?

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

Wszyscy uprawiający seks przedmałżeński do więzienia. Wiadomo. Przy czym pojawia się tu pewna niespójność, bo w drugim akapicie całe ciało człowiek było darem, który jest święty, a teraz okazuje się, że już tylko penis i pochwa. Czy w takim razie oczom, uszom i dłoniom składanym do PW nie będzie przykro? No i przede wszystkim, czy można takie sacrum jak penis wykorzystywać do oddawania moczu?

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

Czyli innymi słowy, innymi słowy, stwierdzam, że nie powinienem wykonywać zawodu.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, – potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

Jeśli aborcję w przypadkach ofiar gwałtów, antykoncepcję w wielodzietnych rodzinach żyjących na skraju ubóstwa i zapłodnienie in vitro u par cierpiących na bezpłodność nazwiemy antyhumanitarną ideologią, to faktycznie jest czemu się przeciwstawiać.

6. UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

Świetnie, świetnie, tylko z tego co wiem, czynnością zawodową lekarza oprócz diagnozowania stanu zdrowia nierozłącznie jest leczenie. W takim razie jak ma pracować i leczyć ludzi, skoro to bezpośrednio stoi w opozycji do planu bożego? Jaki sens ma wybieranie zawodu, którego nie można wykonywać z powodu poglądów i przekonań? Lekarz, który nie leczy jest jak spawacz, który nie spawa, czy nauczyciel, który nie uczy. Wyobrażacie sobie, że nagle jutro górnicy podpisują deklarację wiary i oświadczają, że nie będą wydobywać węgla z głębi ziemi, bo to wbrew naturze?

Jeśli jesteś weganinem, to po co szkolisz się na rzeźnika?

---> SKOMENTUJ

Jestem mistrzem sztuki przetrwania

Skip to entry content
Jestem mistrzem sztuki przetrwania
autorem zdjęcia jest Antonio Amendola

Hajs. Gdy przyjechałem do Krakowa miałem skórzaną torbę z ciuchami i 600zł w skarpetce. Przez pierwszy miesiąc żyłem za 10zł dziennie. Nie przeszkodziło mi to w chodzeniu po klubach i imprezowaniu.

Alkohol. Wakacje nad morzem. Trochę dłużej, niż dzień przed okresem pełnoletności. Chcieliśmy walnąć po jednym na molo jak plażowi playboy’e, ale sklepowa uparła się, że wiek nie ten. Wyszliśmy zdołowani jakby miało nie być ferii i zobaczyliśmy zbieracza puszek. Układ pył prosty – 3 pełne z naszej kasy, z czego jedna jest dla niego. Nie zastanawiał się.

Wycieczka. Pojechaliśmy na koncert znajomych do Żor. Grali słabo, ale zabawa przednia. W końcu kto jak nie my miał rozkręcić pogo pod sceną. Koło pierwszej, gdy klub już opustoszał, a faza zaczęła schodzić, dotarło do nas, że jesteśmy w jakiejś dziurze 60 kilometrów od domu i że musimy do niego wrócić. A zostało nam 7 złotych i 46 groszy. Na czterech. A jeden bilet do nas kosztuje 4,50zł.

Przespaliśmy się do 6:35 na przystankowej ławce i gdy podjechał pierwszy busik spytałem pana kierownika, czy pan kierownik nie wziąłby czwórki zmarzniętych, wygłodniałych licealistów za 7 i pół złotego bez nabijania na kasę, bo bidulki nie mają jak do domu wrócić. Płaczliwe spojrzenie i odpowiednia kombinacja skruchy i wazeliny podziałały. Pan kierownik nas zabrał.

Przeprowadzka. Kiedyś irracjonalnym zbiegiem okoliczności wylądowałem w jabol-punkowym mieszkaniu, które bardziej przypominało pustostan zaadoptowany na squot. Anarchistyczne hasła na ścianach, obierki na ziemi i ludzie koczujący w przedpokoju. I ratlerek. Po 3 dniach ocknąłem się i doszło do mnie, że trzeba stamtąd uciekać.

Wybiegłem przed kamienicę, żeby zebrać myśli i ochłonąć i przechodząc przez pasy spotkałem koleżankę kumpeli przyjaciółki znajomej skądś tam. W 20 minut jej Maluch wypełnił się moim gratami po brzegi i zakończyłem przeprowadzkę transportem 2 drewnianych krzeseł na rowerze.

Farmaceutyk. Potrzebne nam były tabletki. Bardzo, bardzo, ale to zajebiście bardzo ważne tabletki. Tyle, że była sobota i nawet prywatni lekarze nie przyjmowali. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że była trzecia w nocy. W trakcie wydzwania kolejnych literek z mojej książki telefonicznej zacząłem tracić nadzieję, ale zanim doszedłem do „Z”, okazało się że siódma koleżanka na „R” ma ciocię, która jest dentystką. I może wypisać tę receptę. I wypisze. I to o tej trzeciej w nocy. Ufff…

 

***

 

Życie. Muszę znaleźć mieszkanie, zrobić 3017 rzeczy związanych z pracą i blogiem, i przeprowadzić się do soboty. Z calusieńkim dobytkiem swojego życia. Do tej soboty.

Nawet nie zastanawiam się czy dam radę – jestem mistrzem sztuki przetrwania.

---> SKOMENTUJ