Close
Close

Najbardziej zapomniane słowa w języku polskim

Skip to entry content

Mimo, że „Stay Fly” jest nazwą anglojęzyczną, to robię wszystko co mogę, by promować język polski i nie brudzić go obcojęzycznymi naleciałościami. Stąd „blog stylożyciowy” a nie „lifestyle’owy”, bo – dla niektórych to może być szokiem – w polskim funkcjonuje taki termin jak „styl życia”. Funkcjonuje też trylion innych pojęć, których nie ma potrzeby zastępować makaronizmami.

Część studentów uważa, że powiedzenie „dancefloor” zamiast „parkiet”, czy „party” zamiast „impreza” dodaje im zajebistości i kreuje ich na światowych ludzi. Części branżowców wydaje się, że użycie „deadline’u” w zastępstwie „terminu” i  „case study” w zamian za „analizę przypadku” świadczy o ich profesjonalizmie i buduje im wizerunek ekspertów. Część hipsterów natomiast zapomniała, że są w naszym języku są takie słowa jak „codzienny”, „losowy”, czy „wolny strzelec” i da się konstruować wypowiedzi bez ich anglojęzycznych odpowiedników. Ten post jest właśnie dla nich.

Poniżej lista najbardziej zapomnianych wyrażeń w języku polskim.

Zakupy – obecnie funkcjonuje jako shopping

Wolny strzelec– obecnie funkcjonuje jako freelancer

Uczucie – obecnie funkcjonuje jako feeling

[emaillocker]

Losowy – obecnie funkcjonuje jako randomowy

Rękodzieło  – obecnie funkcjonuje jako handmade

Rodzicielski – obecnie funkcjonuje jako parentingowy

Styl życia – obecnie funkcjonuje jako lifestyle

Skupiony – obecnie funkcjonuje jako sfocusowany

Wibracja – obecnie funkcjonuje jako vibe

Porównywać  – obecnie funkcjonuje benchmarkować

Codzienny – obecnie funkcjonuje jako casualowy

Zrób to sam – obecnie funkcjonuje DIY

Informacja zwrotna – obecnie funkcjonuje jako feedback

Nienawidzić – obecnie funkcjonuje jako hejtować

Dla jednych może być to odświeżenie pamięci, dla drugich nabycie tajemnej wiedzy i odkrycie nowych obszarów naszej mowy. Śmiało można linkować zmakaronizowanym jednostkom nieświadomym istnienia tych słów. Ale nie poprzestawajmy na tych kilku przykładach, pójdźmy dalej.

Jeśli macie jakieś kalki z angielskiego, których używacie na co dzień i wydaje Wam się, że nie da się ich przetłumaczyć na polski, wrzućcie je w komentarze. Razem z czytelnikami postaramy się przetłumaczyć każde, ale to każde słowo na polski. Nawet idiomy, które wydawałoby się, że są nie do ruszenia. Z pewnością pojawi się sporo zbitek, które nie istniały nigdy wcześniej i neologizmów. Tym lepiej.

Tłumaczenie anglicyzmów 3… 2… 1… START!

[/emaillocker]

(niżej jest kolejny tekst)

72
Dodaj komentarz

avatar
24 Comment threads
48 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
33 Comment authors
AliveWywiad z blogerem – Stayfly.pl – Molicki.comliveinspired.plcieszkoPrzemekTarnawski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Buster
Gość

Życie – obecnie funkcjonuje jako facebook

Mjks
Gość

Idealna pointa!

Sun
Gość

jakie zakupy, jaki shopping? SKLEPPING!

Kondux
Gość

Piszę sporo o technologiach w internecie i często używam słów ogólnie przyjętych, ale zapożyczonych z angielskiego jak np. phablet. Są polskie odpowiedniki (mikrotablet, tabletofon itp.) ale one brzmią dla wielu dziwnie i nie oddają w pełnie znaczenia tego słowa. Poza tym nawet sami producenci reklamują w Polsce takie urządzenia jako tablety. Również jestem za używaniem polskiego tam gdzie jest to możliwe, ale co sądzicie o takich przypadkach?

Jan Favre
Gość

Jasne, przy technologiach naprawdę trudno jest od tego uciec, ale zawsze można bawić neologizmami ;)

Mjichał Zet
Gość
Mjichał Zet

tabletofon <3 czekam na stoły z wbudowanymi Iphone'ami :D

grejfrut
Gość

Jeszcze defaultowy (domyślny) i event (wydarzenie). Ciężko zastąpić weekend, internet, pub, bar, grill, drink, fitness, musical i milion innych, których moim zdaniem nie zastąpisz (wszystkie gatunki muzyki różne urządzenia elektroniczne, słownictwo związane za komputerami)

Jan Favre
Gość

O właśnie, defaultowy i event, zapomniałem o nich, dzięki. Co do pozostałych, to faktycznie, są już w naszej mowie tak długo, że zakorzeniły się bez tłumaczeń, ale pobawmy się w słowotwórstwo:
– weekend – tygodniokońcówka
– internet – sieć komputerowa
– pub/bar – piwniarnia
– grill – rusztowar
– drink – alkokoktajl
– fitness – tusza-rusza
– musical – tańcośpiewy

Karina Rosowiecka
Gość
Karina Rosowiecka

A propo drink – alkokoktajl… Czy koktajl nie jest zapożyczeniem z angielskiego? Bo alkohol podobnie brzmi chyba w większości zachodnich języków. :)

Mjichał Zet
Gość
Mjichał Zet

z arabskiego al-kuhl – mydlić oczy

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Pewnie, że jest. Jak pisałam, od tego nie da się uciec. Nawet słowo „makaronizm” opiera się na zapożyczeniu.

grejfrut
Gość

No jasne, że można te słowa przetłumaczyć, w języku francuskim i hiszpańskim używa się „koniec tygodnia” zamiast weekend chociaż to drugie jest coraz częściej używane przez młodych ludzi. To samo ze słowem internet, w hiszpańskim jest red czyli sieć i częściej używane niż internet. Hiszpanie i Francuzi są chyba bardziej uczuleni na punkcie swojego języka i na większość rzeczy mają swoje określenia. Co do komputera to nie tak dawno temu ktoś mi opowiadał, że przy współfinansowanym z UE projekcie dostał fakturę na komputery natomiast w budżecie zatwierdzonym przez jakaś tam komisję była kasa na „maszyny liczące” i ponoć afera bo… Czytaj więcej »

Joanna Głuszek
Gość

Podałeś ciekawe przykłady, np. „piwniarnia” jako neologizm, choć istnieje przecież „piwiarnia” :D A taki „internet” – mógłby po prostu funkcjonować jako „intersieć”, tyle samo sylab, proste i całkiem ładne. Akurat „inter-” to z łaciny i funkcjonuje w polszczyźnie. Ale jak przeczytałam „tusza-rusza”, to się aż rozczuliłam :-) Jeśli lubisz temat tłumaczeń, polecam Ci świetne teksty Stanisława Barańczaka, na przykład ten: http://angielski-online.pl/rozne/67-sztuka-tlumaczenia/132-sztuka-tlumaczenia-na-wesolo

Olga
Gość
Olga

koktajl to nie jest polskie słowo, tak samo jak randka i urlop, jeżeli być bardzo dokładnym :D

olgacecylia
Gość
olgacecylia

Dawno temu, kiedy raczkowałeś, próbowano spolszczyć słowo „komputer”. Zamiast niego lansowany był „mózg elektronowy”. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, bo „elektron” to też zapożyczenie, tyle że nie z angielskiego :-)

Zapożyczenia są nieuniknione – sam pisząc ten tekst użyłeś ich dziesiątki.

Joanna Głuszek
Gość

Masz rację, są nieuniknione, ale chyba nie o tym jest ten tekst. „Komputer” to też słowo już spolszczone, inaczej pisalibyśmy „computer”. Poza tym są różne typy zapożyczeń. Niektóre słowa zostały do polskiego zapożyczone w początkowym okresie kształtowania się języka z łaciny czy greki, w okresie średniowiecza często zapożyczaliśmy słowa czeskie czy niemieckie, potem francuskie, dzisiaj angielskie. Dziś nawet słowo zapożyczone na początku XX wieku dla mniej świadomych użytkowników języka może funkcjonować jako „rodzime”, a tym bardziej takie zapożyczone w wieku X. To rzeczywiście nieuniknione, także dzisiaj, ale ważne, by nie używać obcych form, gdy znajdują się już odpowiednie słowa w… Czytaj więcej »

Jan Favre
Gość

Dokładnie Asiu o to chodziło ;)

Jan Favre
Gość

Widzę, że bardzo osobiście odebrałaś ten post. Śmierć też jest nieunikniona, a chyba nie dążysz do niej za wszelką cenę, co?

Leonette
Gość

Ja u siebie próbowałam kiedyś przekonać, że jednak z anglicyzmami brzmi lepiej. Podany przykład był taki: „Chcę być influencerką. Daję moim czytelnikom kontent. Wrzucam posty na
face’a i czekam na feedback. IMHO mój blog lifestylowy zapewnia moim followersom fun, a prezentowane looki i outfity inspirują.” a nie: „Chcę być wpływaczem. Daję moim czytelnikom zawartość. Wrzucam wpisy na portal społecznościowy pod nazwą facebook i czekam na informację zwrotną. Moim skromnym zdaniem mój blog o stylu życia zapewnia zabawę tym, którzy śledzą moje poczyniania w internecie, a prezentowane wyglądy i zestawy ubrań inspirują.”

Jan Favre
Gość

„Chcę być wpływowa. Daję moim czytelnikom treść. Wrzucam wpisy na Facebooka i czekam na reakcję. Moim skromnym zdaniem mój blog o stylu życia zapewnia rozrywkę tym, którzy śledzą moje poczyniania w internecie, a prezentowane stylizacje i zestawy ubrań inspirują.” – byłoby całkiem nieźle.

Leonette
Gość

Dzięki, chyba oddam Ci swoje kwalifikacje tłumacza przysięgłego :-) Ja i tak wolę anglicyzmy, ale to chyba takie zboczenie zawodowe…

Szparka Sekretarka
Gość

Leonette, nie obraź się, ale chyba powinnaś… ;) Ja też jestem tłumaczem z wykształcenia i wieloletniej praktyki- żeby dobrze tłumaczyć, trzeba się przede wszystkim perfekcyjnie posługiwać ojczystym językiem, no a Twoja próbka tłumaczenia naprawdę mnie przeraziła, no chyba, ze było to celowe przejaskrawienie pod tezę… Jakkolwiek,. tłumacz nie powinien „woleć anglicyzmów”…

Leonette
Gość

Tak, oczywiście przejaskrawienie było celowe. Cały tekst u mnie na blogu (o wiele mówiącym tytule: Fuck the purity of the language!), nie chcę wstawiać linka – przepraszam, odnośnika – żeby nie być posądzoną o spamowanie (a swoją drogą jak byście zamienili spamowanie na polski?). A co kto woli, niech każdy decyduje indywidualnie… A nieskromnie mówiąc, myślę, że jako autorka podręcznika do specjalistycznego języka angielskiego i wykładowca w Instytucie Lingwistyki Stosowanej mam szczególne prawo do decydowania co wolę w tej materii ;-)

Jan Favre
Gość

Spoko, jeśli tekst jest powiązany z dyskusją można wstawiać, nie jestem świrem rzucającym się o każdy zewnętrzny odnośnik na jego blogu ;) A co do „spamowania”, to „śmiecenie”.

Leonette
Gość

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

2500 lekarzy nie rozumie na czym polega ich zawód

Skip to entry content

Lekarze zadeklarowali - Uznajemy pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

Wykształcenie nie jest tożsame z wiedzą, a już na pewno z inteligencją. Mam nadzieję, że nie jest to dla nikogo nowością. Świat zna wiele wybitnych umysłów bez skończonych studiów wyższych (Steve Jobs, Albert Einstein, Mark Zuckerberg) i nie mniej baranów z tytułem magistra (co drugi absolwent uczelni ekonomicznej?).

Na każdym poziomie edukacji spotykałem osoby, które miały świetne oceny, nie dlatego, że były inteligentne i rozumiały zagadnienia, których się uczyły. Nie. Miały piątki, bo potrafiły zapamiętywać. Ryć materiał dziesiątki razy, aż nie zaczęły recytować go przez sen. Nie rozumiały czego się uczą, ani po co. Mechanicznie wprowadzały dane do neuronów. Działało to na tyle, by zdać klasówkę, maturę, czy egzamin, ale nie przekładało się na faktyczne zrozumienie tematu.

Tak właśnie stało się z 2500 lekarzami, którzy podpisali się pod „Deklaracją Wiary” – dokumentem, który jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Mimo, że każdy z nich ukończył studia wyższe, to publicznie oświadczył, że nie wie na czym polega jego zawód. Że zupełnie nie rozumie jaki ma cel pełnienie funkcji lekarza. Że na studiach klepał materiał na blaszkę, zamiast wgłębić się w jego istotę.

Poniżej owa deklaracja, która jest zaprzeczeniem przyrzeczenia lekarskiego, składanego przez każdego absolwenta medycyny.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

Początek jest łagodny. Można by się doczepić do tego, że mężczyzna jednak sporo różni się od niewiasty, więc Pan Wszechświata musiał mieć dwa obrazy, ale odpuszczam.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

Jeśli moment narodzin i śmierci zależy tylko i wyłącznie od PW (Pana Wszechświata), to zgodnie z tym tokiem rozumowania, nie powinno udzielać się nikomu pierwszej pomocy ani ratować ludzi z wypadków, bo sprzeciwiamy się woli bożej. Jeśli PW zechce, zatrzyma krwotok, przyszyje urwaną nogę i wznowi akcję serca, a lekarzom nic do tego. Przeprowadzając transfuzję krwi, czy transplantację serca tylko niepotrzebnie ingerują w plan boży.

Zresztą cała idea szczepień nie ma sensu. Ciało ludzkie jest nietykalnym darem, a wkłuwanie w niego igły jest jawną profanacją. Poza tym, jeśli PW chce zarazić dzieciątko czarną ospą, to nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Podobnie jest z antybiotykami. Organizm jest za słaby, żeby sam zwalczyć chorobę? To do piachu! Widocznie tak było zapisane. Kim Ty niby jesteś, żeby kwestionować boskie zapisy, lekarzem?

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

Wszyscy uprawiający seks przedmałżeński do więzienia. Wiadomo. Przy czym pojawia się tu pewna niespójność, bo w drugim akapicie całe ciało człowiek było darem, który jest święty, a teraz okazuje się, że już tylko penis i pochwa. Czy w takim razie oczom, uszom i dłoniom składanym do PW nie będzie przykro? No i przede wszystkim, czy można takie sacrum jak penis wykorzystywać do oddawania moczu?

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

Czyli innymi słowy, innymi słowy, stwierdzam, że nie powinienem wykonywać zawodu.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, – potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

Jeśli aborcję w przypadkach ofiar gwałtów, antykoncepcję w wielodzietnych rodzinach żyjących na skraju ubóstwa i zapłodnienie in vitro u par cierpiących na bezpłodność nazwiemy antyhumanitarną ideologią, to faktycznie jest czemu się przeciwstawiać.

6. UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

Świetnie, świetnie, tylko z tego co wiem, czynnością zawodową lekarza oprócz diagnozowania stanu zdrowia nierozłącznie jest leczenie. W takim razie jak ma pracować i leczyć ludzi, skoro to bezpośrednio stoi w opozycji do planu bożego? Jaki sens ma wybieranie zawodu, którego nie można wykonywać z powodu poglądów i przekonań? Lekarz, który nie leczy jest jak spawacz, który nie spawa, czy nauczyciel, który nie uczy. Wyobrażacie sobie, że nagle jutro górnicy podpisują deklarację wiary i oświadczają, że nie będą wydobywać węgla z głębi ziemi, bo to wbrew naturze?

Jeśli jesteś weganinem, to po co szkolisz się na rzeźnika?

Jestem mistrzem sztuki przetrwania

Skip to entry content
Jestem mistrzem sztuki przetrwania
autorem zdjęcia jest Antonio Amendola

Hajs. Gdy przyjechałem do Krakowa miałem skórzaną torbę z ciuchami i 600zł w skarpetce. Przez pierwszy miesiąc żyłem za 10zł dziennie. Nie przeszkodziło mi to w chodzeniu po klubach i imprezowaniu.

Alkohol. Wakacje nad morzem. Trochę dłużej, niż dzień przed okresem pełnoletności. Chcieliśmy walnąć po jednym na molo jak plażowi playboy’e, ale sklepowa uparła się, że wiek nie ten. Wyszliśmy zdołowani jakby miało nie być ferii i zobaczyliśmy zbieracza puszek. Układ pył prosty – 3 pełne z naszej kasy, z czego jedna jest dla niego. Nie zastanawiał się.

Wycieczka. Pojechaliśmy na koncert znajomych do Żor. Grali słabo, ale zabawa przednia. W końcu kto jak nie my miał rozkręcić pogo pod sceną. Koło pierwszej, gdy klub już opustoszał, a faza zaczęła schodzić, dotarło do nas, że jesteśmy w jakiejś dziurze 60 kilometrów od domu i że musimy do niego wrócić. A zostało nam 7 złotych i 46 groszy. Na czterech. A jeden bilet do nas kosztuje 4,50zł.

Przespaliśmy się do 6:35 na przystankowej ławce i gdy podjechał pierwszy busik spytałem pana kierownika, czy pan kierownik nie wziąłby czwórki zmarzniętych, wygłodniałych licealistów za 7 i pół złotego bez nabijania na kasę, bo bidulki nie mają jak do domu wrócić. Płaczliwe spojrzenie i odpowiednia kombinacja skruchy i wazeliny podziałały. Pan kierownik nas zabrał.

Przeprowadzka. Kiedyś irracjonalnym zbiegiem okoliczności wylądowałem w jabol-punkowym mieszkaniu, które bardziej przypominało pustostan zaadoptowany na squot. Anarchistyczne hasła na ścianach, obierki na ziemi i ludzie koczujący w przedpokoju. I ratlerek. Po 3 dniach ocknąłem się i doszło do mnie, że trzeba stamtąd uciekać.

Wybiegłem przed kamienicę, żeby zebrać myśli i ochłonąć i przechodząc przez pasy spotkałem koleżankę kumpeli przyjaciółki znajomej skądś tam. W 20 minut jej Maluch wypełnił się moim gratami po brzegi i zakończyłem przeprowadzkę transportem 2 drewnianych krzeseł na rowerze.

Farmaceutyk. Potrzebne nam były tabletki. Bardzo, bardzo, ale to zajebiście bardzo ważne tabletki. Tyle, że była sobota i nawet prywatni lekarze nie przyjmowali. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że była trzecia w nocy. W trakcie wydzwania kolejnych literek z mojej książki telefonicznej zacząłem tracić nadzieję, ale zanim doszedłem do „Z”, okazało się że siódma koleżanka na „R” ma ciocię, która jest dentystką. I może wypisać tę receptę. I wypisze. I to o tej trzeciej w nocy. Ufff…

 

***

 

Życie. Muszę znaleźć mieszkanie, zrobić 3017 rzeczy związanych z pracą i blogiem, i przeprowadzić się do soboty. Z calusieńkim dobytkiem swojego życia. Do tej soboty.

Nawet nie zastanawiam się czy dam radę – jestem mistrzem sztuki przetrwania.