Close
Close

Najbardziej zapomniane słowa w języku polskim

Skip to entry content

Mimo, że „Stay Fly” jest nazwą anglojęzyczną, to robię wszystko co mogę, by promować język polski i nie brudzić go obcojęzycznymi naleciałościami. Stąd „blog stylożyciowy” a nie „lifestyle’owy”, bo – dla niektórych to może być szokiem – w polskim funkcjonuje taki termin jak „styl życia”. Funkcjonuje też trylion innych pojęć, których nie ma potrzeby zastępować makaronizmami.

Część studentów uważa, że powiedzenie „dancefloor” zamiast „parkiet”, czy „party” zamiast „impreza” dodaje im zajebistości i kreuje ich na światowych ludzi. Części branżowców wydaje się, że użycie „deadline’u” w zastępstwie „terminu” i  „case study” w zamian za „analizę przypadku” świadczy o ich profesjonalizmie i buduje im wizerunek ekspertów. Część hipsterów natomiast zapomniała, że są w naszym języku są takie słowa jak „codzienny”, „losowy”, czy „wolny strzelec” i da się konstruować wypowiedzi bez ich anglojęzycznych odpowiedników. Ten post jest właśnie dla nich.

Poniżej lista najbardziej zapomnianych wyrażeń w języku polskim.

Zakupy – obecnie funkcjonuje jako shopping

Wolny strzelec– obecnie funkcjonuje jako freelancer

Uczucie – obecnie funkcjonuje jako feeling

Losowy – obecnie funkcjonuje jako randomowy

Rękodzieło  – obecnie funkcjonuje jako handmade

Rodzicielski – obecnie funkcjonuje jako parentingowy

Styl życia – obecnie funkcjonuje jako lifestyle

Skupiony – obecnie funkcjonuje jako sfocusowany

Wibracja – obecnie funkcjonuje jako vibe

Porównywać  – obecnie funkcjonuje benchmarkować

Codzienny – obecnie funkcjonuje jako casualowy

Zrób to sam – obecnie funkcjonuje DIY

Informacja zwrotna – obecnie funkcjonuje jako feedback

Nienawidzić – obecnie funkcjonuje jako hejtować

Dla jednych może być to odświeżenie pamięci, dla drugich nabycie tajemnej wiedzy i odkrycie nowych obszarów naszej mowy. Śmiało można linkować zmakaronizowanym jednostkom nieświadomym istnienia tych słów. Ale nie poprzestawajmy na tych kilku przykładach, pójdźmy dalej.

Jeśli macie jakieś kalki z angielskiego, których używacie na co dzień i wydaje Wam się, że nie da się ich przetłumaczyć na polski, wrzućcie je w komentarze. Razem z czytelnikami postaramy się przetłumaczyć każde, ale to każde słowo na polski. Nawet idiomy, które wydawałoby się, że są nie do ruszenia. Z pewnością pojawi się sporo zbitek, które nie istniały nigdy wcześniej i neologizmów. Tym lepiej.

Tłumaczenie anglicyzmów 3… 2… 1… START!

---> PRZECZYTAJ KOLEJNY TEKST
  • Pingback: Wywiad z blogerem – Stayfly.pl – Molicki.com()

  • To prawda, zapomina się czasem, że można po polsku ;) Zwłaszcza kiedy ktoś jest anglistą jak ja i myśli/pisze/żyje po angielsku sporą ilość czasu.

  • PrzemekTarnawski

    Support, Manager, Exp, Lunch, Brunch,
    A ja czasem nie mogę w głowie odnaleźć słowa elastyczny i wtedy z moich ust bucha niczym para FLEKSYBILNY :(

  • Mój szef mówi „korporejt ajdentiti”, „Pejroll”, „konf kole”, „Sejls mitingi” oraz, moje ulubione, „lerning baj duing”. Podkreślę, że NIE pracujemy w korporacji, tylko w pięcioosobowej firemce w której prawie nikt nie mówi po angielsku, a sam szef bardzo duka, więc to chyba jego sposób na zaklinanie rzeczywistości…

    Co nie zmienia faktu, że BARDZO mnie to drażni- też jestem wrażliwa na makaronizmy, i uważam to za bardzo pretensjonalne i wieśniackie.

  • Paweł Daniel Kęcerski

    Jan Favre, a co powiesz na łomżing?

  • Gremlin

    Ja z kolei chętnie bym się dowiedział po co w ogóle przywiązywać tyle uwagi do utrzymywania „czystości języka”. Nie chodzi mi o to, że to walka z wiatrakami, ale nie widzę żadnego zysku. Tym bardziej, że podczas tłumaczenia sam straciłeś sens niektórych wyrazów (porównywać =/= benchmarkować, casualowy =/= codzienny). Już pomijając fakt, że choć można przetłumaczyć pewne terminy, to nie powinno się tego robić, chyba że nie zależy nam na zrozumieniu adresatów (cała masa tego jest w samym IT).

    • Po co walczyć o odrębność kulturową? To pytanie jest na serio?

      • Gremlin

        Pytanie jest jak najbardziej na serio. I mam nadzieję, że nie chcesz sugerować, że garść czy nawet cały kontener makaronizmów spowoduje utracenie odrębności kulturowej (choć może najzwyklej w świecie mogę nie dostrzegać w jaki sposób to mogłoby nastąpić – w takim razie proszę o wyjaśnienie :))

        • Jeśli jesteś ślepy na ten problem i nie dostrzegasz jak fundamentalnym elementem kultury jest język, to co w takim razie Twoim zdaniem decyduje o odrębności?

          • Gremlin

            Co decyduje? Wspólna historia, region zamieszkania, poglądy, ogólnie rozumiany styl życia (sposób ubierania, gestykulacja/maniery), poglądy, status społeczny i prawdopodobnie wiele innych czynników, które w tej chwili nie przychodzą mi na myśl. Rzecz jasna język również.

            Nie rozumiem też dlaczego te anglicyzmy należy traktować jako „śmierć” języka zamiast jeden z kierunków rozwoju. Ot, dzieje się. Minie trend lub stanie się normą.

            I proszę daruj sobie to ad personam, mój post nie był (a w każdym razie, nie taka była moja intencja) w żadnym stopniu atakiem na Ciebie czy Twój tekst. Na prawdę chciałbym się dowiedzieć: po co? Dlaczego warto na to tracić czas/energię? Może jest w tym coś ponad wrażenia estetyczne, ale tego nie dostrzegam?

  • Aleksandra

    Ja jestem niemodna, raczej wydłużam niż skracam zdania i raczej nie lubię takich brzydkich słów, choć wiem, że wiele polskich to zapożyczenia, a i niektórych raczej nie zastąpisz ;)

  • Aleksandra

    Jestem tak bardzo niemodna, nie używam żadnego z tych słów :<

  • Azaliż wszystko się zmienia. Tak zawżdy było. Wyimaginuj sobie, że nadal piszesz listy papierowe i wysyłasz je gołębiem. Doprawdy, trudno by było ;)

    • Byłoby trudniej, przez co pisałbym mniej i tylko z osobami, na których naprawdę mi zależy, to chyba nie tak źle, co? ;)

  • Monika

    Jeszcze trailer filmowy, czy teaster… I „robię research” -.-‚

    • trailer – zwiastun
      teaser – zapowiedź lub ze staroszkolnego slangu zajawka
      reaserch – badanie/wywiad środowiskowy?

      • Ale research niesie za sobą więcej niż badanie. Jeśli robię research to znaczy, że przygotowuję się na dany temat, przeszukuję wszelkie możliwe źródła, wybieram, przebieram, selekcjonuje, wyciągam wnioski, szukam. To nie są po prostu „badania”. Tak samo jak feedback można przetłumaczyć jako informację zwrotną, ale w przypadku gdy nauczyciel daje feedback uczniowi to coś innego niż kiedy daje nam feedback zawieszenie w motocyklu (bo też tak się mówi)

        • To dlatego, że język ma tendencję do oszczędności, a objawia się między innymi tym, że dwa synonimy powoli i delikatnie zmieniają znaczenie. „Podomka” i „szlafrok” to były dwa wyrazy oznaczające tę samą część ubioru, ale ponieważ to mylące, zaczęło się przyjmować, że „podomka” to damski element garderoby. Poza tym słów, których znaczenia nie są proste i podstawowe, nie da się zawsze dokładnie przetłumaczyć, to raczej przekłady. Mnie uczono, że „research” to podstawowy element badań, zwany „zbieraniem materiału” ;-) W tym ujęciu to „badanie” niesie ze sobą więcej, zwłaszcza że w polszczyźnie można badać pacjenta, badać teren i badać skład substancji, a każde z tych znaczeń jest minimalnie od siebie inne i inaczej byśmy je przełożyli na angielski (examine, explore). A na koniec… język to żywy twór i jesteśmy w trakcie wiecznego poszerzania się repertuaru słów, a te najświeższe zdobycze (np. słownictwo branżowe, zwłaszcza jeśli chodzi o internet i te kręgi) potrzebują chwili, zanim się osadzą z konkretnym znaczeniem :)

          • Badanie w języku polskim ma więcej znaczeń, a języku angielskim ma szersze znaczenie – o to mi chodziło. A z resztą się zgadzam jak najbardziej :)

  • Magdalena Wac

    Ja mam chyba mniej konserwatywne podejście do języka i uważam, że język to to, co jest używane i użyteczne. I jako fanka języka polskiego stawiam się raczej w roli obserwatora zmian, a nie strażnika poprawności. Wątpię też, żeby używanie zapożyczeń miało formę lansu, a wynika raczej z tego, że podróżujemy, czytamy i uczymy się po angielsku (i często nawet już myślimy zagranicznymi terminami). I przeciwnie do tego co piszesz, wydaje mi się, że władanie branżowym slangiem, dostępnym i rozumianym przez niewielką grupę świadczy o profesjonalizmie i utrzymuje spójność tej grupy.
    A moimi faworytami w tłumaczeniu są: paźwiatrak i entuzjastopagina = fanpage

  • Sun

    jakie zakupy, jaki shopping? SKLEPPING!

  • Ja u siebie próbowałam kiedyś przekonać, że jednak z anglicyzmami brzmi lepiej. Podany przykład był taki: „Chcę być influencerką. Daję moim czytelnikom kontent. Wrzucam posty na
    face’a i czekam na feedback. IMHO mój blog lifestylowy zapewnia moim followersom fun, a prezentowane looki i outfity inspirują.” a nie: „Chcę być wpływaczem. Daję moim czytelnikom zawartość. Wrzucam wpisy na portal społecznościowy pod nazwą facebook i czekam na informację zwrotną. Moim skromnym zdaniem mój blog o stylu życia zapewnia zabawę tym, którzy śledzą moje poczyniania w internecie, a prezentowane wyglądy i zestawy ubrań inspirują.”

    • „Chcę być wpływowa. Daję moim czytelnikom treść. Wrzucam wpisy na Facebooka i czekam na reakcję. Moim skromnym zdaniem mój blog o stylu życia zapewnia rozrywkę tym, którzy śledzą moje poczyniania w internecie, a prezentowane stylizacje i zestawy ubrań inspirują.” – byłoby całkiem nieźle.

      • Dzięki, chyba oddam Ci swoje kwalifikacje tłumacza przysięgłego :-) Ja i tak wolę anglicyzmy, ale to chyba takie zboczenie zawodowe…

        • Leonette, nie obraź się, ale chyba powinnaś… ;) Ja też jestem tłumaczem z wykształcenia i wieloletniej praktyki- żeby dobrze tłumaczyć, trzeba się przede wszystkim perfekcyjnie posługiwać ojczystym językiem, no a Twoja próbka tłumaczenia naprawdę mnie przeraziła, no chyba, ze było to celowe przejaskrawienie pod tezę… Jakkolwiek,. tłumacz nie powinien „woleć anglicyzmów”…

          • Tak, oczywiście przejaskrawienie było celowe. Cały tekst u mnie na blogu (o wiele mówiącym tytule: Fuck the purity of the language!), nie chcę wstawiać linka – przepraszam, odnośnika – żeby nie być posądzoną o spamowanie (a swoją drogą jak byście zamienili spamowanie na polski?). A co kto woli, niech każdy decyduje indywidualnie… A nieskromnie mówiąc, myślę, że jako autorka podręcznika do specjalistycznego języka angielskiego i wykładowca w Instytucie Lingwistyki Stosowanej mam szczególne prawo do decydowania co wolę w tej materii ;-)

          • Spoko, jeśli tekst jest powiązany z dyskusją można wstawiać, nie jestem świrem rzucającym się o każdy zewnętrzny odnośnik na jego blogu ;) A co do „spamowania”, to „śmiecenie”.

  • Aleksandra Muszyńska

    A ja nienawidzę,NIENAWIDZĘ tego wszechobecnego,bastardyzującego i wypruwającego ze szczerości w intencji słowa „SORRY” (i wszelkich mutacji typu „sorka”) zamiast „przepraszam”.Zawsze mówię „przepraszam”,nawet jeśli zwracam się do szczyla w wieku gimnazjalnym.

    • Bo „sorry”, czy „sorka” jest na zasadzie „głupio wyszło, źle zrobiłem, ale nie aż tak żeby Cię przepraszać”.

    • olgacecylia

      „Bastardyzującego” wygląda milion razy gorzej niż „sorry” brzmi.

      • Aleksandra Muszyńska

        Co kto lubi.Dla mnie wręcz odwrotnie.

        • Paweł Daniel Kęcerski

          Ja po tym jak w tłumaczeniu „A Song of Ice and Fire” zobaczyłem „bastardowy miecz Jona” nie mogę patrzeć na wszelkie pochodne tego słowa. Bękarci, do cholery!

          • Aleksandra Muszyńska

            Nie tylko.Bastardyzacja to również,o ile się nie mylę (ale dokładnie na pewno nie będzie),przenikanie gatunków.I o to mi chodziło.
            No dobra,dobra,jestem pretensjonalną bufoniarą,będę się bić porem po pośladkach,żeby zadośćuczynić.

          • Ej, ale oni specjalnie tak przetłumaczyli „Bastardowy miecz dla bastarda” i tylko dlatego to zostało tak ujęte. Z tego powodu przełknęłam to tłumaczenie. Bastard (bękart) dostał bastarda. A jak miało być? Bękart dostał półtoraka?

  • Saga Sachnik

    Czekin!

  • Ziggiz

    W moich kręgach bardzo często słyszy się mainstream, mainstreamowy/a. Weszło w język, i dość dziwnie brzmi „to taka z głównego nurtu piosenka” zamiast „ten kawałek jest mainstreamowy” (nie,moi znajomi nie są hipsterami) :)

  • Najbardziej rzucają mi się w oczy wszechobecne skróty typu: IM(H)O, BTW, OMG. Czy tak ciężko powiedzieć/napisać: moim zdaniem, swoją drogą, czy o mój Boże? Do tego można dorzucić powszechne już: „sorry” zamiast przepraszam, czy „baby-sitter” zamiast opiekunki.
    Przytoczone przez Ciebie zapożyczenia, moim zdaniem, nie powinny mieć miejsca, bo ich polskie odpowiedniki są normalnymi słowami (na szczęście też są używane). Jeśli chodzi natomiast o technologie i internet, to zgodzę się z @Kondux:disqus – polskie odpowiedniki brzmią zwykle dość dziwnie.

    Jakby nie było, język żyje i będą pojawiały się jakieś nowe twory. Mam tylko nadzieję, że nie wyprą tego, co naprawdę nasze. Na pocieszenie powiem, że z naszym językiem nie jest jeszcze tak źle. Język niemiecki na przykład dużo gorzej opiera się takim zapożyczeniom. Tłumacząc jakiś czas temu tekst na polski, zastanawiałam się, czy aby na pewno tekstem źródłowym był niemiecki – tak był naszpikowany tworami angielskimi.

  • Niektóre słowa po prostu lepiej brzmią po angielsku i nie ma nic złego w tym, że ich używamy, pod warunkiem, że zachowujemy przy tym jakiś rozsądek. Bardzo rzadko stosuję zapożyczenia (dancefloor?!), ale np. wolny strzelec brzmi lepiej jako freelancer.

    • Mnie „freelancer” najbardziej kojarzy się z ludźmi bez pracy, którzy chcieliby dostać pierwsze zlecenie, także wolę „wolny strzelec”.

      • właśnie, „wolny strzelec” ma w sobie coś z buntownika, jest pewny siebie, wyjątkowy, ma moc. No i jets groźny (bo w końcu strzela). Też strasznie lubię to pojęcie :) Freelancer to przy nim pretensjonalny typek bez wyrazu.

    • dokładnie, też staram się nie przesadzać z angielskimi wtrąceniami, ale też nie używam ich specjalnie, żeby, no nie wiem, popisać się czy coś… po prostu to samo naturalnie wychodzi. zresztą język stale ewoluuje, wiele słów, których obecnie używamy jako polskich, to przystosowane zapożyczenia z języków obców. zombie samurai napisał jakiś czas temu fajny wpis na ten temat, nie chcę linkować, bo może uznasz to za spam, ale znajdziesz, jak będziesz miał ochotę (o ile wcześniej nie czytałeś).

      • Chodzi Ci o „Mam w dupie język polski?” no w tym temacie zajmuję przeciwne stanowisko niż Paweł ;)

        • Urs

          Następny wyraz do tłumaczenia to linkować :P

          • Tu mnie masz, bo „linkować” sam używam, ale spokojnie można to zastąpić „odsyłać”.

        • tak, o ten tekst.

      • O właśnie, pilnowanie się, żeby czasami nie zarzucić makaronizmem byłoby dla mnie nienaturalne. Czasami tak wychodzi, trudno. Czy to znaczy, że mniej lubię język polski? No raczej nie:)

  • Ola Gil

    Ja dodałabym jeszcze wychilluj zamiast wyluzuj. A, i cały tekst ,,rolowania”, to jest dopiero zabawne :)

  • Jeszcze defaultowy (domyślny) i event (wydarzenie). Ciężko zastąpić weekend, internet, pub, bar, grill, drink, fitness, musical i milion innych, których moim zdaniem nie zastąpisz (wszystkie gatunki muzyki różne urządzenia elektroniczne, słownictwo związane za komputerami)

    • O właśnie, defaultowy i event, zapomniałem o nich, dzięki. Co do pozostałych, to faktycznie, są już w naszej mowie tak długo, że zakorzeniły się bez tłumaczeń, ale pobawmy się w słowotwórstwo:
      – weekend – tygodniokońcówka
      – internet – sieć komputerowa
      – pub/bar – piwniarnia
      – grill – rusztowar
      – drink – alkokoktajl
      – fitness – tusza-rusza
      – musical – tańcośpiewy

      • Karina Rosowiecka

        A propo drink – alkokoktajl… Czy koktajl nie jest zapożyczeniem z angielskiego? Bo alkohol podobnie brzmi chyba w większości zachodnich języków. :)

        • Mjichał Zet

          z arabskiego al-kuhl – mydlić oczy

        • olgacecylia

          Pewnie, że jest. Jak pisałam, od tego nie da się uciec. Nawet słowo „makaronizm” opiera się na zapożyczeniu.

      • No jasne, że można te słowa przetłumaczyć, w języku francuskim i hiszpańskim używa się „koniec tygodnia” zamiast weekend chociaż to drugie jest coraz częściej używane przez młodych ludzi. To samo ze słowem internet, w hiszpańskim jest red czyli sieć i częściej używane niż internet. Hiszpanie i Francuzi są chyba bardziej uczuleni na punkcie swojego języka i na większość rzeczy mają swoje określenia. Co do komputera to nie tak dawno temu ktoś mi opowiadał, że przy współfinansowanym z UE projekcie dostał fakturę na komputery natomiast w budżecie zatwierdzonym przez jakaś tam komisję była kasa na „maszyny liczące” i ponoć afera bo nie chciała im kontrola tych komputerów pozwolić „zapłacić” ze środków UE – bo przecież kasa miała iść na maszyny liczące!

      • Podałeś ciekawe przykłady, np. „piwniarnia” jako neologizm, choć istnieje przecież „piwiarnia” :D A taki „internet” – mógłby po prostu funkcjonować jako „intersieć”, tyle samo sylab, proste i całkiem ładne. Akurat „inter-” to z łaciny i funkcjonuje w polszczyźnie. Ale jak przeczytałam „tusza-rusza”, to się aż rozczuliłam :-) Jeśli lubisz temat tłumaczeń, polecam Ci świetne teksty Stanisława Barańczaka, na przykład ten: http://angielski-online.pl/rozne/67-sztuka-tlumaczenia/132-sztuka-tlumaczenia-na-wesolo

      • Olga

        koktajl to nie jest polskie słowo, tak samo jak randka i urlop, jeżeli być bardzo dokładnym :D

    • olgacecylia

      Dawno temu, kiedy raczkowałeś, próbowano spolszczyć słowo „komputer”. Zamiast niego lansowany był „mózg elektronowy”. Zamienił stryjek siekierkę na kijek, bo „elektron” to też zapożyczenie, tyle że nie z angielskiego :-)

      Zapożyczenia są nieuniknione – sam pisząc ten tekst użyłeś ich dziesiątki.

      • Masz rację, są nieuniknione, ale chyba nie o tym jest ten tekst. „Komputer” to też słowo już spolszczone, inaczej pisalibyśmy „computer”. Poza tym są różne typy zapożyczeń. Niektóre słowa zostały do polskiego zapożyczone w początkowym okresie kształtowania się języka z łaciny czy greki, w okresie średniowiecza często zapożyczaliśmy słowa czeskie czy niemieckie, potem francuskie, dzisiaj angielskie. Dziś nawet słowo zapożyczone na początku XX wieku dla mniej świadomych użytkowników języka może funkcjonować jako „rodzime”, a tym bardziej takie zapożyczone w wieku X. To rzeczywiście nieuniknione, także dzisiaj, ale ważne, by nie używać obcych form, gdy znajdują się już odpowiednie słowa w polszczyźnie, a gdy to konieczne – by je adaptować do rodzimych norm. Znamienna jest najdwyżka angielskich form właśnie w sieci – wydaje się, że internet szczególnie rozleniwia. Chyba dlatego taki, a nie inny dobór przykładów w tekście. Swoją drogą, bardzo dobry dobór. Propsy (sic!) ;-)

        • Dokładnie Asiu o to chodziło ;)

      • Widzę, że bardzo osobiście odebrałaś ten post. Śmierć też jest nieunikniona, a chyba nie dążysz do niej za wszelką cenę, co?

  • Piszę sporo o technologiach w internecie i często używam słów ogólnie przyjętych, ale zapożyczonych z angielskiego jak np. phablet. Są polskie odpowiedniki (mikrotablet, tabletofon itp.) ale one brzmią dla wielu dziwnie i nie oddają w pełnie znaczenia tego słowa. Poza tym nawet sami producenci reklamują w Polsce takie urządzenia jako tablety. Również jestem za używaniem polskiego tam gdzie jest to możliwe, ale co sądzicie o takich przypadkach?

    • Jasne, przy technologiach naprawdę trudno jest od tego uciec, ale zawsze można bawić neologizmami ;)

    • Mjichał Zet

      tabletofon <3 czekam na stoły z wbudowanymi Iphone'ami :D

  • Życie – obecnie funkcjonuje jako facebook

    • Idealna pointa!

Zrobiłem sobie test na HIV. Jak to wygląda i dlaczego warto?

Skip to entry content

wpis jest elementem kampanii społecznej #mamczasrozmawiac

Mam to niewątpliwe szczęście, że seks w moim domu nigdy nie był tematem tabu i żeby dowiedzieć się skąd się biorą dzieci, nie musiałem czekać do lekcji biologii w czwartej klasie podstawówki, w międzyczasie polując z lornetką na bociany. Zresztą, nikt mi nie opowiadał takich głupot i jedząc gołąbki nie miewałem napadów paniki, że coś twardego między liśćmi kapusty, to nie ziarnko piasku, tylko jednak noworodek.

Zawsze mogłem porozmawiać o tym z mamą, a w zasadzie to ona rozmawiała o tym ze mną.

To od niej dostałem pierwszego „Playboya”, żeby z kobiecego ciała nie robić jakiejś tajemnicy poliszynela. Od niej też usłyszałem, że kiedy dojdę do etapu, w którym będę chciał z kimś pójść do łóżka, to powinienem mieć prezerwatywę. I ta rozmowa miała miejsce długo zanim przeżyłem swój pierwszy raz, a nie tak jak w wielu przypadkach, rok albo dwa lata po. Albo wcale. Podobnie było z tłumaczeniem, że kondomy zabezpieczają nie tylko przed staniem się rodzicem, w momencie kiedy zupełnie nie jest się na to gotowym, ale również przed chorobami.

Na przykład przed HIV.

Czym jest HIV, czym nie jest i co o nim wiemy?

HIV to ludzki wirus upośledzenia odporności. Innymi słowy: skomplikowane cząsteczki organiczne, które mogą spowodować, że Twój organizm będzie miał odporność na tak niskim poziomie, że zapalenie płuc może Cię zabić.

Czy HIV można się zakazić przez pocałunek albo dotyk? Nie. HIV można się zakazić tylko trzema drogami: przez krew (w sensie kontakt z krwią osoby zakażonej), przez seks (także oralny) lub przez poród (od matki).

Czy HIV można się zakazić korzystając z tych samych sztućców? Nie.

A z tego samego prysznica? Też nie.

A z tego samego basenu? Również nie.

A od ukąszenia komara? Także nie. Jak podają badania z 1989, nie ma możliwości, żeby owady przenosiły HIV.

Czym HIV różni się od AIDS?  HIV to wirus, natomiast AIDS to choroba, którą ten wirus wywołuje. Możesz być zakażony HIV nawet przez kilkanaście lat i o tym nie wiedzieć, bo sam wirus nie daje żadnych odczuwalnych oznak. Dopiero, gdy przechodzi w AIDS, daje o sobie znać, bo wtedy złapanie zwykłego przeziębienia staje się walką o życie.

Czy z HIV da się żyć? Jak najbardziej i dodatni wynik na teście wcale nie jest wyrokiem. Przy poziomie dzisiejszej medycyny, dzięki lekarstwom, z HIV da się funkcjonować zawodowo, społecznie, a także związkowo.

Czy jeśli uprawiam seks z jednym i tym samym facetem, i jest on moim pierwszym, to nie ma szans, żebym miała HIV? Dopóki się nie zbadasz, nigdy nie możesz być pewna, bo po pierwsze: mogłaś się zakazić w inny sposób, niż przez seks, po drugie: skąd wiesz, że on nie jest zakażony?

Czy problem HIV dotyczy tylko narkomanów? Nie. Wśród osób zarejestrowanych w 2016 roku, tylko 3% z nich zakaziło się wirusem przy okazji wstrzykiwania narkotyków. Co ciekawe, największą grupą wiekową, której dotyczy zakażenie, nie są – jak mogłoby się wydawać – szalone, nieodpowiedzialne małolaty, tylko ludzie między 30 a 39 rokiem życia. Dorośli.

Czy jeśli używam prezerwatyw, to nie muszę zwracać uwagi na to z kim sypiam i nic mi się nie stanie? Byłoby pięknie, ale nie jest tak do końca. Cytując WHO:

Używanie prezerwatyw chroni przed 80% do 95% zakażeń wirusem HIV, które pojawiłyby się, gdyby prezerwatywy nie zostałyby użyte (nie znaczy to, jednak że 5% do 20% użytkowników prezerwatyw zakazi się HIV).

Tak że, jeśli nie kochasz się z osobą, która się zbadała i wyszedł jej ujemny wyniki, to jakieś ryzyko – niewielkie, ale jednak – istnieje zawsze.

Jak wygląda test na HIV?

W każdym województwie w Polsce są miejsca, gdzie możesz zrobić BEZPŁATNIE i ANONIMOWO test na obecność wirusa HIV. Ja swój robiłem w Zakładzie Mikrobiologii na drugim piętrze Szpitala Uniwersyteckiego na ulicy Mikołaja Kopernika 19, ale jeśli nie mieszkasz w Krakowie, to bliższy siebie punkt możesz sprawdzić na mapce.

  • Nie musisz się wcześniej zapisywać, rejestrować, ani w inny sposób planować badania z wyprzedzeniem. Po prostu przychodzisz i stajesz w kolejce.
  • Nie musisz być ubezpieczony, żeby wykonać badanie. Test jest w pełni anonimowy, w związku z czym, nikt nie pobiera od Ciebie żadnych danych.
  • Nie musisz się przejmować tym „co ludzie o Tobie pomyślą”. Na badania do punktów konsultacyjno-diagnostycznych wszyscy przychodzą w tym samym celu, a w kolejce spotkasz zarówno osoby młodsze od Ciebie, starsze, kobiety, mężczyzn oraz pary.
  • Nie musisz się przejmować tym „co lekarz o Tobie pomyśli”. Osoby pracujące w punktach wykonujących anonimowe testy na HIV są specjalistami, którzy chcą pomagać innym. Są bardzo serdeczni i nie ma mowy, abyś odczuł, że w jakiś sposób Cię oceniają.

Zanim zostanie Ci pobrana krew, rozmawia z Tobą konsultant, tłumacząc jak naprawdę działa HIV, ponieważ sporo osób nie ma świadomości tych mechanizmów. A część, googlując objawy swoich problemów zdrowotnych, sama się diagnozuje, wyczytując na forach internetowych, że osłabienie i ból mięśni to na pewno HIV. Najczęściej, na szczęście, to tylko przeziębienie, stres albo grypa.

Po spokojnej rozmowie idziesz na pobranie krwi, podajesz hasło na jakie będą Ci wydane wyniki badań (tak zaskoczyło mnie to pytanie o hasło, że podałem pierwsze słowo, które mi przyszło do głowy: „pizza”) i po tygodniu przychodzisz po ich odbiór.

Gdy masz się dowiedzieć, czy Twój wyniki jest negatywny, czy pozytywny, również nie jesteś pozostawiony sam sobie, tylko – jak na pierwszym etapie – rozmawia z Tobą konsultant. W moim przypadku potwierdziło się, że nie jestem zakażony, w związku z czym, rozmowa ograniczała się do informacji, co zrobić aby tak pozostało. I sugestii, aby ewentualna partnerka – niezależnie czy stała, czy tymczasowa – również się przebadała.

Bo dopóki nie wykonasz testu, nigdy nie możesz być pewien. Dlatego ja zrobiłem swój.

#mamczasrozmawiac

Z każdym rokiem, w dyskusjach publicznych, seks coraz bardziej przestaje być krępującym tematem, jednak wciąż jest wiele rodzin, gdzie stosunek płciowy określa się „robienie tych rzeczy”, „wchodzeniem pod kołderkę”, „ciupkaniem” lub w inny enigmatyczny sposób, a kwestia chorób przenoszonych drogą płciową jest zupełnie pomijana. Wciąż jest wiele osób, które nie wiedzą jak się zabezpieczać, żeby się nie zakazić HIV, bo nie dowiedzieli się tego ani od rodziców, ani od nauczycieli. Bo każdy z nich bał się o tym rozmawiać. Bo nie wiedział jak to zrobić.

Dlatego cieszę się, że powstają takie kampanie jak #mamczasrozmawiac (organizowana przez Krajowe Centrum ds. AIDS), bo oczywiście uświadamiają co, jak, z czym i dlaczego, ale przede wszystkim pokazują, że o seksie można i powinno się rozmawiać. Publicznie, w związku i w rodzinie. I że tych rozmów nie trzeba się bać.

Więcej informacji znajdziesz na http://mamczasrozmawiac.aids.gov.pl

---> SKOMENTUJ

2500 lekarzy nie rozumie na czym polega ich zawód

Skip to entry content

Lekarze zadeklarowali - Uznajemy pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

Wykształcenie nie jest tożsame z wiedzą, a już na pewno z inteligencją. Mam nadzieję, że nie jest to dla nikogo nowością. Świat zna wiele wybitnych umysłów bez skończonych studiów wyższych (Steve Jobs, Albert Einstein, Mark Zuckerberg) i nie mniej baranów z tytułem magistra (co drugi absolwent uczelni ekonomicznej?).

Na każdym poziomie edukacji spotykałem osoby, które miały świetne oceny, nie dlatego, że były inteligentne i rozumiały zagadnienia, których się uczyły. Nie. Miały piątki, bo potrafiły zapamiętywać. Ryć materiał dziesiątki razy, aż nie zaczęły recytować go przez sen. Nie rozumiały czego się uczą, ani po co. Mechanicznie wprowadzały dane do neuronów. Działało to na tyle, by zdać klasówkę, maturę, czy egzamin, ale nie przekładało się na faktyczne zrozumienie tematu.

Tak właśnie stało się z 2500 lekarzami, którzy podpisali się pod „Deklaracją Wiary” – dokumentem, który jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Mimo, że każdy z nich ukończył studia wyższe, to publicznie oświadczył, że nie wie na czym polega jego zawód. Że zupełnie nie rozumie jaki ma cel pełnienie funkcji lekarza. Że na studiach klepał materiał na blaszkę, zamiast wgłębić się w jego istotę.

Poniżej owa deklaracja, która jest zaprzeczeniem przyrzeczenia lekarskiego, składanego przez każdego absolwenta medycyny.

1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

Początek jest łagodny. Można by się doczepić do tego, że mężczyzna jednak sporo różni się od niewiasty, więc Pan Wszechświata musiał mieć dwa obrazy, ale odpuszczam.

2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: – ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, – moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

Jeśli moment narodzin i śmierci zależy tylko i wyłącznie od PW (Pana Wszechświata), to zgodnie z tym tokiem rozumowania, nie powinno udzielać się nikomu pierwszej pomocy ani ratować ludzi z wypadków, bo sprzeciwiamy się woli bożej. Jeśli PW zechce, zatrzyma krwotok, przyszyje urwaną nogę i wznowi akcję serca, a lekarzom nic do tego. Przeprowadzając transfuzję krwi, czy transplantację serca tylko niepotrzebnie ingerują w plan boży.

Zresztą cała idea szczepień nie ma sensu. Ciało ludzkie jest nietykalnym darem, a wkłuwanie w niego igły jest jawną profanacją. Poza tym, jeśli PW chce zarazić dzieciątko czarną ospą, to nikt nie ma prawa mu w tym przeszkadzać. Podobnie jest z antybiotykami. Organizm jest za słaby, żeby sam zwalczyć chorobę? To do piachu! Widocznie tak było zapisane. Kim Ty niby jesteś, żeby kwestionować boskie zapisy, lekarzem?

3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się „współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia” – powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

Wszyscy uprawiający seks przedmałżeński do więzienia. Wiadomo. Przy czym pojawia się tu pewna niespójność, bo w drugim akapicie całe ciało człowiek było darem, który jest święty, a teraz okazuje się, że już tylko penis i pochwa. Czy w takim razie oczom, uszom i dłoniom składanym do PW nie będzie przykro? No i przede wszystkim, czy można takie sacrum jak penis wykorzystywać do oddawania moczu?

4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

Czyli innymi słowy, innymi słowy, stwierdzam, że nie powinienem wykonywać zawodu.

5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim – aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, – potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

Jeśli aborcję w przypadkach ofiar gwałtów, antykoncepcję w wielodzietnych rodzinach żyjących na skraju ubóstwa i zapłodnienie in vitro u par cierpiących na bezpłodność nazwiemy antyhumanitarną ideologią, to faktycznie jest czemu się przeciwstawiać.

6. UWAŻAM, że – nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań – lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.

Świetnie, świetnie, tylko z tego co wiem, czynnością zawodową lekarza oprócz diagnozowania stanu zdrowia nierozłącznie jest leczenie. W takim razie jak ma pracować i leczyć ludzi, skoro to bezpośrednio stoi w opozycji do planu bożego? Jaki sens ma wybieranie zawodu, którego nie można wykonywać z powodu poglądów i przekonań? Lekarz, który nie leczy jest jak spawacz, który nie spawa, czy nauczyciel, który nie uczy. Wyobrażacie sobie, że nagle jutro górnicy podpisują deklarację wiary i oświadczają, że nie będą wydobywać węgla z głębi ziemi, bo to wbrew naturze?

Jeśli jesteś weganinem, to po co szkolisz się na rzeźnika?

---> SKOMENTUJ

Jestem mistrzem sztuki przetrwania

Skip to entry content
Jestem mistrzem sztuki przetrwania
autorem zdjęcia jest Antonio Amendola

Hajs. Gdy przyjechałem do Krakowa miałem skórzaną torbę z ciuchami i 600zł w skarpetce. Przez pierwszy miesiąc żyłem za 10zł dziennie. Nie przeszkodziło mi to w chodzeniu po klubach i imprezowaniu.

Alkohol. Wakacje nad morzem. Trochę dłużej, niż dzień przed okresem pełnoletności. Chcieliśmy walnąć po jednym na molo jak plażowi playboy’e, ale sklepowa uparła się, że wiek nie ten. Wyszliśmy zdołowani jakby miało nie być ferii i zobaczyliśmy zbieracza puszek. Układ pył prosty – 3 pełne z naszej kasy, z czego jedna jest dla niego. Nie zastanawiał się.

Wycieczka. Pojechaliśmy na koncert znajomych do Żor. Grali słabo, ale zabawa przednia. W końcu kto jak nie my miał rozkręcić pogo pod sceną. Koło pierwszej, gdy klub już opustoszał, a faza zaczęła schodzić, dotarło do nas, że jesteśmy w jakiejś dziurze 60 kilometrów od domu i że musimy do niego wrócić. A zostało nam 7 złotych i 46 groszy. Na czterech. A jeden bilet do nas kosztuje 4,50zł.

Przespaliśmy się do 6:35 na przystankowej ławce i gdy podjechał pierwszy busik spytałem pana kierownika, czy pan kierownik nie wziąłby czwórki zmarzniętych, wygłodniałych licealistów za 7 i pół złotego bez nabijania na kasę, bo bidulki nie mają jak do domu wrócić. Płaczliwe spojrzenie i odpowiednia kombinacja skruchy i wazeliny podziałały. Pan kierownik nas zabrał.

Przeprowadzka. Kiedyś irracjonalnym zbiegiem okoliczności wylądowałem w jabol-punkowym mieszkaniu, które bardziej przypominało pustostan zaadoptowany na squot. Anarchistyczne hasła na ścianach, obierki na ziemi i ludzie koczujący w przedpokoju. I ratlerek. Po 3 dniach ocknąłem się i doszło do mnie, że trzeba stamtąd uciekać.

Wybiegłem przed kamienicę, żeby zebrać myśli i ochłonąć i przechodząc przez pasy spotkałem koleżankę kumpeli przyjaciółki znajomej skądś tam. W 20 minut jej Maluch wypełnił się moim gratami po brzegi i zakończyłem przeprowadzkę transportem 2 drewnianych krzeseł na rowerze.

Farmaceutyk. Potrzebne nam były tabletki. Bardzo, bardzo, ale to zajebiście bardzo ważne tabletki. Tyle, że była sobota i nawet prywatni lekarze nie przyjmowali. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że była trzecia w nocy. W trakcie wydzwania kolejnych literek z mojej książki telefonicznej zacząłem tracić nadzieję, ale zanim doszedłem do „Z”, okazało się że siódma koleżanka na „R” ma ciocię, która jest dentystką. I może wypisać tę receptę. I wypisze. I to o tej trzeciej w nocy. Ufff…

 

***

 

Życie. Muszę znaleźć mieszkanie, zrobić 3017 rzeczy związanych z pracą i blogiem, i przeprowadzić się do soboty. Z calusieńkim dobytkiem swojego życia. Do tej soboty.

Nawet nie zastanawiam się czy dam radę – jestem mistrzem sztuki przetrwania.

---> SKOMENTUJ