Close
Close

Na YouTube, a konkretniej we vlogosferze urodowo-kosmetycznej, panuje trend, który nazywa się „ulubieńcy miesiąca”. Polega na tym, że dziewczyny pod koniec miesiąca pokazują produkty, które zachwiały ich światem i nie wyobrażają sobie już życia bez nich. Na temat odżywki do paznokci, czy tuszu do rzęs potrafią się rozgadać nawet na dobre kilka minut, cały czas utrzymując uwagę widzów.

Postanowiłem sprawdzić, czy też tak potrafię.

(niżej jest kolejny tekst)

Dodaj komentarz

57 komentarzy do "Spożywczy ulubieńcy kwietnia 2014"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gai
Gość

Mega <3 a w ogóle co myślisz o tej dziewczynie 20 letniej, który otwiera w krk restaurację za pomocą kickstartera?

Jan Favre
Gość

Nie wiem nic na jej temat oprócz tego co było w artykule na na Temat, także trudno mi się wypowiadać.

Mjks
Gość

„Nie chciałem, żeby to jedzenie się niszczyło”.
A kto rzuca POMIDOREM z plamką? Bogerzy kłamią :{

Jan Favre
Gość

Po prostu lubię jeść z ziemi. Nowy trend w blogosferze.

Justek aka cacko_z_dziurką
Gość

Jak mój pies. Zje tylko z ziemi. Powrót do natury.

Saga Sachnik
Gość

To takie studencko mainstreamowe, weź, e.

Cathrina
Gość

Za każdym razem wchodząc tutaj stwierdzam iż STAYFLAY moim guru życiowym :D

Erillsstsyle
Gość

Jedz bułkę, poczuj w sobie siłę ryby.

Muszkieter
Gość

Nie rzucaj bułką, bo bułka rzuci Cię o glebę!

Jan Favre
Gość

Ona zaczęła, to był tylko rewanż.

Taconafide – ten moment, kiedy rozbijasz bank i ludzie dostają pierdolca

Skip to entry content

Jeśli wchodzisz na Youtube, to widzisz, że od 16 marca nie ma dnia, żeby na karcie na czasie nie było jakiegoś numeru Taconafide. Jeśli używasz Spotify, to wiesz, że na liście przebojów „Polska Top 50” pierwszych 15 pozycji, to kawałki z „Somy”. Byłoby więcej, ale płyta ma tylko 15 utworów. Jeśli ostatni miesiąc spędziłeś pod kamieniem, ewentualnie żyjesz w średniowieczu i nie masz internetu, to szybkie streszczenie.

Taconafide = Taco Hemingway + Quebonafide

Quebonafide = w tym momencie najpopularniejszy raper w Polsce, który przeszedł drogę od nikogo znikąd do autora platynowych płyt

Taco Hemingway = ten koleś od piosenek o Warszawie, który solowym koncertem wyprzedał Torwar

„Soma” = wspólna płyta jednego i drugiego

„Soma” + internet = broń masowego rażenia

„Szok, w milionera z kundla w rok”

To jaki sukces osiągnęli panowie na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy osobno, to się na kalkulatorze na mieści. Dzikie wyświetlenia, dzika sprzedaż płyt, dzikie rzesze fanów. Teledysk na Madagaskarze, koncert na wcześniej wspomnianym Torwarze, billboard na najwyższym budynku w centrum stolicy, pielgrzymki słuchaczy pod domem. Cytując jeden z ich singli „to już movement, a nie muzyka”. Gdyby Beatlesi byli z Polski i chodzili w dresach, to mielibyśmy nowych Beatlesów.

Co mogło wyjść z połączenia ich mocy? Kapitan Planeta? Napad na bank bez kominiarek? Głos pokolenia? Na pewno tęczowa fala miłości od fanów i burzowe gównobicie od antyfanów.

Ci drudzy rzucają kałem na lewo i prawo, wymieniając pozycje z czarnej listy zarzutów, która zaczyna się na skoku na kasę i kończy na skoku na kasę. Przy okazji przylepiając duetowi łatki „dla gimbusów”, „to nie jest prawdziwy rap” i „nie da się tego słuchać”. Gdyby to były głosy anonimowych cebulaków, nawet bym nie przerywał układania jedzenia w lodówce według dat ważności, ale gdy takie bąki puszczają osoby siedzące w popkulturze oboma pośladkami, to te serki homogenizowane muszą poczekać.

To po kolei.

Dla pieniędzy?

KAŻDA płyta Taco Hemingwaya jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. KAŻDA płyta Quebonafide jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube. Płyta Taconafide wyszła w piątek. I jest dostępna ZA DARMO na Spotify i YouTube.

Dla pieniędzy?

Gdy idę do restauracji na pizzę, nie pytam kucharza, czy śpi z drożdżami pod poduszką, śpiewa ody do mozzarelli pod prysznicem i ma wytatuowany przepis na ciasto na przegubach. Nie interesuje mnie, czy od piaskownicy marzył o kręceniu placków, czy robi to wyłącznie dlatego, że średnio jara go spanie na dworcu. Obchodzi mnie wyłącznie to, czy smakuje mi jego pizza. Motywację mam pod kością ogonową.

Taco i Quebo zrobili taki krążek, że zamówiłem dokładkę.

Dla pieniędzy?

Nie, kurwa, dla ginących gatunków zwierząt. Kultura, rozrywka, sztuka powinna powstawać wyłącznie z wewnętrznej potrzeby zmarnowania sobie życia na byciu twórcą. Dlatego Nolan reżyseruje filmy za dobre słowo, Penderecki gra koncerty co łaska, a Stephen King pisze książki, bo to oryginalny sposób na zniszczenie kręgosłupa. Ile czasu spędzasz z czyjąś tabelką w Excelu, a ile z ulubionym kawałkiem? Mimo to, nie piszesz do ludzi pracujących w korpo, że powinni uzupełniać arkusze z pasji, a nie dla pieniędzy.

Dla gimbusów?

Pomijając, że nie wiem, co złego jest w posiadaniu młodych odbiorców…

Znowu jak Platon muszę wpuszczać to światło do jaskiń

Chcieli nowy trójkąt z Taco, to nie quesadilla

Wsadzę swoich w pierwszą klasę jak Rudolf Kastner
i wybuduję nowy świat no bo, suko, stać mnie

Trudno topić smutki jak się nauczyły pływać
tak rozbita, bo zrobiłaś sobie w moim sercu biwak,
ale nie maż się dziewczyno, namalujesz to jak Frida,
chociaż obraz siebie, który zostawiłem może się rozmywać

…to osobiście złożyłbym petycję o przywrócenie gimnazjów, gdyby dzieciaki rozumiały wersy o takim poziomie skomplikowania.

Nie da się tego słuchać?

Też nie jestem fanem auto-tune’a, też wolałbym mniej smętów o tym, kto się rozstał z dziewczyną i też męczą mnie gadki o kasie z natężeniem 100euro/minutę, ale ta płyta to jest światowym poziom. Przede wszystkim pod kątem brzmienia i tego jak to płynie. I gdyby chłopaki rapowali po angielsku, to nikt by się nawet nie zająknął, tylko chłodził przy tym łokcie w golfie dwójce.

To nie jest rap?

No z pewnością nie ten z ’98. Jakiś czas temu już wyszliśmy z jaskiń i okazało się, że bez sylabizowania przez zęby i jebania policji w każdej zwrotce, też da się rapować po polsku. Quebonafide nagrał 10 płyt, z czego 4 w zeszłym roku, zapraszając na nie zarówno królów polskiego podziemia, jak i KRS One’a. Myślę, że na 11-tej naprawdę nie musi udowadniać swojej wartości typom, którzy dzień zaczynają od opalania fifki i technicznie zatrzymali się na rymowaniu czasowników.

Soma

Soma – napój rytualny, opisywany w Wedach, sporządzany z soku rośliny o nazwie soma. Działał oszałamiająco oraz wzmagał wewnętrzny żar. Dawał moc dokonywania wielkich przedsięwzięć poprzez zwiększenie możliwości manasu, jednego ze składników psychiki ludzkiej w ujęciu religii wedyjskiej.

Tak nazywa się płyta Taconafide i taki też wywołuje efekt wśród słuchaczy. Gratuluję Panowie, dobra robota!

Przy okazji, napisałem pierwszą w Polsce powieść o hip-hopie, ukazującą drogę od zera do bożyszcza nastolatków. Więcej na jej temat dowiesz się na oficjalnej stronie – www. Lunatycy.com – lub w poniższym filmie.

Ciuchy? Ma łyżwy na stopach, dzikiego kota na klacie, trójpasmówkę na spodniach i przeciętą autostradę na dyni. Jest wygodnie, jest przewiewnie, jest markowo. Poza tym budzi respekt. I łatwo się pierze.

Wiosną biorą go za sportowca, jesienią zlewa się z szelestem liści. Kiedy trzeba potrafi wtopić się w otoczenie, ale gdy wymaga tego sytuacja, jest widoczny jak braki w uzębieniu mówiąc „dawaj hajs”. Spróbuj go nie zauważyć, gdy sapie nad Tobą w autobusie, czekając aż zwolnisz mu miejsce. Albo, gdy stoi pod monopolem, licząc, że sam oddasz mu swój telefon.

Ma 3 komplety, każdy w innej wersji kolorystycznej. Czarny na co dzień, granatowy na specjalne okazje i biały do kościoła. Laski się moczą, kumple zazdroszczą, a frajerzy puchną. Gdy tylko lekko się zabrudzą, wystarczy przetrzeć szmatką i są czyściutkie jak feta od siąsiada spod czwórki. Nie to, co te Twoje kaszmiry.

 

Praca? Wie jak robić hajs na dzielni. Ma zasiłek od państwa, emeryturę od babki i dochód pasywny z parkowania pod jego blokiem. Radia, kołpaki i wycieraczki jak trafią się jakieś lepsze. Czasem dziesiona na frajerze.

W weekendy bramka – łączy pracę z pasją. Trenuje nowe chwyty na klientach, tfu, studentach, więc lekcje osiedlowej krav magi nie idą na marne. Jak tylko widzi, że któremuś się bardziej oczka kleją, to od razu ściąga go do parteru i za szmaty przed lokal. Picie z umiarem, to podstawa. A nie daj boże, żeby takiemu wpadło do głowy coś mocniejszego wnieść do środka. Tu już nie ma zmiłuj się. Bierze barmana – ziomka z ośki – i młóci pacjenta, aż nie poda pinu do karty. Będzie mu towar od obcych dilerów do klubu przynosił, narkoman jeden.

Tak to się robi.

Ale można też inaczej. Braciak ze szwagrową w UK siedzą, tam to władza dba o obywatela. Bliźniaki im się urodziły, to i hajs się podwójnie zgadza. Becikowe, macierzyński, tacierzyński, zasiłek na dziecko i od groma ulg. Można się skupić na wychowywaniu potomków, a nie to co u nas.

 

Poglądy? Policjant – pies, jego kumpel – konfident, polityk – złodziej, prywaciarz – żyd, Bednarek – pedał, Piróg – gej. Alkohol – tak, papierosy – tak, pornografia – w uzasadnionych przypadkach tak, aborcja – to dobre dla ciot, eutanazja – też. Muzyka – techno, film – Rambo, obiad – schabowy, książka – srajtaśma, wódka – Pan Tadeusz. Proste.

 

Trzeba było zostać dresiarzem.

Ten Typ Mes nagrał proste piosenki dla dorosłych

Skip to entry content

ten typ mes trzeba było zostać dresiarzem - recenzja

Mes to taki koleś, którego stawia się zawsze jako kontrargument w dyskusjach o tym, że rap jest prostacki i monotematyczny. Jest jednym z bardziej oczytanych i obytych raperów, co ma bezpośrednie przełożenie na jakość jego rymów i tematykę w nich zawartą. Jest genialnym obserwatorem. Celnie punktuje absurdy społeczne, barwnie opisuje uroki życia w mieście i stawia sporo pytań na temat relacji damsko-męskich. I egzystencji jako takiej.

Z racji tego, że prezentuje mało popularne poglądy, często zmusza słuchacza do zatrzymania się i zastanowienia, czy to co robi ze sobą i otoczeniem faktycznie ma sens. Podobnie jest i tym razem, mimo iż słuchając płyty „Trzeba było zostać dresiarzem”, wydawałoby się, że dominują na niej…

 

Proste piosenki

Kawałki na 5-tej solówce Mesa są swego rodzaju odpowiedzią na popowe numery od lat serwowane przez Eskę i RMF. Tam mamy Sylwię Grzeszczak, Kasię Cerekwicką, Gosię Andrzejewicz i miłość odmienioną przez wszystkie przypadki w każdym języku świata, tu również pojawia się jeden temat i jest wałkowany pod każdym kątem, aż do znudzenia. Meritum sprawy jest podane na tacy, a trawi się to lekko, łatwo i przyjemnie.

Ten krążek, to trochę taki „Żywot człowieka poczciwego” w krzywym zwierciadle. Mamy gloryfikację dresiarskiego życia i przywar z nim związanych w „Trze’a było”, etos prawdziwego dresa w „Januszu Andrzeju Nowaku” i reporterskie przedstawienia znojów pracy trójpaskowca bez matury w „Ochroniarzu Patryku”, czy w „Wyjdź z czołgu”. „Będę na działce”, to z kolei interpretacja relaksu w ujęciu cichoszelestnym. Żeby dopełnić portret osobnika bez karku i włosów, pojawia się też utwór z anglojęzyczną nazwą, traktujący o jego marzeniach – „LOVEYOURLIFE”.

Zawężonej tematyce szerokich horyzontów nadaje…

 

Różnorodność muzyczna

Podkłady, to kolejny pstryczek w nos dla antagonistów rapu, twierdzących, że wszystkie brzmią tak samo.

Mamy tu szeroki przekrój brzmień, od bitów około boom-bapowych, przez dicho, po cięższą elektronikę i kompozycje eksperymentalne. A wszystko to przeplatane żywym graniem i jazzowymi trąbkami. Jest bardzo eklektycznie i tylko ignorant nie doszukałby się tu wielogatunkowości. Flow Mesa też nie pozostaje w tyle za zmieniającymi się podziałami rytmicznymi. W zależności od okoliczności przyśpiesza do prędkości TGV, bądź zwalnia zamieniając się w nucenie, czy wręcz śpiew.

W dużej mierze robi to po to, by realizować wewnętrzną potrzebę artystycznego rozwoju, ale i aby jak najszerzej…

 

Dotrzeć do dorosłych

Mimo, że kawałki wydają się być proste, tematyka błahą, a teza postawiona w tytule albumu żartem, to autor chce byś choć przez chwilę się nad nią zastanowił. Sugerując wyższość dresiarstwa – siedzenia dniami na ośce, wysysania z państwa socjala i rozwiązywania problemów prawym prostym w maskę – nad każdym innym stylem życia, Mes chce Cię sprowokować. Sprowokować do zastanowienia się nad tym, czy ten dres to aby na pewno zły pomysł.

Czy warto było zakuwać do matury, olewać imprezy na studiach, płaszczyć się na darmowych stażach, żeby teraz być niewolnikiem tabelek w Excelu? Czy warto gapić się w monitor po 12 godzin, żeby spłacać kredyt za mieszkanie, w którym nie ma się czasu pomieszkać i raz na pół roku pokazać zdjęcia z zagranicznych wakacji znajomym, z którymi nic nas nie łączy? I wreszcie, czy warto biec za króliczkiem, po to by pod koniec gonitwy okazało się, że biegaliśmy po okręgu?

Ten album to pewnego rodzaju…

 

Koń trojański

Dajesz się skusić, niepostrzeżenie wpuszczasz krążek do swojego odtwarzacz. Zaczynasz od sprawdzenia jednego kawałka, który ma chwytliwy tytuł. Jest okej, sprawdzasz drugi. Też niezły, jedziesz z trzecim i gdy orientujesz się, że płyta siedzi tam cały dzień, jest już za późno. Jesteś wkręcony. Słuchasz idąc do, w i wracając z pracy. I w pewnym momencie mimowolnie dopuszczasz myśl, że ten koleś może mieć rację. Zastanawiasz się, czy to czym się zajmujesz jest faktycznie warte Twojego czasu i energii.

Może jednak trzeba było zostać dresiarzem?