Close
Close

Ten Typ Mes nagrał proste piosenki dla dorosłych

Skip to entry content

ten typ mes trzeba było zostać dresiarzem - recenzja

Mes to taki koleś, którego stawia się zawsze jako kontrargument w dyskusjach o tym, że rap jest prostacki i monotematyczny. Jest jednym z bardziej oczytanych i obytych raperów, co ma bezpośrednie przełożenie na jakość jego rymów i tematykę w nich zawartą. Jest genialnym obserwatorem. Celnie punktuje absurdy społeczne, barwnie opisuje uroki życia w mieście i stawia sporo pytań na temat relacji damsko-męskich. I egzystencji jako takiej.

Z racji tego, że prezentuje mało popularne poglądy, często zmusza słuchacza do zatrzymania się i zastanowienia, czy to co robi ze sobą i otoczeniem faktycznie ma sens. Podobnie jest i tym razem, mimo iż słuchając płyty „Trzeba było zostać dresiarzem”, wydawałoby się, że dominują na niej…

 

Proste piosenki

Kawałki na 5-tej solówce Mesa są swego rodzaju odpowiedzią na popowe numery od lat serwowane przez Eskę i RMF. Tam mamy Sylwię Grzeszczak, Kasię Cerekwicką, Gosię Andrzejewicz i miłość odmienioną przez wszystkie przypadki w każdym języku świata, tu również pojawia się jeden temat i jest wałkowany pod każdym kątem, aż do znudzenia. Meritum sprawy jest podane na tacy, a trawi się to lekko, łatwo i przyjemnie.

Ten krążek, to trochę taki „Żywot człowieka poczciwego” w krzywym zwierciadle. Mamy gloryfikację dresiarskiego życia i przywar z nim związanych w „Trze’a było”, etos prawdziwego dresa w „Januszu Andrzeju Nowaku” i reporterskie przedstawienia znojów pracy trójpaskowca bez matury w „Ochroniarzu Patryku”, czy w „Wyjdź z czołgu”. „Będę na działce”, to z kolei interpretacja relaksu w ujęciu cichoszelestnym. Żeby dopełnić portret osobnika bez karku i włosów, pojawia się też utwór z anglojęzyczną nazwą, traktujący o jego marzeniach – „LOVEYOURLIFE”.

Zawężonej tematyce szerokich horyzontów nadaje…

 

Różnorodność muzyczna

Podkłady, to kolejny pstryczek w nos dla antagonistów rapu, twierdzących, że wszystkie brzmią tak samo.

Mamy tu szeroki przekrój brzmień, od bitów około boom-bapowych, przez dicho, po cięższą elektronikę i kompozycje eksperymentalne. A wszystko to przeplatane żywym graniem i jazzowymi trąbkami. Jest bardzo eklektycznie i tylko ignorant nie doszukałby się tu wielogatunkowości. Flow Mesa też nie pozostaje w tyle za zmieniającymi się podziałami rytmicznymi. W zależności od okoliczności przyśpiesza do prędkości TGV, bądź zwalnia zamieniając się w nucenie, czy wręcz śpiew.

W dużej mierze robi to po to, by realizować wewnętrzną potrzebę artystycznego rozwoju, ale i aby jak najszerzej…

 

Dotrzeć do dorosłych

Mimo, że kawałki wydają się być proste, tematyka błahą, a teza postawiona w tytule albumu żartem, to autor chce byś choć przez chwilę się nad nią zastanowił. Sugerując wyższość dresiarstwa – siedzenia dniami na ośce, wysysania z państwa socjala i rozwiązywania problemów prawym prostym w maskę – nad każdym innym stylem życia, Mes chce Cię sprowokować. Sprowokować do zastanowienia się nad tym, czy ten dres to aby na pewno zły pomysł.

Czy warto było zakuwać do matury, olewać imprezy na studiach, płaszczyć się na darmowych stażach, żeby teraz być niewolnikiem tabelek w Excelu? Czy warto gapić się w monitor po 12 godzin, żeby spłacać kredyt za mieszkanie, w którym nie ma się czasu pomieszkać i raz na pół roku pokazać zdjęcia z zagranicznych wakacji znajomym, z którymi nic nas nie łączy? I wreszcie, czy warto biec za króliczkiem, po to by pod koniec gonitwy okazało się, że biegaliśmy po okręgu?

Ten album to pewnego rodzaju…

 

Koń trojański

Dajesz się skusić, niepostrzeżenie wpuszczasz krążek do swojego odtwarzacz. Zaczynasz od sprawdzenia jednego kawałka, który ma chwytliwy tytuł. Jest okej, sprawdzasz drugi. Też niezły, jedziesz z trzecim i gdy orientujesz się, że płyta siedzi tam cały dzień, jest już za późno. Jesteś wkręcony. Słuchasz idąc do, w i wracając z pracy. I w pewnym momencie mimowolnie dopuszczasz myśl, że ten koleś może mieć rację. Zastanawiasz się, czy to czym się zajmujesz jest faktycznie warte Twojego czasu i energii.

Może jednak trzeba było zostać dresiarzem?

(niżej jest kolejny tekst)

Niech ci, którzy myślą, że mnie skazali na wygnanie
wiedzą, że może to ja ich skazałem na pozostanie.

Bisz „Niesława”

Siedzę na murku nad Rudawą. Ostatnie promienie słońca spływają mi po twarzy. Leniwy podmuch wiatru próbuje skleić mi powieki. Mrużę oczy i wpatruję się w słońce chowające się za drzewami. I zastanawiam się jak wrócić po takiej przerwie.

Nie było mnie rok. W zasadzie to prawie półtora. Dokładnie to 493 dni. Po latach blogowania, po całych epokach, które minęły w międzyczasie, po tym jak z aktywności w mediach społecznościowych zrobiłem sposób na życie, postanowiłem wyciągnąć wtyczkę. Po prostu wylogować się i zniknąć z sieci. Powodów było sporo, o większości nikt nie wie, i to też nie czas ani miejsce, ale kilka jest na tyle oczywistych, że chcę się nimi podzielić. W zasadzie to muszę.

Unoszę wzrok znad błyszczącej matrycy telefonu, niebo jakiś czasem temu z błękitu przeszło w pomarańcz, a teraz zalewa się purpurą. Piękny impresjonistyczny obraz. Sztuka najwyższej próby, którą za rzadko doceniam. Niebieskie światło telefonu woła o uwagę, wracam do niego i dochodzi do mnie, że powrót po takim czasie jest niemożliwy. Trzeba zacząć od początku. Od zera.

Ale po kolei.

Czy zdjęcie mojego śniadania zmieni świat? 

Czy moja samojebka pomoże w walce z głodem? Czy mój wpis na blogu o Czarnym Proteście przebije się przez mur memów z kotami i mdłych fotek słodkich bombelków? Czy Twoje serduszko pod moim postem jest faktycznie zostawieniem kawałka serca, czy tylko nieświadomym stuknięciem palcem? Jak bębnienie o blat ławki w trakcie nudnej lekcji. Czy w ogóle są jeszcze jakieś działania w internecie, które podejmujemy świadomie? Randkowanie? Zakupy? Chyba tylko kliknięcie przycisku „wyloguj”.

Blogowałem od jesieni 2011. PONAD. SIEDEM. LAT. Czy było warto poświęcić na to tyle czasu? Czy coś zmieniło to w Twoim życiu? Chyba nigdy nie udawałem, że piszę tylko dla siebie. Po co to ciągnąć, jeśli jestem dla odbiorcy tylko mikroekspresją w trakcie obrad na tronie? Jestem?

Blogowałem od jesieni 2011. Co te 7 lat zmieniło w moim życiu? Bardzo dużo. W zasadzie to wszystko. Na lepsze. Chociaż, czy na pewno?

Nie trzeba wierzyć w to co się robi, by to robić. Czasami wystarcza chcieć zarabiać na tym pieniądze. 

Większość branży rozrywkowej działa w ten sposób. Cały kapitalizm jest na tym oparty. Ale ja chciałem być inny i chciałem żyć inaczej. Więc kiedy paląca potrzeba odpowiedzi na najważniejsze pytanie nie została zaspokojona, odepchnąłem klawiaturę, żeby się nie poparzyć. Odepchnąłem ją na rok. 

To pytanie brzmiało: czy ja w ogóle mam jeszcze coś do powiedzenia?

Zatrzymać kołowrotek

„Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie. Czy na pewno po szczęście? Czy sam bieg nie jest biegu sensem?” rapował Eldo w utworze „Plaża” w 2003 roku. Ja w ’96, siedząc w zadymionej kuchni u mojej sąsiadki z mieszkania z naprzeciwko, wpatrywałem się w chomika wchodzącego w nadświetlną w kołowrotku i miałem podobną rozkminę. Czy biega w kółko, bo nie wie, że może rzucić wszystko w cholerę i wyjechać w Bieszczady, czy dlatego, że sprawia mu to przyjemność?

Przekonać można było się tylko w jeden sposób. Zabierając chomika w Bieszczady.

Nie ma już internautów. Są za to cyfrowo wykluczeni

Pierwszy miesiąc był cudowny. A świadomość, że mogę być poza Facebookiem, Instagramem i blogiem, i już nie muszę się bić o utrzymanie zasięgów, uwalniająca.

Kojarzysz ten moment na domówce, kiedy kończy się alkohol, a zgonów jest więcej niż pustych butelek, ale mimo to nie chcesz wyjść, bo cały liczysz, że jednak jeszcze coś się wydarzy? To byłem ja. Gdy podjąłem decyzję, że znikam z sieci, czułem się jakby ktoś wypuścił mnie z piwnicy. Odzyskałem życie, które dawno temu przegrałem z kimś w karty.

Patrzyłem na ludzi przepychających się w komentarzach pod postami, które jutro przestaną istnieć w czyjejkolwiek świadomości, i nie miałem pojęcia po co to robią. Nie przypominam sobie ani jednej afery na Fejsie, w której ktoś kogoś przekonał. Poświęcamy czas, energię i nerwy, a efekt jest taki jakbyśmy grali w tenisa na błocie. Na końcu wszyscy jesteśmy brudni. Czasem człowiek nawet nie zdąży się umyć przed kolejnym meczem.

Cieszyłem się, że jestem poza tym cyrkiem. Przez pierwszy miesiąc. W drugim po prostu byłem poza.

Podgrupę tak długo określa się specyficzną nazwą, jak długo jest mniejszością w danej społeczności. Gdy zaczyna stanowić większość, nazwa znika. Bo większość to „my”, a „my” nie potrzebujemy klasyfikujących łatek. To „oni” ich potrzebują.

Nikt już nie mówi na użytkowników Facebooka facebookowicze, czy na ludzi, korzystających z Instagrama instagramowicze. Zbyt wielu Polaków ma dostęp do internetu by wciąż nazywać ich internautami. To oczywiste, że każdy jest w sieci. To po prostu „my”. Dziwne jest jeśli kogoś tam nie ma.

W 2020 próba oddzielna świata online i offline, to próba oddzielenia ciała od duszy. Virtual i real to w tym momencie jedna zazębiająca się rzeczywistość. Zazębiająca się tak bardzo jakby miała szczękościsk.

Więcej osób zobaczy mój status na Facebooku i zdjęcie na Instagramie niż kiedykolwiek mnie pozna i zamieni ze mną słowo. Na podstawie tego, co wrzucę do sieci, wyrobi sobie opinię na mój temat i namaluje w głowie mój obraz. Który może być na tyle brzydki, że nie będzie chciała podać mi ręki, gdy spotkamy się fizycznie. Czy z malunku może wyjść paszkwil zamiast laurki mimo najszczerszych chęci pozującego? Może. Czy to sprawiedliwe, że na podstawie szczątkowych informacji w sieci budujemy sylwetkę realnego człowieka? W ogóle. Ale tak już jest. Bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie.

Ludzie w całej Polsce wychodzą protestować na ulice, bo ktoś założył wydarzenie na Fejsie. Virtual – real. Ludzie w internecie podają sobie link do wpłaty pieniędzy, bo mama pewnej dziewczynki w Poznaniu jest chora. Real – virtual. Ktoś idzie do więzienia, bo prowadził trollkonto na Twitterze. Virtual – real. 

Działania podejmowane w rzeczywistości są komentowane w sieci, komentarze w sieci popychają do podejmowania działań w rzeczywistości. I na odwrót. Granica między analogiem i cyberprzestrzenią przestała istnieć, kiedy wszyscy ją przekroczyliśmy, by sprawdzić czy trawa pod drugiej stronie jest bardziej zielona. 

Możesz nie brać udziału w dyskusji, ale to nie znaczy, że bez Ciebie się ona nie odbędzie. Po prostu ktoś podejmie decyzję bez Twojego udziału. 

Takie są konsekwencje bycia poza.

Wypchnij godlewskie z ramówki, to przestaną istnieć

Bóg umiera, kiedy traci ostatniego wyznawcę, zmarli giną ostatecznie, gdy znika o nich pamięć. Jeśli chcesz żeby coś przestało istnieć w przestrzeni publicznej, przestań poświęcać temu uwagę.

Patostreamerzy, kruszwile, chajzerowie, godlewskie, youtuberzy bijący się za pieniądze. Oni nie znikną dlatego, że będziemy ich potępiać. Oczywiście wyrażanie sprzeciwu wobec patologii jest ważne, ale w dobie popularności jako nadrzędnej waluty, popularności jako celu samego w sobie, nie ma znaczenia, czy mówimy o nich dobrze, czy źle. Istotne jest wyłącznie to, że mówimy. Jak długo nie przekręcamy nazwy, tak długo dokładamy cegiełkę do budowania ich zasięgu. To absurdalne, ale tak to działa. Z każdym publicznym atakiem w ich stronę stają się tylko silniejsi. Hydra.

Kiedy tylko ktoś wskazuje ich palcem jako antyprzykład, ktoś inny właśnie się o nich dowiaduje i za tym palcem podąża, znajduje ich i zostaje na dłużej. Tak z ciekawości. Bo jeśli wszyscy o czymś mówią, i to głośno, to musi być to ciekawe. Prawda?

Doby nie da się rozciągnąć. Ten talon na 24 godziny życia, który dostajemy każdego dnia jest niewydłużalny. Jeśli oś czasu między 0:00, a 24:00 wypełnisz oglądaniem tutoriali makijażowych, czytaniem felietonów o popkulturze i przeglądaniem zdjęć ładnych ludzi na tle jeszcze ładniejszej przyrody, to w najgorszym wypadku po prostu stracisz dzień. Ale nie będziesz w stanie już upchnąć w nim prezentera TVN napastującego kobiety, czy patoyoutubera zachęcająco dziecko do napastowania kobiet. A jeśli to nie zmieści się na Twojej osi czasu, osi czasu Twoich znajomych, i ich znajomych, to nikt nie poda tego dalej. Śmieci zostaną w koszu.

Nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś spytało mnie, dlaczego nic nie zrobiłem by powstrzymać degeneratów wdrapujących się na świecznik dla celebrytów. Jeśli moje teksty na blogu pomogą ich wypchnąć z czyjejś ramówki, to chyba warto.

Małe kroki = wielkie zmiany

Żeby strzaskać lustro jeziora nie trzeba wrzucać do niego głazu. Wystarczy żwirek.

Żeby powstrzymać koronawirusa wystarczyło myć ręce i zachować fizyczny dystans.

Jesteśmy na skraju katastrofy klimatycznej. Produkcja mięsa ma w tym spory udział. Jak ludzie mają przerzucić się na wege, jeśli nikt im nie pokaże, że takie jedzenie też jest dobre?

Może zdjęcie mojego śniadania jednak zmieni świat?

Jak opiszę swoją pustkę? „Przezroczysta”

Jesteśmy formą. Kształtem. Dziecięcą foremką, do której trzeba wsypać piach. Konturem, czekającym na pokolorowanie.

Po wydaniu drugiej powieści chciałem usiąść i pisać kolejną, bo miałem wstępne szkice trzech następnych, ale wiedziałem, że muszę poczekać. Między maratonami trzeba robić przerwy, jeśli nie chce się doprowadzić do kalectwa. Tylko psychopata z premedytacją płodziłby coś co jest kalekie. A to nie ja. Ja to duma i szczęście z każdej strony maszynopisu i walka o dziesiątkę w skali Apgar. Ale musiałem zrobić przerwę.

I weź teraz wyciągnij sobie to wypełnienie, co je miałeś w sobie i spróbuj oddychać jak płuca schowałeś do szuflady. Weź podpisz się pod hasłem, że zielony to kolor szczęścia, jak w lustrze widzisz, że jesteś bezbarwny. Weź zbierz myśli, jak echo grochu rzucanego o ścianę pustego pokoju rozsadza Ci łeb.

No to wziąłem nowy zestaw kredek i koloruję to puste pole.

Dziękuję

Kiedy ktoś usuwa mnie ze znajomych na Facebooku, nie wiem o tym. Kiedy ja usuwam kogoś, on też nie jest tego świadomy. Nikt z nas nie dostaje powiadomienia „Hej, Andrzej Nowak właśnie stwierdził, że wymaże Cię z listy osób, z którymi będzie dzielił się prywatnymi szczegółami swojego życia!”. Po prostu przestajecie się pojawiać na swoich tablicach. Dyżurny zrobił użytek z mokrej gąbki.

Kiedy stwierdziłem, że chcę zniknąć, nie spodziewałem się, że ktokolwiek to zauważy. Bo niby w jaki sposób? W lawinie informacji zasypującej Cię przy każdym odblokowaniu telefonu miałbyś zauważyć, że brakuje moich dwóch płatków śniegu? Nie ma szans. A jednak.

Dziękuję każdemu, kto napisał do mnie z pytaniem czy coś się stało, każdemu, kto postanowił sprawdzić czy wszystko w porządku. To przemiłe i wzruszające, a przede wszystkim ogromnie podnoszące na duchu. W dobie powszechnej izolacji, w świecie, w którym sąsiad nie powie ci dzień dobry mijając cię na klatce schodowej, obcy człowiek martwi się o ciebie. Tak właśnie powinien wyglądać ten świat.

To nie musiała być świadoma potrzeba przerwy. To mogła być depresja. To mogło być coś naprawdę poważnego. Dziękuję za każdy przejaw troski o mnie, jesteście wielcy.

***

Dziękuję również wszystkim osobom, które dopytywały co z książkami. Wy też mieliście spory udział przy puszczeniu domina w ruch. Od dzisiaj „Lunatycy” i „To tylko seks” wracają do sprzedaży. Tymczasem na blogu widzimy się przed trzecim maratonem.

5 sposobów na obrażenie kogoś pod przykrywką komplementu

Skip to entry content

Zaczął się grudzień i krokami Guliwera w Krainie Liliputów zbliżają się Wigilie firmowe. Imprezy pracownicze są super, bo można się najeść i upić za hajs pracodawcy. Jest z nimi tylko jeden problem – trzeba udawać, że nie przyszło się tam wyłącznie po to, żeby się najeść i upić za hajs pracodawcy. I może jeszcze jeden – jak już się najesz i upijesz, trzeba pilnować się, żeby tej pracy nie stracić. Wszelkie Wigilie niestety są wydarzeniami podwyższonego ryzyka, bo nic tak nie doprowadza do mordobicia jak składanie szczerych życzeń ludziom, którym szerze życzyłbyś hemoroidów.

Jak nie doprowadzić do dyscyplinarnego zwolnienia z pracy, jednocześnie pozostając w zgodzie ze sobą i z żarliwą nadzieją, że przełożona dostanie zespołu jelita drażliwego, a przynajmniej opryszczki? Śpieszę z pomocą, poniżej znajdziesz kilka sposobów na obrażenie kogoś po przykrywką komplementu. Każda z wymienionych komplemento-obelg została sprawdzona w warunkach bojowych i zatwierdzona przez Instytut Nienawiści Do Współpracowników, a także Akademię Przetrwania Na Etacie.

Niezły samochód, wygląda jak nowy

Działa tylko w momencie, jeśli gość z którym rozmawiasz faktycznie ma nowy samochód. Najlepiej jeśli właśnie odebrał go z salonu. Momentalnie zacznie doszukiwać się w nim ukrytych wad i mikrouszkodzeń, i dopóki czegoś nie znajdzie (albo nie wmówi sobie, że znalazł), nie zaśnie spokojnie. Komplemento-obelga „jak nowy” działa nie tylko z autami, ale z każdą rzeczą, którą można kupić z drugiej ręki. Z butami też.

W tej sukience wyglądasz całkiem szczupło

Z mocnym akcentem na „W TEJ”. Tego typu tekst, zwłaszcza na oficjalnej imprezie, działa jak niekontrolowana biegunka – adresat krzyżuje nogi i próbuje uciec. Sugerowanie, że dane ubranie kryje nadwagę, która na co dzień jest widoczna jak resztki szpinaku między zębami, działa podwójnie jeśli laska jest sinieglką. Niestety, nie sprawdza się w przypadku mężczyzn.

Ale schudłaś, prawie nie widać, że masz wiszącą skórę

Schemat „udaję, że Cię doceniam, ale tak naprawdę wyjaskrawiam Twój defekt” jest jednym z najskuteczniejszych i w dodatku można nim urazić obie płcie. Na przykład „świetnie zamontowałeś ścianki działowe, prawie nie widać, że mieszkasz w ruderze” albo „nieźle tańczysz, prawie nie widać, że masz dwie lewe nogi” lub „świetna podróbka Gucci, prawie nie różni się od oryginału”. Pamiętaj, „prawie” jest tu słowem-kluczem.

Jak na stażystę nawet nieźle

Komplemento-oblega, którą można adaptować niemal do każdej grupy społecznej i zawsze wywołuje u adresata poczucie bycia gorszym. Jeśli osoba, którą chcesz obrazić nie przynależy do żadnej charakterystycznej grupy, zawsze możesz odnieść się do jej płci. Na dobrą sprawę „jak na kobietę nawet nieźle prowadzisz” jest chyba nawet bardziej uszczypliwe, niż „jak na blondynkę”.

Fajne, a czym się zajmujesz na poważnie?

Na koniec pocisk wycelowany we wszystkich ludzi z pasją. Jeśli ktoś z iskrą w oczach opowiada Ci o tym, że zajmuje się fotografią, wizażem, bądź gra na bębnach, doceń jego hobby. Powiedz, że to, co robi jest świetne i od razu spytaj czym się zajmuje na serio. Jasno zasugerujesz mu, że to, o czym opowiadał Ci przez ostatnie 30 minut, jest infantylne i nie wypada tracić na to czasu w dorosłym życiu. Tym sposobem możesz urazić zarówno blogerów, pracowników agencji reklamowych, jak i instruktorów zumby.

Powodzenia!

Poniedziałek, godzina 7:32

Mam zamiar dotrzeć do pracy. Najlepiej na czas. Stoję na przystanku wraz z kilkunastoma innymi osobami, czekając na tramwaj. Studenci, absolwenci, bezdomny i starsza pani. Standard. Podjeżdża 24-ka, podchodzę do drzwi. Gdy tylko się otwierają dostaję łokcia w żebra i laską po nogach. Obracam się, żeby sprawdzić kto chciał mnie poprzytulać, ale mu nie wyszło, lecz sprawcy już nie ma. Jest hen przede mną wygodnie spoczywając na miejscu siedzącym. To znaczy na dwóch miejscach siedzących, bo siatki starszej pani też zasługują na to, by wypocząć w trakcie podróży.

Gdy przechodzę obok niej, czuję, że zahaczyłem o coś kurtką. Konkretnie o jej zaciśniętą pięść. Coś się stało? Jest moją czytelniczką i chce pogadać o jakimś tekście, który ją poruszył? Został jej tydzień życia i ma zamiar przepisać mi pół kamienicy przy Straszewskiego? Chce przeprosić, że zachowała się jak burak, taranując mnie przy wejściu do tramwaju? Jedna myśl głupsza od drugiej, ale mój pytający wzrok nie musi długo czekać na odpowiedź.

– Proszę mi skasować bilet!

 

***

 

Środa, godzina 14:11

Wracam z Barcelony. To znaczy z samolotu. To znaczy z lotniska, na które przyleciałem samolotem z Barcelony. Jestem na nogach od 5:30, spałem jakieś 4 godziny, mam Saharę w ustach, jezioro pod pachą i lepię się jak podłoga po imprezie. Wchodzę do 292 i siadam na pierwszym wolnym miejscu w zasięgu wzroku. I wkładam zapałki pod powieki, żeby nie usnąć.

W okolicach Parku Decjusza wsiada kobiecina. Na starszą panią jest jeszcze za młoda, ale od 40-tki odbiła się dość dawno. Ot, kobiecina. Wsiada i łapie się rurki przy moim siedzeniu. I stoi. I chrząka. I chrząka coraz głośniej. I czuję na sobie jej wzrok tak bardzo, że chyba zacznie mnie zaraz szczypać. Wiem, wiem o co jej chodzi. Ale, ale, zaraz, zaraz! Unoszę przyciężką głowę i spod zamglonych powiek widzę, że w autobusie jest od cholery wolnych miejsc! W sensie, co najmniej 8.

To, na którym siedzę jest jakieś wyjątkowe? Straciła na nim dziewictwo albo powiła syna? A może bierze udział w autobusowej loterii i za chwilę okaże się, że pasażer na nim siedzący wygra bezpłatne przejście na czerwonym i zapas ołówków z IKEI na cały rok? Ciężko wyczuć, ale najwyraźniej odczuwa niewytłumaczalną potrzebę zajęcia tego miejsca, a skóra po szczypaniu wzrokiem powoli zaczyna piec, więc wstaję. Na odchodne dostaję najbardziej zawoalowany eufemizm „dziękuję” jaki dane mi było słyszeć.

– Mógłby mi pan skasować bilet?

 

***

 

Niedziela, godzina 18:05

„Jest niedziela, pusto jak cholera” cytując rapera o ptasiej ksywce. W 194 z Czerwonych Maków na Krowodrzą Górkę jestem tylko ja i kierowca. Wiatr wieje, kwiaty pachną i ogólnie to jeden z tych letnich, weekendowych dni, kiedy całe miasto jest za miastem. Wtem, na samiuśkim końcu autobusu zauważam postać. Postać kobiety. Postać kobiety, która macha. Postać kobiety, która macha chyba do mnie, być może na przywitanie, a być może czegoś chce. Postać kobiety, która ewidentnie macha do mnie, być może na przywitanie, ale bardziej prawdopodobne, że czegoś chce, choć nie mam pojęcia co mogłoby to być, widząc jej rozleniwienie i anielski spokój na twarzy.

Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Podejść? Nie podejść? Cholera, podchodzę.

– Skasuje mi pan bilet?

 

***

 

W takich sytuacjach zadaję sobie jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – czy ja wyglądam jak kasownik?

autorem zdjęcia w nagłówku jest centralniak