Close
Close

Dobromaniacy

Od dłuższego czasu chodziła mi po głowie myśl, żeby sprawdzić się na YouTube, ale tak bardziej serio i z jakimś konkretnym formatem (w przeciwieństwie, tego co wrzucam aktualnie). Pojawili się odpowiedni ludzie i słowo ciałem się stało.

Razem z Andrzejem Kozdębą (zaprzyjaźnionym blogerem) i  Kubą Dylewskim (zaprzyjaźnionym kamerzysto-montarzysto-realizatorem) ruszamy z akcją „Dobromaniacy”! Chcemy pokazać, że YouTube to nie tylko szydera i trolling, że pozytywne treści też mogą być atrakcyjne i znaleźć swoich odbiorców. Na przekór panującym trendom postanowiliśmy nie zalepiać starszym ludziom twarzy serpentyną w spreju, ani nie straszyć kobiet wyskakując z liści w ciemnym parku w środku nocy. Postanowiliśmy pójść w drugą stronę.

„Dobromaniacy” to inicjatywa promująca serdeczność. Wolimy uśmiechać się do przechodniów, niż śmiać się z nich. Co środę o 18:00, będziemy wrzucać nowy odcinek, w którym pomagamy ludziom na ulicach Krakowa w męczących ich sytuacjach. Po to, żeby zaszczepić ideę szerzenia dobra i na żywym przykładzie pokazać innym, że drobny gest, zwykły przejaw życzliwości może sprawić, że czyjś dzień będzie lepszy.

W pierwszym filmie pomagaliśmy osobom, które były zmęczone staniem, ale nie miały możliwości by usiąść i odpocząć. Dlatego stworzyliśmy ją i przynieśliśmy im krzesła.

Jeśli podoba Ci się idea szerzenia dobra, puść to wideo dalej! Niech inni zobaczą, że na YouTube faktycznie można inaczej!

(niżej jest kolejny tekst)

40
Dodaj komentarz

avatar
23 Comment threads
17 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
25 Comment authors
liveinspired.plDevinetteKatarzyna KedzierskaMałgorzataMarta Łukasik Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Justyna Sekuła
Gość

Super! Kibicuję :).

Andrzej Koszur
Gość

Ja również!

Jan Favre
Gość

Dzięki, dzięki!

Justyna Sekuła
Gość

Weź mnie z Wami następnym razem :D.

Jan Favre
Gość

Oki doki, przydałby nam się drugi kamerzysta ;)

Justyna Sekuła
Gość

Nie ma sprawy ;).

Kim
Gość
Kim

SUUUUPER AKCJA! Aż uśmiech sam się pojawia! Mega pozytywne i życzliwe – życzę Wam więcej udanych akcji i wielki szacunek za pomysł i chęci, bo przecież poświęcacie swój czas! Super! Cieszę się, że w końcu zamiast głupoty promujemy coś innego :)

krowodrzanka
Gość
krowodrzanka

„Proszę se usiąść” w 0.50 minucie zdobyło moje serce :) świetny pomysł i spore wyzwanie jednocześnie – wydusić ze skąpego, znudzonego zabytkami, wystawami, koncertami i innymi zupełnie beznadziejnymi rzeczami Krakusa uśmiech. Nieźle

Jo
Gość
Jo

Jak ja szukałam siedzenia pod Bunkrem Sztuki to akuratnie skończyliście kręcić.:)

Jan Favre
Gość

trzeba było pomachać, to zaraz byśmy przybiegli ;)

Jo
Gość
Jo

Będę pamiętać na przyszłość ;)

Patrycja Longawa
Gość
Patrycja Longawa

Bardzo pozytywnie… Moje krzesła odwaliły dobrą robotę!
Nie spodziewałam się, że ubierzecie się pod ich kolor :’)

Jan Favre
Gość

Gadałem z DiCaprio i powiedział, że w tym roku też zrzeknie się Oscara, tym razem właśnie na rzecz krzeseł, także dzięki za wsparcie Patrycja!

LISU
Gość

To Twoje krzesła? Jestem zawiedziony, że nie zielone! Tylko prosiakowe. CHRUM!

7 przekonań o miłości, którymi robisz sobie krzywdę

Skip to entry content

Czym różni się dziecko od dorosłego człowieka? Dziecko może zrobić sobie krzywdę w zasadzie wszystkim, dorosły człowiek głównie głupimi przekonaniami i otwieraczem do konserw. Jeśli w dzieciństwie słyszałeś w kółko, że jesteś zbyt głupi by zostać astronautą, to jest prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że później nawet tego nie sprawdzałeś, tylko uwierzyłeś na słowo.

Z hasłami dotyczącymi pieniędzmi – „uczciwy człowiek bogaty nie będzie”, czy relacji damsko-męskich – „kobiety lecą na kasę” jest podobnie. Świat jest takim, jakim go widzisz, a widzisz go takim, jakim zostało Ci wpojone, że jest. Jak nie męczyć się w związkach bez przyszłości? I nie frustrować się tymi, które już się zakończyły? A także nie być wiecznie czekającym na szczęście singlem?

Przede wszystkim, nie wierząc w głupie przekonania o miłości, którymi robisz sobie krzywdę.

Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu

To jedno z tych zdań, które widząc u znajomej na Facebooku, zastanawiasz się, czy usunąć ją z obserwowanych, czy raczej zaproponować pomoc.

Ludzie dążą w życiu do różnych rzeczy i miewają skrajnie różne cele. Jedni chcą wejść na Kilimandżaro, drudzy założyć rodzinę, trzeci fabrykę, a czwarci wygrać konkurs jedzenia pączków na czas. Jednak bez znaczenia co napędza nas do wstawania kolejnego dnia z łóżka, wszyscy chcemy tego samego: być szczęśliwi.

Czemu więc bycie nieszczęśliwym miałoby być lepsze od bycia szczęśliwym?

Miłość już sama z definicji powinna sprawiać, że czujesz się lepiej, jeśli tak nie jest, to może to, co jest między Tobą a partnerem, to coś innego? Na przykład toksyczny związek. Albo współuzależnienie. Bo nie ma zdrowej relacji, w której druga osoba czuje się źle. I definitywnie nie jest to coś, w czym powinno się trwać. Jeśli jest tak od niedawna – warto próbować to naprawić. Jeśli jest tak od zawsze – trzeba uciekać.

„Lepiej smucić się i kochać, niż żyć bez miłości w szczęściu” – powiedziała na pocieszenie żona uzależniona od bijącego ją męża-alkoholika.

Prawdziwa miłość nie ma szczęśliwego zakończenia, bo prawdziwa miłość się nie kończy

Czyli jak unieszczęśliwić się na długie lata, jeśli nie na całe życie, kierując się bzdurą z Demotywatorów.

W czasoprzestrzeni, w której istniejemy, nic poza „Modą na sukces” nie trwa wiecznie. Wszystko ma określoną datę ważności. Ser żółty, ciało i relacje. Wszystko. Oczywiście staramy się jak możemy przedłużać termin przydatności do spożycia, ale nie jest możliwe rozciągnięcie go w nieskończoność. Przynajmniej aktualnie.

Dla ludzi jest zupełnie normalne, że wraz z czasem jedzenie się psuje, papier toaletowy zużywa, a ciało – czy to ludzkie, czy zwierzęce – umiera, jednak z dziwnego powodu nie chcą przyjąć, że z uczuciami jest tak samo. A czemu niby miałoby być inaczej? Co dziwniejsze, ludzie zupełnie niepogodzeni z tym faktem, próbują wmówić sobie i innym, że jeśli dwójka ludzi się kochała, ale w pewnym momencie z różnych powodów przestała, to znaczy, że to nie była prawdziwa miłość.

To tak jakby powiedzieć, że pizza, którą zjadłeś na kolację nie była prawdziwa, bo już jej nie ma. Nie róbmy sobie jaj. Jeśli chcesz się przekonać, że była prawdziwa, to wejdź na wagę. Jeśli o tym, czy coś jest prawdziwe, czy nie, miałby decydować fakt istnienia w nieskończoność, znaczyłoby to, że zarówno świat, w którym żyjemy, jak i my sami, jesteśmy jedną wielką ułudą.

Wmawianie sobie, że w związku, w którym byliśmy nie było miłości, bo się skończył, jest skazywaniem się na cierpienie. Po pierwsze: katujemy się, że nieodwracalnie zmarnowaliśmy czas na coś, co było fałszywe. Po drugie: wywieramy na sobie presję, że jeśli mamy być z kimś nowym i go kochać, to koniecznie musi być to miłość na całe życie, bo inaczej to nie ma sensu. Niewiele jest lepszych przepisów na bycie nieszczęśliwym.

A wystarczy po prostu przyjąć, że uczucia i relacje tak jak mają swój początek, tak również mają swój koniec. I to całkowicie naturalne.

Stara miłość nie rdzewieje

Tylko jeśli to Ty zostałeś porzucony i nie znalazłeś nikogo lepszego niż osoba, która Cię zostawiła.

Ludzie idealizują byłych partnerów w swoich głowach tak długo, aż nie zwiążą się z kimś, kto przebija ten obraz. Twoja była zawsze potrafiła Cię rozśmieszyć i miała zajebisty tyłek? Mieliście podobne spojrzenie na świat i hierarchię wartości? Uwielbiałeś z nią spędzać czas, nawet jeśli tylko leżeliście na trawie i gapiliście się w niebo? To przestaje mieć znaczenie, jeśli Twoja obecna partnerka ma to wszystko, co przyśpieszało Twój puls przy poprzedniej i coś więcej. Na przykład jest dojrzalsza. Albo lepiej dogaduje się z Twoimi przyjaciółmi. Albo po prostu nie chrapie w nocy. Ewentualne ma większe piersi.

Nie tęsknisz za Polonezem, jeśli jeździsz Mercedesem.

Jak kocha to poczeka

Jak bym tu odbił piłeczkę mówiąc, że „jak kocha, to nie sprawdza wytrzymałości drugiej osoby”, ale zacytuję tu słowa Piotra Roguckiego, które zdecydowanie lepiej pasują do tej sytuacji – „czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas”. Jak pisałem wcześniej, na świecie nie ma rzeczy permanentnie stałych i niezmiennych, a założenie ceteris paribus sprawdza się wyłącznie w teorii. I to teorii ekonomicznej.

Miłość jest jak bazylia na parapecie – bez podlewania usycha. Jak wyjedziesz na weekend, raczej nic jej się nie stanie, po tygodniu będzie już mocny kryzys, a po miesiącu na 99,99% zdechnie. Trzeba być nieźle oderwanym od rzeczywistości, żeby zostawić roślinkę na pewną śmierć, a gdy już dokona żywota wmawiać jej, że to jej wina.

Myślałeś, że jak wyjedziesz na rok do Anglii, to Twoja dziewczyna włoży uczucia do zamrażarki i rozmrozi je dopiero po Twoim powrocie, a międzyczasie będzie żyć jak maszyna? Nie przeżywając wewnątrz, że byliście blisko, a nie jesteście? I nie przyjmując do siebie bodźców z zewnątrz? Stary, nawet metal koroduje, a kamień wietrzeje.

To, że nie poczekała nie znaczy, że nie kochała, tylko, że daliście zwiędnąć temu, co trzeba było pielęgnować. Oboje.

Nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie

Nie szukaj pracy, to sama Cię znajdzie.

Nie szukaj jedzenia, to samo Cię znajdzie.

Nie szukaj lekarstwa na raka, to samo Cię znajdzie.

Jak wiadomo wszystkie rzeczy w życiu człowieka dzieją się same, a zwłaszcza te, na których mu zależy. Dyplomy za ukończenie studiów wypisują się same, awanse w pracy przyznają się same, nawet pieniądze na podróże odkładają się same. Jak myślisz, skąd biorąc się bezdomni i uliczni żebracy? Oczywiście stąd, że za bardzo się starają, gdyby tylko trochę odpuścili i wysyłali mniej CV, na pewno ktoś by do nich podszedł i zaproponował im pracę.

Zmieniając ton na mniej absurdalny: bierność nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nawet, gdy zapadasz się w ruchomych piaskach. Jeśli czego chcesz, musisz działać, pracować, starać się o to. Bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, sukcesie artystycznym, czy właściwym partnerze. Nie możesz siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż spadnie Ci to z nieba. Udany związek, to nie Felix Baumgartner.

Beznadziejnej rady jaką jest „nie szukaj miłości, to sama Cię znajdzie” udzielają często osoby, które same intensywnie starają się znaleźć kogoś, w kim zakochają się z wzajemnością. Jednak nie wychodzi. I im bardziej się starają, tym gorszy jest efekt. Co robią w takiej sytuacji? Zamiast zamienić sposób szukania, dobór potencjalnych partnerów, czy swój kontakt z nimi i wyeliminować przyczynę swoich niepowodzeń, stwierdzają, że samo podejmowanie działania jest winne.

To tak jakby ktoś chciał codziennie przez kilka lat przewieźć słonia w maluchu i przy każdej próbie dziwił się, że się nie mieści. I zamiast zmienić środek transportu na większy, stwierdził, że jeśli przestanie próbować, to słoń sam się przewiezie.

Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś

Temu, że to nieprawda poświęciłem cały osobny tekst. W skrócie: zawsze wybieramy partnerów ze względu na jakieś cechy, które są dla nas atrakcyjne, choć czasem robimy to zupełnie nieświadomie. Szerzej: przeczytaj dlaczego powiedzenie „Kocha się pomimo czegoś, a nie za coś” to bujda.

Miłość to gra – kto pierwszy powie kocham przegrywa

Podejście w stylu jednej z bohaterek „Galerianek”, która żując gumę i sprawdzając stan tipsów stwierdza „miłość w naszych czasach nie istnieje, trzeba robić melanż i się nie przyzwyczajać, nie?”. Otóż: nie.

Jeśli już zakładamy, że relacje damsko-męskie to gra, to nigdy nie jest to pojedynek jeden na jednego, tylko dwójka ludzi kontra cały świat. Wygrać można tylko razem. W drugą stronę jest podobnie, też przegrywają zawsze dwie osoby. Myślisz, że zakochanie się w kimś bez wzajemności sprawia, że ta druga osoba jest szczęśliwsza? Naprawdę czułabyś się lepiej dlatego, że ktoś Ci wyznał miłość, a Ty traktujesz go jak przyjaciela? Albo w drugą stronę: mimo że serce wyrywa Ci się z klatki piersiowej, czułbyś się lepiej udając, że nic między Wami nie jest? Bez kitu, zwycięstwo w pełnej krasie.

Przegrywa tylko ten, kto nic nie robi. Jeśli tylko podjąłeś działanie, to już punkt jest po Twojej stronie.

Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorsza, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepsza

Powyższy cytat najczęściej pojawia się na profilach dziewczyn, które lubię o sobie mówić, że mają „temperament”, „charakterek” albo „pazur”. Że są takie żywiołowe i nieprzewidywalne, że nigdy nie wiadomo, kiedy pierdolnie, ale jak już to się stanie, to masz robić dobrą minę do złej gry, bo przecież one takie są. Jakie konkretnie? Niezrównoważone emocjonalnie z konkretnym bałaganem na strychu, który najlepiej byłoby posprzątać z pomocą terapeuty.

Niestety, przyznanie się, że ma się problem i coś złego działo się w dzieciństwie, najczęściej nie ma miejsca. Zamiast tego pojawia się poprawianie sobie samopoczucia tekstami o tym, że druga strona powinna akceptować wszystkie jej chore jazdy, bo przecież miewa momenty, kiedy nie zachowuje się jak tornado przechodzące przez zakład ceramiczny.

Przekonanie, że „na miłość trzeba zasłużyć” wynosi się najczęściej z domu i to domu raczej mało szczęśliwego. Uczucie nie jest kością, którą daje się psu za dobre zachowanie. Sprowadzanie relacji między dwojgiem ludzi, do nagradzania mężczyzny za pożądane przez kobietę zachowania, jest zawoalowaną formą tresury, a nie miłością.

Jeśli kogoś kochasz, chcesz być dla niego miodem, który wypełnia go od środka, a nie cierniem, który go rani tak długo, aż nie uzna, że łaskawie może zrzucić kolce.

„Jeśli nie potrafisz znieść mnie, kiedy jestem najgorszy, to nie zasługujesz na mnie, gdy jestem najlepszy” – powiedział mąż-alkoholik do żony, bijąc ją kablem od żelazka.

Budzi Cię gwizd czajnika i zastanawiasz się, co za wariat gotuje wodę w środku nocy. Z trudem unosisz prawą powiekę i po ilości światła w pokoju dochodzi do Ciebie, że to środek dnia. 14:17. Jak to, przecież wczoraj wyszedłeś tylko na chwilę?! Na moment, góra pół godziny!? Nieważne. Portfel jest, klucze są, telefon jest. Jest dobrze. Hajs, kolor Twoich białych butów i historia połączeń telefonicznych się nie zgadza, ale zawsze mogło być gorzej. Mogłeś wrócić boso. Albo obudzić się nie u siebie. Albo nie wrócić. Albo wziąć kartę kredytową i… Nieważne.

Jest niedziela, godzina 14:37. Wiesz, że dzień będzie nieudany po wielekroć.

Raz, że głowa, dwa, że żołądek, trzy, że jest niedziela. Czyli jutro poniedziałek. Słabo. Ale, ale, w lodówce czeka na Ciebie dar niebios – połówka wczorajszego chinola, którą zostawiłeś sobie na później. Instynkt samozachowawczy jednak Cię nie opuścił. Szacun. Niemniej, dzisiejszy dzień i tak trzeba spisać na straty. Nie dasz rady popchnąć swoich myśli dalej niż do wyobrażenia sobie wentylatora, a ciała dalej niż do łóżka. Nawet gdyby Ci zapłacili. A płacą, bo jesteś wolnym strzelcem i pracujesz 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Nieważne.

Dzwoni Marcin.

Mówi, że jedziecie nad wodę. Że ma koło, materac i wiaderko lemoniady. Nie pyta, oznajmia. Nie odpowiadasz, przyjmujesz informację.

Myjesz zęby, wkładasz espadryle i wbijasz się do fury. Odkręcasz okno, puszczasz „Sweet Nothing”, wychylasz głowę, żeby poczuć pęd powietrza i powoli wracasz do żywych. Myśli zaczynają zwalniać, naczynia krwionośne zmniejszać się, a nieznośna lekkość bytu opanowywać ciało. Muzyka jest wyraźna jak rzadko, wiatr rześki jak powinien i to uczucie łapania idealnego momentu – CU-DO-WNE!

Dojeżdżacie na Zakrzówek, na szybkości pompujecie materac, zbiegacie na złamanie karku po zejściu do wody w locie ściągając koszulki i wiecie, że to już za chwilę, za pół chwili, za sekundę, za ćwierć! Zaraz Wasze zmęczone ciała, roztopione na słońcu jak czekoladki, oplecie ekstatyczny chłód. Gorąca skóra błagająca o zroszenie przetnie taflę jeziora upajając się do syta, a moment, w którym uniesiesz się na wodzie pozwoli zapomnieć o wadze Twojego ciała. I sumienia.

Receptory dadzą znać synapsom, że osiągnąłeś BŁO-GO-STAN!

Skaczesz. Czujesz wiatr we włosach, słońce na karku i lekkość pod stopami. Słyszysz szum fal, śpiew ptaków i śmiech dzieci. Myślisz dokładnie o niczym. Żaden kredyt, żadne niepozałatwiane sprawy, żadne spóźnione terminy. I okresy. To jest poza Tobą, w odrębnej galaktyce bez punktów wspólnych. Jest tylko tu i teraz. Złapałeś idealny moment i trzymasz go na smyczy.

Zderzasz się z wodą. I czujesz, że żyjesz.

 

i człowiek czuje że żyje

 

Podobnie było wczoraj.

Mimo, że obudziłem się po nieprzespanej nocy dużo później, niż planowałem. Mimo, że czułem się dużo gorzej, niż powinienem. Mimo, że miałem cały dzień pisać, a została już go tylko połowa. Mimo, że był skwar, duchota i wszystko wskazywało na to, że za chwilę objawią się u mnie suchoty, dałem się namówić. Namówić na to, żeby wsiąść na rowery, przetoczyć 10 kilometrów w palącym słońcu i doturlać się na Błonia Zabierzowskie. Bo był festiwal.

Festiwal Kolorów.

Przypięliśmy rowery pod ogrodzeniem, weszliśmy do środka, zgarnęliśmy jakieś picie i wbiliśmy się pod scenę. Przed nami jakiś zespół reggae, wokół nas tłum ludzi, nad nami kolorowe proszki. Na hasło wodzireja publika wyrzuciła je w górę, niebo pociemniało i po chwili miałem na sobie wszystkie kolory tęczy. Różowy, niebieski, zielony, żółty, czerwony. Twarz, ręce, koszulka, spodenki, nogi. Siadło.

Po godzinie od wstania z łóżka skakałem jak na trampolinie z farbą, między obcymi ludźmi na środku niczego. I czułem, że żyję.

Polecam.

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie – recenzja

Skip to entry content

X-men - przeszłośc która nadejdzie - recenzja

Mówiłem Wam, że wymiotuję od 3D pakowanego do wszystkich filmów? Że nic tak nie irytuje jak wrzucanie trójwymiaru tylko po to, żebyś musiał zapłacić za bilet o połowę więcej i męczył się z drugą parą okularów na nosie? Mówiłem. I staram się unikać jak ognia seansów, na których trzeba katować się „przestrzennym” obrazem, bo ostatni tytuł, gdzie miało to faktyczne uzasadnienie, to „Iron Man 3”. Który wyszedł rok temu.

Dlatego idąc na nowych X-Menów zrobiłem sobie przysługę i wybrałem niemodny, płaski seans. I był to strzał za 10 punktów (a w zasadzie 16 złotych), bo dzięki temu film dało się obejrzeć w całości. I to z przyjemnością, bo „X-men: Przeszłość, która nadejdzie”, to…

 

Film z całkiem dobrą obsadą

X-Men-Days-of-Future-Past-recenzja

Mamy tu takich asów jak kapitan ze „Star Treka” (Patrick Stewart), Gandalf (Ian McKellen), Kobieta-Kot, która neguje prawo przemijania (Halle Berry – naprawdę dalej wygląda jak 25-latka), czy seksoholik ze „Wstydu” (Michael Fassbender). I oczywiście Hugh Jackman, ale ten to wiadomo, że jest Wolverinem i nie przestanie. Nigdy nie śliniłem się na widok Jennifer Lawrence, ale jakby komuś robiło się wilgotniej, to też jest. Jeśli oglądałeś „Skinsów” (genialny serial o nastolatkach z Bristolu), to z pewnością ucieszy Cię też obecność Tony’ego Stonema (Nicholasa Houlta).

Jak im idzie? Nie powiem nic zaskakującego w tym temacie – obsada gra dobrze. Na tyle dobrze, że żaden z momentów, który miał być podniosły/patetyczny/o-Jezusieńku-to-chyba-najbardziej-przejmująca-chwila-w-moim-życiu nie wyszedł karykaturalnie, ani komicznie (co miało nagminnie miejsce w „Godzilli”). Kiedy ma być groźnie marszczą brwi, kiedy ma być przejmująco modulują głos, kiedy trzeba walczyć o przetrwanie gatunku rzucają ciałami z jednego końca ekranu na drugi. I robią to przekonująco.

Wiadomo, sama obsada to nie wszystko, w „Kac Wawa” też byli dobrzy aktorzy, a wyszła kupa. Tu na szczęście reżyser sprawił, że to…

 

Film ze zręcznie poprowadzoną wielowątkową fabułą

x-men-days-of-future-past-recenzja

W tytułach stricte rozrywkowych najczęściej jest tak, że główny wątek jest toporny do granic możliwości, a poboczne są wepchnięte na siłę, jak penis do suchej waginy. Przykro się tego doświadcza i człowiek przez większość czasu zastawia się, czy nie było gładszej drogi, żeby dojść do finału. W nowych X-Menach jest inaczej.

Mamy motyw przewodni – trzeba zmienić bieg historii, aby zapobiec apokalipsie mutantów – i kilka pobocznych – wypadek Profesora Xaviera, konflikt Xaviera z Magneto, miłosny trójkąt z Raven, operacja Wolverine’a, miłość Wolverine’a do Jean. Jednak wszystkie są ze sobą naturalnie powiązane i zgrabnie się przenikają. Widz nie ma wrażenia, że zostały doklejone tylko po to, by pchnąć dalej rozwój wydarzeń, bo nieudolny reżyser nie wiedział jak spiąć początek filmu z końcem. Nic z tych rzeczy.

Wątki poboczne samoistnie wynikają z motywu przewodniego rzucając na niego nowe światło i przy okazji spajają wcześniejsze filmy o X-menach w całość. Jest to na tyle umiejętnie zrobione, że nawet ktoś nie znający wcześniejszych perypetii mutantów ma szansę skumać fabułę, jednocześnie nie mając wrażenia, że jest prowadzony za rękę jak 4-latek do przedszkola. Druga sprawa – przez mnogość wydarzeń, aż do ostatniego kwadransa filmu nie wiemy jakie będzie zakończenie. I to nie wiemy naprawdę, a nie na zasadzie „tłuką się, tłuką, ale i tak ten dobry zwycięży”.

Co do fabuły, to na osobną wzmiankę zasługuje fakt, że to…

 

Film z ciekawą koncepcją podróży w czasie

XMEN-DAYS-OF-FUTURE-PAST-recenzja

W „Powrocie do przyszłości”, aby zmienić dekadę wchodziło się do Deloreana, w „Looperze” do kabiny à la teleport, a w „Wehikule czasu” do – uwaga, uwaga, spodziewajcie się niespodziewanego – wehikułu czasu. W większości tytułów opartych o ten temat, aby cofnąć się w czasie trzeba użyć jakieś machiny. Wejść, pociągnąć za wajchę i przeżegnać się 3 razy, żeby nie wybuchło.

Reżyser „X-men: Przeszłość, która nadejdzie” podszedł do tej kwestii odmiennie. Aby przenieść się do przeszłości nie trzeba odpalać żadnego ustrojstwa – ciało zostaje w miejscu, cofa się jedynie świadomość. Delikwent zasypia i za sprawą supermocy Ellen Page, budzi się X lat wcześniej z aktualną świadomością, ale w X lat młodszym ciele. To ciekawe rozwiązanie, bo zarówno eliminuje problem spotkania obecnego „ja” z „ja” z przeszłości, jak i wyklucza możliwość braku powrotu do teraźniejszości – pod koniec wycieczki podróżnik po prostu się budzi w tym samym roku, w którym zasnął. Niesie to oczywiście ze sobą wiele innych paradoksów i nieścisłości, ale sama koncepcja ciągłego „dokonywania się przeszłości” jest ciekawa.

Dobra obsada, zgrabna fabuła i smaczek czasowo-podróżniczy, sprawia, że nowa część przygód o istotach z genem X, to…

 

Bardzo przyzwoity film rozrywkowy

X-Men_Days_Of_Future_Past - recenzja

Jest mocne uderzenie od wejścia (nie potrzebuje 90 minut, żeby się rozkręcić jak „Godzilla”), nie jest przeładowany efektami (jak „Transformersy”, w których było tyle efektów, że nie było widać robotów), ma fabułę, która jest intrygująca i wciąga (nie jest tylko kulawym pretekstem do zaprezentowania mocy  X-Menów), a po obejrzeniu rozkminia się poszczególne motywy i chce więcej (a nie dziękuje producentom, że zmiłowali się i nie rozciągnęli tego do 3 godzin). I w dodatku jest do przełknięcia nawet dla kobiet (ta, z którą byłem na seansie nie zasnęła, a innej spodobało się na tyle, że poleca u siebie na blogu).

Reasumując (lubię to słowo), polecam.

I czekam z plastikową figurką Magneto w dłoni na kolejną część – „Apocalypse”. Ale, że to dopiero za rok, to podrzućcie Wasze typy godnych uwagi filmów rozrywkowych. Byle aktualne (w sensie wyświetlane jeszcze w kinie), bo nic tak nie boli, jak oglądanie wybuchów i scen walki na monitorku w domu.